Sztuka mówienia NIE

To nie jest jedna lekcja. To cykl lekcji, nauka, studia. Trening. 

Zaczynam od tego, że mówię NIE na wszystko. Na każdą myśl, każdy pomysł. Może poza tańcem, taniec to przerwa. Człowiek wstaje z ławki i zaczyna pływać w przestrzeni jak wąż. Gady milczą. Jeden grzechotnik, imprezowicz. Reszta cicho niczym duchy, bezszelestne ciała, nieme pyski. Głoska „s”, syk, który nigdy się nie kończy, jest zapętlonym w siebie wężem…

NIE. Przerwa. 

….

To może zadzwonię do matki? 

NIE.

Oo.

Nic NIE? Ten język jest nielogiczny, w sensie, że wszystko: NIE?!

NIE.

Przerwa.

(W przerwie NIE trzeba tańczyć, w ogóle nic NIE trzeba, albo nawet wszystko NIE trzeba.)

(Dżizas…)

Pozdrowienia od kobiet

Gdańsk. Siedzę w parku i wyobrażam sobie, że to Berlin. Nie dlatego, że mi coś Gdańsk nie pasuje, ale z braku podróży. No więc fontanna, wokół drepcą berlińskie gołębie i serio, niczym się nie różnią od gdańskich. No, może to niemieckie „r”. Ale chyba wszystkie gołębie mają „r” i wychodzi na to, że wszystkie gołębie są niemieckie.

Jestem tu z powodu kongresu. Nie chce mi się tam iść i słuchać tego pitolenia. Patrzę więc z perspektywy fontanny. Przerwa chyba, bo wychodzą. Profesorki, magisterki. Trzymają w dłoniach papierowe kubeczki. No wiesz, wybacz. Nie jestem żadną wykonawcą w tej umowie! A ta druga, że ok, wykonawca ma przecież żeńską końcówkę. A. Tamta jednak się lepiej orientuje, bo podaje, wprawdzie rozbudowaną, ale jednak poprawną formę „wykonawczyni”. Wtedy, jeśli odwrócić, trzeba by też użyć formy zleceniodawczyni oraz zleceniobiorczyni. I to ostatnie chyba robi karierę, bo jest przypieczętowane selfie.

Dziewczyny wyglądają jakby przyjechały z Kalifornii. Opatulone białymi ręcznikami z hotelu pięć gwiazdek, zaryte do imentu zajęciami SPA, ledwo dają radę na bankiet. A warto. Dobre wino ma być. I ten niekrzesany felietonista. Facet jest trochę chamski, ale cóż, tacy są mężczyźni.

Pozdrowienia! Od kobiet. 

W obcym mieście człowiek się czuje jak na wakacjach i zapomina o czujności. Tymczasem na mojej berlińskiej ławce siada typ w moro z nożem myśliwskim za pasem. Żołnierz? Niemiecki?! Wyobraźnia wyobraźnią, są pewne granice, a przynajmniej jeszcze niedawno były. Gdzie nie siądę, zaraz się ktoś przysiada, ale żeby uzbrojony? Swoją drogą, tego nigdy nie wiadomo. A u niego widać. W sumie racja. Przynajmniej nikt się nie przysiądzie. Może też zacznę chodzić uzbrojona? Taka moda. Prosto z Berlina. Spod kongresu. Ciekawe, czy dziewczyny wiedzą. Mam przyjaciółkę, która nie chce się zbroić, bo jak twierdzi, sama by się tym nożem pocięła. To jest argument. Żelazny. 

Żołnierz wyjmuje komórkę. Nie gada, scrolluje. Milczenie jest w wojsku podstawą. Wszędzie podsłuchy. Trochę się dziwię, że można wysiedzieć na tych odczytach tyle godzin. Pewnie też scrollują. Jakby która z nudów zajrzała, to pozdrowienia. Od kobiet. 

Ławek wokół dwadzieścia, a on akurat tu. W filmach zazwyczaj taki gościu czegoś chce. Sekundy mnie dzielą od konwersacji. Po niemiecku. Zresztą, w tym wypadku wszystkie języki są takie same. Sprowadzają się do emocji pod tytułem: spierdalaj, ponieważ jesteś kobietą. Bezbronną. Psycholożka (yes!) uczy potem latami, jak wyjść z traumy pokoleń, gdy słyszysz za sobą męskie kroki. A gdy słyszysz kroki żołnierza? Z nożem? 

Ta.

Ledwo zdążyłam paznokcie zrobić, skarży się profesorka. Urwanie głowy. No ale kongres. Priorytet. 

Błąd, że nie mam noża. Poszłabym tam i wykręciła śrubę z krzesła. Może zagadam z żołnierzem?

BaB trip

Piwo bezalkoholowe i śrut. Zestaw jak dla duchów. Wszystko wystrzelone. Jest ze mną Magda, Natasza, Śmierć i Wifi. Myślę, że piwa wystarczy. Są aż dwa. Śrutu wystarczy na pewno. Dziewczyny nie palą, zwłaszcza z broni palnej. W razie czego jest dużo żarówek. Oraz palo santo. Z mocnych rzeczy: serotonina. Po trzech seriach oddechów. 

Magda w komórce, Natasza w szufladzie. Śmierć w woalce, a Wifi w ogrodzie. Jolka była, ale umarła. Teraz tańcuje wokół Śmierci, taka boginka, drugi poziom trzeciego wymiaru. Żeby z nią pogadać, trzeba zrobić to, co robią duchy, gdy chcą wywołać człowieka. 

Serio? Madżenta?! Ona tylko oknem, właściwie oknami, wszystkimi naraz. A potem znów do okna, żeby nie było, że siedzi i nic nie robi. Na wpół przewieszona między światami pali, ale własne. Smoki mają swój ogień. 

Otwieram drugie piwo. Podobno alkoholik robi zapasy. A bezalkoholik? Zapierdala do żabki, podpowiada Natasza. Natasza jest ocalałą przed publikacją powieścią, jedyną, co nie daje się robić w trąbę. Słowo publikacja jest blisko słowa ubikacja. Gówno z tego masz. 

W kółko czyszczę lufę. Jeden strzał i znów czarna. Brakuje Stasia. Mógłby skoczyć do żabki. Śmierć ma trzy wcielenia, jedno z nich jest lalą, drugie obrazem, a trzecie obrazkiem. Małoobrazkowym. Plus Jolka. A raczej: minus. 

Leci Bajm. Wszystkie babki płaczą. Małpa i ja. Mamy dziesięć lat i zdzieramy kasetę na magnetofonie Wilga. Nagrane z Trójki. Z Listy Przebojów. Teraz ten krzyk, coś się dzieje z gardłem, prawdopodobnie rozszarpują je łzy. I samotność. 

Tylko Magda niewzruszona. Uprawia jogę oraz przemawia z ekranu. 

Możesz być szczęśliwa. Albo nie. Wybór należy do ciebie. 

Wifi nie słucha. Nie musi. Jest kotem. 

Dark matter

Co jest bolesne? Kiedy w poukładane życie trafi prawda. Niektórzy nazywają to bad tripem. Ciężka rzecz. Trudna do przejścia. Trzeba ruszyć mózgiem, a mózg w strzępach, w węgorzach, sparaliżowany, zjedzony, zamieniony w magmę. I jeszcze kierownica w dłoni. Jak najstraszniejszy z węgorzy. Ten, który jest wężem.

A zdaje się, że nie postawisz gołej stopy w dżungli. Tymczasem dżungla to żywy organizm, wędrujący. Przenikający. Jak ciemna materia, dark matter. Niby nie ma, a jest. JEST. To słowo aż syczy od istnienia. 

Ratunek? Rezygnacja z prowadzenia, oddanie się w swoje ręce. Dosłownie. Ciału. Dobra, magister, inżynier, weź ty lepiej się połóż i śpij. Będzie ci się śniło, że tańczysz. Na stopach zaczarowane buciki i nieustanne tango. Błagasz, płaczesz, nic z tego. Taniec. I to właściwie nie sen, raczej OOBE, diablo realne, do bólu. Wszystko wokół znika jak w kreskówce, oddala się za horyzont jakiejś kuli, co to właściwie za kula, nawet nie zdążysz pomyśleć, bo kolejna znika sprawa. A z nią kolejny człowiek. Niby się nie lubicie, ale jednak. 

Jprdl.

Czemu wszystko znika, chyba dlatego, że nie prowadzisz tego samochodu, albo nie wiem, morderczy taniec nie pozwala się skupić, roztrzaskują się zabetonowane węzły logiczne, latają dane jak po wybuchu. Podczas. Bombardowanie trwa i trwa mać, chyba że któregoś dnia w tym wirze złapiesz za koniec sznurka i wyciągniesz los z napisem: NIC NIE TRWA WIECZNIE. 

Powtarzać jak mantrę. Codziennie. 

Kilka razy dziennie. 

W kółko. 

To podstawowy krok w tańcu ze smokiem. 

Jaguar

Dzikość ma kolor płomieni, konkretnie coś między czerwienią a błękitem, gdzie temperatura sięga poza umysł. Przy okazji kupuję w lumpie czerwone buty, są bardzo wygodne, zwłaszcza do trumny. A właściwie: do urny. Albo najlepiej poza system, do dżungli, żeby mnie w stopy nie kąsało. W dżungli panują zasady surowe jak mięso na tatar. Pulsuje krew. Przeważa dźwięk niski, piski małp wplecione są jak nitki w zamsz pomruku. Pomruk jest niesłyszalny, brzmi jednak najgłośniej, dokładnie jak strach, którego nie słychać, a przecież zagłusza wszystko.

Drzewa to też zwierzęta, albo raczej jedno zwierzę, bestia o nieskończoności oczu, tajemnicza, nieodkryta, zakodowana milczeniem. 

Pełno życia. Kielich niewyczerpanej energii, święty Graal. Każdy krok to przygoda, być albo nie być – oto jest pytanie, a właściwie: kim być – oto jest pytanie, bo w każdej chwili może skoczyć na plecy jaguar, wtedy następuje bardzo konkretna zmiana w życiu i wszystko co do tej pory stanowiło homo sapiens, staje się panthera onca.

Koty mają czuły węch, wszędzie zwęszą strach, wiedzie je nuta pomruku, rytm bębna serca. Polują sprawnie, jednym ruchem szczęk rozłupują czaszkę jak łupinę fistaszka. Trach. Przywarta do mózgu świadomość trafia do jaguarzych trzewi. Żadne piekło, czy niebo, po prostu flaki. Albo robaki. 

Dzikość cieszy się chwilą. Tym, że jest. Pierwotna natura jest logiczna jak fraktal. Nie warto się nie cieszyć.