Nemo

Czymże byłoby życie bez opowieści? Peselem? Podatkiem? NIP-em? Patrzę na drzewo i już się snuje historia. Drzewo to nie tylko liście, kwiaty, czy wstrząsająco czarodziejska żywica. To rytm wieków. A rośliny doniczkowe! Gadają jedna przez drugą. Mam ulubioną, nazywa się Nemo. Imię dla milczka? Pozory. Może nie klepie jak gwiazda betlejemska (w kółko tej samej historii), lecz gdy się odezwie, szokuje logiką. Niektórzy się jej boją. Logiki czy Nemo? Obu.

Świat to takie niebezpieczne miejsce do życia. Problem w tym, że jedyne. 

Śni mi się coś wspaniałego, ale nie wiem co. Budzę się z pozytywną emocją bez powodu. Analityczny umysł natychmiast bierze się za temat i drąży w poszukiwaniu źródła radości. Nie mogąc go znaleźć, wysyła do lewego przedsionka hipokampu informacje o frustracji, czym odpowiada praca gruczołów dokrewnych produkujących hormony nieszczęścia. Prowadzi to ostatecznie do wybuchu łez. Nie mogąc wyjaśnić, jaki jest ich powód, mózg rzuca wszystko i jedzie w Bieszczady, albo nie, za daleko, za głośno i paliwo drogie. 

Tak trudno nic nie robić. Tak trudno się nie martwić, patrzeć na drzewo i słuchać opowieści obsypanej kwieciem Nemo. Stojąc przy oknie wiele widzi. Słyszy rozmowy przechodniów. 

– Piją wódkę w parku.
– Kto?
– Ukraińcy.
– Polacy to w ogóle, kurwa, nie piją.