Jaguar

Dzikość ma kolor płomieni, konkretnie coś między czerwienią a błękitem, gdzie temperatura sięga poza umysł. Przy okazji kupuję w lumpie czerwone buty, są bardzo wygodne, zwłaszcza do trumny. A właściwie: do urny. Albo najlepiej poza system, do dżungli, żeby mnie w stopy nie kąsało. W dżungli panują zasady surowe jak mięso na tatar. Pulsuje krew. Przeważa dźwięk niski, piski małp wplecione są jak nitki w zamsz pomruku. Pomruk jest niesłyszalny, brzmi jednak najgłośniej, dokładnie jak strach, którego nie słychać, a przecież zagłusza wszystko.

Drzewa to też zwierzęta, albo raczej jedno zwierzę, bestia o nieskończoności oczu, tajemnicza, nieodkryta, zakodowana milczeniem. 

Pełno życia. Kielich niewyczerpanej energii, święty Graal. Każdy krok to przygoda, być albo nie być – oto jest pytanie, a właściwie: kim być – oto jest pytanie, bo w każdej chwili może skoczyć na plecy jaguar, wtedy następuje bardzo konkretna zmiana w życiu i wszystko co do tej pory stanowiło homo sapiens, staje się panthera onca.

Koty mają czuły węch, wszędzie zwęszą strach, wiedzie je nuta pomruku, rytm bębna serca. Polują sprawnie, jednym ruchem szczęk rozłupują czaszkę jak łupinę fistaszka. Trach. Przywarta do mózgu świadomość trafia do jaguarzych trzewi. Żadne piekło, czy niebo, po prostu flaki. Albo robaki. 

Dzikość cieszy się chwilą. Tym, że jest. Pierwotna natura jest logiczna jak fraktal. Nie warto się nie cieszyć.