Bum.

Pokłóciłam się z Szamanem. Pierdolę.

Siedzę w gnieździe No i palę. Palę. Jaram, jaram.

Wiecie, co zrobiła Eve, gdy się pokłóciła z facetem? Wstała i wyszła. Niby nic, ale jednak dużo, bo oboje siedzieli w restauracji Grand Hotelu w Sopocie, do którego przyjechali na wakacje. Niby nic, ale jednak sporo, bo wcale w tym Grand Hotelu nie kwaterowali, nie. Mieszkali u Omy, czyli babci Eve (mojej też! ale mnie tam całe szczęście nie było… chociaż może szkoda?) w zupełnie innym mieście. Niby nic, ale jednak wiele, bo on był Niemcem, który polskiego ni w ząb. Adresu też, rzecz jasna, nie pamiętał.

– Wkurwił mnie i wyszłam – wyjaśniła potem Eve.

Wkurwił mnie i wyszłam. Zrobiłabym obrazek, ale mi się płótna skończyły. Siedzę więc i palę, a palę jak nigdy dotąd – na szerokości. Szatan Kometa tak pali. I jego ojciec, Ojciec Bio. W odróżnieniu od ojca Pio, z którym też mam kosę.

Pierdolę. Co za gatunek. Wiecie o co poszło? O BaBę z PP! Jezu, nawet mi się opowiadać nie chce. Ale spróbuję. Na granicy światów, tuż przy wnęce międzywymiarowej, postawili ławkę. Ci z WW. Tak ją przymocowali, że nie sposób wykopać. I na ławeczce od rana do nocy wstawione towarzystwo rezyduje. Z rozmów wynika, że mają do powiedzenia trzy słowa. Kurwa, pierdolę i chuj. Z jakiegoś powodu – w kółko. I z jakiegoś powodu głośno.

Zmieniło się w naszym ogrodzie. Lądują w nim pety i opróżnione puszki. Wymyśliłam więc, żeby przyczepić tabliczkę: obiekt monitorowany. Od razu zadziałało. Minął upragniony cichy wieczór, nadszedł ranek i oto BaBa z PP, uznawszy, że nikt nie będzie czepiał niczego W JEJ OGRÓDKU – tabliczkę zniszczyła.

Dostałam szału i rzuciłam przez okno kilka słów o łącznej treści: debilka. A Szaman nic. Leży, patrzy w komórkę i wygraża pod nosem, co jej powie. I leży. I wygraża.

Wkurwił mnie i wyszłam. Daleko nie poszłam, bo do gniazda No. Ale też pytanie: DLACZEGO TO JA MAM GDZIEŚ ŁAZIĆ?!

Dobrze, że mam co palić. Napisałam do Klaudiusza (moja druga siostra), że się pokłóciłam, a ona, że też się ze swoim pokłóciła. I tu mnie tknęło. Bo za dużo tej kosy wokół. Zaczęło się…

Zaczęło się, dziewczyny.

Bum. Noemi Susenbach

La bambola

Śniły mi się perły.

Sznur nieskończony, płynący wzdłuż dekoltu, przez linię brzucha, aż do kolan. I ten mleczny blask, delikatność blada, czystość, niewinność.

Perła to prawda w muszli pozorów. Prawda jest czysta. Prawda to miłość, zachwyt, pierwszy pocałunek. To nieprzespana noc, wiersz miłosny.

Prawda to głęboko ukryta w zawiłości świata ty. Ta najprawdziwsza, zapłakana, zakochana. W lekkiej sukience, z rozmazanym tuszem, wpatrzona w dal, gotowa rzucić wszystko dla jedynego sensu tego życia – miłości.

Z miłości została ci tylko perła. Święto wśród mozołu codzienności. Święto ma włosy jak anioł i oczy zrobione ze światła. I jest taką tobą, tylko że do potęgi. Płacze nieustannie, jakby zapomniało, że święto nie jest codzień.

Ale ono przecież jest! Jest i jest! Nie ma dnia, co tam dnia – nie ma chwili wytchnienia od tego cholernego święta! Ściskasz swoją małą perłę w dłoni i marzysz o tym życiu sprzed miłości, kiedy byłaś tylko ty od początku do końca, zamknięta w sobie dla siebie, jedyna, najważniejsza.

Też jestem perłą. Świętem. Nie ma dla mnie codzienności. Płaczę w każdej chwili i w każdej chwili śmieję się tak, że chciał, nie chciał – śmieje się ze mną cały świat. Jestem chodzącym obrzędem. Rytuałem, tańcem. Piosenką wyśpiewaną po rosyjsku. Albo po włosku, proszę bardzo:

Tu mi fai girar, tu mi fai girar, come fossi una bambola…

Perła. Autor Nieznany

Pani K.

Znać, że koleżanka Pana Demonium?

Gdybym była Ammą, rzekłabym „po moim trupie”. Ale na szczęście śmierć mnie nie dotyczy.

Chyba że mała.

Wracając do Pana Demonium: nikomu go nie oddam. Koniec tematu. Żadnych wymianek, zamianek na inny klejnot, żadnych tańszych kamieni. Cokolwiek bym na jego miejsce przyjęła, miałoby imię: Pani K.

Nie ulegam. Droga „koleżanka” nigdy więc koleżanką nie będzie, mało tego – w ogóle jej nie będzie. Pamiętacie Enemwu, Nieistniejącego Męża Wifi? Pierwszy bohater literacki, którego nie ma. Pani K. jest pierwszą taką bohaterką. Przywitajmy ją należnym nieistniejącym bohaterom milczeniem. I nie wymagam minuty, wystarczy sekunda. Sekunda milczenia to już coś, zwłaszcza w dzisiejszym świecie.

Diamenty. Dlaczego: are a girl’s best friends? Bo są. Ich istnienie jest prawdą. Prawdą, aczkolwiek mniej korzystną jest także ich brak. Druga sytuacja jest bardzo daleko od OK. Nie wiem, czemu tyle kobiet się na nią zgadza.

Żeby nie było (bo zaraz będzie!): – inne kamienie też się liczą. Szafir jak najbardziej. Rubin. Szmaragd. Rzecz w tym, że są to kamienie drogocenne. A drogocenne, znaczy: DROGIE. Zwłaszcza dla niego.

Dobry przyjaciel to ten, który powie prawdę. A Pan Demonium mówi bezustannie. Gubisz diamenty, gubisz przyjaciół. Fakt. Ale przecież jubiler wyjaśnił. On się czyści. Odrzuca kamienie, które nie pasują. I bardzo dobrze. Czyż można się doszukać sensu w noszeniu nieczystych diamentów? Na cholerę dźwigać kaprawe towarzystwo?

Jeśli bym oddała Pana Demonium, nic więcej bym się nie dowiedziała. Tkwiłabym z Panią K. w brązowej strefie i tylko to widziała, co w brązowej strefie bywa.

Nie diamenty.

Pani K. Noemi Susenbach

Znikające klejnoty

Pan Demonium – wysadzany diamentami zaręczynowy pierścionek z rubinem – wciąż gubi kamienie. Subiekt, który je uzupełnia, tłumaczy, że to normalny proces. Że on się czyści. Być może. Ale moja teoria jest inna.

Od dawna już mam do czynienia z tak rozkapryszonym precjozum. W postaci Ammy. Jest to ten typ charakteru, który gotów wypstrykać się z własnej wartości tylko po to, żeby się z nim nieustannie cackano. I teraz w kółko problem, bo przez wnękę międzywymiarową się trzeba przedzierać, tam zaraz o maseczkę afera, cyrk. Bo przecież nie wystarczy być. Spokojnie sobie lśnić, nic nie robić, trwać, zachwycać? Nuda. Tu potrzebny jest pisk, żal, dramat, epidemia.

Bad, bad news

Universe is gonna lose.

Od kiedy mam Pana Demonium, dzieją się rzeczy wszeteczne. Nikt nie widzi związku? A imię? Nie muszę wszak stałym Czytelnikom tłumaczyć, kiedy się pojawił i co się potem stało. Tymczasem on wciąż się sypie! Wciąż gubi brylanty, jakby wysyłał znaki tajemne, że to jeszcze nie koniec, to jeszcze nie TO.

Przyszedł Szatan Kometa. Obejrzał klejnot i mówi, dajcie spokój. To jakaś klątwa, przekleństwo. Trzeba go oddać subiektowi i w zamian kupić, kochani, bursztyn.

Mnie od razu oczy błysnęły. Plan został więc zatwierdzony, a było to dawno. Podkreślam, że było to dawno, jakiś czas temu. Proszę zwrócić uwagę. Dwa pewniaki. Chęć posiadania nowości i ogólna zgoda co do słuszności decyzji.

I nic.

Pan Demonium nadal się szczerbi z mojego palca. Za cholerę nie mogę się przedrzeć przez wnękę wymiarową, za diabła nie mogę spełnić planu. Powody są różne. Ale największy, najpoważniejszy, najbezwzględniejszy z nich to to, że mi się nie chce. Nie chce mi się łazić po żadnych głupich galeriach, żadnym rozhisteryzowanym ochroniarzom nie chcę odpowiadać na pytanie: gdzie maseczka? Ba. Nie chce mi się nawet palca pokazywać.

Ostatnio wymyśliłam, że będę nosić hidżab. Kultura pokazuje wyraźnie, że to skutkuje dystansem. Nie podejdą, będą się bali ISLAMU. Dla mnie: bomba. Nomen omen. Przez ułamek sekundy nawet kombinowałam, jaki kolor chusty itd. Z rozbawieniem wyobrażałam sobie, co by powiedział Czerwony Wędrowiec widząc mnie w hidżabie.

Ha, ha, ha, ha, ha.

Przepraszam, ale nie mogę.

Ha, ha, ha, ha, ha, ha.

Zrobiłabym sobie selfie, serio. I wysłała.

Ha, ha, ha, ha, ha.

ISLAM.

Fala upałów odwiodła mnie jednak od tego rozwiązania. Wpadłam więc na inne. Ochroniarz już, już chce się dowalić, a ja tymczasem płynnym włoskim odpowiadam, że non capisco, nicht verstanden. Prawdopodobieństwo, że ochroniarz zna jakiś język jest nikłe.

Ale i tak nie poszłam.

Nie ruszę się stąd, dopóki nie zgadnę, o co chodzi tej nieutulonej dzidzi. Może właśnie o to? Może przenikanie zimnym światłem jest celem? Lodowata energia spolaryzowanego węgla mrozi moje emocje, fraktal symetrycznych wiązań zamyka mnie – rozedrganą – w krysztale. A sypiące się kamienie mówią: JESTEM. Bo gdyby się nie sypały, kto wie, może już bym o nich zapomniała? Na umywalce zostawiła w Sopocie, jak tamten dziecięcy pierścionek, co był tak maleńki, że wpadł do zlewu i popłynął hen, daleko w nieodgadniony rejs?

Dostałam go przed laty od Czerwonego Wędrowca. Kupił na straganie przy plaży. Pierścionek miał oczko bursztynowe i srebrne płatki wokół. I kilkuletnią, pyzatą właścicielkę. A potem: rozrywające serce pożegnanie.

Spieszmy się kochać klejnoty, bo tak szybko odchodzą.

Znikające klejnoty. Noemi Susenbach

Biegnij.

Mało komu się udaje. Ofiar jest sporo, sporo jest też takich, co stają pośrodku drogi i sparaliżowani strachem, zastygają w bezruchu. Niektórzy jednak, zaintrygowani majaczącą w oddali obietnicą odpowiedzi – biegną.

Biegną co tchu, choć dech odbiera to i tamto i jeszcze tamto… o Boże, ile tego!? Znikają mgły i dywany, zostaje już tylko to, co pod nimi i to się chyba wije i to chyba krzyczy, a to i tak nic, bo nawet jeśli się wije i nawet jeśli krzyczy to przecież nie jest jeszcze tak czarne i tak straszne jak tamten cichy płacz…

Mogłabym nic nie pisać, mogłabym nic nie robić, mogłabym się zamienić w kamień, najlepiej: w diament, bo to najczystsza forma węgla, który przestał wreszcie być taki zajebiście aktywny i nie wiąże już nic, absolutnie nic poza samym sobą. Mogłabym.

Mogłabym karmić kruki. Szaman gdzieś przeczytał, że to bardzo wdzięczne zwierzęta. W zamian za karmę przynoszą śrubki i wkrętełka. To by się przydało. To by było dobre.

Biegnij.

Sztuka polega na tym, żeby biec tylko tymi drogami, których się nie zna. I nie bać się.

Nie bać.

Biegnij. Noemi Susenbach

Kąpiel Kleopatry

Pamiętaj, aby dzień święty święcić!

Owszem, mam parę zastrzeżeń do Dekalogu, sama forma podania jest już dyskusyjna. Każde logicznie myślące dziecko ma w sobie bunt, gdy musi stosować się do zaleceń wygłoszonych przez gorejący krzak. I chętnie poznęcam się nad tematem, ale innym razem. Dziś się nie kłócę. Dziś jest Niedziela. Święto relaksu. Dzień kąpieli w mleku.

Już dwa tysiące lat temu ludzkość znała cudowne działanie mleka na skórę, dlatego gotowa jest zapłacić sto czterdzieści miesięcznych pensji szwaczki z Bangladeszu za pojemnik zero trzydzieści milinanograma kremu z napisem, że ma proteiny mleka. Czy coś tam. Pamięć po mleku? Chyba.

Żadnej babie nie przyjdzie jednak do głowy, żeby pójść do spożywczaka, kupić litr tego cudownego płynu za trzy złote i wlać do wanny. Chyba że na „poradnik zdrowie” przeczyta, ale i to nie wiadomo. Nie ma czasu przecież. Musi zasuwać na trzy etaty jak koń, bo mąż i dzieci oraz WSZYSTKO. Zero trzydzieści milinanograma pamięci po mleku działa przecież „cuda”. Nie trzeba spać, wypoczywać, ani pływać w rozkoszy.

Bo kąpiel w mleku to czysta, obezwładniająca rozkosz.

Więc jak tam sobie chcecie.

Kąpiel Kleopatry. Noemi Susenbach

Wysoki Sądzie

Nie mam nic. Wszystko, co miałam, zabrał mi mój były – Wąż. Jestem lżejsza od kartki papieru, nie trzeba więc robić ze mnie samolocika.

Sama latam.

Byłam w urzędzie, żeby zrezygnować ze śmieci – nie będą mi już potrzebne. I jeśli chodzi o te wszystkie pisma z ZUS:

Szkoda na nich brzóz.

Jestem lżejsza od kartki papieru.

NIE.

Chwila, w której człowiek pojmuje, że nie jest w stanie kłamać choćby przez ułamek sekundy – jest straszna. Ten moment konfrontacji z samotnością i ta kategoryczna, nieustępliwa prawda mają w sobie coś z przemocy. Potrzask. Klatka. A jednak wolność!

Wolność, której istotą jest absolutna, nieubłagana autonomia. Stan bez podpórek. I żadnych więcej kompromisów, żadnej ustępliwości, żadnego grania w czyjąś grę. Żadnego zgadzania się na pierdolenie o niczym, żadnego udawania, że nie wiem, podczas gdy przecież wiem.

To jest właśnie ta chwila.

Cisza, jak w górach. I jak okiem sięgnąć, pusto. Przepaście bezdenne, ostrza szczytów, chmury, chmury, chmury. No i, oczywiście, deszcz.

Burza z piorunami! A ja sama. Może nie sama, bo jednak Szaman targa plecak. Ogólnie z Szamanem jest zawsze wygryw, bo on nie tylko targa plecak, ale jeszcze w międzyczasie skonstruował rower elektryczny oraz spadochron w razie jakby co.

O Arce Noemi nie wspomnę. Bo w górach jesteśmy, nie na morzu. Chociaż na morzu też, oj, na morzu też. W odmętach Oceanu Pomarańczowego pływają zwłoki „przyjaciół”.

– NIE.

To podobno pierwsze słowo Eve. Mnie aż tak nie rozpieszczano. Małych śmierci się nie rozpieszcza. Małe śmierci zgadzają się na wszystko, bo małe śmierci przepraszają, że żyją.

Przychodzi jednak dzień, gdy mała śmierć przestaje być już taka mała. Owszem, ma w sobie tę dziecięcość, zabawne dreptanie i pajacowanie w ogrodzie. Ja po prostu nie mam wzrostu. Ale w środku jest stalowy trzpień, kościotrup z tytanu.

NIE.

To pierwsze słowo dorosłej małej śmierci. Przeszło przez ściśnięte gardło. Wybrzmiało. Jest na świecie.

I już nigdy na tym świecie nie będzie tak jak przedtem.

Ocean Pomarańczowy, Noemi Susenbach

Pełnia czyli Pokój nocny

Pełnia, Noemi Susenbach

Nie wiem, co jest w tej pełni szczególnego, może to, że nie wiadomo: gdzie lampa, gdzie Księżyc? A może to, że nie wiadomo: dzień to czy noc?

Od rana czuję paniczną potrzebę zniknięcia, dokładnie taką samą, jaką bym czuła na miejscu Księżyca w tym stanie właśnie. Wszak stan bycia totalnego, bycia na maksa wywołuje tęsknotę za niebyciem w ogóle. Pamiętam, jak przed laty po cichu pisząc swe zapiski na blogu, w jednym momencie stałam się sławna.

Od razu zapragnęłam zamknąć blog.

I tak z Księżycem dzisiaj. Wypełniony sobą po brzegi, ostatecznie się schował za chmury. A całą energię z niewidzialnego świecenia wysłał wprost w moje serce. Przeszyta na wylot zimnym światłem, leżę od rana bez tchu wymyślając, kogo by tu sensownie ukatrupić.

W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy ZUS. Albo kościół katolicki. Jedno i drugie! To by było coś. Dużo korzyści dla ludzkości. Dużo pieniędzy, miejsca, przestrzeni – zaoszczędzonych. Nerwów i niegodziwości kres. Ale tak się to rozsiało po globie, że nie wiadomo w kogo celować.

Poza tym nie chce mi się z łóżka wstawać.

Najlepszy jest strzał, który nigdy nie pada. Bezgłośne pif-paf. Zabijam ZUS, kościół i całą resztę. Wszystkich po kolei. Z psychopatyczną satysfakcją słucham błagalnych jęków. Litości nie przejawiam. Łubu-du, lecą głowy ze stołków. Gilotyna jak krajalnica do jaj.

Ajajaj!

MM mnie namówiła na rubrykę. Będzie się nazywała Pokój nocny. Przy okazji wytworzyło się między nami pole elektryczne o wysokim napięciu z powodu notki bio, selfie i różnych innych bzdur. Ostatecznie wysłałam jej serię z karabinu o treści „pierdolę” i tak powstała jedyna w swoim rodzaju charakterystyka podmiotu lirycznego.

NOC

DZIEŃ

NOC.

Na zusowe zwłoki

naciągamy koc.

DZIEŃ

NOC

DZIEŃ.

Kościół katolicki

jest wyrżnięty w pień.