Dark matter

Co jest bolesne? Kiedy w poukładane życie trafi prawda. Niektórzy nazywają to bad tripem. Ciężka rzecz. Trudna do przejścia. Trzeba ruszyć mózgiem, a mózg w strzępach, w węgorzach, sparaliżowany, zjedzony, zamieniony w magmę. I jeszcze kierownica w dłoni. Jak najstraszniejszy z węgorzy. Ten, który jest wężem.

A zdaje się, że nie postawisz gołej stopy w dżungli. Tymczasem dżungla to żywy organizm, wędrujący. Przenikający. Jak ciemna materia, dark matter. Niby nie ma, a jest. JEST. To słowo aż syczy od istnienia. 

Ratunek? Rezygnacja z prowadzenia, oddanie się w swoje ręce. Dosłownie. Ciału. Dobra, magister, inżynier, weź ty lepiej się połóż i śpij. Będzie ci się śniło, że tańczysz. Na stopach zaczarowane buciki i nieustanne tango. Błagasz, płaczesz, nic z tego. Taniec. I to właściwie nie sen, raczej OOBE, diablo realne, do bólu. Wszystko wokół znika jak w kreskówce, oddala się za horyzont jakiejś kuli, co to właściwie za kula, nawet nie zdążysz pomyśleć, bo kolejna znika sprawa. A z nią kolejny człowiek. Niby się nie lubicie, ale jednak. 

Jprdl.

Czemu wszystko znika, chyba dlatego, że nie prowadzisz tego samochodu, albo nie wiem, morderczy taniec nie pozwala się skupić, roztrzaskują się zabetonowane węzły logiczne, latają dane jak po wybuchu. Podczas. Bombardowanie trwa i trwa mać, chyba że któregoś dnia w tym wirze złapiesz za koniec sznurka i wyciągniesz los z napisem: NIC NIE TRWA WIECZNIE. 

Powtarzać jak mantrę. Codziennie. 

Kilka razy dziennie. 

W kółko. 

To podstawowy krok w tańcu ze smokiem.