W co się ubrać

Sukienka na bankiet wciąż pod znakiem zapytania. Próby zakupu kończą się swetrem niedźwiedzim. Sukienka, owszem, zwiewna, tymczasem jednak zima. 

Świat wydaje się być podziemny. Aż trzy podziemne miasta obok siebie. Ludzie w maskach, cichociemni. Niby trzeba, ale nie trzeba, ktoś gdzieś coś każe, nie egzekwuje. Diabli wiedzą, co myśleć. Ten stan. Zgodnie z ruchem Księżyca i planet. Wszystkie dotychczasowe przekonania bledną, topnieją gdzieś w zapomnieniu, w ich miejsce wskakują nowe i są, oczywiście, kompletnie inne. 

To w końcu: tak, czy tak?! 

Jeszcze ten mrok nieustanny, jak woalka Czasu, który się lubi pod koniec roku przebierać w damskie fatałaszki. O Sylwestrze nawet nie wspomnę. I o tych wszystkich karnawałach, szpilkach w śniegu. 

Ostatnio króluje styl oszczędny. Kupować nowe: wstyd. Używane tylko. Albo self made. Sama? Na bankiet? Nie. 

Ze świtą. 

§Noemi Susenbach

Poradnik dla empatów

A jeśli emocje traktować jak informacje? Bez tego: lubię, nie lubię. Przychodzi smutek, my go na stół i badamy. A ty skąd? A czemu? A jak? Dawaj, połaskoczemy. 

Lęk. Ten się chowa po kątach, żeby go złapać i obejrzeć, a już słowo zamienić: cud. Jednak się zdarza. Roztrzęsioną żuchwą dygocze, nic nie wie, nie pamięta. A tak się telepie, że wraz z nim telepią się jeszcze ręce, nogi, brzuch, jelita, mdli i omdlewa. Ciepła kąpiel. Jak najprędzej ciepła kąpiel. I rozmowa. Nienachalna, żadnego stawiania pod ścianą. Ciche, spokojne pytania. Powoli. Przecież się dowiemy. 

Za gniewem trzeba latać. Biegają za nim żony, matki, kochanki. Serdeczne koleżanki. Lecą w popłochu, żeby jak najprędzej wyłączyć ten alarm. Jakkolwiek. Może wyjąć diodę, żarówkę wykręcić? Głośnik z syreną do kanapy schować? Aby tylko nie widzieć. Aby tylko nie słyszeć. W ciszy i mroku spokojnie sobie płonąć. 

Pogarda. Podejrzana osóbka. Rozpiera się łokciami, pokazuje palcem. Ona! On! Tam! Oni! Wszyscy głupi. Wszyscy winni. Wszyscy. Tylko nie ja. W tym ja jest pies pogrzebany. A za życia nie najlepiej traktowany. Tak zwany trup w szafie. Tymczasem w szafie mamy już komplet, za trupy serdecznie dziękujemy i bierzemy pogardę na warsztat. Przyzna się, czy nie przyzna? Wybór zależy od ciebie. 

A jak sobie poradzić z radością? Tak jak z całą resztą. Pozwolić jej być. 

§Noemi Susenbach

Druga strona Księżyca

Człowiek z wiekiem tracąc wzrok, zaczyna wyraźniej widzieć. Są przypadki, co nawet nie muszą spojrzeć. Już widzą. I teraz różnie. Czarnowidzą. Albo jasnowidzą. 

Codziennie garść orzechów włoskich. Łuskanych tuż przed zjedzeniem. To ważne. Dwa orzechy dla wron. Dziś mi się dla wron nie chce łuskać, oddaje im pestki dyni. Już łuskane. Powietrze wokół mnie drga, jakby duchy, ale to tylko kot. 

Czasem nie wiem, co myśleć. Co robić. Zawieszam się wtedy jak obłok. I latam. 

ß Noemi Susenbach

Ciapek

Niedopita kawa. Niedokończone zdanie. Niedokończone życie. Hrabiowski kartofelek na złoconej porcelanie. Istnienie do połowy. Do połowy nieistnienie. Gdzie jesteś, kiedy cię nie ma? Jak wygląda druga strona Księżyca? 

Mieszkają tam ludzie i koty. Co do tych ostatnich to mam pewność w postaci Ciapka, który spada na estakadę wprost z kosmosu i od razu się drze. Estakada rozpięta między kraterami. Ludzie się rozbiegają w popłochu, bo to jednak niecodzienne zjawisko. A ten ląduje na czterech łapach i bardzo proszę głaskać! Hałaśliwie się domaga. 

Tymczasem z tej drugiej strony Księżyca: spokój, jak na apelu, wszystko na sztorc wyglancowane świeci popisowo. Żywej duszy! 

Jak pozbyć się ciała?

Okazuje się, że jest dwóch papów Grabków. Jeden, zaćpany jak nieboskie stworzenie, błąka się po gdańskim dworcu i raczej już nie mamy kontaktu. Drugi nie żyje. Zabiłam go aspiryną. Ale po kolei. 

Dwóch woskowych mężczyzn, typ najstraszliwszy na świecie, czyli emerytowany wampir. Razy dwa. Upierają się, że mnie odprowadzą do hotelu. Do pokoju! Stary numer. Dokładnie tak stary, jak ci panowie. Razy dwa. 

No więc, voilà, bardzo proszę, a nawet zapraszam do tego pokoju hotelowego numer sześćdziesiąt dziewięć. Tam, znajcie moją gościnność, dzielę się substancjami rozweselającymi i tak panów rozweselam, że tracą przytomność. Wtedy na arenę wchodzi aspiryna. Kwas salicylowy jak arszenik, paraliżuje w moment. Stan dygotu serca i wisienka na torcie: rozrzedzenie krwi. Oszalały strumień pędzi przez woskowe truchła. I bach. Jeden w amoku, wyprowadzony na miasto, ląduje w przytułku. Drugi, wiadomo. Zgon. 

I byłoby nieźle, gdybym wiedziała, jak pozbyć się ciała. 

Budzę się w nocy cała roztelepana, nie jest to przyjemne uczucie, mieć trupa w pokoju. Bo to jednak kłopot. Wizja przesłuchań, dochodzeń. Nie, nie, nie. Tylko nie to. Trup jednak w cudowny sposób znika, to tylko sen, uff. A jednak papa Grabek nie lubi aspiryny i tego wcześniej też nie, oj nie lubi i to bardzo. Czyli sen proroczy. Mam lekarstwo. Zajaram go na śmierć. 

Jak to działa? Bardzo prosto. Najprościej na świecie. Umysł do szafy, dowództwo przejmuje ciało, które, wbrew pozorom, jest od umysłu mądrzejsze. I wie, jak pozbyć się ciała. Obcego. 

€Noemi Susenbach

Biały rower

Znów śni mi się dom! Tym razem jest to dom przyjaciółki. Przyjaciółki… Oddzielny traktat, a może nawet powieść. Napisałabym, gdybym chciała.

Ale mi się nie chce i w tym domu przyjaciółki też średnio, więc się zbieram cichaczem po angielsku, w głowie plan, tędy, na przystanek, ach, przecież ja mam ze sobą mój ukochany biały rower, jakie to szczęście! Tylko gdzie ten rower stoi? Przed domem, w ogrodzie. Jej (przyjaciółce) nie powiem ani słowa. Albo powiem, jeśli się napatoczy. Że od dwudziestu minut tu kwitnę, a ona lata, nie wiem, odkurza czy projekt robi, a może zabawia koleżanki? Wychodzę. Ale po drodze trafiam na jej męża i tu się zaczynają schody. Mąż przyjaciółki, Jezu. Oddzielny temat, a nawet traktat. Idzie w swojej bańce, nawet nie przypuszcza, że ja właśnie wychodzę. Coś tam pod nosem mamrocze, w ogóle go nie rozumiem, o interesach chyba, że ten dom za inny, tamten poprzedni, natomiast ten jest mniejszy…

Słucham i myślę, gdzie ten rower. Bo przed domem nie ma. Ona gdzieś schowała. Z tego sprzątania. Znam takie numery. Moja matka ze sprzątania wsadza pantofle gości do pralki. Nie, żeby prać. Żeby schować. Jestem wściekła, krzyczę z dworu przez okno, gdzie rower, debilko?! Ona, że na strychu. No zajebiście, świetnie, dobra, idę na ten strych, ale po drodze spotykam jej dziecko. Chce pokazać mi swój pokój. Który stanowi jakąś jedną trzecią poprzedniego w tym poprzednim domu… 

Boże! Przecież ja potrzebuję odpoczynku! Normalnego snu! Czy oni się tam w tym umyśle jeszcze nie połapali?!

Umysł w szafie z UFO przecież. 

Ostatecznie z nią – z PRZYJACIÓŁKĄ po ogrodzie spaceruję, gadamy o sprawach, w sumie dobrze się gada, jak zawsze wesoło…

Szkoda by było wtedy wyjść. 

™Noemi Susenbach

Niebieska sukienka

Głowa przypomina piłkę nożną. Zawodnicy to emocje. Wybiegają na boisko niespodziewanie zarówno dla trybun, jak i dla siebie. Biegną na oślep, kopią na chybił trafił i tak oto jestem przepełniona albo nadzieją, albo rezygnacją. Czasem wpadam w stany lękowe, albo zimny gniew. Wszystko to jednak się rozjeżdża tuż przed bramką, każdy z zawodników chyba już na emeryturze, biegnie, potyka się, kopie jakby chciał, a nie mógł. Nie ma więc stanów krytycznych, żadnych złotych strzałów, tylko znudzony gwizd kibiców. 

A może są? Tylko na zwolnionym oglądam? Za szybą? Z wyciszonym dźwiękiem. W szafie. 

UFO też to lubi. Układa się w środkowej części, gdzie wiszą sukienki. Lubię myśleć, że w dniu wyzdrowienia założę którąś z nich. Tylko nie mogę się zdecydować. Niebieską? Być może. Żadna inna nie przychodzi do głowy. Czerwona jest na wojnę. Czarna na bal. 

Możliwe, że to naturalny mechanizm. Umysł się broni. Ukryty za szybą w szafie obserwuje z daleka tę sieczkę i tłumaczy sobie, że to nie jego sprawa. Ot, mecz, w dodatku powtórka. Równie dobrze można Klan włączyć. Albo Wiadomości.

®Noemi Susenbach

Wstążeczki

Nieważne, jaki ci zadaję ból. Ważne, jak go odczuwasz. Kiedy z bólu czerpiesz korzyść, papa Grabek jest bezradny. Jego satysfakcja blednie, płaszcz moknie, włosy klepną, cała postać się zmniejsza i gdzieś czmycha bezpowrotnie. Ból? Bardzo proszę. Lubię. To moja mapa ciała. Niewidzialna, odczuwalna. Precyzyjna. Wiem, gdzie, co i jak. Bez tej wiedzy kończy się droga. Zostają tylko męczarnie. 

Jak można polubić ból? Pytanie raczej, jak go można nie lubić? Nie lubić sygnałów płynących z ciała, informacji? Równie dobrze można nie lubić wiedzy. Ludzie nie lubią wiedzy. Uciekają przed nią do aptek. 

Papa Grabek to choroba. Kwintesencja życiowych błędów. Suma ściśniętego w złośliwy kłębek stresu i zduszonych łez. A przede wszystkim: strachu. Przed życiem. Przed śmiercią. Przed bólem. Przed papą Grabkiem właśnie.

Tańczę. Oddycham. Płaczę. Wpuszczam do żył wicher, aby wywiał toksyny. Wieczorami, gdy już się przewracam, bo przecież taniec w bólu piekielnie męczy, obejmuje własne ciało, głaszczę, usypiam jak dziecko. Kołyszę się wśród kolorowych wstążeczek snów i nucę melodię o miłości, najtrudniejszej ze wszystkich, miłości do samej siebie. 

fot. Ewa Patzelt

Bela Lugosi’s Dead

Niespodzianka. Papa Grabek na peronie, bez kwiatów. Za to w czarnym płaszczu. Mówi, że wszystko zależy od niego i tak też się zachowuje. Władczo. Dziś zrobisz to, jutro tamto. Jest to tryb umiejscowiony wyżej rozkazującego. Trzeba być hiper-królem, żeby tak przemawiać. Papa Grabek myśli, że jest hiper-królem. 

O ile w ogóle myśli. 

Bo przecież nie ma mózgu. Posługuje się moim. Słucham Bela Lugosi’s Dead, Bauhaus. Miękko zapadam się w siebie. Sklejam fragmenty snów w całość. I nagle widzę go na tym peronie jakoś inaczej. Cymbał wynalazek. Ta kategoria. Bez ocen. Po prostu. Cymbał wynalazek. 

Włosy na żel, fryzura na kiura. W koafiurach. W zaspę nura. 

  • – Nieważne, jaki ci zadaję ból… – wyznaje z cieniutką niteczką śliny na ustach, obejmując mnie przy tym obleśnie. 

To mnie stawia do pionu. Tak, wreszcie czuję upragniony, czysty ból. I już wiem, jak brzmi końcówka tego jego wyznania. 

Chciałoby się zakląć, ale brakuje zaklęcia. Czasem najlepszym komentarzem jest milczenie. Zazwyczaj. 

®Noemi Susenbach

Czarny płaszcz

Cóż z tego, że nowy pociąg, skoro tor znajomy? 

A ja chcę do gwiazd. Ponad niebo. W galaktykę niebieskiego orła. 

Z tym chceniem to nie wiem. To znaczy wiem. Wielkie rzeczy są w małych rzeczach. Rozwiązanie zagadki w suszącym się na sznurze praniu. Rakieta kosmiczna do gwiazd. 

Ciało niebieskie, które mknie w kierunku Ziemi, to nie żaden asteroid, tylko UFO. Na pokładzie statku znajdują się istoty z innego wymiaru. Rejestrują poczynania NASA z wyprzedzeniem. 

Księżyc wychodzi z zodiaku Raka, wstępuje do królestwa Lwa. W kółko śni mi się dom, do którego jednak nigdy nie trafiam, zawieszona w niepewnej przyszłości, diabli wiedzą, gdzie będę nocować, ach, żeby chociaż diabli! Tego nie wie nikt, oprócz Czasu. 

To nieprawda, że przeszłość nie istnieje. Istnieje, ale ukryta pod dywanem. Sprzątasz, sprzątasz, a tej jakby nie ubywa. Przeciwnie: każdego dnia jest więcej. 

Perpetuum, kurwa, mobile. 

Trzeci dzień z rzędu śni mi się dom. Czwartego dnia – dom, do którego nie wracam. Nie wracam, mówię do słuchawki niewidzialnej matce, mężowi, ojcu, nie wiem, kotu, psu? Nie wracam, bo utknęłam na imprezie z okazji Dni Kętrzyna. Jest koncert, ludzie wynalazki i coś tam do wzięcia. W domu nuda. Kubek z herbatą. Wanna. Zatrzymany czas. A Czas nie lubi przestojów. Gna mnie przez życie w tempie domniemanej asteroidy, czyli UFO. 

Sytuacja paradoksalna. Pędzisz na pociąg do domu. Żeby się zdążyć zatrzymać. Żeby zdążyć kapcie włożyć. W szlafroku się powłóczyć. Ciszy posłuchać. Zasnąć. Jak najprędzej. 

Pociąg, rzecz jasna, ucieka, o następnym nie wiadomo, ktoś w czarnym płaszczu wkracza na peron i zarządza: zostajesz. Z nami. Na imprezie. Na balu u szatana. 

Czemu wszystko zależy od innych? 

®Noemi Susenbach