Kwiat paproci

Książka musi się skrzyć, jak opowieść, którą ci opowiadam na dobranoc. Czemu nie, niechże będzie i Kwiat paproci. Zawsze mnie ciekawiło, gdzie leży prawda. Ach, wybacz, nie leży. Fruwa! Przysiada na chwilę, już wieczór, ciemno, a tam w liściach, w kniei coś błyska. Świeci. Lecz to nie robaczek świętojański, nie, nie. 

Chociaż. Byłoby logicznie. 

I teraz tak. Rozdajesz wszystko na lewo i prawo, czy tylko dla siebie trzymasz? Żeby ci ten kwiat paproci wrósł w pierś na stałe, tak głęboko, że naprawdę… ani słowa. Ok, rozdajesz. Ale wtedy kwiat wrasta jeszcze głębiej, jeszcze… 

KONIEC.

Kwiat paproci
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Bad trip Jasia i Małgosi

Domek Baby Jagi jest zbudowany z ciastek dla dorosłych. Gdy dzieci sięgają po te ciastka, czeka je niezły odlot. Albo zły, jak kto woli. 

Prawda jest jednak taka, że zło nie istnieje. Nie istnieje też dobro. Są emocje, różne ciekawe stany, deszcz, wiatr, lęk i smutek, wszystko to wieje na oceanie świadomości i nic z tego nie jest ani dobre, ani złe. 

Baba Jaga też nie jest zła. Ot, po prostu samotna kobieta po czterdziestce, która nie farbuje włosów. Każdy by się zeźlił, gdyby mu wpierdalać dom. No, może nie każdy. Ja mam nastrój obojętny, choć mój dom wpierdalają już od dawna glony, eugleny zielone. 

Im człowiek ma więcej, tym większy problem. 

Las. Z kory drzew wyciągam niedopałki. Nie mam nic do powiedzenia. A chciałoby się mówić. 

Bezdomność. Noemi Susenbach

Stado

Pochodzi z innego życia. Tunel jest ciasny i bolesny, ale innej drogi nie ma. Poród to ciężka praca. Tymczasem dziecko jest spore, waży sześćdziesiąt kilo, dokładnie tyle, co matka. 

Znieczulenia brak. Nie ma też monitora, USG, KTG. Żadnych położnych na sali. Jedynym lekarzem jest ból. 

*** 

Mars. Oręż oddaje za miłość, tonie w mokrym spojrzeniu, zasypia bezbronnym snem.
Wenus. Rozkosze zamienia w dzidę, wrażliwość przekuwa w stal. Ma apetyt na krew. Jak lew. 

Jedność jest Marsem i Wenus, dzieckiem i matką, kochanką i wojną, nocą i dniem. 

Lwią częścią siebie. 

Stadem. 

Lwem. 

Stado. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Planeta krokodyli

Nie wiadomo, co trudniejsze. Dopasować świat do swoich potrzeb, czy dopasować się do potrzeb świata? Pierwsze ma skutki dyskusyjne. A przynajmniej: ryzykowne. Jeśli bowiem dopasować świat do swoich potrzeb, dajmy na to w średniowieczu (lub współczesnej Polsce), może się okazać, że oto zamiast pędzić po kosmosie elipsoidalną planetą, dryfujemy na skorupie żółwia wśród bezkresu oceanu. Średnia przyjemność, choćby z tego powodu, że ocean zaśmiecony maseczkami.

Dopasować się do potrzeb świata? Też bywa z tym różnie. Jeśliby bowiem dopasować się do potrzeb krokodyla, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Ciężko by też było z ciotką Jadźką. Kogo nie wskazać, każdy wymaga cudów. Ich wypełnienie to herkulesowy heroizm podszyty mitologią. Słowem: bezsens. 

Dopasować się do swoich potrzeb? 

Ha, ha, ha, ha, ha!

Kiedy?

Planeta krokodyli
Noemi Susenbach

Boa

Brak słów. Mówi zatem niewiele. Czasem coś syknie. Obojętnie raczej, bo przecież ani co ziębi, ani grzeje. Bez skrzydeł, a wisi w powietrzu, na gałęzi, na chmurze, gdzieś w słowach. Patrzy na świat w podczerwieni. Szkarłatne światło rubinu ociepla wizerunek. Wokół ciemno i miękko, w sam raz na morderstwo. Eleganckie. Bez rozlewu krwi. 

Dobrze, że dusi! Ten akt ma w sobie wiele miłosierdzia. Kto chciałby resztki tlenu połykać, gdy kwas nogi rozkłada? Wewnątrz gada?

Zrzucanie skóry. Niedościgniony cud kosmetologii. Już widzę paniusie w kolejkach. Każda by chciała. O, tu plamka, tam zmarszczka, przydałaby się nowa. Skóra wężowa. I leżą na kamieniach, plotą, linieją… 

Zazdroszczę. Tego ciała, tych mięśni, tej milczącej gracji. Że żadne ramię nie boli. Że nie strzyka w kolanach. Buty nie obcierają, nie ma tematu obcasów. I gdyby tylko nie ten bajeczny wzór łusek, kto wie, może by człowiek go wcale nie zapragnął?

Boa. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Stan emocjonalny Johna

Różnie bywa z dostępem do stanów emocjonalnych bohaterów literackich. Literatura, lustro rzeczywistości, pretenduje jednak do miana „pięknej” z jakiegoś powodu. Dzieje się tak choćby dlatego, że w rzeczywistości „bohater literacki” często stanowi przeciwieństwo tego miana i jest nikim innym, jak realnym tchórzem.

Jeśli chodzi o Johna, dostęp do jego emocji jest niemal dokładnie taki sam, jak dostęp do emocji statystycznego faceta, z pewnymi jednak wyjątkami. Otóż John kryje pod swoją papierową maską cały papierowy wachlarz uczuć, a sam papierowy wachlarz macha się tu i tam i właściwie niczego nie zakrywa. Wszystko jak na dłoni. Zatem John, jak każdy facet, jest zmartwiony. Zatroskany bardzo. Z przejęciem coś tłumaczy. Żeby wyjaśnić. I ma nadzieje (tak, ma!), że zostanie prawidłowo zrozumiany. Mimo różnic płci. O gatunku nie wspomnę. 

Maya po kobiecemu. Słucha jednym uchem. Jedną nogą przy wyjściu. Jezu, jaki ty jesteś mądry, John. Straszna szkoda, muszę lecieć. Trzymam kciuki, pa!

Jest tu jeszcze ktoś. Ktoś, kogo niby nie ma, wszak pusty fotel, a jednak niezaprzeczalnie istnieje. Swoje istnienie dowodzi istnieniem samego Johna, że o Mai nie wspomnę. I tak się składa, że ten ktoś jest kobietą. 

Sorry, John.

John

Od jakiegoś czasu kumpluję się z szympansem o imieniu John. Na wszelki wypadek nie pytam o nazwisko, wszak istnieje promil obawy, że niechcący usłyszę Johnny B. Goode. Zbyt cenię tę znajomość.

John jest wycięty z gazety, wisi na lampie i totalnie mało gada. Małomówność u mężczyzn jest jak kamień filozoficzny. Ktoś kiedyś coś, ale żeby tego doświadczyć? Niemożliwe. John posiada ów skarb. 

To nie jedyna jego zaleta. Od innych facetów różni się też tym, że potrafi być kolegą. Kolega bowiem to ktoś, kto nie doszukuje się damsko-męskich podtekstów w czystym jak łza, platonicznym uczuciu przyjaźni. John nie myśli, że go podrywam, ani że się podwalam. To prawdziwy dżentelmen. Jest ponad. 

Owszem, są zagrożenia. Najczęstszym i najpotężniejszym zagrożeniem kumplostwa między płciami jest DZIEWCZYNA. Facet zaczyna się z nią spotykać, ta z początku miła, chwilę potem się okopuje, drąży, jątrzy i oto kolega z ukochanego zioma zmienia się w chamskiego debila. Po temacie. 

Owszem, John też ma dziewczynę. Jego dziewczyna nazywa się Maya i pochodzi z mojej Dżungli. Nie widzę zagrożeń. 

Rozmawiamy często. To znaczy: ja gadam, on słucha. Czasem odpowiada, na przykład pytam, hej, słuchaj, jaki dać tytuł tekstu, a on: „młynek”. Zaczarowany, rzecz jasna. Maya potwierdza. Właściwie wcale tego nie mówią. Pokazują. Wystarczy. Powstaje Zaczarowany młynek, niezbyt długa, lecz jakże treściwa opowieść o samotności. 

Ludzie nie doceniają małp. 

Ludzie nie doceniają ludzi. 

Samotność. Noemi Susenbach

Zaczarowany młynek

Śni mi się purpura w kolorze turkusowym. Jakkolwiek to brzmi, stanowi tajemnicę. Bo nie wiem. 

Z rzeczy przyziemnych: przydałoby się posprzątać. Może by się znalazł młynek, w którym na pewno jest trochę zioła, akurat na jednego buszka. Ale nie chce mi się. Znaczy, zapalić: owszem, bardzo poproszę. Ale sprzątać nie. Jestem leniwa jak zodiakalna krowa, leżę i zbieram pyłki z powietrza, wzbudzony porankiem srebrny kurz wdycham zamiast marihuany i mam katatoniczny odlot. 

Oto lecę w kosmos. W tym kosmosie tworzę świat, planetę bez ludzi, bez śmieci, bez kosiarek, bez alarmów i bez masek. Wśród zieleni turkusowej, w samym sercu dżungli lśni w słońcu purpurowy zamek, a tam, na balkonie podniebnym, w jedwabiach, aksamitach: ja. Bujam się w hamaku i palę fajkę, której zawartość nie kończy się nigdy, gdyż odnaleziony młynek jest zaczarowany i mieli w nieskończoność kosmiczne THC. 

O żadnych królewiczach, rzecz jasna, nie ma mowy! A jeśli by się cudem jakiś przybłąkał – z balkonu zastrzelę, z łuku. Konia sobie zostawię. Białym galopem będę mknąć przez knieję planetarną. Do jeziora! W turkusie się zanurzę, w wodzie się rozpuszczę, w potoku się rozszemrzę. 

A potem wyparuję.
A potem spadnę burzą.
Aż wreszcie zniknie wszystko.

Nawet Księżyc. 

W aksamit się zawinę
i zasnę. 

Przyśni mi się maleńka planeta. W kolorze purpurowym. Z okiem jeziora o barwie turkusu.

Przepraszam

A więc przepraszam. Za każdą krzywdę, każde słowo, każdą dręczącą mnie myśl. Za każdą chwilę, którą poświęcam nie sobie. Za smycz na swojej szyi, za własną niewolę. Za żal, którego wyrwać z siebie nie umiem, bo wnika zbyt głęboko – do mikrootworów w kościach, do ich gąbczastej tkanki. 

A więc przepraszam. Za pretensje. Za zbyt niską ocenę. Za ocenę w ogóle. Za ustępstwa i na wszystko zgodę. Cztery browary wieczorem. Pół paczki fajek. I wysokie obcasy rujnujące mi zdrowie. 

Przepraszam. Że wybaczyć nie mogę. Chłodu, dumy, milczenia. I przełkniętych łez.

Niedźwiadek. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)