Sztorm

Zmiany zachodzą nieustannie. Wieje nawet wtedy, gdy siedzisz w domu pod kocem. Navigare necesse est. Monolog spod koca przerywa Renata, wraca ze sklepu, ma całą torbę zakupów. Wstaję, choć nie muszę, przecież nawet nie czuję głodu. Otwieram siatkę, a trzeba zaznaczyć, że podczas rozchylania siatki z zakupami środkowa część przysadki mózgowej gwałtownie wyrzuca do krwi hormon o nazwie głodotropina i sytuacja się diametralnie zmienia. Człowiek z niegłodnego robi się wściekle głodny, tymczasem siatka jest pękato wypchana chlebem, gdyż Renata nie pamięta, że nie mogę glutenu. 

Mała rzecz, a smuci. 

Trudno, świetnie, zmiany. Przed chwilą koc, teraz ocean, biegam po pokładzie (bez śniadania), sztorm na horyzoncie, będzie bujać, nawet nie wiem jak wygląda ster strumieniowy, to chyba nieporozumienie, mam chorobę lokomocyjną, czemu człowiek nie ma skrzydeł?! 

Kapitan Hook nie ma ani skrzydeł ani prawej dłoni. Zamiast niej dźwiga kawał żelastwa. Jak wyrazić współczucie bez żalu? Jak nie czuć emocji? Są tacy, co mają z tego profesurę, a ja wciąż na drugim levelu jak…, jak…

Jak Renata. 

Życie to nie teatr, życie to ocean, fakt, że pełen masek, sorry, coś za coś, mówi pani w żabce, albo my albo ta planeta, ale ona wybiera „my”. Taki sztorm to poważna sprawa, ludzie latają w przestrzeni kosmicznej samopas jak rozbitkowie bez statku. Są tacy, co taszczą ze sobą rzeczy, szafki, komody, walizki. W walizkach pieniądze. Wiadomo. Może da się coś kupić. Jakąś wystrzeloną w kosmos nieruchomość.

Panuje moda na horoskopy. Te rzeczy zawsze jakoś pasują. Ale nie zajmujmy się głupotami, nie jesteśmy przecież zależni od gwiazd. Od siebie też niekoniecznie. Tylko od tej walizki. 

Mąż nie lubi histerii, sam jest twardzielem po trzech porodach, to wie. Chętnie wyjaśni. Jaka szkoda, że nie ma ambony! No ale: coś za coś. 

Nikt nigdy nie jest gotowy.