Zaczarowany młynek

Śni mi się purpura w kolorze turkusowym. Jakkolwiek to brzmi, stanowi tajemnicę. Bo nie wiem. 

Z rzeczy przyziemnych: przydałoby się posprzątać. Może by się znalazł młynek, w którym na pewno jest trochę zioła, akurat na jednego buszka. Ale nie chce mi się. Znaczy, zapalić: owszem, bardzo poproszę. Ale sprzątać nie. Jestem leniwa jak zodiakalna krowa, leżę i zbieram pyłki z powietrza, wzbudzony porankiem srebrny kurz wdycham zamiast marihuany i mam katatoniczny odlot. 

Oto lecę w kosmos. W tym kosmosie tworzę świat, planetę bez ludzi, bez śmieci, bez kosiarek, bez alarmów i bez masek. Wśród zieleni turkusowej, w samym sercu dżungli lśni w słońcu purpurowy zamek, a tam, na balkonie podniebnym, w jedwabiach, aksamitach: ja. Bujam się w hamaku i palę fajkę, której zawartość nie kończy się nigdy, gdyż odnaleziony młynek jest zaczarowany i mieli w nieskończoność kosmiczne THC. 

O żadnych królewiczach, rzecz jasna, nie ma mowy! A jeśli by się cudem jakiś przybłąkał – z balkonu zastrzelę, z łuku. Konia sobie zostawię. Białym galopem będę mknąć przez knieję planetarną. Do jeziora! W turkusie się zanurzę, w wodzie się rozpuszczę, w potoku się rozszemrzę. 

A potem wyparuję.
A potem spadnę burzą.
Aż wreszcie zniknie wszystko.

Nawet Księżyc. 

W aksamit się zawinę
i zasnę. 

Przyśni mi się maleńka planeta. W kolorze purpurowym. Z okiem jeziora o barwie turkusu.

Przepraszam

A więc przepraszam. Za każdą krzywdę, każde słowo, każdą dręczącą mnie myśl. Za każdą chwilę, którą poświęcam nie sobie. Za smycz na swojej szyi, za własną niewolę. Za żal, którego wyrwać z siebie nie umiem, bo wnika zbyt głęboko – do mikrootworów w kościach, do ich gąbczastej tkanki. 

A więc przepraszam. Za pretensje. Za zbyt niską ocenę. Za ocenę w ogóle. Za ustępstwa i na wszystko zgodę. Cztery browary wieczorem. Pół paczki fajek. I wysokie obcasy rujnujące mi zdrowie. 

Przepraszam. Że wybaczyć nie mogę. Chłodu, dumy, milczenia. I przełkniętych łez.

Przepraszam. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Rysunki naskalne

Wyłączam telefon, nie mam sił na dzwonek. Ani tym bardziej na żadną rozmowę. Opinię. Elokwencję błyskotliwą. Cięte riposty. I szereg roszczeń, pouczeń, jaka to niby powinnam być. Co robię źle, a co dobrze. I jak się właściwie nazywam.

Bądź taka, nie bądź taka, bądź taka, nie bądź taka…

Baba z góry też gada. Dzwoni jej tam non stop. A ja wybieram ciszę. Raczej śpiew ptaków. Zanurzam się w kolorach, w nieskończoności barw. Mam mnóstwo pracy. Muszę ocalić Dżunglę. Od zapomnienia. 

Ktoś mówi: nie walcz z całym światem! Tymczasem ja nie walczę. W milczeniu tworzę własny. 

Chrześcijanie do lwów

Starzy są niezadowoleni. Powód oczywisty: nie jestem Sienkiewiczem. Powinnam nazywać się Henio, zostać pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym* i pisać populistyczne kawałki. 

Tymczasem maluję zupełnie niezainteresowane chrześcijanami lwy. 

Pomruk, aż się ściany trzęsą. 

Erotyzm, że dreszcz. 


* pozdro dla Gombro. 

Lwy. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

UFO

Kot urodzinowy. Porusza się z prędkością światła w zasięgu międzygalaktycznym. Pali sporo, średnia 420. Ale biernie. I tylko biopaliwo.

Stanowi obiekt niezidentyfikowany, gdyż nie sposób go złapać. A właściwie ją. Chyba.

Transportuje gwiezdne pająki, przesadza rośliny, bierze udział w dyskusji. Dysponuje inteligencją do końca niezbadaną. Wiadomo jednak, że nie nosi maseczki, co plasuje ją wyraźnie powyżej gatunku ludzkiego. 

No i jest piękna. 

UFO. Noemi Susenbach

Akcja Lemur

Wielka sobota. Czyli wielkie urodziny kota. Tymczasem maraton twórczości, dzień po dniu czyjeś urodziny, prezentowy trans. Powstają obrazy. Najpierw UFO, potem Fryderyk, teraz akcja lemur. Jeszcze nie znam tytułu, ale Akcja Lemur korci. Trochę jak nazwa jakiejś absolutnie wyskokowej knajpy. Biorę. 

Śni mi się lot (tym razem samolotem), (?!) w chmurach. Myślę, że nic nie widać. Myślę jednak, że to nie jest problem, bo raz, że w powietrzu rzadko co lata, rzadziej niż jeździ po ziemi, a dwa: przyrządy, nawigacje. Ponadto jestem z Szamanem. Kwestia bezpieczeństwa z głowy. Nie chodzi więc o symbol patriotyczny w sensie mgły (śmierć o brzozę), ale o zupełnie coś innego… 

Muszę wracać do Akcji Lemur. Przypomina mi się Król Julian w Monte Carlo z patykiem w nosie. ”Teraz jestem zajęty!”

Pewnie sobie test wykonuje. 

Przyszłością zajmę się jutro

Jestem u celu. W samiusieńkim centrum siebie. Kto by pomyślał? Wędrówka przez dżunglę, a na końcu, zamiast Szamana z pucharem – ja sama. 
Na jakim końcu?
Na początku. 

Układam myśli na półkach umysłu. W kosteczkę. Kolorami. Porządek jak u rasowej Panny. Przeszłość pakuję do worków, przyszłością zajmę się jutro. Dziś pierwszy dzień bez bólu w ramieniu. Poza rozlanym na dachach słońcu i podniebnym błyskiem piór mew, stanowi to niemożliwy do zlekceważenia powód euforii. 

Owszem, mam plan na życie. Jego doskonałość polega na tym, że może się nie udać. Pozwalam ze wzruszeniem. Ramion.