Państwo zagubionych dzieci

Czym jest starość? Starość to powaga. Stan, w którym ewentualnie dopuszczalne emocje to: strach, długo, długo nic, potem znów strach i na końcu miraż gniewu, kilka fałszywych nut złości, jakaś zabłąkana nad kotletami łza, nic więcej. 

Broń boże, radość! Żadnych żartów, uśmiechów. Powaga to szczelna komora z dokładnie odliczonym zasobem tlenu. 

Czasem widzę takie dzieci. Nie mają zmarszczek, a już są stare. Idą przez ledwie rozpoczęte życie z ciężkim wiekiem do trumny ku najdoskonalej czarnej formie starości: śmiertelnej powadze.

Kolaż pod tytułem JEBNĘ

Coco Chanel z papierosem, ja z lufą. I podpis: kto się lepiej bawi?

***

Mam ochotę zrobić kolaż, przeglądam przeznaczoną dla kobiet myślących prasę kobiecą i czytam to tu, to tam, jak to teraz jest super, dzień kobiet, wystawa kobiet, festiwal kobiet, kongres kobiet, femi, sremi, wege, srege. 

REDAKCJA RADZI:

Panowie lubią wysokie obcasy.

I wydepilowane cipki.

Nowa kampania reklamowa (…) to prawdziwy prezent na Dzień Kobiet dla każdej z nas. Wziął w niej udział m.in. bardzo przystojny model Andrea Damante. Wypadł doskonale. 

Żeby to zrozumieć, czytam piąty raz. 

List od MM

Właśnie dlatego nie chciałam cię znać. Żeby potem nie czekać na twoją wiadomość. 

  1. Wpierdalasz mnie w czas przeszły, co widać w pierwszym zdaniu.
  2. Tą swoją bieganiną po kartonie przypominasz mi mnie. 
  3. Ból, ból, ból, ból i ból!
  4. Najchętniej bym te punkty teraz poplątała, żeby choć raz porządnie ci w głowie zamieszać!
  5. Ale piszę to w programie. 
  6. I się nie da. 

Nie ma takiego nadwymiaru, który nie ma swojego nadwymiaru. Zawsze jest jakieś BARDZIEJ. 

A ja bym chciała latać, beztrosko nad chmurami, tam jest taki salon biały, purpurowe kwiaty… I tak, jest, JEST! 

Otwarte okienko.

Magda z Warszawy

Dwa browary. Konsultowane z lekarzem. 

Lista znajomych:

O BOŻE!!!

siedem siedem dwa tysiące dwadzieścia jeden

Liczę i doliczyć się nie mogę, tymczasem dzwoni Magda z Warszawy i teraz to już się nie doliczę. Cały świat! Cały świat! A może: kosmos? Hej, hej, z góry uprzedzam: noł-fakin-łej. Interesuje mnie tylko zabawa. Nie zamierzam bawić się sama. W ogóle nic nie zamierzam. 

Dwa browary po trzynastej, dość, że zimne, to w dodatku mokre. Spytajcie Bellę. Ma uprawnienia. I pieczątkę: 

PANI DOKTOR.

Wypisuje receptę, zalecenia ścisłe: dwa buchy nad ranem, dwa browary na czysto. Dżisas, kurwa, ja pierdolę, chwytam za pistolet, chcę strzelić, lecz ze śmiechu nie mogę. 

Demon zmienia się w węża. Wąż ma kolor czerwony. Sunie wewnątrz kości, pływa w ich purpurze. Wnika do szpiku. Wnika do szpika. Rodzą się erytrocyty. Po jakich rodzicach! 

Czy jest na sali geniusz, który mię rozumie?! 

To co leci, to jest chyba tango. La milonga. Za oknem lato. W doniczce zioła. W telefonie alert. Burza się zbliża. Wicher wichry woła. 

Riders on the storm… 

Lecę! Morze się samo nie opłynie. 

Porąbana książka

Nie, żeby się skarżyć. Właściwie jest to powód do dumy. Każdy artysta by marzył. Wzbudzać takie emocje?! Że siekiera?! 

Jeśli ją kiedyś ponownie wydam, zamiast poprzedniego, właśnie taki dam tytuł. Porąbana książka. Zaprzeczenie wszelkich nauk. Żadnego wstępu, rozwinięcia, zakończenia. Tylko „łup” w głowę od pierwszej strony. 

Łatwo jest gadać. A gdybym to ja miała tak rąbać? To co? Ostatnio czytam Zasady rysunku realistycznego. Są podstawy. Jest ich sporo. No, ale… Mały leksykon sztuki współczesnej? Chyba z nudów. Szklanka na pająki? Za cienkie. 

Atlas. Atlas Świata. Jest masa do odparcia ciosów, jest powód. §

I shot the sheriff

I shot the sheriff. I jak mnie jeszcze któryś wkurwi, też zastrzelę. Pytacie, jak? To proste. Wyciągam ramię, prostuję i strzelam. On, oczywiście uzbrojony z pałą, w panice chwyta wszystkiego, co tam mu sterczy. Daremnie. Nie ma takiego oficera, co by mnie wyprzedził. Nie ma takiej funkcji, co przegoni wicher. I’M SORRY. Sorry, sorry, sorry…

SAJK. 

TEN STAN

Co robi artysta, kiedy nie tworzy? – Pije! – powiecie. Nie zawsze. – Pali! Być może. Medytuje! Ha, ha, ha. No tak…

Na pewno się miota. Och, Boże, jak się miota! Miotanie to należy do tych beznadziejnych, niemających przyczyny, pozbawionych celu. Stan emocjonalny spławika w bezwonnej i bezsmakowej cieczy o pH równym zero.

Żadnych obietnic, że będzie lepiej. Żadnych zapewnień, że to chwilowe. Wokół bezkres mokrego horyzontu, a ty po uszy w niczym. Nie powiem, że łapiesz oddech, bo oddechu już nie masz. Właściwie, kto wie, czy nie oddychasz przez skrzela. Tylko czym? Czym?! Bo przecież nie tlenem, skoro tlen wszystek wraz z ostatnim wdechem wciągnięty. 

Deszcz, deszcz, deszcz, jakby wody było mało. Niesłusznie odstawiony na bocznicę wagon zna to najlepiej. On to rozumie. I niechby miał żal do losu. Niechby się pogodził. Ale nie, bo przecież jest jeszcze tyle, tyle, tyle… motyle…

Podczas śmierci człowiek szybko się uczy. Niedużo jest czasu do zmartwychwstania. 

Planeta krokodyli

Nie wiadomo, co trudniejsze. Dopasować świat do swoich potrzeb, czy dopasować się do potrzeb świata? Pierwsze ma skutki dyskusyjne. A przynajmniej: ryzykowne. Jeśli bowiem dopasować świat do swoich potrzeb, dajmy na to w średniowieczu (lub współczesnej Polsce), może się okazać, że oto zamiast pędzić po kosmosie elipsoidalną planetą, dryfujemy na skorupie żółwia wśród bezkresu oceanu. Średnia przyjemność, choćby z tego powodu, że ocean zaśmiecony maseczkami.

Dopasować się do potrzeb świata? Też bywa z tym różnie. Jeśliby bowiem dopasować się do potrzeb krokodyla, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Ciężko by też było z ciotką Jadźką. Kogo nie wskazać, każdy wymaga cudów. Ich wypełnienie to herkulesowy heroizm podszyty mitologią. Słowem: bezsens. 

Dopasować się do swoich potrzeb? 

Ha, ha, ha, ha, ha!

Planeta krokodyli
Noemi Susenbach

Morning song

Pustka. Cały świat sobie z nią radzi, poza mną. Tu wieje. Zaciąga. Nawet trochę duje i na nic zamykanie okien. Na nic zatyczki w uszach. 

Pocieszam się, że tak ma być. Nic, co odchodzi, nie jest mi przecież potrzebne. Balast rzeczy, wspomnień, znajomości, przeżyć. Wszystko jest jak woda, jak wiatr. Drąży ślady, formuje kształty, ale przepływa, przemija, znika. Nieważnieje.

Zmiana to proces twórczy, zwłaszcza, gdy jest destrukcją. Czarna farba jest tak samo ważna, jak biała: coś nie zapłonie, dopóki coś się nie zgaśnie. 

Tymczasem punkt zero, pustka, nic. Tylko ta piosenka. Utwór poranka, nuta pobudki. Zwykle poza preferencjami, nieco drażniąca i uparta melodia, kilka słów, diabli wiedzieć czemu tłukących się w kółko po wewnętrznym uchu:

Każdego dnia dziękuję bogu za to, że cię mam.