Czelencz Raszia

Kiedy człowiek przychodzi na świat (WW), dostaje pakiet emocji. Cała sztuka polega na tym, żeby nauczyć się korzystać z pakietu, ale nie dać się zapakietować.

Gdy przyszła moja kolej, zamiast wziąć zwykły pakiet, który brali wszyscy, już wtedy zdradzając swój charakter – sięgnęłam po pakiet ekstra.

Bardzo bym nie chciała spotkać osoby, która – jak ja – sięgnęła po pakiet ekstra.

Wyplątanie się z mojego zapakietowania zajęło mi sporo czasu. A i wyplątana nie jestem do końca bezpieczna. Pamiętajmy, mówimy o wersji turbo. Dla lepszego wyjaśnienia posłużę się kotem.

Wszyscy ludzie wokół lubią kotki, nie ma sprawy. Wziąć kota do domu? Zwykła rzecz. Nikt się nie dziwi. Dziwić się zaczynają po trzecim kocie, ale i to przechodzi do normy pod kategorią: „dziwna ciotka”. Koty łażą jej po głowie i stołach, nie czyniąc specjalnego zagrożenia. Najwyżej, gdy umrze, ją zjedzą. Przynajmniej jakiś pożytek. Inaczej sprawy się mają, gdy zamiast kotka, przyprowadza się do domu panterę.

To właśnie mój przykład.

Moja pantera nazywa się Czelencz Raszia. I dopiero niedawno ją oswoiłam. Ale zanim to się stało, omal nie doszło do tragedii. Według niektórych doszło. Co zresztą jest jednym z zagadnień w temacie oswajania Czelencz. Test leci tak:

Co zrobić, gdy twoi znajomi wraz z rodziną twierdzą, że zwariowałaś?

  1. Bardzo się tym przejmować i podejmować nieustające próby przekonywania, że to nieprawda.
  2. Mieć to w dupie.

Pantera jest bezlitosna. Za każdym razem, gdy stosujesz punkt pierwszy, dostajesz pazurami przez łeb. Aż do skutku. Aż do wybicia z głowy choćby mgły po pamięci jednego słowa z punktu pierwszego.

Wtedy z drapieżnej francy zamienia się w plusz i ciepłem swego ciała tuli cię do snu.

Czelencz Raszia, Noemi Susenbach

Odlot w wersji turbo

Wczoraj była Bella. Nie wiem, czy wystarczająco wyjaśniłam, Bella jest chirurgiem. Plastycznym. To taki lekarz, który zajmuje się składaniem ciał, po których, dajmy na to, przejechał pociąg. Nie mam pojęcia, jak jej się udaje do tych ciał wpompowywać życie, ale tak jest.

Życie płynie. Po zastygniętych z przerażenia żyłach rwą wartkie strumienie krwi. A poszatkowana jak kapusta skóra na nowo przybiera swą całość.

Bella jest Bogiem. Tak jak Leo, który też jest chirurgiem. Nie powiem, kto z nich jest Bogiem bardziej, nie ma skali. Między kobietą a mężczyzną jest taka przepaść, że żaden ranking nie ma sensu.

No więc Bella jest chirurgiem plastycznym i zna się na tak zwanych rysach twarzy. Trudno o lepszego specjalistę. Pokazałam jej zdjęcie. To legitymacyjne, z kotarą w tle. Tak się kiedyś robiło zdjęcia. Delikwent stawał na tle kotary harmonijnie upiętej i słowo daję, wyglądało to lepiej niż obecnie stosowane płaskie, szaro-żadne tło.

Ale chodzi o twarz.

Twarz z tym samym nosem, ustami, a nawet falką grzywki nad czołem. Bella zagłębiła się w analizie. Wzięła pod lupę cały album. Krok po kroku, cecha po cesze brała na warsztat genetyczny kod mojej istoty i paralelę podobieństw do postaci ze zdjęcia. Wzrokiem fachowca prześwietliła czaszki, rozbiła uchwycone na kliszy rysy na atomy. Aż wreszcie wydała werdykt:

TAK.

Szaman pokiwał głową. On te: „tak” wiedział już wcześniej. Tylko inaczej określił:

– Coś jest na rzeczy.

Mówiłam, że między facetem a kobietą jest przepaść. Chociaż różnie bywa. Zdarzają się jednostki wyważone, jak na przykład Ojciec Bio. Ale o nim napiszę kiedy indziej, bo teraz mi czaszka (prześwietlona) dymi.

Mam potwierdzenie lekarza specjalisty. A więc WIEM.

I co teraz?!

Kiedy człowiek WIE, może zrobić różne rzeczy. Może wziąć telefon, zadzwonić i zrobić taką aferę, jakiej jeszcze ta święta rodzina nie widziała.

Spektakularne. Anegdotycznie atrakcyjne. Ma szansę zapisać się w historii. Ale poza spektakularnością, anegdotyczną atrakcyjnością i mglistą wizją nikomu niepotrzebnego pomnika – walorów brak.

Można się upić. To zawsze działa. W końcu okazja. Pieprzyć Maweraszię. Dam sobie z nią radę. Zresztą każdy tak myśli. Ewelement na przykład.

Śniło mi się morze. Siedziałam na pomoście, a coraz bardziej rozszalałe fale darły wprost na mnie.

Boże. Boże. Boże. Żeby tak dało się utulić te fale. Żeby tak uzyskać spokój!

Jest tylko jedna ku temu sposobność*. Biorę płótno, farby i wyłączając się z rzeczywistości, z psychopatycznie laserową dokładnością do jednego milimetra Losu, nasączam płótno kolorami. Zamieniam nicość w kamienie.

Szlachetne.

Proces ten pozbawia emocji, uzyskaną energię kierując na ekscytację. Ciekawość jest składową radości, a ta z kolei ma konotacje w kierunku bardzo interesującego gruczołu zwanego szyszynką. Pobudzona do działania, produkuje serotoninę a także niezwykle fascynującą naukowców cząsteczkę o nazwie DMT.

Niedawno dowiedziałam się, że coś o tej nazwie chodzi po rynku, ale nie wiem. Ja bym tego, co chodzi po rynku, tak nie nazywała. DMT jest najbardziej adekwatna, gdy wydziela ją własna szyszynka. Myślę, że Bella może to potwierdzić.

Leo też.

No więc pobudzona do pracy szyszynka wydziela serotoninę i DMT. Znaczy: masz jazdę gwiezdną na tęczowej chmurze. Jako dygresję dodam, że rozciąganie przy tym mięśni dotlenia płytki krwi, które też produkują serotoninę, co powoduje odlot w wersji turbo.


Noemi Susenbach

*Bella mówi, że jeszcze grzyby.

Pamięć genów

Gdy się okazało, że piszę książkę, od razu powaga w arce. Leo z Bellą jak myszy pod miotłą. Ewelement się wyprowadza. No poleciała do gniazda Węża. Szaman milczy, albo odmiany gada jak najęty, a mówi takie rzeczy:

Miernik.

Przelotki.

Napięcie dwufazowe.

Zestaw kluczy płasko-oczkowych.

Ta. Kosmos jest na zakręcie. Wenus zrobiła trzy kroki w tył. Ukryta na dnie oceanu, wiem doskonale, że zaraz trzeba będzie wypłynąć. A że na dnie leżałam długo, jest energia. Rzecz nieunikniona. Zabawne, że ludzie myślą inaczej.

Nie wierzą w energię.

Idą do podstawówki, uczą się, potem średnia, na fizyce, chemii, w kółko ten sam przekaz – bez skutku. Nie dociera. Beton. Energia nie istnieje. Albo: bierze się znikąd, a potem przepada. W nicość. Logiczne, że świadomość też w nicość zapada. Przyszedł, odszedł. Nie wiadomo, po co przyszedł. Nie dowiedział się. Potem trzeba mu pomnik postawić. Tak był „niezbędny”, że można zapomnieć.

Jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł, żeby mi pomnik postawić, osobiście będę się pastwić nad nim do końca wieczności.

Straszenie mam opanowane. Podchodzę do śpiącego delikwenta na palcach (o ile wichry mają palce), skradam się, nachylam tuż nad uchem, otwieram usta i z otwartego gardła powoli, powolutku wypuszczając powietrze, nisko uwalniam głoskę:

– Aaaa…

Kobiecy demon pchnął drzwiami sypialni. I rozsiadł się po kątach. Rozlał.

Piszę! Nie przeszkadzać! Embrion małej śmierci rośnie w siłę z każdym dniem. Wiecie jak to przebiega? Jak na dyskotece w szkole. Dyskoteka trwa dwie godziny, nie ma czasu. Zadanie polega na znalezieniu partnera. Jak nie znajdziesz: przepadasz. Latasz jak elektron przez kolejne wieczności, dopóki facetka nie zezwoli na następną dyskotekę.

Tak więc gamety łączą się w pary, a łączą się według klucza, który doskonale znają. Na dyskotece też obowiązuje klucz. Coś, co pasuje. Zawsze ktoś do kogoś pasuje. No chyba, że jest się Aniołem, jak Ziarno, wolny elektron Kosmosu.

Gdy się już połączą, zaraz muszą mieszać. Wskoczyć do miksera marki crossing over, który potnie ich DNA na kawałki, a potem scali w homogeniczną całość.

Ta homogeniczna całość to właśnie nasz śpiący na dnie oceanu embrion. Nicniewiedzący, niepoinformowany kto na tej dyskotece z kim – niewinny jak lilia, kwiat „dzieci kwiatów”.

Śniło mi się, że w domu mojej babki znalazłam brudy w łazience. Chciałam je zetrzeć, a potem wyprać szmatę. Jednak nie było pralki. Tylko zamrażarka.

Tam się brudów nie prało. Tam się je zamrażało.

Sny opowiadają o stanie obecnym. Złego czasu użyłam.

Tam się brudów nie pierze. Tam się je zamraża.

Zamraża się embriony jak w tym całym, oburzającym in vitro. Zamraża się ich pamięć, pamięć genów i niweczy najważniejszą zdolność ludzkiego ciała. Pojęcie sensu istnienia.

Kurwa!

Rzadko przeklinam. Ale czasem nie daję rady. Wtedy po prostu… sobie wybaczam.

Mała śmierć

Najbardziej lubię siedzieć na dnie oceanu. Na górze szaleją huragany, tymczasem u mnie cisza jak makiem zasiał, nawet BaBa z PP nie pierze, chyba umarła. PP też umarł. Na dnie oceanu nie ma nikogo, jest doskonale czarno i cicho. Istny raj.

Ten sam, który był kiedyś piekłem.

Szaman opowiedział mi przypowieść o długich łyżkach. W piekle – mówił – jest wszystko, stoły suto zastawione. Można jeść pod jednym warunkiem. Trzeba posługiwać się łyżką. Do dyspozycji są jednak łyżki z bardzo długimi trzonkami. Tak długimi, że w żaden sposób nie da się nimi trafić do ust. Jedzenie na stołach pachnie, kusi, dręczy. A wszyscy cierpią potworny głód. Przez te piekielne łyżki…

– A w Niebie? – pytam. – Jak jest?

– Dokładnie tak samo. Jedzenie na stołach i długie łyżki. Różnica polega na tym, że tam się karmią nawzajem.

Z moim dnem oceanu jest podobnie. Gdy się tam znalazłam po raz pierwszy, wpadłam w straszliwą panikę. Przygnieciona, sparaliżowana, samotna – zaplątywałam się coraz głębiej w wodorosty i macki ośmiornic. Depresja ma swoje prawa. Poniżej poziomu morza.

Wreszcie, gdy zjadłam już chyba całe psycho-ścierwo, które wyprodukowały koncerny farmaceutyczne, terapeutka kazała mi narysować raj.

Bez namysłu wzięłam kartkę i zamalowałam ją na czarno. Tylko tego pragnęłam. Mroku i ciszy. Nic więcej.

Mrok i cisza.

No to, proszę bardzo! Mówisz i masz. Zanurzaj się choćby codziennie, siedź ile pragniesz. Tylko tam dowiesz się prawdy. Takiej prawdy, od której cierpnie skóra. Takiej prawdy, od której ściska gardło.

I nie, nie chodzi tu bynajmniej o innych. Tu chodzi o mnie, dokładnie o MOJĄ OSOBĘ, jaka jest, czego pragnie, po co przyszła na świat i z KOGO tak naprawdę się składa.

Tu, na dnie oceanu opadają zasłony. Milkną słowa, gaśnie świat. Siedzę u stóp potęgi, w samym oku cyklonu. Mogę suchą stopą przejść przez osławione Morze Czerwone, a nawet przez mój własny Ocean Pomarańczowy. Więc idę.

Pies demona prowadzi.

Najpierw do albumu ze starymi zdjęciami. Ale zanim to się stanie, śni mi się sen. Indianie amazońscy podczas inicjacji szli samotnie w dżunglę, a jedyną ich wskazówką były sny. Ze mną podobnie.

No więc sen. Przychodzą do mnie rodzice. Nie wiem, czy to na pewno jest Amma z Czerwonym Wędrowcem, bo oboje jacyś nieswoi. Mówią mi miłe słowa, są dla mnie dobrzy. Hm. Coś tu nie gra. Ale nic, przyjmuję wszystko z uśmiechem. Tylko zauważam, że byli u mnie już jacyś rodzice wcześniej. Jacyś inni. Jak to? To niemożliwe!

– A jednak. Przyszli we śnie – wyjaśniam.

– We śnie się nie liczy! – mówi Amma, a ja przyglądam się jej coraz baczniej, bo przecież właśnie śnię, to co, teraz też się nie liczy?!

Ona się reflektuje, robi miny i pyta, czy zostawili jakiś kontakt. Owszem, zostawili, odpowiadam. Mam tu gdzieś… – i wyciągam karteluszek z odręcznym pismem. Pismo formuje się coraz wyraźniej, aż czytam na głos takie oto słowo: WENDETA.

Wendeta, powtarzam dwa, może trzy razy, a Amma teraz na starej fotografii – kurczy się, jakby ją ogień trawił. Gdy otwieram usta i chucham w jej stronę, płonie. Gdy się budzę, słyszę własny, kategoryczny, mocny głos: mój oddech zabija.

Jestem małą śmiercią. Mała śmierć to dziecko, którego się nie chce. Dziecko, które swym przyjściem na świat popełnia zbrodnię na życiu matki. I dopóki oddycha, odbiera jej oddech, bo przecież każdy kolejny dzień kosztuje tak wiele, każdy kolejny dzień jest zagrożeniem, że prawda wyjdzie na jaw.

Tymczasem prawda już wyszła, bo to dziecko jest prawdą! Świadectwem, bezwstydnym afiszem skrzętnie ukrywanej hańby! Nikt nie może się dowiedzieć, tymczasem wszyscy wiedzą, bo wszyscy widzą, bo ono żyje, chodzi dziwnie i dużo płacze, a paznokcie ma pokrzywiane.

Budzę się, wertuję stare fotografie. Ciotki, wujkowie… I nagle zastygam w bezruchu nad zdjęciem legitymacyjnym, zdjęciem które znam od zawsze, a które z niewiadomych przyczyn przewraca się po moim życiu od lat.

Nos. Usta. Kości policzkowe. Włosy. Nawet grzywka tak samo faluje nad czołem…

I nagle: łubu, du, lawina wspomnień, strzępów rozmów z dzieciństwa. Wszystko tak nagle, bez znieczulenia, bez wyjaśnienia, jedno za drugim. I to, i tamto. I jeszcze tamto. I jeszcze…

Co to za świat, na który przychodzą „małe śmierci”? Co za życie w niedopasowaniu, w niewiedzy, w nieustającym zdumieniu? Małe śmierci zbierają całe zło i choć są niewinne – wina jest zawsze po ich stronie.

Bo są.

Bo są.

Bo uparcie są i jakby się zmówiły, są WŁAŚNIE TAKIE.

Nie mogę spać. Jednak zasypiam. I znów sen. Śni mi się książka, lektura naukowa. Stoi na półce, nie trzeba daleko szukać. Biologia molekularna, dział Genetyka, rozdział Dziedziczenie. Czarno na białym, bez żadnych odlotów, nieznośnych nadinterpretacji, ot, po prostu: punkt po punkcie leci w przepaść biała wieża.

A na dnie przepaści mrok. I pustka. Nie ma już nic. Nie ma znajomych, przyjaciół. Nie ma też rodziny. Depresja prowadzi przez odmęty, na sam koniuszek oszukanego świata, gdzie, skręcona w embrion, budzi się do życia mała śmierć.


Mała śmierć, Noemi Susenbach (fragment)

Mała śmierć, Noemi Susenbach

Pies demona

To było dawno temu. Przeczytawszy w gazecie wywiad z egzorcystą, dowiedziałam się, że podczas wyganiania demona z opętanego, ten ostatni wypluwa ciekawe rzeczy. Gwoździe, śruby, tasaki, tłuki.

A także, nie wiedzieć czemu: pieski.

Wywiad nie wyczerpał tematu. Bo choć opowiadał o sukcesach księdza na tym polu (nie pamiętam już, co było sukcesem: demon czy koperta?) – absolutnie nie zajął się sprawą psa. I uważam, że jest to, delikatnie mówiąc, skandal.

Niezależnie, skąd pies pochodzi, psem należy się zająć. I powinien to, rzecz jasna, uczynić ksiądz, on bowiem psa z jego prawowitego domu wygnał. Nieważne, jakiego. Macierzy się nie wybiera. W gazecie jednak nic na ten temat nie piszą. A szkoda. Mieliby szansę się nieco wybielić z tej czerni, którą wszak też kalają.

Pies demona wlókł się za mną od czasu feralnej lektury. Niezaopiekowany, chory już, bo nieszczepiony, zgaszony, choć wciąż piękny, jakże kiedyś obiecujący wilczur, absolutnie czystej, najczystszej krwi owczarek niemiecki o imieniu Hekto.

Nie pytajcie, skąd znam jego imię. Gdy się tyle czasu spędza razem, śledzie z beczki można zacząć jeść. W przypadku braku śledzi: sól.

Nie miałam czasu dla tego psa, do szkoły musiałam chodzić. Potem lekcje robić. A on na strychu sam, w komórce, bo matka nie pozwalała psa w domu.

Dopiero co mi ojciec wyjechał.

I znikł.


Na plaży, o której pisałam ostatnio, nie umierałam sama. Byłam tam z kimś, kto ciągle żartował i tak mnie tym wkurzył, że wstałam i poszłam gniewnie, i wymyśliłam takie pytanie:

Po co robisz rzeczy, które nie wiesz po co robisz?

Już nawet rysunek zaczęłam z tego kombinować. I wszystko szło gładko, dopóki nie zrozumiałam, że nie ma sensu robić rysunku z pytania, na które znam odpowiedź.

Zanim to się jednak stało, minęły trzy dni, podczas których powiedziałam może siedem słów. Metoda jest prosta. Zamieniasz się w kamień. I gdy wszystko w tobie drze się w niebogłosy – pozostajesz jak kamień.

Cała energia życiowa wycelowana jest teraz w potężne od żalu, niewypowiedziane DOMYŚL SIĘ.

Ćwiczenie wzmacnia mięśnie twarzy, które zastygłe w zawzięciu, nie mają prawa drgnąć. Hartuje to ducha tak mocno, że przestajesz pojmować, co to w ogóle jest gniew. Jaki gniew? Stalowa obręcz wokół brzucha! Medytacja! Joga! Jestem Bogiem! Pierdolę!

Ziarno od razu ogłosił protest. Mam gadać.

Ewelement, przeciwnie. Mam milczeć.

Tymczasem po trzech dniach słuszna lawa wezbrała i klasyczną, zupełnie niereformowalną erupcją rozerwała stalową obręcz na strzępy oraz wybuchła milionem stopni Kawalkajta*.

Okazało się, że milczę od trzech dni konkretnie z powodu psa demona. Naprawdę tak trudno się domyśleć?! Owszem, ja też się dopiero teraz dowiedziałam. Ok. Myślałam, że chodzi o to, że coś tam na tej plaży powiedziałeś. W jakiś sposób. Nie taki. Coś.

Tymczasem Hekto, niemal uduszony wymiocinami (to jest egzorcyzm turbo.) – znalazł do mnie drogę. I najpierw zamienił mnie w słup soli z przerażenia, po czym napinając strunę lęku do ostateczności, wybuchł lawiną łez.

Ciężkich jak kamienie.


Piesek miał parwowirozę chyba. Sam na strychu umierał, przerażony, bo nie rozumiał, dlaczego ktoś go od mamy zabrał i w komórce chorego trzyma. Ja też nie rozumiałam. A dopiero co mi tata znikł.

A dopiero co mi życie runęło.

Wyprowadzałam go po lekcjach, ale potem już nie miał siły chodzić. Mały był, bo to szczenię, dziecko, tak jak ja.

Nie jadł.

Nie pił.

Tylko płakał.


Od dawna czułam jego obecność. Pojawiał się w ciemnych miejscach, straszył.

Przepędzałam.

I tak mam sporo na głowie. Poza tym: nie wszystko naraz. Tata wyjechał i znikł na zawsze.

A ten piesek, najpiękniejszy na świecie, mój wymarzony, umiera na strychu, a ja nie umiem mu pomóc.

Może jak będę się lepiej uczyła? Może?

Może jak będę grzeczna?

Może?

Może jak się tak bardzo postaram, żeby nie sprawiać kłopotu, ale jak tu nie sprawiać kłopotu, kiedy w pakiecie ze mną został jeszcze ten chory pies?!


Wtedy postanowiłam, że pójdę na weterynarię. Ale nie poszłam, bo zobaczyłam w prosektorium zwłoki psa i mi przeszło.


Ile razy można umierać?

Tylko raz. Właśnie wtedy, gdy wpuszczasz rozszalałą z tęsknoty duszę psa z dzieciństwa, pozwalasz mu wskoczyć na siebie, rozdeptać wielki łapami, gdy zdaje się, już nie złapiesz tchu, już nie zobaczysz nieba, już nie wyjrzysz zza własnych łez… ten odskakuje i proszę bardzo, oddychaj ile chcesz, a najlepiej: chodź na spacer!


Odpowiedź na nienarysowane pytanie wysmarkałam razem z psem demona w koszulę osoby, która w takich wypadkach zwykle zaczyna się śmiać.

Po co robisz rzeczy, które nie wiesz po co robisz?

NIE WIEM.

I to dzieje się teraz.


*albo Kawalcjusza, nie pamiętam.

Kiedy zaczynają się męczarnie?

Wiecie, po co jest śmierć? Jest wiele tłumaczeń. Mnie osobiście dodaje życia.

Nie pamiętam ile razy umierałam i w jakich męczarniach. To drugie jest dla oczywistej draki i wiąże się z Nogiłóżką. Anegdota dotyczy grzybów. Właściwie chodzi o jeden konkretny gatunek grzyba, który Nogiłóżka zjadła na kolację. Zaniepokojona opisem potrawy, zadałam kilka pytań, po czym postawiłam diagnozę. Jest tak i tak, w takich przypadkach to i to. Został już tylko wyrok. Śmierci, rzecz jasna.

Nogiłóżka nie okazała niepokoju. Żadnej histerii, paniki brak. Zwróciła się do mnie tylko z jednym, ale jakże ważnym pytaniem: – Kiedy zaczynają się męczarnie?

Śmierć śmiercią, ale tylko głupiec nie przejmuje się jej okolicznościami. Jak to pisał Pilch, warto być obecnym. A z bólem różnie bywa. Człowiek, który załóżmy – leży w kałuży wymiocin po grzybach – z trudem wykazuje obecność. W takiej sytuacji lepiej raczej zadbać o nieobecność. Z tymże potem nie ma do czego wracać.


Śniło mi się dzisiaj, że się wykłócałam, które przekleństwo jest gorsze:

  1. Kurwa mać?
  2. Jezu kurwa?

Kto zna rosyjski, wie, że mać oznacza Matkę.


A więc umarłam ponownie. Tym razem we śnie. Umarłam i znalazłam się pod tajemniczą bramą. Brama jak wyrwa po strzale, krwawiła zmiażdżoną cegłą. Zawahałam się. Ktoś jednak zachęcał i to w sposób podstępny: ty nie przejdziesz…?

JA NIE PRZEJDĘ?!

Przedefilowałam więc na drugą stronę, gdzie ujrzałam strzelistą białą wieżę. Jak z obrazu Memlinga, schody pod Niebo, tajemne królestwo WSZECHRZECZY. Schody, owszem, zapraszały, tak samo jak Głos, ten sam, co tak mnie przed chwilą podjudzał.

A ja nie. Bez tłumaczeń minęłam kłębiący się pod schodami tłumek. Kątem oka zauważyłam elektryczny czajnik pod pachą pewnej obywatelki. Ewidentnie zamierza się w białej wieży rozgościć. Zainteresowanie rosło.

– Tam jest wszystko, czego pragniesz – obiecywał Głos. – Wszystko. Jest to i tamto i tamto. Bardzo fajne. Ale najważniejsze… – tu Głos zawiesił się dramatycznie – jest LEKARZ!

Wtedy przypomniało mi się, dlaczego właściwie umarłam. Zabrakło lekarstwa. Nie miałam już leków i nigdzie nie mogłam ich zdobyć. Chodziłam, szukałam, ale wokół tylko szarzy ludzie zombie, bez duszy, bez współczucia, bez życia. Wróciłam więc na plażę Zaklętego Jeziora, oparłam się o Szamana, zamknęłam oczy i… obudziłam pod tą bramą.

– A więc ja nie żyję?!

– Głupie pytanie. Ale dokąd idziesz? Czemu nie wchodzisz na schody!? Tam dalej jest tylko jakaś impreza… Po co ci impreza?!

– Całe życie imprezowałam. Nie ma powodu, żeby to zmieniać – wyjaśniłam Głosowi i nonszalancko wtargnęłam na dziedziniec strzelistego zamku. A tam, na tarasach: karnawał w Rio! Kolorowe drinki, fioletowe garnitury, wszystko, wszystko i to w absolutnie niebezpiecznych ilościach.

Memling, zanim namalował tę rudą pod deską, musiał o mnie słyszeć. Jaki sąd ostateczny? Jaki raj? Jakie piekło? Gdybym miała knajpę, nazwałabym ją „Czyściec”.

I podawała w niej wodę święconą.

Miejsce ze snu istnieje naprawdę. Wczoraj tam byłam. W niewykończonych katakumbach mieszkają duchy, spragnione szczęścia dusze, które wspinają się po nieistniejących schodach, wciąż słysząc ten sam Głos: „Jeszcze chwila, już niedługo, fajne rzeczy, to i tamto, a przede wszystkim LEKARZ!”

Dopóki pragniesz, jesteś niewolnikiem. Dopóki szukasz: nie masz. Szukajcie a znajdziecie? Błagam.


Drugie przekleństwo jest lepsze. Będę używać. To taka moja mała zemsta. Za ten chrześcijański rozpiździel.


Wokół katakumb rosną sosny, latają motyle. W oddali majaczy jezioro. Na brzegu łabędź wysiaduje jaja. A po drugiej stronie, zaraz za dziedzińcem z kolorowymi tarasami widać monumentalny krzyż. Z rozpiętym na nim, białym jak śnieg ciałem. Tak oto trafiamy na cmentarz. Cóż, fajnie było, ale się skończyło. Kiedy zaczynają się męczarnie?

TERAZ.

Jestem jak Dante Alighieri. Dante jest jak ja. Wędrujemy po labiryntach Losu według tej samej mapy. Na jednej przestrzeni, w piętrach upchane jest Wszystko. Piekło i raj. To, co wydaje się rajem – może okazać się piekłem.

Może, więc się okaże.

fot. Szaman Mako

Biały pies i czarny lew

Nikt nie pyta, co się stało z Orionem?

Tacy koledzy.

A więc zgubiłam psa. Zdarzyło mi się to już kiedyś, dawno, gdy byłam w wieku No. W podobny sposób widziałam świat. Jak wyjaśnić tę perspektywę? Właśnie tak. Wychodzisz z domu z psem, idziesz przez miasto, wchodzisz do sklepiku, pies zostaje na zewnątrz, wychodzisz ze sklepiku i wracasz do domu, na śmierć zapomniawszy komendy: – Dragon, idziemy.

Żołnierz nie ma prawa drgnąć bez rozkazu „drgnij”. Tak więc Dragon został pod sklepem, a ja zdumiona na widok niezmąconej przestrzeni – oto jestem sama w domu.

Wtedy wystarczyło wrócić pod sklepik. A gdzie ja mam dziś wrócić? Kiedy i jak przepadł Orion, w którym momencie i pod jakim sklepem siedzi?! Zabijcie mnie, nie powiem.

Bo nie wiem.

Zresztą Orion to nie był (Boże, mówię o nim w czasie przeszłym!) pies, który przy nodze chadza. Biegał po lesie bez żadnej smyczy, wychodził na ulicę, robił co i kiedy chciał. Jego biała sylwetka zawsze majaczyła na horyzoncie. Tymczasem ja, pochłonięta końcem świata, budowaniem arki, odzyskiwaniem i wyrzucaniem za burtę przyjaciół, wreszcie: zaaferowana kotami – nie zauważyłam, że od jakiegoś czasu nie majaczy.

Może to przez Ewelement? Ten księżycowy wilk mógł mnie wytrącić z czujności, wypełnić lukę po psie. Od kiedy jednak Bella włamała się do mojej głowy i zaczęła śnić obrazki z mojego życia, wzmożyłam uważność. Przyjrzałam się, kto jest kim. Tak naprawdę. I tak naprawdę nie ma nigdzie Oriona.

Owszem, był. Był, bo jego obecność stwierdziłam ponad wszelką wątpliwość w okolicy połowy stycznia, gdy rozsypałam brokat.

Już tłumaczę.

Rozgorzała wojna, zdobyłam listę ZŁO. I niby nastała cisza, ale coś mówiło, że pozorna. Żaden wyrok żadnego sądu jeszcze nie zapadł, rzecz będzie się ciągnąć jak epidemia, a póki się będzie ciągnąć, póty będę miała swój bonus w postaci przedstawienia pod tytułem: NUDY BRAK.

Któregoś styczniowego poranka postanowiliśmy z Szamanem wybrać się na wycieczkę. Przeczucie, a może senne ostrzeżenie kazało mi rozsypać brokat w szufladzie. W kolorze żółtym. Nikomu nic nie mówiąc, zostawiłam więc tę finezyjną pułapkę na dokumentach sądowych, czyli dokładnie tam, gdzie najciekawiej.

Czy muszę mówić, że po powrocie ujrzałam mieszkanie Wió całe w brokacie?

Pozostało teraz tylko zgadnąć KTO. Kto zwędził pod nieuwagę i dorobił klucze bez wiedzy i zgody mojej, a co najbardziej wstrząsające – bez wiedzy i zgody prawowitej właścicielki mieszkania, mianowicie ostrej jak brzytew formalistki, chodzącej encyklopedii paragrafów, samej Wió?!

I dalej. Kim jest ten ktoś, kto:

  • nie zauważył brokatu w kolorze żółtym?
  • zostawił ślad w postaci mapy Berlina?!
  • że o połowie grama* nie wspomnę?!

Nie trzeba być Sherlockiem. A ja Sherlockiem nie jestem. Mnie Sherlock może najwyżej browara potrzymać. O ile ewentualnie bym chciała go pić. No, może koronę. Espania serveza. Albo lepiej wodę święconą. Pokój nocny browarów nie pija, pokój nocny pije wodę święconą. Przepis na wodę święconą podam kiedy indziej, mam teraz urwanie głowy, zgubiłam psa.

Właśnie wtedy! Tego tajemnego dnia, gdy zwęszył mi mieszkanie – ślad po Orionie zaginął. Przypadek? Nie sądzę.

Mapa Berlina trafiła do śmierci. Zostawiłam ją u Belli i Leo w pamiętny dzień mikrodawkowania. Nazajutrz afera, jakby zginął milion dolarów. Leo uznał, że to bardzo ciekawe, co w tej śmierci być może, jak na chirurga przystało, wypatroszył Zarę Li…

I dupa mu ze śmiechu odpadła.

Leo jest czarnym lwem. Widzieliście kiedyś czarnego lwa? Pisałam o czarnych lwach w jednej ze swoich książek (tej ostatniej, za którą mi nie zapłacono), miałam więc do czynienia z ich szalonymi, głodnymi duszami.

Czarny lew stoi na straży emocji. Im jest potężniejszy, tym trudniej się do nich dostać. Zdarza się, że zwierzę dostaje kręćka na punkcie swojego zadania. Tak jak Dragon. Dostał rozkaz i koniec. Wrósł na schodkach spożywczaka.

Straż to niejedyne zadanie czarnego lwa. Jest jeszcze coś straszniejszego. Coś, co zmusza lwa do jeszcze pilniejszego strzeżenia emocji, zaciśnięcia pętli wokół własnej szyi.

To skakanie przez płonącą obręcz.

Widziałam to. Widziałam płomienie, słyszałam huk ognia, czułam zwierzęcy strach. I ten zgrzyt kości, ten opór ścięgien, krzyk ze środka trzewi, z samego serca: NIE!

NIE.

NIE.

NIE.

Lew nie powinien skakać w środek ognia. A jednak skacze. Skacze, bo sobie serce zakratował ołowiem tak gęsto, że sam już do tego serca zajrzeć nie może.


*czemu tak mało?!

Wrony, Noemi Susenbach

Być albo nie być… Bogiem

Człowiek to istota, która może nie wie paru rzeczy, ale jedno wie na pewno. Wie wszystko o Bogu. Ludzka wiedza w tym temacie jest skończona, precyzyjna i nie podlega dyskusji. Zawiera się w dwóch niepodważalnych prawdach, które można streścić następująco:

  1. Bóg jest.
  2. Boga nie ma.

Dziedzina ta nosi miano racji absolutnej.

Racja absolutna należy literalnie do każdego jednego człowieka na TEJ ZIEMI. I, oczywiście, różni się diametralnie od racji każdego drugiego człowieka.

Owszem, błąka się wśród populacji grupa agnostyków zasłaniających się filozoficznym „nie wiem”, traktowana jako swoiste religijne LGBT, nie zyskuje jednak poparcia. Brak zdecydowania nigdy nie robiło na nikim wrażenia, brak Boga: prędzej.

Dywagując ostatnio w przestrzeni publicznej o sensie tworzenia (odwieczna rozterka: „po co ja to robię?”) – pozwoliłam sobie porównać artystę do Boga właśnie, który, niczym artysta stworzył świat i dokładnie tak samo jak artysta, nie dostał za to złamanego grosza.

W odpowiedzi padły kategoryczne stanowiska doświadczonych specjalistów :

  1. Bóg nie stworzył świata!
  2. Ludzie stworzyli boga!
  3. Ludzie stworzyli boga dla pieniędzy!

pisownia oryginalna

Wyczuwalny spór o podmiot, którego istnienie zostało z miejsca wykluczone, niesie ze sobą znamiona wspomnianej racji absolutnej. Żadna bowiem z wypowiedzi nie zawierała wątpliwości, nikt nie umieścił nigdzie znaku zapytania, nikt też nie zawahał się przy żadnym „chyba”.

Jest więc pewne, co padło, tak samo jak pewne jest to, co ostatnio usłyszała No. Mknęła przez WW, gdy z oklejonego w niebiańskie motywy autobusu wybiegła stuprocentowo przekonana obywatelka i wykrzyknęła do niej wprost z NIEZAMASKOWANYCH ust: „Jezus cię kocha!”.

Wyposażona w miłość Jezusa i porcję wirusów No wylądowała na pokładzie Arki Noemi i podzieliła się kolejnym aksjomatem z dziedziny racji absolutnej.

O wirusie nie wspomnę.

Nie trzeba być orłem (a No jest orłem!), żeby z powyższej frazy wywnioskować niepodważalną obecność Boga, bo jeśli kocha, to przecież być musi.

Zatem Bóg bezsprzecznie istnieje oraz z całą pewnością go nie ma.

Proste.

Bywają jednak problemy w pojmowaniu tej oczywistości. Czemuż? Bo z wierzchu wygląda to na oksymoron. Coś jak „plany na przyszłość”, tak chętnie przez ludzkość stosowane, jakby kiedykolwiek na świecie istniały jakieś plany na przeszłość. Choć i to się zdarza.

Wróćmy jednak do naszego nieszczęsnego Boga. Jak można być nie być jednocześnie? Można. Otóż Bóg istnieje jak najbardziej, ale pod pewnym warunkiem. Gdy się w niego wierzy. Tak więc Jezus żyje i ma się świetnie, a swoje istnienie zawdzięcza, między innymi, stuprocentowo przekonanej obywatelce z kolorowego autobusu. Dzięki obywatelce ma też siłę z całego serca kochać No.

Jeśli jednak z jakichś przyczyn (wspomnianych wirusów?) zabraknie obywatelki, światło Jezusa nieco przygaśnie. Wszak sam w siebie wierzyć nie może, wbrew pozorom bowiem od jakiegoś czasu go nie ma. Kolejne ofiary z jego grupy wyznaniowej zachwieją fundamentem wiary i tak oto za jakiś czas przestanie być Bogiem, stanie się jeno postacią historyczną, której zakrwawione, roznegliżowane zwłoki z niejasnych przyczyn wieszano niegdyś na przydrożnych słupach.

A biedna No będzie musiała poradzić sobie bez jego miłości. Coś mi jednak mówi, że No sobie bez tej miłości poradzi koncertowo, bo No ma niezachwianą wiarę w zupełnie innego Boga, którego istnienie nie zależy wcale od pasażerki autobusu. Ani od żadnej grupy wyznaniowej.

Ten Bóg jest Niebieskim Kosmicznym Orłem.

I nazywa się No.

Leo ma głęboko ukrytego magicznego Boga o imieniu Leo, a Bella – wojowniczą Bellę. Szamana Bóg jest potężnym wichrem o imieniu TODO, a Ewelement wciąż walczy o swojego Boga Wilków.

Kiedy więc Mojżesz ujrzał gorejący krzak, przemówiła do niego jego własna świadomość i to przemówiła dość dobitnie:

– Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!

W myśl objawienia nikt nie powinien mieć bogów cudzych przed sobą, a jednak przeważająca część ludzkości ma ich cały wachlarz. Bo z własnej, nieprzymuszonej, choć niepojętej woli sama w siebie nie wierzy. I zamiast zająć się świątynią swojego ciała oraz nieskończonością własnego umysłu, mozolnie wznosi monumentalne wieże na chwałę kogoś, kogo nigdy nie widziała.

I tu wreszcie dochodzimy do sytuacji, w której boga nie ma.

Co należało udowodnić.

Narzędzie zbrodni, Noemi Susenbach

Królestwo

dla Magdalin

Ziarno mówi, żeby wyrzucić trupy za burtę. Wiele można powiedzieć o Ziarnie, wszak handluje winem, sam specjalnie od demona nie stroni, ale przecież jest Aniołem, wszelki sprzeciw to bezsens. Tak. Ziarno ma rację. Wyrzucić trupy. Nieważne, co i jak było, trup to zawsze przeszłość, a więc balast. Wyrzucam więc po kolei: Węża, Józefinę, Ewelin i całą resztę towarzystwa, którego się trzymałam kurczowo diabli wiedzą po jaką cholerę.

Uf, jak lekko!

Mam teraz na pokładzie tylko dwa dzikie koty i Wifi. Dziwna sprawa z tymi kotami. Nieważne, jak są duże, nie ważą nic. Ich lekkość przeczy fizyce. Zresztą nie tylko to. Wszystko, co dotyczy kotów, jakoś się z prawami naukowymi nie klei. Przykład: satelity Starlink. Borykająca się z pandemią, głodem, suszą, zmianą klimatu (itd, itp.) ludzkość becaluje czterysta miliardów dolarów w złocie i wysyła w kosmos dwanaście tysięcy obiektów latających – głównie po to, żeby oglądać filmiki o kotach. Logika? Brak.

Kot to zwierzę od logiki oderwane, oderwane od grawitacji, oderwane od systemów, oderwane od wszystkiego. Niby nie lata, a chwyta ptaki spod niebios. Niby nie pływa, a wyciąga ryby z głębin. O nic nie prosi – dostaje wszystko.

I wcale nie zapraszane, króluje na Arce Noemi. I na tej arce robi co chce.

Tak oto Bella i Leo na ostatnim spotkaniu w Kancelarii spili mnie (abstynentkę!) winem, zaciągnęli na imprezę i, przekonując, że stanowią opiekę medyczną, wysadzili w kosmos za pomocą mikrodawkowania*.

Sekundę później stałam się rozśpiewaną po rosyjsku, rozpiętą między wymiarami plazmą.

Klasyka.

Plazma nie plazma, między słowami wyłapałam jednak sens rozmów i już wiem, o co chodzi z wirusem, ile jest naprawdę zgonów oraz to, że moja nowa kompania zajmuje się krojeniem ciał ludzkich za pomocą skalpela. Na oddziale covidowym. Słabo?

Amma już nie chce być na Arce. Ewelement aż nogę zwichnęła. Słusznie, to pozwala zachować dystans. No, jak na orła przystało, szybuje pod niebem, obserwuje pandemię, czasem lodowatym głosem rzuci komentarz o treści: – Lol. Albo: – A.

Szaman, jak w anegdocie o rowerzyście „ma wszystko w pi…”.

Płyniemy. Bez masek. Bez balastu. Na chwilowo łagodnych wodach Oceanu Pomarańczowego, ku błękitom życia.

Wczoraj zgłosiła się do mnie gazeta. Pytali, jakie mam plany na przyszłość. Natknęliśmy się na problem, gdy przyszło ustalić mój wiek. Bo nie wiem. Chodzi o datę urodzenia, czy zmartwychwstania? Przed, czy po śmierci? Życie jest wszak wieczne w obie strony.

Przyszłość. Czyż nie jest balastem, jak przeszłość? Gorzej. To kajdany. Bo jak wygląda żywot? Oto człowiek. Dzielnie toczy pod górę zakurzoną historię zlepioną w kulę gnoju. Jak żuk gnojarek. Przez życie całe, przepełniony żalem. I jakby tego mozołu miał mało, ładuje się w dyby PLANÓW NA PRZYSZŁOŚĆ.

Obarczony wczoraj, spętany jutrem, ucieka od dziś.

Do Królestwa.

Niebieskiego.

Tymczasem wystarczy odrzucić kulę gnoju, zdjąć kajdany i oto jest. Czeka. W każdej jednej chwili TERAŹNIEJSZOŚCI.

Tego jednak nie powiedziałam, podzieliłam się planem napisania książki o tym wszystkim, co nazwałam „mała śmierć”.


*ta, mikro…

Królestwo, Noemi Susenbach

Pantera i lew

Pantera ma na imię Bella. I żeby nie było zbyt łatwo – wcale nie występuje solo. Jej partnerem (Cieniem) jest Leo. Oboje są w cholerę drapieżni, absolutnie, totalnie niebezpieczni.

Gdy kilka tygodni temu stwierdziłam obecność kuguara w Pokoju Nocnym, wpadłam w sidła myślenia tunelowego. Ot, genialna jestem i przenikliwa. AŻ stwierdziłam czyjąś obecność. Ta. Takie rzeczy to najmniejszy Indianin nosem wciąga. Zresztą, nie trzeba być Indianinem, żeby takie rzeczy. Średnio zaawansowana intuicja na poziomie trzy i pół – czyli kretyna* – ogarnia temat.

Tymczasem ja popełniam cały pean na własną cześć, o jeny, wyniuchałam kota.

No więc nie kota, tylko dwa koty. Jeden z nich to lew, drugi – tajemna pantera. Czemu tajemna? Bo choć coś mi się najpierw zdawało, a potem osobiście (TAK!) ją poznałam, nadal nie ustaliłam gatunku, tego ścisłego określenia: jakąż panterą może być?

Coś mi mówi, że mglistą.

Mam ku temu parę wskazówek. Ale o tym potem.

W ogóle wszystko potem. Nie mam siły teraz opowiadać ze szczegółami, jak ich znalazłam. Powiem tylko, że wyszłam do Kancelarii, dokładnie: do Kwiaciarni zwanej Kantorem (która, jak pamiętacie, płynie za Arką Noemi) ch-y-ba rzec Kanclerzowi, czyli Ziarnu, że dobrze sprawuje swoją powinność, jako Anioł Śmierci.

Ale niekoniecznie.

Mogłam tam iść zupełnie z innych powodów, o których teraz nie mam siły pisać…

ONI TAM SIEDZIELI.

Kuźwa, w winiarni. Świątyni demona. Siedzą i piją PPRROSSECCO jak rasowe lemingi, w dodatku, jakby to było zabawne: w maseczkach.

I palą fajki.

Ze starego WW zdążyłam wyrwać tylko Ewelement. O innych nie pytajcie. Przynajmniej nie mnie. To oczywista sugestia, postanowiłam wszak nie stosować trybu rozkazującego w mowie ani w piśmie. Jedno i drugie jest święte. A z pismem to wręcz się cacka.

Na rysunek nie liczcie. Od wczoraj nie wstaję.

DZIEJE SIĘ TERAZ WSZYSTKO.


*czyli to, co obecnie wykazuje ludzkość.