Sroka

Jestem dziś promieniem rentgenowskim, prześwietlam swoje emocje, utrwalam je na kliszy. Co tam słychać? Kompletnie nic. Płomień świecy, ale to akurat bez dźwięku. 

Smutek. Siedzi pod drzwiami percepcji, układa samotnie klocki i mógłby się nawet zaprzyjaźnić z lękiem, gdyby ten zechciał łaskawie zagościć. O nieobecnych się nie dyskutuje, wspomnę więc tylko o dziadku, który przychodzi w nocy, dokładnie wtedy, gdy w gorączce udaje mi się wreszcie przysnąć, nachyla się i szepce do ucha: PRZEJŚCIE JEST ZWIĄZANE Z BÓLEM. 

Koniec spania. 

W internecie jest medytacja na ból. Można się z niej dowiedzieć, że ból jest tym większy, im więcej mu się poświęca uwagi. A przecież rentgen to nie niania. Stwierdzając obecność bólu, głaszcząc go (jednak) czule za uszkiem, przenoszę więc uwagę na srokę za oknem. Sroka się natychmiast rozczapierza w umyśle i według wszelkich zasad fizycznych, miejsca na ból mam zdecydowanie mniej.