Rozgwiazda

Liść konopii ma dziewięć ramion, wyglada jak oceaniczna rozgwiazda, kosmiczna dłoń świadomości. Brat, co zastępuje ojca, potrafi piec ciastka. Pozwolę się przytulić. 

Czy brat z siostrą mają imiona? Z pewnością. I tylko oni je znają. 

Czasem człowiek się budzi splątany. Tak ciasno, że oddychać nie może. W splątanych żyłach nie płynie krew, ona się sączy, zbiera w krwistych sadzawkach, stygnie. Te jej bajora są niebezpieczne. W nich drzemią krokodyle. Aligatory. Smoki. 

Węże, węgorze. 

Jak otworzyć głowę, gdy krwiobieg zamknięty? Zasada naczyń połączonych. Jedno i drugie. Razem. 

O Boże, jak ciężko! 

A jednak coraz lżej. 

Tapeta kupiona przez MM.

Prawo

A gdyby tak studiować siebie? Odkrywać dzień po dniu własne zagadnienia. Ciało, umysł, duszę, cień. Egzaminy przed sobą. Sesje poprawkowe w nieskończoność. Stopnie naukowe! Profesor doktor JA. Specjalistka od siebie samej. Medycyna, psychologia, fizyka kwantowa. Kapilary, naczynia połączone. Mitochondrium. Retikulum. Medium. 

Pierwsze zajęcia. Lustro. Bez makijażu, bez retuszu. Oko w oko. Same fakty. Na dnie spojrzenia dezaprobata. Co? Nie ten kierunek? Sorry. Studia są dla dorosłych. Zawsze można rzucić. 

Pójść na prawo. 

Żyrafka
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Coś innego

O czym nie mówi internet? Właśnie o tym. 

Najdziwniejszą osobą, jaką można spotkać, jest czerwony smok o imieniu Brak. Cała reszta jest jako tako przewidywalna. Choć może to niedocenianie reszty. 

Telewizja też o tym nie mówi. 

Zielony wąż otwiera wystawę w parku. Oszukuje, że nigdy się nie kończy. Jeśli mu uwierzyć – będzie miał rację. 

Nie opłaca się tłumaczyć słów. Opłaca się… coś innego.

Lupus
Noemi Susenbach

Kwiat paproci

Książka musi się skrzyć, jak opowieść, którą ci opowiadam na dobranoc. Czemu nie, niechże będzie i Kwiat paproci. Zawsze mnie ciekawiło, gdzie leży prawda. Ach, wybacz, nie leży. Fruwa! Przysiada na chwilę, już wieczór, ciemno, a tam w liściach, w kniei coś błyska. Świeci. Lecz to nie robaczek świętojański, nie, nie. 

Chociaż. Byłoby logicznie. 

I teraz tak. Rozdajesz wszystko na lewo i prawo, czy tylko dla siebie trzymasz? Żeby ci ten kwiat paproci wrósł w pierś na stałe, tak głęboko, że naprawdę… ani słowa. Ok, rozdajesz. Ale wtedy kwiat wrasta jeszcze głębiej, jeszcze… 

KONIEC.

Ptaki
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Bad trip Jasia i Małgosi

Domek Baby Jagi jest zbudowany z ciastek dla dorosłych. Gdy dzieci sięgają po te ciastka, czeka je niezły odlot. Albo zły, jak kto woli. 

Prawda jest jednak taka, że zło nie istnieje. Nie istnieje też dobro. Są emocje, różne ciekawe stany, deszcz, wiatr, lęk i smutek, wszystko to wieje na oceanie świadomości i nic z tego nie jest ani dobre, ani złe. 

Baba Jaga też nie jest zła. Ot, po prostu samotna kobieta po czterdziestce, która nie farbuje włosów. Każdy by się zeźlił, gdyby mu wpierdalać dom. No, może nie każdy. Ja mam nastrój obojętny, choć mój dom wpierdalają już od dawna glony, eugleny zielone. 

Im człowiek ma więcej, tym większy problem. 

Las. Z kory drzew wyciągam niedopałki. Nie mam nic do powiedzenia. A chciałoby się mówić. 

Bezdomność. Noemi Susenbach

Planeta krokodyli

Nie wiadomo, co trudniejsze. Dopasować świat do swoich potrzeb, czy dopasować się do potrzeb świata? Pierwsze ma skutki dyskusyjne. A przynajmniej: ryzykowne. Jeśli bowiem dopasować świat do swoich potrzeb, dajmy na to w średniowieczu (lub współczesnej Polsce), może się okazać, że oto zamiast pędzić po kosmosie elipsoidalną planetą, dryfujemy na skorupie żółwia wśród bezkresu oceanu. Średnia przyjemność, choćby z tego powodu, że ocean zaśmiecony maseczkami.

Dopasować się do potrzeb świata? Też bywa z tym różnie. Jeśliby bowiem dopasować się do potrzeb krokodyla, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Ciężko by też było z ciotką Jadźką. Kogo nie wskazać, każdy wymaga cudów. Ich wypełnienie to herkulesowy heroizm podszyty mitologią. Słowem: bezsens. 

Dopasować się do swoich potrzeb? 

Ha, ha, ha, ha, ha!

Planeta krokodyli
Noemi Susenbach

Boa

Brak słów. Mówi zatem niewiele. Czasem coś syknie. Obojętnie raczej, bo przecież ani co ziębi, ani grzeje. Bez skrzydeł, a wisi w powietrzu, na gałęzi, na chmurze, gdzieś w słowach. Patrzy na świat w podczerwieni. Szkarłatne światło rubinu ociepla wizerunek. Wokół ciemno i miękko, w sam raz na morderstwo. Eleganckie. Bez rozlewu krwi. 

Dobrze, że dusi! Ten akt ma w sobie wiele miłosierdzia. Kto chciałby resztki tlenu połykać, gdy kwas nogi rozkłada? Wewnątrz gada?

Zrzucanie skóry. Niedościgniony cud kosmetologii. Już widzę paniusie w kolejkach. Każda by chciała. O, tu plamka, tam zmarszczka, przydałaby się nowa. Skóra wężowa. I leżą na kamieniach, plotą, linieją… 

Zazdroszczę. Tego ciała, tych mięśni, tej milczącej gracji. Że żadne ramię nie boli. Że nie strzyka w kolanach. Buty nie obcierają, nie ma tematu obcasów. I gdyby tylko nie ten bajeczny wzór łusek, kto wie, może by człowiek go wcale nie zapragnął?

Boa. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Zaczarowany młynek

Śni mi się purpura w kolorze turkusowym. Jakkolwiek to brzmi, stanowi tajemnicę. Bo nie wiem. 

Z rzeczy przyziemnych: przydałoby się posprzątać. Może by się znalazł młynek, w którym na pewno jest trochę zioła, akurat na jednego buszka. Ale nie chce mi się. Znaczy, zapalić: owszem, bardzo poproszę. Ale sprzątać nie. Jestem leniwa jak zodiakalna krowa, leżę i zbieram pyłki z powietrza, wzbudzony porankiem srebrny kurz wdycham zamiast marihuany i mam katatoniczny odlot. 

Oto lecę w kosmos. W tym kosmosie tworzę świat, planetę bez ludzi, bez śmieci, bez kosiarek, bez alarmów i bez masek. Wśród zieleni turkusowej, w samym sercu dżungli lśni w słońcu purpurowy zamek, a tam, na balkonie podniebnym, w jedwabiach, aksamitach: ja. Bujam się w hamaku i palę fajkę, której zawartość nie kończy się nigdy, gdyż odnaleziony młynek jest zaczarowany i mieli w nieskończoność kosmiczne THC. 

O żadnych królewiczach, rzecz jasna, nie ma mowy! A jeśli by się cudem jakiś przybłąkał – z balkonu zastrzelę, z łuku. Konia sobie zostawię. Białym galopem będę mknąć przez knieję planetarną. Do jeziora! W turkusie się zanurzę, w wodzie się rozpuszczę, w potoku się rozszemrzę. 

A potem wyparuję.
A potem spadnę burzą.
Aż wreszcie zniknie wszystko.

Nawet Księżyc. 

W aksamit się zawinę
i zasnę. 

Przyśni mi się maleńka planeta. W kolorze purpurowym. Z okiem jeziora o barwie turkusu.