Potop

Bunt ma naturę fali. Pod jej zmarszczonym cielskiem narasta przerażenie. Rozpacz. Słowa, które się na usta cisną są siarczyste. Usta bledną… 

Ok, jeszcze raz, tym razem na trzeźwo. Na trzeźwo znaczy bez emocji. Miejsce akcji? Ocean, a właściwie morze. Bałtyk. Można rzec: część oceanu. Która? Północny wschód. Idzie nam świetnie, cieszy się Jolka i naprawdę nie wiem, skąd te „nam”. Niektórzy tak mają. Istnieją w liczbie mnogiej. Wracając do akcji, trzeba dodać, że wieje. Wiatr jest mokry, a odczuwalna temperatura pozwala kropelkom wody przemoczyć włosy i ubranie, zanim zamarzną… 
– Możesz przestać?! – oburza się Jolka.
– A co ty myślisz, że to Piraci z Karaibów? Sorry, taki mamy klimat. 
Więc zimno. Przynajmniej dla człowieka. Noe nie jest człowiekiem, to znaczy jest, ale na takiej zasadzie jak morze z tym oceanem. Bycie człowiekiem jest tylko częścią o wiele większego istnienia…
– To za trudne – ziewa Jolka i włącza Piratów. 

Na północnym wschodzie zapada mrok. Od kilku dni zapowiadają burze. Im dłużej ich nie ma, tym większa pod rozbujanym cielskiem groza… 
– Ma być bez emocji! – krzyczy Jolka zza ekranu, przypominając tym samym, że przecież jest duchem i chłonie wszystko z jednakową uwagą równą jednocześnie zeru i nieskończoności…
– Za trudne!

Nic. Horyzont z każdej strony. A właściwie już i horyzontu brak, bo noc. 
– To może chociaż księżyc?
– Chmury. Nie widać. 
– Samolot?
– Chyba UFO. To potop, debilko. 
– Można.
– Paliwo się kończy. 
– Dlatego drożeje. 
– Kompas!
– Zwłaszcza, że nie ma gwiazd. 
– Nazywa się: Róża Wiatrów. 
– Jolanta Gałecka, dzień dobry. 
– Dobry wieczór, mówię, że noc. 
– Dobry wieczór, Różo. 
Róża rozwiewa chmury, zza chmur uśmiecha się księżyc, niebo usiane gwiazdami odbija się w cielsku fal, a wszechświatem otoczona kropla ma na imię Bałtyk…
– Noe, dzień dobry.
– Dobranoc.

Łubudu! Łubudu! Kto zna burzę na morzu? Potop zaczyna się w głowie, w samym jej środeczku, nad czołem, dokładnie tam, gdzie ląduje cegła. Z drewnianego kościoła. Z ceglanego spadają krucyfiksy. I też w to miejsce celują. 
– Dziewczyny! Dziewczyny! Dziewczyny! – woła Noe w czerń, a w myślach powtarza jak mantrę: bez emocji. Bez emocji. Bez emocji. Zamrożenie.
– Ej, ona nas woła – zauważa Jolka i naciska spację w Piratach. 
– Tak – odpowiada Noe. – Wołam was, debilki. 
– Aha.
– Okeeej.
– Co tam?
– Hipo, kurwa, potam. 
– Hipopotop?
– Hiper.
– Hipster.
– Możecie przestać?! Jest zagrożenie życia, a wy sobie jaja robicie?
– Niestety.
– Właśnie.

Niezręczna cisza, albo (bez emocji) oko cyklonu. Szansa. Ostatnia, co dramatycznie podnosi jej wartość. Zalecane przysiady i skłony. Zmiana pozycji. Jolka wygina się w mostek, żadna cegła jej głowy nie dosięgnie. Ani krucyfiks. Tymczasem w głowie pustka. Wyssana przez olbrzymi nowotwór. Nowotwór Olbrzymi, dzień dobry. 
– Spierdalaj – odpowiada Jolka i ta pierwsza w odzyskanym umyśle myśl rozsiada się elegancko jak królowa, VIP numer jeden.
– Tak – dodaje Noe. – Spierdalaj. 
– A kto mnie uratuje? Co? 
– Nikt. Twój inicjał brzmi NO. 
– W sensie: nie brzmi. 
– Is any NO hier? 
– NO.
Nie ma nic potężniejszego od perlistego śmiechu pośród apokalipsy. 
– To może chociaż trochę? Na pamiątkę.
– Jezu, jaki namolny. 
– Weź go wyłącz, Jolka. 
– Nic nie kuma. 
– Nie umie liczyć. 
– Jak czegoś nie ma, to nie ma, dude
– Nie istnieje. 
– Verstanden?
– Za burtę. 

Ta włoska piosenka! Piripirpiripiri. 

Giovanni Telegrafista. Enzo Jannacci. Sam siebie podpisuje małą literą, a jest przecież wielki, tak wielki jak istnienie, którego częścią jest człowiek.