Sztuka mówienia NIE

To nie jest jedna lekcja. To cykl lekcji, nauka, studia. Trening. 

Zaczynam od tego, że mówię NIE na wszystko. Na każdą myśl, każdy pomysł. Może poza tańcem, taniec to przerwa. Człowiek wstaje z ławki i zaczyna pływać w przestrzeni jak wąż. Gady milczą. Jeden grzechotnik, imprezowicz. Reszta cicho niczym duchy, bezszelestne ciała, nieme pyski. Głoska „s”, syk, który nigdy się nie kończy, jest zapętlonym w siebie wężem…

NIE. Przerwa. 

….

To może zadzwonię do matki? 

NIE.

Oo.

Nic NIE? Ten język jest nielogiczny, w sensie, że wszystko: NIE?!

NIE.

Przerwa.

(W przerwie NIE trzeba tańczyć, w ogóle nic NIE trzeba, albo nawet wszystko NIE trzeba.)

(Dżizas…)

Lucek na moście

Idę, patrzę: kość. Kość Lucka. Lucek składa się już z siedmiu kości, dokładnie jak szyja żyrafy. Krąg jest jeden. Reszta to golenie i piszcze. Jest też coś, co udaje czaszkę, to mostek, a więc łączy półkule serca, o którym chodzą legendy, że go nie ma. Oczywisty błąd. Każdy posiada serce, nawet sam Lucyfer, w przeciwnym razie w ogóle by nie istniał i takie też krążą pogłoski. Reasumując: nie ma szatana bez serca. Ale jest z kościami. 

Nie opłaca się podpisywać cyrografów! Druga strona natychmiast przestaje się starać. 

Rodzą się pytania, zostają same, błąkają się jak sieroty. A takie opiekuńcze państwo. Wszystko na głowie Lucka. Na mostku. Lucek na moście, taki tytuł filmu, trzyma w napięciu, a nie wiadomo o czym. Pewnie o miłości. I śmierci. 

Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, problem w tym, że nie znam ludzkiego języka. Mówię, jakbym mówiła do kogoś, a tak naprawdę gadam do Jolki. Jolka ostatnio wiosennie, włosy zaplecione, sukienka zwiewna, zamiast strachów żarty, a trzeba przyznać, poczucie humoru diabelskie. Lepsze. Sorry, Lucek. Ile jest ludzi na świecie, którzy kłamią? Wszyscy. Ok, a którzy mówią prawdę? Pytanie jak na maturze. WSZYSCY.

Za dwa tysiące lat, mówi Jolka, będzie wiało nudą odkopalisk robotów, oklepane wierzchy zwrotów, grzeczno-niegrzeczne niedorzeczności, smoltokowe papki płatki, wygładzone babki i cmentarne grabki. Po czym zaczyna śpiewać:

Twarzą szły zakonnice…

Wystarczy jeden człowiek mówiący tylko prawdę i żeś, Lucek, przepierdolił. 

A może być duch?

Pozdrowienia od kobiet

Gdańsk. Siedzę w parku i wyobrażam sobie, że to Berlin. Nie dlatego, że mi coś Gdańsk nie pasuje, ale z braku podróży. No więc fontanna, wokół drepcą berlińskie gołębie i serio, niczym się nie różnią od gdańskich. No, może to niemieckie „r”. Ale chyba wszystkie gołębie mają „r” i wychodzi na to, że wszystkie gołębie są niemieckie.

Jestem tu z powodu kongresu. Nie chce mi się tam iść i słuchać tego pitolenia. Patrzę więc z perspektywy fontanny. Przerwa chyba, bo wychodzą. Profesorki, magisterki. Trzymają w dłoniach papierowe kubeczki. No wiesz, wybacz. Nie jestem żadną wykonawcą w tej umowie! A ta druga, że ok, wykonawca ma przecież żeńską końcówkę. A. Tamta jednak się lepiej orientuje, bo podaje, wprawdzie rozbudowaną, ale jednak poprawną formę „wykonawczyni”. Wtedy, jeśli odwrócić, trzeba by też użyć formy zleceniodawczyni oraz zleceniobiorczyni. I to ostatnie chyba robi karierę, bo jest przypieczętowane selfie.

Dziewczyny wyglądają jakby przyjechały z Kalifornii. Opatulone białymi ręcznikami z hotelu pięć gwiazdek, zaryte do imentu zajęciami SPA, ledwo dają radę na bankiet. A warto. Dobre wino ma być. I ten niekrzesany felietonista. Facet jest trochę chamski, ale cóż, tacy są mężczyźni.

Pozdrowienia! Od kobiet. 

W obcym mieście człowiek się czuje jak na wakacjach i zapomina o czujności. Tymczasem na mojej berlińskiej ławce siada typ w moro z nożem myśliwskim za pasem. Żołnierz? Niemiecki?! Wyobraźnia wyobraźnią, są pewne granice, a przynajmniej jeszcze niedawno były. Gdzie nie siądę, zaraz się ktoś przysiada, ale żeby uzbrojony? Swoją drogą, tego nigdy nie wiadomo. A u niego widać. W sumie racja. Przynajmniej nikt się nie przysiądzie. Może też zacznę chodzić uzbrojona? Taka moda. Prosto z Berlina. Spod kongresu. Ciekawe, czy dziewczyny wiedzą. Mam przyjaciółkę, która nie chce się zbroić, bo jak twierdzi, sama by się tym nożem pocięła. To jest argument. Żelazny. 

Żołnierz wyjmuje komórkę. Nie gada, scrolluje. Milczenie jest w wojsku podstawą. Wszędzie podsłuchy. Trochę się dziwię, że można wysiedzieć na tych odczytach tyle godzin. Pewnie też scrollują. Jakby która z nudów zajrzała, to pozdrowienia. Od kobiet. 

Ławek wokół dwadzieścia, a on akurat tu. W filmach zazwyczaj taki gościu czegoś chce. Sekundy mnie dzielą od konwersacji. Po niemiecku. Zresztą, w tym wypadku wszystkie języki są takie same. Sprowadzają się do emocji pod tytułem: spierdalaj, ponieważ jesteś kobietą. Bezbronną. Psycholożka (yes!) uczy potem latami, jak wyjść z traumy pokoleń, gdy słyszysz za sobą męskie kroki. A gdy słyszysz kroki żołnierza? Z nożem? 

Ta.

Ledwo zdążyłam paznokcie zrobić, skarży się profesorka. Urwanie głowy. No ale kongres. Priorytet. 

Błąd, że nie mam noża. Poszłabym tam i wykręciła śrubę z krzesła. Może zagadam z żołnierzem?

Nemo

Czymże byłoby życie bez opowieści? Peselem? Podatkiem? NIP-em? Patrzę na drzewo i już się snuje historia. Drzewo to nie tylko liście, kwiaty, czy wstrząsająco czarodziejska żywica. To rytm wieków. A rośliny doniczkowe! Gadają jedna przez drugą. Mam ulubioną, nazywa się Nemo. Imię dla milczka? Pozory. Może nie klepie jak gwiazda betlejemska (w kółko tej samej historii), lecz gdy się odezwie, szokuje logiką. Niektórzy się jej boją. Logiki czy Nemo? Obu.

Świat to takie niebezpieczne miejsce do życia. Problem w tym, że jedyne. 

Śni mi się coś wspaniałego, ale nie wiem co. Budzę się z pozytywną emocją bez powodu. Analityczny umysł natychmiast bierze się za temat i drąży w poszukiwaniu źródła radości. Nie mogąc go znaleźć, wysyła do lewego przedsionka hipokampu informacje o frustracji, czym odpowiada praca gruczołów dokrewnych produkujących hormony nieszczęścia. Prowadzi to ostatecznie do wybuchu łez. Nie mogąc wyjaśnić, jaki jest ich powód, mózg rzuca wszystko i jedzie w Bieszczady, albo nie, za daleko, za głośno i paliwo drogie. 

Tak trudno nic nie robić. Tak trudno się nie martwić, patrzeć na drzewo i słuchać opowieści obsypanej kwieciem Nemo. Stojąc przy oknie wiele widzi. Słyszy rozmowy przechodniów. 

– Piją wódkę w parku.
– Kto?
– Ukraińcy.
– Polacy to w ogóle, kurwa, nie piją.

BaB trip

Piwo bezalkoholowe i śrut. Zestaw jak dla duchów. Wszystko wystrzelone. Jest ze mną Magda, Natasza, Śmierć i Wifi. Myślę, że piwa wystarczy. Są aż dwa. Śrutu wystarczy na pewno. Dziewczyny nie palą, zwłaszcza z broni palnej. W razie czego jest dużo żarówek. Oraz palo santo. Z mocnych rzeczy: serotonina. Po trzech seriach oddechów. 

Magda w komórce, Natasza w szufladzie. Śmierć w woalce, a Wifi w ogrodzie. Jolka była, ale umarła. Teraz tańcuje wokół Śmierci, taka boginka, drugi poziom trzeciego wymiaru. Żeby z nią pogadać, trzeba zrobić to, co robią duchy, gdy chcą wywołać człowieka. 

Serio? Madżenta?! Ona tylko oknem, właściwie oknami, wszystkimi naraz. A potem znów do okna, żeby nie było, że siedzi i nic nie robi. Na wpół przewieszona między światami pali, ale własne. Smoki mają swój ogień. 

Otwieram drugie piwo. Podobno alkoholik robi zapasy. A bezalkoholik? Zapierdala do żabki, podpowiada Natasza. Natasza jest ocalałą przed publikacją powieścią, jedyną, co nie daje się robić w trąbę. Słowo publikacja jest blisko słowa ubikacja. Gówno z tego masz. 

W kółko czyszczę lufę. Jeden strzał i znów czarna. Brakuje Stasia. Mógłby skoczyć do żabki. Śmierć ma trzy wcielenia, jedno z nich jest lalą, drugie obrazem, a trzecie obrazkiem. Małoobrazkowym. Plus Jolka. A raczej: minus. 

Leci Bajm. Wszystkie babki płaczą. Małpa i ja. Mamy dziesięć lat i zdzieramy kasetę na magnetofonie Wilga. Nagrane z Trójki. Z Listy Przebojów. Teraz ten krzyk, coś się dzieje z gardłem, prawdopodobnie rozszarpują je łzy. I samotność. 

Tylko Magda niewzruszona. Uprawia jogę oraz przemawia z ekranu. 

Możesz być szczęśliwa. Albo nie. Wybór należy do ciebie. 

Wifi nie słucha. Nie musi. Jest kotem. 

Koło ratunkowe

Zostawiam cię z myślami, a jeśli nie myśli, to sny, pani psycholog mówi, że najtrudniej o czwartej nad ranem, dlatego właśnie jest 4:20. Ale ty nie robisz już takich rzeczy, dorośli ludzie są jak kapitan Hook, żelazna dłoń, która nie potrafi unieść perły. 

Aksamitny głos Susannah McCorkle. I człowiek od razu kocha cały świat, cóż, że ogarnięty wojną, miłość bezwarunkowa. 

A taka mogłaby by być Beautiful Friendship

Ludzie z uporem chcą wszystko nazywać, a między ponazywanymi stawiać mury szuflad. Tymczasem nie ma przyjaźni bez miłości i odwrotnie, a to się wiąże z akceptacją, dwumian Newtona, w którym jedno miano nosi imię wybrańca, a drugie: swoje własne i bez tego drugiego ani rusz, to podstawa. 

Jesteśmy ułamkiem, wartości się zmieniają, a jednak wspólny mianownik łączy i to wcale nie jest majątek, lecz kod DNA. 

Śnią mi się rowery, części są na wagę złota, dziś mało kto wie, gdzie szukać bogactwa, na szrotach rdza pokrywa pamięć. A paliwo drożeje. A powietrze gęstnieje.

Madame Nemo jest z natury odważna, niektórzy twierdzą nawet, że ma tupet, do tego trzeba mieć tupet, żeby w odmętach oceanu chwytać za koło ratunkowe. Które ratuje co najmniej dwa życia. 

Ta biblijna historia z kamienowaniem… wzrusza. Jak każda baśń.

Sztorm

Zmiany zachodzą nieustannie. Wieje nawet wtedy, gdy siedzisz w domu pod kocem. Navigare necesse est. Monolog spod koca przerywa Renata, wraca ze sklepu, ma całą torbę zakupów. Wstaję, choć nie muszę, przecież nawet nie czuję głodu. Otwieram siatkę, a trzeba zaznaczyć, że podczas rozchylania siatki z zakupami środkowa część przysadki mózgowej gwałtownie wyrzuca do krwi hormon o nazwie głodotropina i sytuacja się diametralnie zmienia. Człowiek z niegłodnego robi się wściekle głodny, tymczasem siatka jest pękato wypchana chlebem, gdyż Renata nie pamięta, że nie mogę glutenu. 

Mała rzecz, a smuci. 

Trudno, świetnie, zmiany. Przed chwilą koc, teraz ocean, biegam po pokładzie (bez śniadania), sztorm na horyzoncie, będzie bujać, nawet nie wiem jak wygląda ster strumieniowy, to chyba nieporozumienie, mam chorobę lokomocyjną, czemu człowiek nie ma skrzydeł?! 

Kapitan Hook nie ma ani skrzydeł ani prawej dłoni. Zamiast niej dźwiga kawał żelastwa. Jak wyrazić współczucie bez żalu? Jak nie czuć emocji? Są tacy, co mają z tego profesurę, a ja wciąż na drugim levelu jak…, jak…

Jak Renata. 

Życie to nie teatr, życie to ocean, fakt, że pełen masek, sorry, coś za coś, mówi pani w żabce, albo my albo ta planeta, ale ona wybiera „my”. Taki sztorm to poważna sprawa, ludzie latają w przestrzeni kosmicznej samopas jak rozbitkowie bez statku. Są tacy, co taszczą ze sobą rzeczy, szafki, komody, walizki. W walizkach pieniądze. Wiadomo. Może da się coś kupić. Jakąś wystrzeloną w kosmos nieruchomość.

Panuje moda na horoskopy. Te rzeczy zawsze jakoś pasują. Ale nie zajmujmy się głupotami, nie jesteśmy przecież zależni od gwiazd. Od siebie też niekoniecznie. Tylko od tej walizki. 

Mąż nie lubi histerii, sam jest twardzielem po trzech porodach, to wie. Chętnie wyjaśni. Jaka szkoda, że nie ma ambony! No ale: coś za coś. 

Nikt nigdy nie jest gotowy.

Woda

Niby wiosna, niby inaczej, a Zamrożenie trwa. Mało tego, ulega procesom ewolucji. Jeśli ktoś pojmuje ten dwumian Newtona, szacunek. W każdym razie rozmowy robotów mają się świetnie, ogólnie roboty mają świetnie, jedyne, na czym się wykrzaczają to słowo sierść. Albo ćwierćŚwierszczŚmierć

Naprawdę nie ma czego się bać. 

Biała sukienka

Emocje. Śni mi się gniew, fala duszonego ognia. Człowiek to dzikie zwierzę w białej sukience. Oparty o framugę, patrzy w lustro z wyćwiczonym zadowoleniem i sączy prosecco. Krew mu się burzy wobec wszystkiego, absolutnie wszystkiego, ale przecież… ale… 

Na uspokojenie są środki, szereg substancji. 

W gniewie najbardziej bolesna jest niemoc. 

Zamrożenie

Lodowaty, wysoki ton, zbudowany z uprzejmości. Sprzedawczyni w sklepie z kosmetykami. 

Zamrożenie.

Może to jest śmieszne, ale nie od razu. Robot może mieć różne głosy, dojrzały, niski, albo dziecięcy. 

Zamrożenie.

Aż by się chciało napisać misiami.