Madame Nemo i niesforny umysł

Kapitan madame Nemo dowodzi statkiem kosmicznym swojego ciała w sposób niepodzielny. Owszem, bierze udział w emocjonalnych naradach z umysłem, studiuje statystyki, dodaje plusy, odejmuje minusy, pozwala się wypłakać, pozwala się nawet bać, a potem zwija wykresy ze stołu i robi swoje. 

Trzy serie oddechów z drugiego poziomu, po czym jedna seria z trzeciego. Przerwa na szklankę wody. Stanie na głowie. Mostek. Taniec. Pozytywne myślenie, kurwa. Przebywanie na słońcu. Kwiaty w pokoju. Pachnące, żeby wszystkie zmysły nasycić esencją życia. 

Czarne myśli jak film w sobotni wieczór. Nie ma kiedy obejrzeć. 

Skuteczne leczenie wymaga odczuwania przyjemności, niedostępnego w stanie choroby. Czyli: pętla. Pat. Nie wyleczysz się, dopóki się nie wyleczysz. Madame Nemo w zadumie znów rozkłada wykresy. Hm. Czas na umysł. Niech ma swoje pięć minut. I żadnych: oesu, co to będzie. Tu raczej chodzi o dziecięcą wyobraźnię. A więc bawimy się, że przyszłość jest TERAZ. Taki rodzaj kredytu. Spełnianie obietnic. Wypełnianie marzeń. Niebieska sukienka. Dziś.

Owsianka z jagodami

Jak żyć? Jedna z podstawowych zasad każe siadać w słońcu. Druga, wcale nie mniej ważna, sugeruje owsiankę z jagodami. O muzykę też warto zadbać. I o oddech. 

Już samo słowo: szczęście jest skomplikowane. Nie wiem, kto to wymówi spoza tego kraju, w którym się go nie mówi. Jest bardzo podobne do miłość. Też trudne.  

A przecież człowiek to światło. Wyrzeźbione przez cień. 

Hetman

Bezimienny świniak pośród innych wiejskich zwierząt czuje się zapewne jakby nie istniał. Jest tylko przyrostem masy. Koza nazywa się Basia, gąska Balbina, pies Cezar, a świniak to po prostu świniak, tak wyjaśnia pan Przecinek z CPN-u, który mnie zabiera do swojej rodziny na wieś, żebym zobaczyła. Patrzę więc na zlekceważone samotne prosię w chlewiku i jest mi go bardzo szkoda. Czuję okrutną niesprawiedliwość i smutek, choć przecież lubię pana Przecinka. Nawet nie ma imienia?!

– Świniak to świniak.

Wspomnienia z dzieciństwa są obarczone niewypowiedzianymi emocjami, tłumionym niezrozumieniem świata, czasem są to łzy tak zaschnięte, że trzeba je z siebie boleśnie wyskrobywać. Inaczej zamienią się w złość. A złość jest złośliwa jak nowotwór, czerń zapadłych komórek, które wprowadzają nowy ład, czyli stary burdel. 

Parę lat wcześniej. Stoję w otwartym oknie na czwartym piętrze i tylko jeden krok dzieli mnie od mamy, która z siatkami zakupów patrzy z podwórka i myśli: o kurwa. Okno uchylone w kuchni. O kurwa. 

Ile mam lat? Trzy, może cztery? W domu nikogo nie ma, nikt więc mi nie wyjaśni, że z okien się raczej nie skacze. Instynkt. Instynkt. Instynkt. Mimo gorączki zwykle pomagającej w lataniu, teraz pojawia się strach tak silny, tak potężny, jakby między matką a parapetem była smolista czerń. 

Nogi mi drżą ze strachu, łapię framugę okna i powoli się od czerni odwracam. Mama porzuca zakupy i pędzi po cztery stopnie w górę. Serce jej tłucze dokładnie tak mocno jak mi wczoraj w nocy, gdy znów wędruję po parapetach przez sen. Lęk wysokości fascynuje podobnie jak ogień, rozpięty między życiem a śmiercią, cienką linią prowadzi do dawnych, nigdy nie wyrażonych emocji, które, tak jak świniak, mają prawo do imienia, nazwania, wyrażenia. Bycia. 

Świniak już dawno nie żyje, przerobiony na kiszkę, z ziemniakami i zsiadłym mlekiem spożyty przez rodzinę Przecinków, niknie w mrokach pamięci. Tylko jeden ślad może go ocalić. Imię. 

O dziewiętnastej pod ratuszem

Największa radość po przebudzeniu? Że można coś stworzyć. To jak zapowiedź dawno upragnionego spotkania. O dziewiętnastej. Pod ratuszem. 

Tego dnia siadasz jak ptak na kamieniu i patrząc w światło pod powiekami, szukasz odpowiedzi na milion pytań, które jednocześnie przecież są odpowiedzią. 

To się dzieje naprawdę?

To się dzieje naprawdę. Jesteś stwórcą, jesteś bogiem, jesteś własnym kosmosem, w którym właśnie takie rzeczy się dzieją, właśnie konkretnie TO. 

O dziewiętnastej pod ratuszem czeka na ciebie dziewczyna z długimi włosami, kolor ciemny blond. Ma dla ciebie wiadomość z kosmosu. 

W zamian za nic. 

Strumień świadomości

Na kursie medytacji każą zapisywać myśli. Dziesięć minut dziennie. Minimum. Zadanie jest wpisane w program jako główne. Czyli ważna rzecz. 

Nie ma komu zgłosić swojego przypadku, gdyż jest to aplikacja i chyba samodzielnie trzeba to rozwiązać, czyli chorobliwe zaangażowanie w nieustanną pisaninę, z której przecież tylko jakiś promil jest publikowany, potraktować jako wartość i, chociaż się wcale nie chciało, zostać prymusem. 

Znów.

Nie. Dwadzieścia. Dwadzieścia minut. I nie okrągłych zdanek, ale prawdy do kości, że jabłko, seler, wyrzucić, nie wyrzucić, ptaki głodne, czy nie szkoda, pudełko na kompost, całkiem ten seler smaczny, nie mam siły, trzeba tańczyć, hibiskus, herbata, no i to jabłko. Nie, nie to. To. 

Dwadzieścia minut. 

Trzeba będzie pokombinować, żeby to zdać. 

Znów.

@Noemi Susenbach

OM

Czasem jak wicher, wpada do mnie świat. Słucham w milczeniu jego pretensji, rozkazów, oczekiwań. Patrzę na zmieniające się zjawiska za oknem. A potem nabieram powietrza i przeciągle mówię: Ooommm… 

Wszelkie próby uspokojenia nerwów bez „om” są mniej skuteczne. Te dwie głoski wprawiają fale mózgowe w taką częstotliwość, że choćby nie wiem, co – człowiek odrywa się od ziemi i unosi ponad samego siebie. Pretensje? Oceny? Oczekiwania? Rozkazy? 

Ooommm.

To jak mruczenie kota, który wibracją w krtani uspokaja własny mózg. Leczy ciało. Przenosi swoje istnienie gdzieś wyżej, tam, gdzie wir huraganu emocji nie dociera. Pozostaje obserwacja zdarzeń. Pandemia? Wojna? Koniec świata? 

Ooommm.

Ω Noemi Susenbach

Poradnik dla empatów

A jeśli emocje traktować jak informacje? Bez tego: lubię, nie lubię. Przychodzi smutek, my go na stół i badamy. A ty skąd? A czemu? A jak? Dawaj, połaskoczemy. 

Lęk. Ten się chowa po kątach, żeby go złapać i obejrzeć, a już słowo zamienić: cud. Jednak się zdarza. Roztrzęsioną żuchwą dygocze, nic nie wie, nie pamięta. A tak się telepie, że wraz z nim telepią się jeszcze ręce, nogi, brzuch, jelita, mdli i omdlewa. Ciepła kąpiel. Jak najprędzej ciepła kąpiel. I rozmowa. Nienachalna, żadnego stawiania pod ścianą. Ciche, spokojne pytania. Powoli. Przecież się dowiemy. 

Za gniewem trzeba latać. Biegają za nim żony, matki, kochanki. Serdeczne koleżanki. Lecą w popłochu, żeby jak najprędzej wyłączyć ten alarm. Jakkolwiek. Może wyjąć diodę, żarówkę wykręcić? Głośnik z syreną do kanapy schować? Aby tylko nie widzieć. Aby tylko nie słyszeć. W ciszy i mroku spokojnie sobie płonąć. 

Pogarda. Podejrzana osóbka. Rozpiera się łokciami, pokazuje palcem. Ona! On! Tam! Oni! Wszyscy głupi. Wszyscy winni. Wszyscy. Tylko nie ja. W tym ja jest pies pogrzebany. A za życia nie najlepiej traktowany. Tak zwany trup w szafie. Tymczasem w szafie mamy już komplet, za trupy serdecznie dziękujemy i bierzemy pogardę na warsztat. Przyzna się, czy nie przyzna? Wybór zależy od ciebie. 

A jak sobie poradzić z radością? Tak jak z całą resztą. Pozwolić jej być. 

§Noemi Susenbach