Mam go!

Pana Demonium. 

Każde zdanie jest tu teraz nie na miejscu, dlatego pomijam je milczeniem. Nie wiem, czy mój zachwyt jest dostatecznie radosny, czy może trochę podszyty przerażeniem? Próbowałam sobie zrobić selfie, a że w Nawymiarze selfie jest zabronione (chyba że analogiem) – mogłam jedynie siebie narysować. 

Nie wiem, czy to takie „jedynie”, biorąc pod uwagę czas, nakład pracy oraz to, co nazywamy twórczym zmaganiem – podczas gdy selfie robi komórką każdy debil. Przy okazji. Ostatnio, widząc No na deskorolce, wyraziłam coś w rodzaju podziwu, że się nauczyła, w sumie nawet nie wiem kiedy, a ona:

– Każdy debil potrafi jeździć na deskorolce. 

Poczułam się wyjątkowo. Ja nie umiem. 

Wracając do Pana Demonium. Mam go. Ha, ha, ha. Z pewnością chcecie wiedzieć, skąd go mam i w ogóle. Scenariusze są dwa. 

Pierwszy leci tak: 

Szaman Mako wrócił z mórz. Zobaczył moją minę pod tytułem: ile do cholery można czekać?! Zadecydował, dobra, idziemy po pierścionek. Pokonujemy Wnękę Międzywamiarową (to już dla nas betka), idziemy do WW. Tam, niestety, są takie zasady, że rządzą pieniądze. My pieniędzy nie mamy. Ale od czego jesteśmy duchami? Wystarczy, że ukryjemy się pod peleryną niewidką od Nemezis. Tylko że ja, wychodząc z domu, na śmierć zapominam o pelerynie Nemezis. 

Szaman za to niczego nie zapomina. Wyciąga z plecaka pelerynę, chowamy się oboje pod nią, wchodzimy do jubilera. Ale to bez sensu plan, bo przecież sami pod tą peleryną nie wyjmiemy zza pancernej szyby pierścionka. Musimy być widzialni. I normalnie trzeba poprosić subiekta o pierścionek, wtedy dopiero możemy się ukrywać. Czy jakoś tak. Zdejmujemy więc pelerynę. Subiekt w słup. Nie było ich, nagle są. Szaman jest małomówny, ja wręcz przeciwnie, zaczynam więc paplać, że poproszę, na imię Noemi, odłożony, czy mogę przymierzyć, ładna pogoda dzisiaj. 

Facet odwraca się po pierścionek, my z Szamanem szybkie spojrzenia porozumiewawcze, mówiące nie wiadomo co. 

– Co?

– Nic!

– Co mówisz?!

– Nic nie mówię!

– Zachowuj się normalnie!

– Normalnie się zachowuję!

– Dobra, cicho!!!

Subiekt wraca z Panem Demonium. Już z daleka widzę jego blask. Mój! Mój! Mój! Krzyczę całą duszą. Facet mi go wręcza, ja zakładam na palec i w długą. Zapominam nawet o pelerynie, która zostaje w rękach Szamana, który zostaje w rękach policji. 

To ostatnie dochodzi do mnie dopiero za Wnęką Międzywymiarową, gdzie pojmuję, że kosztem pierścionka jest MIŁOŚĆ*.

Drugi scenariusz. 

Lecę do Nogiłóżki. Do Wiednia. Patrzę z meteorytu na wschód Słońca. Od cofającego się Księżyca odrywa się nagle ułamek ostrza księżycowego sierpa i leci przez granat nieba. Życzenie! – myślę sobie i oczywiście je wypowiadam:

– Pan Demonium.

Życzenie spełnia się, lecz nie od razu. Muszą być koszty. 

Jak wiecie, ląduję w Wiedniu, spotykam Nogiłóżkę, wybieramy się na Día de Muertos. Pindrzymy się, stroje, makijaże. I nagle zalegamy jak martwe na trzy dni, aż do nowiu w Skorpionie, który mrokiem wypełnia resztki naszych żyć. Demony! Demony! Zrywam się cała mokra z kamieniami w brzuchu, a Nogiłóżka stoi nade mną w czarnym płaszczu i kamiennym głosem orzeka, że odchodzi. 

– Ktoś musiał zapłacić za twoje życzenie. Księżyc wybrał mnie. 

– Dlaczego nie mnie? – dziwię się. – Przecież to mój pierścionek! 

– Też nie rozumiem – rzuca chłodno obrażona Nogiłóżka i znika. 

A potem znajduję na schodach wiedeńskiej kamienicy skrzydła Nemezis i zaczynam rozumieć tę grę. 

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność. To psychopaci. Za ich wybór, a raczej – za mojego farta, dostaję jeszcze nagrodę. Mam skrzydła. Mam Pana Demonium. 

Ale nie mam przyjaźni.

Który scenariusz jest prawdziwy?


* I, kurde, peleryna!

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność

Dzień proroczy

Nie mówiłam wam jeszcze, że Ewelement spotkała Kalinkę! Tę dziewczynkę z Góry Przeznaczenia! Strasznie dużo rzeczy nie opowiedziałam, a powinnam! Jest jednak pewien problem. Co bowiem znaczy: powinnam? Jaka to część mowy? Że co? 

Sami zrozumiecie po własnej śmierci – w tym wymiarze coś takiego jak „powinnam” nie istnieje. Chyba że w takim wydaniu:

– Która godzina? Czternasta?! Trzeba wstawać!

– Powinnaś jeszcze pospać. Nie pali się. 

To EWENTUALNIE. Tymczasem siedzę w mieszkaniu Wió, do którego poza duchami lgną wszelkie nieprzyjacielskie siły, w tym Wąż. Serio. Siedzę w samotności, palę świece, odganiam zjawy, a tu nagle ktoś wali w drzwi. Nie domofon, tylko od razu: łubu-du!, bezpośrednio z prokuraturą i nagrywaniem rozmów włącznie. 

Pamiętacie ostatnią wizytę Wió? Pamiętacie jak zamieniłam się w marmurową posągowość z zimnym jak sztylet wzrokiem? A pamiętacie moją wizję z nożem? Że noża: nie?

Wzrok. 

To moja jedyna broń. Ta broń działa. Tym razem przynajmniej zadziałała. Choć pewnie wersja Węża będzie inna, zdaję sobie sprawę. 

Grunt że mieszkania nie sforsował. Prokuratura: też nie. Tyle mogę powiedzieć. Dałam radę. W sumie nic wielkiego. Jak się ktoś od kilku dni (zmarłych) zmaga z potęgą duchów, to wizyta Węża, choćby nie wiem jak jadowitego, nie robi. 

Kiedyś bałam się pająków. Raz przyśnił mi się sen, że łażą po mnie w piwnicy, do ust mi wchodzą, do uszu. Obudziłam się, z impetem wyszłam z domu (wtedy jeszcze strasznie się wszędzie spieszyłam), na ganku rozpięta pajęczyna, centralnie rozparty na niej pająk jak pięść ląduje prosto na moim czole. Leniwym ruchem zdejmuję delikwenta z głowy i puszczam wolno w jemu tylko znane rewiry. A potem pomału zaczyna do mnie dochodzić, że coś jest INACZEJ. 

Bo faktycznie czegoś zabrakło w tej scenie. Czego? Wysokiej częstotliwości przeraźliwego pisku i szarpania przestrzeni powietrznej gwałtownie rozrzucanymi dłońmi. 

Miałam w poprzednim życiu znajomych różnych. Kwadratowych i podłużnych. Był taki, co mawiał, że najlepszym sposobem na problem jest drugi problem. Większy. Jest w tym niezaprzeczalna logika. Większy problem wybawia cię całkowicie z frasunku nad problemem mniejszym. 

Tak i teraz. Jeśli ktoś ma do czynienia z najazdem duchów, nie piszczy przed najazdem Tatarów. Swoją drogą, muszę uważać, co piszę, bo zdradzam, że Szaman wypłynął, nikogo tu nie mam do obrony. Jestem bezbronna jak motyl w szkatułce. I jedyne, co mogę zrobić, to dzielnie odpierać ataki. 

Jak Sechmet. 

PS. Pojawiła się No i z miejsca zakomunikowała, że wychodzi. W sensie: wylatuje. Odkryła właśnie nową pasję. Fotografia. Tak, wiem, zaraz się pojawią głosy, że w Nadwymiarze fotografia jest zabroniona. Owszem. Zapomniałam jednak o pewnym wyjątku. Fotografia ANALOGOWA. To można. 

PS2. Zapomniałam też powiedzieć najważniejszego. Według Kalendarza Majów dzisiejszy dzień jest dniem proroczym. Wszystko, co dziś się wydarzy będzie miało dalszy ciąg w kolejnym roku. To jak sen proroczy, tylko że na jawie. Ma jednak tę wyższość nad proroczym snem, że ma się wpływ. 

Tak tylko mówię, jakby ktoś był zainteresowany swoją przyszłością… 

Sechmet

Sen przebudzonych

Leżę skulona na dywanie i grzeję stopy w promieniach, które sama krzeszę. Od kilku dni nie opuszczam mieszkania Wió. Zawinięta w pelerynę skrzydeł chronię swój wewnętrzny ogień. Wiem, zaraz się podniosą głosy, że piszę jak nawiedzona, ale nic na to nie poradzę. Nie moja wina, że taka jest rzeczywistość. W Wiedniu znalazłam skrzydła Nemezis. To jest peleryna z grubej tkaniny, coś na kształt najprawdziwszej w świecie wełny angielskiej – długa do samej ziemi. Zbiera się ją pod szyją, zdobnym zapięciem z ornamentem w kształcie płatka śniegu. Peleryna ma duży postawny kołnierz chroniący przez wichrem. Wygląda jak toga.

Na razie nie wiem, co oprócz zatrzymywania promieni i latania potrafi ta peleryna. Wiem, że jest darem od Nemezis i należy to docenić. Doceniam. Wolałabym się nie narażać. I tak mam nielekko. Szaman: nieobecny. Nogiłóżka znikła. Nemocja w natarciu. 

Przychodzą demony. Wczoraj mi talerz wybuchł. Podeszłam do kuchenki zrobić herbatę i jak nie pieprznie! Widziałam go na ułamek sekundy przed wybuchem. Leżał spokojnie na garnku i nagle zaczęło go od środka rozrywać. Poniosło sferycznie na wszystkie strony świata najmniejsze okruchy szkła, a centrum zapadło się w odmętach gotującej się na herbatę wody. 

Taki fikoł. 

Ewelement świadkiem. 

Całe szczęście, bo sama bym nie zamiotła tego efektu. Chyba że pod dywan. A tego nie lubię. Właściwie to nie znoszę. 

Żadnego sprzątania nie znoszę. 


Dorwałam się do Waszego Wymiaru, ściśle – do waszego internetu. Jak nie wiadomo o co chodzi w wojnie, trzeba szukać, choćby po omacku. A więc szukam. A że znam na razie zagrożenia głównie ze strony ludzi – szukam w WW. 

Bo duch mi nic nie zrobi, to już ustalone. 

Choćby nie wiem, czym wybuchł. 

Nemocja dała mi kilka wskazówek, przysłała adresy miejsc. Idę pod pierwszy adres. Miejsce spotkań „przebudzonych”. Czyli tych, co tak jak ja – umarli. I po przejściu kilku etapów po śmierci – przyszło im dalej żyć. 

Najpierw w przeraźliwej samotności. 

Potem w rozrywającym poczuciu wygrywu.

Potem w zachwycie widzianych codziennie cudów. 

Potem w palącej ciekawości: CO SIĘ ZA CHWILĘ ZNOWU STANIE!?

Na forum pozornie samo dobro, przyjaźń i serdeczne przyjęcie. Czuję się jak u kumpla na osiemnastce. Dorośli ludzie, pełna kultura. No i ta ulga, że wreszcie koniec z tym błazeństwem gówniarzy (co się nie przebudzili). 

Jesteśmy tak przebudzeni, tak świadomi, tak dorośli, że właściwie możemy wszystko. W pierwszej kolejności więc zaczynamy sobie różnych rzeczy ZABRANIAĆ. 

Znacie tych paszczaków towarzystwa? Tych najmądrzejszych, co z matmy mieli oceny dla nas niedostępne, z innego wymiaru ocen, gdzieś ponad trzy na szynach. I to wysoko ponad. 

Wśród „przebudzonych” to samo. Już przy drugim tekście czuję, jak mnie ktoś opierdala. Zabawa?!

Ciekawość?!

Używki?!!!

MOJA DROGA. 

To jest ten ton, którym mówi do ciebie teściowa, albo jeszcze lepiej: babcia męża. Nie da się podrobić. A jednak. Wcisnęła się do „przebudzonych” i tyranizuje. Że nic nie wolno, że coś trzeba, a najlepiej: wróć do żywych, tam twoje miejsce. 

ZA SŁABO UMARŁAŚ. 

Gdy już zostałam porządnie opierdolona, wzięłam się za jakiś traktat o wychodzeniu z ciała i tu dopiero ugrzęzłam. Nie zauważyłam nawet, gdy przyleciała No i w swojej odwiecznej niedostępności zrobiła wyłam. Podleciała i krążyła nade mną długą chwilę, a nawet: powtarzającą się długą chwilę – wyraźnie w celu nawiązania kontaktu. A ja zaczytana w traktacie. 

Czekajcie, to się jakoś nazywało. Traktat o Projekcji Astralnej. Robert Bruce. Rok publikacji 1994. Kuźwa, kawał czasu temu. A ja nic nie wiedziałam!

Traktat pasjonujący. Zresztą, sami widzicie. Olałam nawet No. 

Co w traktacie? Po kolei. Najpierw, że można opuścić ciało, bo to w sumie o to w traktacie chodzi. Rzecz fachowo nazwana, opisana nawet w Wiki. Od angielskiego chyba, bo przecież w WW nie znają nawet introligatorskiego: OOBE. Nie wiem, co to dokładnie oznacza, pewnie jakieś Over Open Being Evolution. Ale nie ufajcie mi w tej materii. Angielski w Nadwymiarze jest absolutnie passé. 

No więc autor wyćwiczył sobie wychodzenie z ciała tak sprawnie, że z wielką swobodą ciało opuszcza, gdy tylko zechce, nawet – jak sam w traktacie zaznacza – w pokoju z małymi dziećmi.

Gdzie rodzice tych dzieci? Gdzie ich MATKA?!

Ja wiem, że to teraz może trochę brzmieć, jak podśmiechujki. I to w dodatku z kolegi po fachu. No ale. Weźcie. Żeby opuścić ciało, trzeba trenować, medytować, napełniać regularnie czakry, otwierać, zamykać, zawiesić linę u sufitu, żeby się z ciała WYCIĄGNĄĆ?! 

AAA. 

On i tak jeszcze spoko. 

Najstraszniej poczułam się po lekturze eseju niejakiego Loky, pod groźnym tytułem: „Czy Twój rozwój duchowy jest bezpieczny?”. 

???!!!

Tam dopiero są instrukcje. Czakry otwierasz zgodnie z ruchem wskazówek zegara, jeżeli jesteś mężczyzną i odwrotnie, gdy jesteś kobietą. Następną czakrę otwierasz i zamykasz w kierunku ODWROTNYM do poprzedniej. Dla niewtajemniczonych – jest ich siedem. Powaliło mi się już przy pierwszej. W końcu jestem KOBIETĄ i nie kumam tak niepojętych urządzeń jak zegar.

Człowiek myślał, że Kościół Katolicki się wyczerpał. Że do Nadwymiaru się nie wedrze. A tu proszę. Pamiętacie Wieżę Babel? Nie pamiętacie, bo na religię nie chodzicie, co mnie skądinąd cieszy.

No więc z Wieżą Babel było tak. Ludzie, którzy wtedy jeszcze wszyscy mówili w hopi i nie znali pojęcia „nauka języków obcych”, postanowili wznieść wieżę do samego Nieba, by przywitać się z Bogiem. Bóg siedział nabzdyczony w Niebie i obserwował te wysiłki. Z początku pewny siebie, gdy jednak ujrzał wznoszącą się wieżę zbyt blisko – szarpnął piorunem przez Kosmos i zrzucił towarzystwo z rusztowań. A żeby było z przytupem i na wieki, pomieszał ludziom języki. Zapadła marmurowa samotność. Ta samotność, której ja doświadczałam przez całe moje doczesne życie. 

Samotność niezrozumienia. 

Każdy poszedł w swoją stronę, a co bardziej charyzmatyczny – zagarniał wokół siebie tych, co gotowi byli nauczyć się jego języka. 

Dziś znów mamy do czynienia z Wieżą Babel. Jednak nikomu nie chce się wznosić budowli. Za duży mozół. Wystarczy mieć dostęp do internetu. Przeczytać Traktat o Projekcji Astralnej. I już być TAM. 

Na tym polega ta wojna. To jest wojna ludzi z Bogiem.

PS. Wychodzi się z ciała bez żadnego treningu, jełopy! 

PS. I nie jesteście przebudzeni, tylko śpicie jak susły, ale bardzo byśta chcieli się obudzić.

Wojna

Fakinszit, nie wiem, co myśleć. Szumi mi w głowie. Nie wiem, kim jest Nemocja. Wiem tylko, że jestem w jakimś niepojętym niebezpieczeństwie i to wcale nie chodzi o tę wojnę, o której myślałam. 

To nie ta wojna. 

WYOBRAŻACIE SOBIE?! Jestem. Na. Wojnie. O. Której. Nic. Nie wiem. 

Myśląc, że jestem na wojnie, o której coś wiem. 

I TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ. 

Ja w każdym razie jeszcze nie ogarniam. 

Dobra. Myślałam, że jestem na wojnie wywołanej przez Węża jakimiś osobistymi rozterkami z rodzaju „być albo nie być” i ewentualnie za co. Prosta sprawa. Umarłam, nie ma mnie, nie pomogę – to może kogoś wkurzyć. I ten wkurzony ktoś wywołuje wojnę. Zrozumiałe. To znaczy niezrozumiałe, ale da się rozłupać. 

Tymczasem dzieją się rzeczy w ogóle PONAD kwestię rozgoryczonego ego i kto zapłaci za prąd. Dzieją się rzeczy nie tylko PONAD, ale PONADWIEKUISTE. 

I ja to widzę. I nic nie panimaju. 

Po kolei. Jak wiecie, wczoraj napisała do mnie Nemocja. Poznałam ją dawno temu, w poprzednim życiu, kiedy jeszcze byłam „gwiazdą” i dawałam ludziom rady. Ktoś zorganizował warsztaty literackie, przyszło kilka osób, a ja się mądralowałam. I tam właśnie była ona. Zapłaciła za kurs (niemało!) I przyszła. I nawet trochę pochodziła. A jak zobaczyłam jej pierwszy tekst, to już wiedziałam, że to ściema. 

Ona nie przyszła się niczego uczyć. 

Ona jest za dobra. 

Ona jest świetna. 

Znacie to? Gdy człowiek ma wrodzony talent i każda nauka go tylko psuje? Kunegunda tak ma. Kunegunda (dziewczyna Szatana Komety) śpiewa. Śpiewa tak doskonale, że każda uczelnia zamyka ze strachu przed nią drzwi. I całe szczęście. Bo gdyby jakakolwiek Uczelnia Akademicka Muzycznego Śpiewu i Wokalu ją przyjęła i jeszcze próbowała czegoś nauczyć – świat straciłby niepojęty w cenie klejnot. 

Z Nemocją to samo. No, ale wiecie. Dostałam wynagrodzenie, muszę się jakoś odnaleźć. Coś tam muszę z siebie wymądrzyć. Nauczam więc Nemocję, a ona taktownie kiwa głową i wcale się ze mnie nie śmieje. 

Nemocja ma ciemne okulary. Tłumaczy to jaskrą. Wiem, że nie o jaskrę chodzi. Bo gdy zdejmuje w pewnej chwili okulary, by je przetrzeć – widzę to. Widzę oczy demona. 

I paraliż elektryczny przepływa mi po rdzeniu kręgowym. Lodowaty paraliż nerwów. Nawet teraz, gdy to piszę, czuję lód w palcach. 

Nemocja nagle zniknęła. Przestała przychodzić na zajęcia, nie pojawiła się na rozdaniu dyplomów. Normalna sprawa. Ja też nie chodziłam na takie imprezy. No, chyba że kroiło się after party. A tu żadnego afterka nie było, nuda straszna, parę osób nadętych i tyle. 

Minęło parę lat. Potem umarłam. Znalazłam się w Nadwymiarze, polatałam na meteorytach, zdążyłam się chyba nawet zakochać – i nagle ona się odzywa! 

Dobra. Przyznam się. W tej wczorajszej samotności trafiłam na jej książkę. Znalazła się w Księgozbiorze, nie pytajcie jak. Otwieram czarną okładkę z napisem: „Dzieje Quantum” i zastygam w spiorunowaniu. 

Bo tam, precyzyjnym jak laser jubilera językiem opisany jest obrazek, w którym siedzę na lotnisku i maluję portret Nogiłóżki. Czyli Całun Wiedeński. 

Siedzę na krawędzi stożka. W czerni. Z daleka wyglądam jak ptak. Czarny ptak. Kruk. 

Jak ma na imię ten kruk?

Zamknęłam książkę z trzaskiem. Wysłałam jej wiadomość. I gdy pisałam wam o skrzydłach Nemezis – przyszła odpowiedź. 

Nie mam siły pisać. A jednocześnie wiem, że przeprowadzę się przez tę wojnę tylko za pomocą prawdy. Zwierciadła prawdy. Opisując wszytko po kolei JAK JEST – wygram. Demon rozbije się o własne oblicze. 

I nie ma znaczenia, że nie wiem, o co tu chodzi!

Jednak opuszczają mnie moce. Coś mi je zabiera. Wczoraj przyszedł do mnie duch. Ten duch miał pretensje. Zaatakował mnie. Duch jest potężny, ma moc huraganu. Człowiek go nie pokona. 

Wiem to. 

Ale ja go pokonałam. Przegnałam precz tak skutecznie, że z pewnością ten jeden konkretny duch (a właściwie: jedna, bo to ona była) nie wróci. 

Ale. 

Przyszło ich więcej. 

Przyszła cała Noc. 

W moim śnie. 

Nie miałam szans. 

I nie stanęłam do walki. 

Uciekłam.

Wpłynęłam ze snu do rzeki życia. Woda to życie. Od zera. Woda to zero. W zerze nie ma wartości. Ani dodatnich, ani ujemnych. 

Woda mnie chroni. 

Ktoś mnie goni. 

Kim ja jestem?

Jak pokonuję duchy?

Czy ja nie jestem człowiekiem?

Skrzydła Nemezis

Kiedyś, jeszcze w poprzednim życiu miałam taki sposób na samotność, że brałam do ręki zeszyt i pisałam, pisałam, pisałam. Dziś obudziłam się sama w wielkim łóżku, nie ma nikogo, nie ma nawet No, która wyleciała w tę noc halloweenową i do tej pory nie wróciła. 

Wzięła rewolwer. 

Przed wyjściem oddała kilka strzałów na próbę. Działał bez zarzutu. 

Nogiłóżka jest inna. Ona wychodzi w czarną noc najstraszliwszego miasta świata, czyli Wiednia i nie bierze ze sobą żadnej broni. Kiedyś wspomniałam coś o nożu, zaprzeczyła kategorycznie, twierdząc, że się pokaleczy. 

Jej sposób na niebezpieczeństwo, to całkowita bezbronność. Ryzykowne. Wbrew pozorom jest w tym logika. Chodzi o wpływ świadomości na rzeczywistość. Jeśli bowiem bierzesz nóż, znaczy: spodziewasz się ataku, a zatem – boisz się. Kto jest ofiarą napadów ulicznych? Pytanie zawiera odpowiedź. OFIARA. Cechą charakterystyczną ofiary jest lęk. 

No nie wykazuje lęku. Jej rewolwer miał inne zadanie. Pamiętajmy, że wyszła na Halloween. Tam, dokąd szła, obowiązują kostiumy. Kostiumy mają być straszne. Za kogo No może się przebrać, by siać postrach? Przecież nie za ducha! 

Przebrała się więc za bandytę. 

Uzbrojonego. 

Pif – paf. A raczej: szach – mat. Uciekajcie ofiary do bram.

Tymczasem ja zostałam sama, samiuteńka, bez absolutnie nikogo. Przepraszam, z Wifi. Ale ona się gdzieś zaszyła w szarości Dnia Zmarłych. Nie wiem, czy wspominałam, że Wifi jest koloru szarego? Zaszyta więc w szarości dnia znika jak wspomniany a nieistniejący duch przebrania No. 

Kiedyś pisałam. Pisałam właśnie w takich momentach, gdy nie było nikogo. Momenty przechodziły w godziny, godziny w dni, dni w miesiące, aż wreszcie samotność wypełniła mi całe życie doczesne. Gdy jednak spotkałam Szamana Mako na Górze Przeznaczenia – na fali protestów i awantur zrozumiałam, że moja samotność się skończyła. 

Jeśli bowiem dziewczyna znajdzie swojego starszego brata, nigdy już nie będzie sama. 

Szaman jednak obecnie, jak się zupełnie nie domyślacie, pływa po Morzu Księżycowym i klnie pod nosem jak stary rasowy wilk morski, bo mu się jakieś zwoje lin splątały. 

A ja tu sama. 

Ewelement chyba śpi. Wysłałam jej wiadomość z pytaniem o sny, bo mnie już nawet sny opuściły. Nie odpowiedziała. Zatem śpi. I śni. Chociaż ona. 

Ziarno miał przyjść! Ziarno to jest facet z budki z winem. Na rogu światów. Nie wspominałam, bo wiecznie brak mi czasu na pisanie wyczerpujące. Pamiętam, jak jeszcze w szkole nauczyciele bazgrali pod moimi wypracowaniami taki zarzut: Nie wyczerpałaś tematu!

I czwórka. Zawsze: czwórka. Na maturze też czwórka. Bo nie wyczerpałam tematu. A przecież wyczerpanie tematu to literacka zbrodnia! To zabranie czytelnikowi wszystkiego, co najważniejsze! Czytelnika trzeba zostawić w pół zdania, w pół drogi, w pół oddechu. 

Wracając DO TEMATU (by choć go trochę wyczerpać) – Ziarno to facet z budki z winem na rogu światów. Między wymiarami zawsze stoi jakaś budka z winem, w której siedzi zabłąkany anioł. Budkę nazywam Kantorem. Ziarno z kolei upiera się, żeby nazywać ją „Kwiaciarnią”. Sama nie wiem. 

Anioł zwykle jest uśmiechnięty, choć w cholerę nieszczęśliwy, bo musi siedzieć w tej piekielnej budce i palić w kozie, żeby nie zamarznąć. Na rogu światów bywa bardzo zimno. 

Do Kantoru przychodzą bardzo bogaci ludzie i kupują wino po straszliwych cenach, a on z pasją choć bez zachwytu opowiada, które wino jest lepsze. Anioł zawsze wie, kto przychodzi po smak wina, a kto właśnie daje się dymać Maweraszii. Kasuje tych drugich z wielkim bólem w sercu. I cierpi. Cierpi za coś, co się tam kiedyś wydarzyło i za co musi tym swoim trwaniem w budce zapłacić. 

Ziarno jest takim aniołem. Przychodzę do niego wieczorami. Wita mnie uściskami wuja, po czym nalewa dwa milimetry sześcienne czerwonego płynu do wielkiego kryształowego kielicha, sadza mnie na wysokim drewnianym krzesełku i zachwyca się moim ubiorem. Z tym ostatnim trochę przesadziłam, bo Ziarno zachwycił się raz i to całkiem niedawno, ściśle przedwczoraj, gdy wróciłam z Wiednia na skrzydłach Nemezis. 

I tu znów okazuje się, że nie wyczerpałam tematu, bo nic nie wspomniałam o skrzydłach Nemezis, którymi właśnie zachwycił się Ziarno. 

Było tak. Nogiłóżka miała płaszcz. Czarny, długi do ziemi, w dodatku cudownie ciepły, a właśnie nadeszły chłody piekielne, nów w Skorpionie. Pozazdrościłam jej tego płaszcza. Chciałam jej zaiwanić. No może nie tak wprost, ale jakoś. Podstępem, błaganiem, manipulacją. Te same uczucia miałam względem Pana Demonium, ale to osobna historia, którą opiszę, gdy zacznę WYCZERPYWAĆ TEMAT. 

Jak wiecie, Nogiłóżka zniknęła razem z płaszczem, a ja zostałam sama w Wiedniu i w chłodzie. Szłam ulicą w celu ewakuacji i nagle zobaczyłam na schodach wejścia do jakiejś kamienicy czarne zawiniątko. Mój zamaszysty krok minął zawiniątko, ale świadomość przystanęła. Zwolniłam, poczekałam, aż przejdzie baba z blond fryzurą. Baba jednak nie przechodziła, grzebała w torebce, czegoś szukała, rozglądała się i zaczynała już mnie naprawdę irytować, bo jednak w cholerę irytuje ktoś, kto w żaden sposób nie słucha niemych życzeń, żeby go nie było!

Wreszcie, gdy już postanowiłam, że chrzanię babę, zawrócę, podejdę do zawiniątka i jak rasowy lump przerzucę stare ubrania po zblazowanych Austriakach – baba nagle przestała grzebać w torebce, podniosła głowę i poszła przed siebie. Dzięki ci, piękna nieznajomo! Już jestem przy zawiniątku, już odgrzebuję rzecz. A tam… spodnie w kolorze czarnym, idealne dla No i… no właśnie. 

Powiem tak. To nie jest żaden austriacki stary ciuch wyrzucony dla lumpów. To DAR. Dar dla mnie i przy okazji dla No od… Nie wiem. Grunt, że mam czarne, przepiękne skrzydła, które układają się w czarodziejską pelerynę na kształt togi sędziowskiej! 

Peleryna jest tak ciepła, że temperatura na zewnątrz nie ma znaczenia. Wystarczy że się nią owinę, staję się słońcem. Niewidzialnym słońcem! Gdy ją rozpostrę – wznoszę się ponad chodnikami i już nie potrzebuję meteorytów do latania! 

W Księgozbiorze dowiedziałam się, że Nemezis to gwiazda, której ludzkość nie może znaleźć od wieków z tego powodu, że jej nie widać. Nemezis to też… sędzia. To ona decyduje, co komu i za co. Tak w skrócie, bo już zaczynam się obawiać wyczerpania tematu. Sami przecież możecie się wiele domyśleć. Na tym polega cała zabawa. 

Mam skrzydła Nemezis! 

I właśnie tym zachwycił się Ziarno, gdy mnie ostatnio widział w Kwiaciarni. 

O kurwa. Napisała do mnie Nemocja. Muszę kończyć. 

Całun Wiedeński

Pamiętacie, jak wybierałam się na Día de Muertos? No to się wybrałam. I zaliczyłam trzydniowy zgon, jak znany wam skądinąd niejaki Jezus. 

Zaczęło się od lotu kosmicznego, podczas którego zobaczyłam wschód Słońca z tamtej perspektywy. I gdybym tylko mogła strzelić fotkę w kosmosie i wam ją pokazać – nie musiałabym już niczego pisać. Ale. Ani nie wolno mi strzelać tu żadnych fotek, ani nie wolno mi przestać pisać. 

Może to wam się wydawać dziwne, ale w Nadwymiarze absolutnie zabroniona jest jedna rzecz. Strzelanie fotek. Nie wolno. Czemu? Już wyjaśniam. Zdjęcie zabiera duszę. Nie tak jak Maweraszia – po kawałeczku. Nie. Zdjęcie pozbawia ciała duszy, która umyka diabli wiedzą gdzie i potem bardzo trudno ją odszukać. Dlatego właśnie Indianie nie pozowali do zdjęć. Chyba że pod przymusem, co zresztą do rzadkości nie należało. W sensie: przymus wobec Indian. 

W Waszym Wymiarze zdjęcia są na porządku dziennym. Ich potęga nie zostawia nawet szczątków dusz, wojna już dawno została wygrana. Albo raczej: przegrana. Na jedno wychodzi. Tam, gdzie wygrywa jedna strona zostawiając drugą na dnie klęski – przegrywają obydwie. Zawiłość ta stanowi duży problem i jest odpowiedzialna za upadek ludzkości. 

A przecież to proste. 

Niemniej – wracając do fotografii – w wymiarze, gdzie ciało JEST, kwestia zabierania duszy przez migawkę aparatu może stać się niedostrzegalna. Pstryk i nic się nie zmieniło. Inaczej jest w Nadwymiarze, gdzie dusza z ciałem jest nierozerwalna i nie ma możliwości jej zabrać, a ciała zostawić. 

Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Chodzi o to, że tu, w Nadwymiarze JEST przede wszystkim i na pierwszym miejscu (drugiego miejsca nie ma) – DUSZA. A ciało sobie jest lub nie, to zależy od życzenia duszy. I jeśli, na przykład, wstanę rano z sarkofagu i pomyślę: a, chciałabym być jednak krukiem, człowiek mi się znudził – trach, mam pióra i wznoszę się z Krucym pod niebo. Boże, nie mówiłam wam o Krucym! Krucy to mój kruk osobisty, podobnie jak Wifi jest moim osobistym kotem. I jeśli mam rano ochotę z nią popolować na ważki – przybieram postać kota o imieniu Sechmet. 

Czyli lwa. 

Bo taki jest mój zwierzęcy awatar. 

Ptasi awatar to kruk. Nie znam jeszcze jej imienia.

Awatarów jest nieskończona ilość. Kiedyś mnie pewien redaktor telewizji gnębił za kićkanie policzalnych i niepoliczalnych rzeczowników. Nie mam pojęcia, czy napisałam prawidłowo. Bo jak nieskończona, to czy policzalna? Jeśli mnie czytasz redaktorze Avalanche – napisz w komentarzu. Jeśli znajdziesz miejsce na komentarz. 

Awatarów jest liczba nieskończona. 

Jak zwykle zapomniałam, o czym pisałam. A, zdjęcia. No więc w Nadwymiarze jest zabroniona tylko ta jedna rzecz. Nie wolno nikomu robić zdjęć. Grozi to utratą świadomości, co jest tak sprzeczne z nadwymiarową matrycą, jak dzielenie przez zero. 

Nie można pozbawiać nikogo istnienia. 

No więc nie mogę zrobić zdjęcia wschodowi Słońca z kosmosu, bo zlikwidowanie Słońca załatwiłoby jednym ruchem rozpirzenie w miał całej rzeczywistości, w której mam przyjemność fruwać meteorytem. 

To chyba bym musiała kompletnie zdurnieć. 

Na marginesie tylko wspomnę, że w WW sytuacja opisana powyżej jest normą. 

Całe szczęście, nie muszę tego rozumieć. 

Wschód Słońca z kosmosu wygląda tak. Niebo jest czarne. Z czerni przechodzi w głębokie indigo, taki smolisty granat. I tu nagle: czerwień. Pod czerwienią dzieją się rzeczy podobne do zjawiska tęczy, mianowicie światło rozszczepia się przez pryzmat atmosfery i rozkłada swój niezwykły wachlarz barw. Tylko że tęczę widzimy na jasnym niebie, a to tutaj jest utopione w czerni. W promieniach czarnego światła. 

Na czerni nieba akurat świecił łuk Księżyca, tak cienki, jakby nakreślony piórem. Z jego lewej strony, od grzbietu oderwał się okruch i świecąc niczym gwiazda spadł malowniczo w otchłań kolorów. 

Pomyślałam od razu: życzenie! Ale żadne życzenie nie pojawiło się w mojej głowie. Ani wtedy, ani teraz, gdy to piszę. 

Ani teraz, ani wtedy… 

Przecież ja strasznie chciałam Pana Demonium! Strasznie!

Dlaczego nie wypowiedziałam tego życzenia?!

Jestem bardzo zmęczona. Spędziłam trzy dni w grobie w samym sercu tak straszliwego miasta jak Wiedeń. Mówiłam już, że Nogiłóżka mieszka w Wiedniu. Wiedeń to wielka trumna tego świata. Miasto przerażonych zombie. Serio, wolę już Szczecinę. Tymczasem ledwo uszłam z życiem wybierając się do Wiednia na Día de Muertos. 

W Wiedniu mówi się po enerdowsku. To jest język zbliżony do introligatorskiego, ale nim nie jest. Austriacy są tak oryginalni, że nie wymyślili sobie własnego języka. Jestem duszą, bez trudu mogę się porozumiewać w różnych językach, ale introligatorski – delikatnie mówiąc – nie jest moją mocną stroną. Jak więc mam z czegoś, co nie jest mocną stroną, zrobić stronę jakąkolwiek? Nogiłóżka mieszka w Wiedniu już któryś tam rok i nadal nie posiadła tej sprawności. 

Podsumujmy. Jesteśmy duchami. Przemykamy wśród monumentalnych kamienic z niepojętymi enerdowskimi napisami i nie znamy języka. Wyglądamy, jak wyglądamy, tak jak mogą wyglądać duchy. 

Ja cała w czerni, ona cała w czerni. Jakbyśmy zapomniały, że istnieją inne kolory. Jakbyśmy umarły. 

Ha, ha, ha. 

Dobra. Jedyne wyjście, to atak. Bierzesz wiedeńczyka i kamiennym głosem z głębokim oburzeniem przemawiasz jak umiesz, czyli po introligatorsku z akcentem HOPI: 

– Wo hast du Deutsch gelernt?!

No i pozamiatane. Więcej cię nie zaczepi. A my suniemy przed siebie do peruwiańskiej knajpy, żeby Nogiłóżka mogła choć trochę uszczknąć od Maweraszii*, a tak naprawdę: choć trochę pogadać w języku Majów.

Wszyscy tęsknią do Majów. Wy jeszcze tego nie wiecie, ale tu, w Nadwymiarze świadomość jest nieco inna. Opowiem to kiedy indziej, tymczasem muszę zamknąć tę opowieść. A już naprawdę przewracam się na plecy. 

Przyleciałam do tego Wiednia nad ranem, Nogiłóżka odebrała mnie z lotniska, zaszłyśmy na drinka do peruwiańskiej, a potem poleciałyśmy do twierdzy Nogiłóżki. Tam wypiłyśmy czerwone wino. Potem się ładnie ubrałyśmy (na czarno) i pląsając niemrawo – zamiast pójść na imprezę – złożyłyśmy się do trumny. 

Na trzy dni.

Trzeciego dnia, a raczej: trzeciej nocy przyszedł nów. I to był nów w Skorpionie. Najmroczniejszy ze wszystkich. Obudziłyśmy się o czwartej nad ranem w kulminacji nowiu. Obie w agonii. Tak, tu rzeczy dzieją się odwrotnie. Najpierw śmierć, potem agonia. No więc wiję się z bólu, w brzuchu mam kamienie, umieram. Ona też umiera, w swoich cichutkich nogiłóżkowych męczarniach. 

Umieramy długo, kilka godzin. Wreszcie zasypiam. Śnię. Jestem w jakiejś sali, prowadzę spotkanie autorskie. Na przeciwko siedzi moja kuzynka od strony ojca. Chcę dać jej kamień. Patrzę na nią i wołam po imieniu: – Klaudia!

A ona wstaje i poprawia mnie: Maria. 

Maria to jej matka. Moja chrzestna.

– Kim jesteś Noemi?

Budzę się mokra od potu. Jest mi zimno. Nogiłóżka stoi nade mną. Ubrana na czarno.

– Wychodzę. 

– Żyjesz? – dziwię się. 

– Nie sądzę. Spodziewaj się najgorszego. 

– Czekaj! Muszę cię uwiecznić. Ale nie mam siły rysować…

– To potem. 

Powiedziała to tak spokojnie… i znikła. A ja wstałam. Z bólem, ale bez lęku. Zabrałam swoje czarne, imprezowe ciuchy i pojechałam metrem na lotnisko. Tam, czekając na swój meteoryt, wymalowałam ten całun. I choć lotnisko jest doskonałym miejscem dla Nogiłóżki, jej samej oczywiście tam nie było. Nie dziwcie się, Jezusa też nie było, gdy Weronika oddała mu całun. 

Całun ma to do siebie, że odbija obrazy dawno już nie istniejące. 


* tak naprawdę: przede wszystkim uszczknąć od Maweraszii.


PS1. Mam ten pierścionek. 

Całun Wiedeński

Ocean Pomarańczowy

Wszystkie oceany i morza, które przepływa Szaman Mako, mają jedną wspólną wadę. Może inaczej. Żadne morze i żaden ocean Szamana Mako nie ma pewnej zalety. 

Nie jest pomarańczowy. 

Pomarańczowy jest tylko jeden ocean we Wszechświecie i on należy do mnie. 

Oczywiście, nie miałam pojęcia, że jestem właścicielką Oceanu Pomarańczowego. Odkryłam to przez przypadek, dzięki Ewelin.

Mówiłam już, że Ewelin to moja przyjaciółka z WW. Zostawiłam ją tam w momencie śmierci i fakt, nawet mi podczas tamtych pięciu minut agonii przeszło przez myśl, że ona tu, ja tam, a raczej: ona tam, ja tu – ale nic już nie mogłam zrobić. 

I nic nie zrobiłam. 

Sami się przekonacie, śmierć to nie jest czas działania. 

Przekonacie się też, że podług Czasu, nie ma prawdziwych pożegnań. Ludziom się tylko wydaje, że w chwili śmierci coś dzieje się NA ZAWSZE. Jest w tym zresztą pewna słuszność. Rzeczy dzieją się na zawsze, ale nic się nigdy nie zatrzymuje. A jak się nie zatrzymuje to też nie znika. Wszystko jest procesem, drogą, kwestią czasu. Tak więc moje rozstanie z Ewelin było kwestią Czasu, a ściśle – jego kaprysu, na jak długo postanowi mnie z Ewelin rozłączyć. 

Przyszła we śnie. Właściwie to we śnie przyszła o niej myśl, informacja, taka telewizja tvndwadzieściaczetery z wiadomością: Ewelin jest chora. A potem pojawiła się (już na jawie) handlarka kamieniami w Szczecinie. I wcisnęła mi dwa słoneczne kamienie dla Ewelin. WW nie WW, zasada jest wszędzie taka sama – wyjaśniła. Ile jasności jest w tym wyjaśnieniu, sami rozstrzygnijcie. Wiadomo tylko, że mam dostarczyć kamienie dla Ewelin i wtedy będzie zdrowa. 

Jak dostarczyć kamienie? 

Przypominam: jestem duchem. 

Z pomocą przyszła sama Ewelin. Właściwie to nie wiem, jak to się stało. Po prostu nagle odebrałam wiadomość: przyjedź. Pal diabli, że jesteś duchem. Jak przyjechać?

– Twoja w tym głowa.

Zarówno w WW, jak i w Nadwymiarze panuje jedna zasada. Dla chcącego nic trudnego. Wzięłam więc słoneczne kamienie i poleciałam tam, gdzie mieszka Ewelin. Żadnych napotkanych barier, żadnych sfinksów, żadnych nieprzekraczalnych bram.

W sumie sypie mi się teraz teoria Czasu i jego kaprysu. Bo to, że się spotkałyśmy mimo różnicy wymiarów, wcale nie było jego sprawką. Po prostu: ona mi przysłała wiadomość, a ja do niej pomknęłam. Spotkałyśmy się, padłyśmy sobie w ramiona i heja. 

Było jak dawniej.

Walnęłam się na zieloną sofę, zapaliłam starym zwyczajem, ona też sobie zapaliła, a nawet otworzyła piwo. Ja piwa nie piłam, duchy nie piją alkoholu z różnych powodów. Chociaż nie mogę ręczyć za wszystkich. Po coś ta Maweraszia do Nadwymiaru przylazła. Po coś się po nim pałęta. Widziałam ostatnio na plaży Morza Szarego – lazła cała zapchlona, drapała się, gryzła, ciągała tyłkiem po piachu, a za nią niemożliwie darły dzioby wrony: spierr…aj!, spier….aj!

Myślicie, że ptaki nie przeklinają. Poważny błąd. Wrony klną jak szewce. Kruki się bardziej pilnują, taka szlachta ptasia, inteligencja. Oczywiście, jak to z inteligencją: klną przepotwornie we własnym towarzystwie. Krucze bluzgi to jednak coś w rodzaju poezji, literatury górnych lotów, gdzie co drugie słowo na K, a jednak nie razi. To trzeba umieć. Czerwony Wędrowiec umie. 

No nic, wróćmy na zieloną sofę Ewelin. Leżę nieżywa, a ona mi mówi, że jest pewne lekarstwo i to wcale niekoniecznie musi to być lekarstwo na jej chorobę (ma przecież słoneczne kamienie), ale to może być lekarstwo na… moją chorobę. 

– Ale ja już umarłam! – próbuję się bronić. Ewelin jednak nie zna sprzeciwu. Umarłaś, nie umarłaś, mówi, dobrze być i tu i tam jednocześnie. Bycie i tu i tam daje nam pewność stałego kontaktu, wyjaśnia. 

– Gdzie jest to lekarstwo?

– Ukryte. 

– Jak je zdobyć?

– Trzeba zadzwonić do Łukasza. 

– Kim jest Łukasz?!

– Nie wiem, nie znam go. Wiem tylko, że ma lekarstwo.

– Jedziemy do Łukasza – postanawiam w moment, ale Ewelin mnie ubiega:  – Veni, vidi, vici*. I otwiera dłoń. Na otwartej dłoni Ewelin skrzą się dwie małe pastylki. Jedna jest niebieska, druga czerwona. 

– Wybieraj. 

– Tylko nie to! Jak w Matriksie! Nie znoszę Matriksa!

– Nic na to nie poradzę. Jesteś w Matriksie. 

– To o co tam właściwie chodziło? Którą trzeba było wziąć?

– Nie wiem. Nie pamiętam.

I proszę bardzo, na pałę, jak zwykle w tym i poprzednim życiu. Nie pytajcie, którą wzięłam. Chyba pomarańczową. Na pewno pomarańczową. Bo z Matriksa popłynęłam prosto w sam środek Oceanu Pomarańczowego. 

I teraz, żebyście mnie dobrze zrozumieli. Matriks, czyli filmowe WW może mieć kolor jaki chciecie. Zazwyczaj jest bezbarwne, bo tylko takie stawiamy mu wymagania. Bezbarwny kolor jest bezpieczny. Każdemu się w miarę podoba. Każdemu też się w miarę nie podoba. Nikogo nie upiększa, nikogo też nie szpeci. Jest jak zimne Morze Szare odbijające szare niebo. Wyliniały lis, który już dawno przestał być rudy. Powietrze nad miastem. Nowoczesne meble. Nic nie przedstawiający obraz. 

Dlatego właśnie WW jest bezbarwne. Bo WW stworzył człowiek z gatunku homo sapiens współczesny. I nadał mu kolor bezbarwny ze strachu przed stworzeniem świata, który byłby JAKIŚ. Ze strachu, że ten świat może się komuś nie spodobać. Żeby było. Aby było. Aby przeszło. I przechodzi. Zawsze przechodzi coś, co jest doskonale żadne. 

Woda. Woda jest bez koloru, bez smaku, bez zapachu. Przeciska się przez najmniejsze szczeliny, wypełnia przestrzeń. Zmywa do czysta. Neutralizuje. 

Woda jest doskonale żadna, a jednak gdy pada na jej taflę pomarańczowy promień słońca, nagle przemienia się w złoto. I to się właśnie wydarzyło na sofie u Ewelin. Nagle bezbarwność WW wypełniła się słonecznym światłem, a moje istnienie zanurzyło się w ciepłych, miękkich wodach Oceanu Pomarańczowego. 

Ja pierdzielę. Kiedyś byłam pisarką. Radziłam sobie nieźle. Z pisaniem oczywiście, bo przecież nie z życiem. Tymczasem nie umiem opisać stanu emocjonalnego, jaki się pojawia po zanurzeniu własnego jestestwa w pomarańczowych odmętach. No nie umiem. Powiem tylko, że Ewelin miała rację. To było lekarstwo na moją chorobę. Lekarstwo, które działa, ale tylko po śmierci. Wcześniej człowiek go nie zrozumie. Wcześniej człowieka może zabić. 

Ocean Pomarańczowy jest jak wszystko w Nadwymiarze: nieskończony. To taka kula światła, która może zająć ogród, galaktykę, albo wnętrze jądra atomu. Wielkość Oceanu Pomarańczowego zależy ode mnie. Dzięki tej cudownej właściwości mogę podróżować z Oceanem Pomarańczowym, gdzie chcę. Mogę z nim lecieć do Nogiłóżki! Na marginesie: ostatnio zadzwoniłam do niej, żeby się pochwalić nowym odkryciem, cała w emocjach, Boże, Boże, wiesz, co się wydarzyło, siedzę wieczorem w  ogrodzie rajskim i nagle patrzę, ja świecę!!!

A ona: – I co?

– No świecę!

– To już wszystko?

– Mało?!

– Że świecisz?

– Nnno!

– Ojej… przecież to normalne. 

– Jak to: normalne?! 

– Ocean Pomarańczowy to nic innego jak ocean światła. On jest teraz w tobie odkryty, a więc go widać. Świeci. Zatem i ty świecisz. Logiczne. 

LOGICZNE. 

Brat No (bo No jest oczywistym wygrywem i oczywiście MA starszego brata) – a więc brat No, Szatan Kometa powiedział mi, żebym przestała się tak wszystkiemu dziwić, bo tylko sobie tym przeszkadzam. Według niego, to co się dzieje jest owszem ciekawe, ale też bez przesady: – Kiedy przestaniesz się dziwić, zaczniesz widzieć więcej – obiecał. Szatan Kometa to ktoś, z kim kłótnia jest pozbawiona sensu do tego stopnia, że jest niemożliwa. Chyba że w wykonaniu jego dziewczyny Kunegundy, ale to osobna historia.

Tymczasem: nie dziwię się już niczemu, pakuję ocean i lecę do Nogiłóżki. 

PS. Bo jutro idziemy na imprezę. To moja pierwsza prawdziwa impreza po śmierci. I będzie to impreza nomen omen, śmierci poświęcona. Nazywa się Día de Muertos. 

PS2. Oprócz oceanu, zabieram Zarę Li. 

PS3. A dla Szamana Mako… albo nie, nie napiszę tego, bo jeszcze przeczyta, a to ma być niespodzianka. 



* Założyłyśmy z Nogiłóżką klub łaciński. Ambasadorem klubu jest Czerwony Wędrowiec, który w gimnazjum był najlepszy z łaciny i miał z tego powodu ksywę „Semper”. Klub ma misję rozpowszechniania łaciny w języku potocznym. Chodzi o to, żeby w chwilach, gdy nie wiadomo co powiedzieć, rzucić łacińską sentencją. Dobrze mieć wtedy śmiertelnie poważną minę.

Ewelin daje radę.

PS4. Może ktoś się obruszy, że na wojnie nie chodzi się na imprezy, ale to nieprawda. Chodzi się.

Dziewczyna Szamana

Szaman Mako wypłynął w morze, od tygodnia siedzę więc na materacach sama, względnie z No, o ile No w ogóle się pojawi. No jest orłem, a orły mają to do siebie, że latają bardzo wysoko i bardzo samotnie. Samotność orłów jest samotnością z wyboru, samotnością upragnioną i wielce strzeżoną. Nie zrozumie tego byle człowiek. Dlatego No, podobnie jak ja – skazana jest na niezrozumienie od początku swego istnienia, do końca wieczności. Jedyne, co można z tym zrobić, to przemnożyć przez współczynnik W, czyli wyjebkę

Polecam. 

Dwa słowa o wojnie. Albo nie. 

Nachodzą mnie słowa piosenki: Navigare necesse est. To jest, rzecz jasna, o Szamanie Mako. 

Teraz, gdy wypłynął na te swoje morza, mogę wam parę słów o nim powiedzieć. Jaki właściwie jest? Otóż Szaman Mako to taki typ faceta, którego nie sposób nie kochać. Jeśli jest na świecie jakaś osoba, która go nie kocha, niech żałuje. Bo to straszliwa strata. 

Szaman Mako jest czystą miłością. Wichrem miłości. Jej pełnią. 

Dopóki go nie znałam, pałętałam się w formie nadgryzionej połowy. Bycie połową jest zawsze mniej korzystne od całości. Bardzo łatwo w takim stanie o krzywdę. Człowiek szuka w nadziei jakiegoś substytutu, czegokolwiek ciepłego, ułamka uśmiechu, skrawka aprobaty, którym by siebie oblepił. Najmniejszy przejaw człowieczeństwa przyjmuje więc za agape. Tymczasem to, co spotyka jest tylko czymś w rodzaju kalkulacji. Bo przecież każdy potrzebuje drugiego człowieka do czegoś. Zawsze więc można się PRZYDAĆ. 

Przez poprzednie życie pałętała się więc moja połowa, którą nadgryzano łapczywie i tak skutecznie, aż mnie zjedzono. A teraz, gdy mnie już nie ma i nie ma czego gryźć, wybuchła wojna dająca komuś nadzieję, że jednak z tego niczego da się jeszcze cokolwiek wyszarpać. 

Czemu o Wężu piszę „ktoś”?!

Bo gdy wywołał tę wojnę, ujrzałam kogoś, kogo nie znam i choć wszystko się zgadza, jest to faktycznie mój Wąż: za cholerę go nie poznaję. 

Wyjaśnienia są jak zwykle conajmniej dwa. Albo on się zmienił (choć podobno węże się nie zmieniają, co najwyżej zrzucają skórę), albo ja w tym Nadwymiarze doznałam olśnienia, osiągnęłam pełnię i widzę nieco więcej. Widzę na przykład coś, czego nie ma. Odwrotnie. Nie widzę tego, czego nie ma, choć w poprzednim życiu jakimś cudem, a raczej własnym zwidem: widziałam. 

Uf. Ciężka sprawa. 

Ale, ale. Miałam pisać o Szamanie Mako. No więc pływa. Gdy pływa, jestem sama, a trzeba wiedzieć, że wcale nie jestem tak harda jak No. Samotność nie jest moim żywiołem. Moim żywiołem jest wspólne z Szamanem latanie na meteorytach. 

Ale on teraz pływa! 

Powiecie zaraz: niech nie pływa. I tu jest problem. Bo Szaman – jak już wspomniałam – jest wichrem. A wicher jest w ciągłym ruchu. Kiedy więc Szaman długo nie pływa, dopada go Niewiem. Niewiem jest demonem pustki. Wyżera mu serce. Zostawia tylko powłokę, zagubione truchło opatrzone przerażonym wzrokiem i martwymi ustami wypowiadające w kółko dwa słowa: „Nie wiem”. 

Jak wyglądam?

– Nie wiem. 

Zrobisz jajecznicę?

– Nie wiem. 

Kupisz mi kwiaty?

– Nie wiem. 

Navigare necesse est. 

Viviere non est necesse. 

Powiedziałam o tym Nogiłóżce. Zrozumiała. Ona w ogóle doskonale rozumie Szamana Mako, znacznie lepiej niż ja. Ewelement też go rozumie. Mam wrażenie, że wszystkie go lepiej rozumieją, tylko ja się co chwilę dowalam.

Bardzo trudno w Nadwymiarze wyzbyć się starych przyzwyczajeń. Jeszcze trudniej wyjaśnić ludziom, jak bardzo te stare przyzwyczajenia komplikują sprawy. A przecież wszystko jest niezwykle proste. 

Można to zawrzeć w czterech zdaniach:

Kiedy poznajesz Szamana, stajesz się częścią boga miłości. I potem, gdy on wypływa, zostaje ciebie pół. I te pół woła przez oceany tęsknoty.

Kocham cię. 

No

No. Zawsze mam ten rodzaj burzy w głowie, jak zacząć tekst. Bo to, że się za chwilę pojawi, wiadomo. Tylko: które słowo we Wszechświecie dozna splendoru? 

Tymczasem dziś na prowadzenie wysunęła się No. Z tym prowadzeniem to grubo pobłądziłam, ale zawsze są jakieś koszty. Kiedy zaczyna się tekst od No – trzeba się liczyć z kosztami. A więc No nie wysunęła się na prowadzenie, bo No nigdy w żadnych zawodach nie wystartowała. Dla niej start w zawodach to już rodzaj przegrywu, coś bez sensu dokumentnie, na co zgodzić się można jedynie pod jednym warunkiem: że się ma z tym ubaw po pachy. Jak nie, to nie. 

Raczej nie. 

No więc No. Ta absolutna doskonałość, boska Osoba mieszka ostatnio w mieszkaniu Wió. Na materacach rzecz jasna. Wyprowadziła się z gniazda na urwisku, pełnego drapieżników i węży. I trach, do nas. Zajęła salon ze świątynią, jakże by inaczej. 

W salonie wraz z No pojawił się od razu Latający Dywan i nieopisany bałagan. Jak mówiłam, No jest Niebieskim Kosmicznym Orłem i nic w jej pobliżu nie ma prawa statyczności. Ten koleś z Efezu miał może swoją słuszność, że panta rhei, ale u No płynność nie ma wielkiego wzięcia. U niej jest lotność. Wszystko fruwa, Heraklit, elo. 

No ma kilka ważnych cech. Po pierwsze niewiele mówi. Tu znów gruchnęłam, jak z tym „wysunęła się na prowadzenie”. Kiedyś, kiedy jeszcze żyłam w WW, pewien redaktor ganił mnie za eufemizmy. Tak to już ze mną jest. Niby w punkt, a jednak na okrętkę. Małomówność No nie ma więc wymiaru ziemskiego. No, jak przystało na Niebieskiego Kosmicznego Orła – mówi niewiele w wymiarze kosmicznym. 

Jedno słowo na tydzień. Może. Albo i to nie. Tydzień oczywiście liczymy w wymiarze kosmicznym. U was to będzie raz na życie. 

Ulubione słowa No, to:

  1. No.
  2. A.

I ostatnio:

3. czeŚĆ. 

Trzecie celowo napisałam tak, jak napisałam, ponieważ w tym słowie każda litera ma inne znaczenie, a szczególne znaczenie mają dwie ostatnie. Są tak doskonale zdefiniowane w swym brzmieniu, że stanowią absolutną całość jak Yin Yang. No umieszcza je OBOK siebie w takiej bliskości, że żadna kreska się tam nie zmieści, ale też w żaden sposób zlać się ze sobą nie mogą. Są oddzielne, a łączą się w jedność. 

Nie umiem tego wytłumaczyć. 

Brzmią krótko. Bez żadnego przedłużania, żadnych rozmyć. Stanowcze. czeŚĆ. 

Słowo nie zawiera emocji. Emocje No są strzeżone jak skarb sezamowy. Żadnego szastania. Jak ktoś się upiera, żeby coś uszczknąć, zamrozi go jej wzrok. Z No nie ma żartów. 

Właśnie zadzwoniła Ewelement. Dwa słowa o tym, jak tu się dzwoni. Tu się, kochani tak naprawdę nie dzwoni, ale wysyła sygnał telepatyczny i zostanie on odebrany lub nie, w zależności od tego. 

Mnie się tu wbił sygnał Ewelement i teraz się rozkićkałam z tekstem. 

Ani słowa więcej! Później. Później wszystko wam wytłumaczę, co Ewelement, co z tą wojną i jak dalej. Teraz mówię o bogini!

Skąd znam No? To jest taka znajomość, co wiecie, patrzysz i wiesz, znasz od zawsze. Z No jest trochę inaczej, bo to ona zna mnie od zawsze, ja ją nieco krócej. Zawsze muszę być gorsza. 

Dobra. Jaka jest No?

Przykład. Wyskakujemy razem do WW (jak już się nauczyłam, to nie umiem sobie odmówić), poprzymierzać ciuchy w haemach. Ja uwielbiam ciuchy, zawsze byłam strojnisia, a teraz, gdy mogę sobie przymierzać wszystko ile wlezie i nikt mnie nie widzi – tym bardziej. Idziemy zatem na lumpy, bawimy się setnie, wreszcie No z jakiegoś powodu zaczyna szukać kostiumu… i tu bym normalnie napisała: kąpielowego, ale jednak nie o to chodzi. Jak wspomniałam: nie wszystko płynie. Wszystko lata. Więc No chciała kostium, owszem, kąpielowy, ale do kąpieli powietrznej. Najpierw się przestraszyłam, czy w takim zwykłym lumpie znajdzie, ale nie miała z tym problemu. Złapała jakieś cudeńko z wieszaka, zrzuciła wszystko i wdziała kostium. 

Ta chwila, gdy bogini odsłania swoją istotę, należy do bonusów ekstra tego życia. Trzeba patrzeć, karmić siebie szybko i z wdzięcznością, bo to nigdy nie trwa, a moc ma ogromną. 

Bogini zastygła przed zwierciadłem nie pręży ciała. Ona POZWALA patrzeć na blask swojej skóry. Nie. Nie to. Pozwala przy okazji. To jednak nie zajmuje jej umysłu. Jej umysł jest poza, wkracza na poziom indygo, zachwyt najwyższych lotów: zachwyt bogini nad samą sobą. 

I nagle maluje się na jej twarzy to naiwne pytanie dziecięce – tak u bogini wzruszające: czy jest gdzieś coś na świecie, co mnie kiedyś zachwyci bardziej?

Jest. Ja tak myślę. Jest. Może nie bardziej, ale tak samo. A to już bardzo, bardzo dużo. 

Nagle No podnosi ramię i gwałtownym szarpnięciem zasłania się ciężką, purpurową kurtyną. Po chwili stoi przede mną w szatach, nie ma kostiumu. Nie zdał egzaminu? Nie zachwycił dostatnio? Nie zasłużył? Nie był godzien?

Był. Dotykać ciała No przez tę niezapomnianą chwilę. I teraz innym kostiumom na wieszakach, a potem fatałaszkom w szafie – będzie rozpowiadał do końca swych dni o szczęściu, jakie ma w życiu, że kiedyś w WW, na wyprzedaży sezonu, w pewnym nadmorskim mieście spotkał No. 

Emocje No są strzeżone jak skarb sezamowy. Żadnego szastania. Jak ktoś się upiera, żeby coś uszczknąć, zamrozi go jej wzrok…

Idź i patrz.

Kto czytał Ojca Chrzestnego, ten wie, że stan wojny wymusza na bohaterach „pójście na materace”. Ja teraz jestem na materacach w dosłownym tego słowa znaczeniu. Szaman znalazł na jakiejś wystawce i przytachał, bo w mieszkaniu Wió zamieszkała No. I niech brak jej określenia będzie przeźroczystym tłem, siatką-preludium do właściwych przyszłych określeń jej boskości. Bo No jest boginią. Jej imię to skrót od NKO, czyli Niebieski Kosmiczny Orzeł. Jest boska. Chciałabym teraz o niej pisać długo i dużo, ale nie mogę, nie mam czasu, na wojnie jestem. Napiszę, jak tylko ogarnę broń. 

Znacie ten klimat. Siedzi Kmicic, czy jaki inny gieroj na klepisku, na łeb mu lodowatą wodę ze studni leją i przynoszą. Kołczan. Spluwę. Szablę. Miecz samurajski. A on kręci głową, nie, nie to, ciągle nie to. Tak teraz ja. 

Siedzę w kastrze. Kastra to jest taka bania na kąpiel. Niektórzy w WW używają jej do mieszania wapna. Błąd oczywisty, na szczęście nie mój. Ja się idealnie po tej śmierci mieszczę w kastrze i nic mnie z waszym wapnem nie łączy. Siedzę więc zanurzona i nikt mi, rzecz jasna, na głowę niczego nie leje (bym zabiła), nikt mi żadnej broni do wyboru nie przynosi (a to już na pewno). Bohaterowie książek Sienkiewicza wybrzmieli już dawno. Czas na real. 

Chochla. 

Pomysł dobry, bo praktyczny. Mało w nim jednak finezji. Sechmet może się dąsać. Inna rzecz, już miałam na temat chochli pogadankę z Wolfgang i choć mi wskazała, jako faktyczną – koniec końców odmówiła, argumentując, że to zbyt słabe: 

– Zmachasz się, umordujesz, a ledwo muśniesz. On tylko się skrzywi, nic więcej. Widziałaś, żeby ktoś chochlą Węża załatwił?

Nóż. Nóż pojawiał się w naszych rozmowach dwukrotnie. Po raz pierwszy – zaraz po chochli, jako skuteczniejszy. Po raz drugi – niedawno. Wolfgang mi pokazała wizję na Kryształowym Lustrze. Zobaczyłam pojedynek. Szaman Mako szamoce się z jakimś drabem, ja na pomoc lecę, szybko do kuchni Wió, szukam w gorączce, znajduję nóż, podaję Szamanowi, tymczasem drab mi go z ręki wytrąca, sam łapie i trach Szamana po udzie. – Kuźwa, tętnica udowa! – ja w pisk, oni na przeciwko siebie stają, ja znów w ten głupi pisk, co robić, co robić… i widzę nagle OCZY. 

JEJ OCZY. 

Tyle razy chciałam wam powiedzieć, że czytałam w Księgozbiorze (tak, milion razy się zbierałam, żeby wam powiedzieć, że tu jest magiczny Księgozbiór, a w nim WSZYSTKO, razem z tą książką „Słownik Symboli” i inną, pod tytułem: „Cudowna Planeta”. W tej ostatniej przeczytałam o Nemezis, bo już byłam w cholerę zaintrygowana, czemu mnie prześladuje to imię. Raz na Górze Przeznaczenia, dwa – kto strzelał w Fargo, trzy… no właśnie. Wiem, kim jest drab! 

Widzę, poznaję po zębach. Widzieliście zęby węża? Nie da się ich zapomnieć. No więc widzę, wystają spod podniesionej w zacietrzewieniu wargi, myślę szybko: biec po drugi nóż? 

Nie. Mówią JEJ OCZY. 

Nigdzie nie biegaj. 

Tylko patrz. 

Idź i patrz. 

Idę więc z gołymi rękami i patrzę jak mój wzrok obraca wszystko w pył. 

Oni walczą, ja w pisk i… widzę nagle oczy.
Jej oczy…