Ciapek

Niedopita kawa. Niedokończone zdanie. Niedokończone życie. Hrabiowski kartofelek na złoconej porcelanie. Istnienie do połowy. Do połowy nieistnienie. Gdzie jesteś, kiedy cię nie ma? Jak wygląda druga strona Księżyca? 

Mieszkają tam ludzie i koty. Co do tych ostatnich to mam pewność w postaci Ciapka, który spada na estakadę wprost z kosmosu i od razu się drze. Estakada rozpięta między kraterami. Ludzie się rozbiegają w popłochu, bo to jednak niecodzienne zjawisko. A ten ląduje na czterech łapach i bardzo proszę głaskać! Hałaśliwie się domaga. 

Tymczasem z tej drugiej strony Księżyca: spokój, jak na apelu, wszystko na sztorc wyglancowane świeci popisowo. Żywej duszy! 

Czarny płaszcz

Cóż z tego, że nowy pociąg, skoro tor znajomy? 

A ja chcę do gwiazd. Ponad niebo. W galaktykę niebieskiego orła. 

Z tym chceniem to nie wiem. To znaczy wiem. Wielkie rzeczy są w małych rzeczach. Rozwiązanie zagadki w suszącym się na sznurze praniu. Rakieta kosmiczna do gwiazd. 

Ciało niebieskie, które mknie w kierunku Ziemi, to nie żaden asteroid, tylko UFO. Na pokładzie statku znajdują się istoty z innego wymiaru. Rejestrują poczynania NASA z wyprzedzeniem. 

Księżyc wychodzi z zodiaku Raka, wstępuje do królestwa Lwa. W kółko śni mi się dom, do którego jednak nigdy nie trafiam, zawieszona w niepewnej przyszłości, diabli wiedzą, gdzie będę nocować, ach, żeby chociaż diabli! Tego nie wie nikt, oprócz Czasu. 

To nieprawda, że przeszłość nie istnieje. Istnieje, ale ukryta pod dywanem. Sprzątasz, sprzątasz, a tej jakby nie ubywa. Przeciwnie: każdego dnia jest więcej. 

Perpetuum, kurwa, mobile. 

Trzeci dzień z rzędu śni mi się dom. Czwartego dnia – dom, do którego nie wracam. Nie wracam, mówię do słuchawki niewidzialnej matce, mężowi, ojcu, nie wiem, kotu, psu? Nie wracam, bo utknęłam na imprezie z okazji Dni Kętrzyna. Jest koncert, ludzie wynalazki i coś tam do wzięcia. W domu nuda. Kubek z herbatą. Wanna. Zatrzymany czas. A Czas nie lubi przestojów. Gna mnie przez życie w tempie domniemanej asteroidy, czyli UFO. 

Sytuacja paradoksalna. Pędzisz na pociąg do domu. Żeby się zdążyć zatrzymać. Żeby zdążyć kapcie włożyć. W szlafroku się powłóczyć. Ciszy posłuchać. Zasnąć. Jak najprędzej. 

Pociąg, rzecz jasna, ucieka, o następnym nie wiadomo, ktoś w czarnym płaszczu wkracza na peron i zarządza: zostajesz. Z nami. Na imprezie. Na balu u szatana. 

Czemu wszystko zależy od innych? 

®Noemi Susenbach

Kulminacja pełni

Moment, w którym zderzam się z własnym ciałem. Kulminacja pełni. Ta moc może przerazić. I nie chodzi tylko o efekt wielomiesięcznego, a nawet dwuletniego siłowania się z papą Grabkiem. No tak, teraz czas na wspomnienia. Dwa lata wstecz. Zaczynam ćwiczyć jogę, stawać na głowie i nagle: trach. Pęka coś w klatce piersiowej. 

Serce papy Grabka. 

Problem w tym, że papa Grabek doskonale funkcjonuje bez serca. Ba, wtedy się uaktywnia. I zaczyna się walka. Dzień po dniu trening. Trenerem jestem ja sama, moja podświadoma wiedza, który mięsień napiąć, żeby dotrzeć do bólu, żeby go rozszarpać. I ta zaciekłość, tak, to też trening. Mięśni twarzy. Bo (tego jeszcze nie wiem) macki obcego (a przecież starego znajomego) docierają do oka. Mam wrażenie, że są wszędzie. Pieką i swędzą. Wolę, żeby bolały. Ale na ból trzeba będzie poczekać. Są tacy, co płaczą z tęsknoty za bólem…

Magiczny moment. Zderzenia z ciałem o mocy dwuletniego napinania mięśni, żeby wyrzucić obcego. A przecież starego znajomego. 

Ciało jest bardzo silne. Ktoś po mefedronie rzuca pielęgniarzami po ścianach. Mnie mefedron niepotrzebny. Rzucam papą Grabkiem po ścianach swojego ciała. I wiedźmą kontrolerką też, choć to kobieta. Odrzucam wszystko, co szkodzi. Mysz się nie przeciśnie. Ciało to twierdza, nie wpuszcza intruzów. Każe się cieszyć z tego, że jest. 

Samowystarczalną, produkującą wszystko co potrzebne do największego odlotu apteką, sex drugs rock and roll ful opcja. 

Największy odlot to życie. 

®Noemi Susenbach

Mars

Rosjanie mówią na to: blin. Oznacza przekleństwo. Jest niczym innym, jak przeinaczoną (pardon!) bladzią, co z kolei oznacza wyzwisko. Jak u nas: kur…. Kurde belans. Blacha mucha. 

Na Marsie jednak żadna mucha nie siada, ogólnie mało co lata poza UFO. 

Mars
Noemi Susenbach

Parasolki

Ręce mam w farbie, w ręku kamień. Wyglądam jak pacjent. Pacjent K. Lekarze to astronauci. Hełmokombinezony. Na wszelki wypadek kupuję w markecie papierowe parasolki. Przydadzą się do skakania z płonących wieżowców. 

Parasolki są podobne do rękawiczek. Tak samo zgubione. Tak samo jak my. 

Pacjent K.
Noemi Susenbach

Before

Morze jak szkło. Ani jednej fali, chyba że magnetyczna. Wiatr słoneczny, zorza polarna. A tak to cisza. Jak w oku cyklonu. Jak…? 

Szept przed wybuchem ma w sobie prąd. Niewidzialnym drutem biegnie ku niebu, tam przekazuje życzenia. Należy uważać, bo każde się spełnia. Zwłaszcza w nów. 

Właściwie nie trzeba nawet szeptać. Wystarczy pomyśleć. Ładunek jest silny, przebija przez materię umysłu i mknie, zależnie od rodzaju myśli, czasem, faktycznie, ku katastrofie. 

W niebie wre. Tyle myśli, tyle życzeń! Jak przed gwiazdką. Przed narodzeniem. Boga. 

Warto umieć myśleć. 

Dzień Niepodległości
Noemi Susenbach

Kosmiczny cymbał

Człowiekowi się wydaje, że istoty kosmiczne są dalece bardziej od niego rozwinięte, mądre, dobre i nie zaśmiecają planet. Nie wiadomo, dlaczego tak jest. Być może winny jest tu kościół katolicki, wśród wielu innych przewinień. Kultura przekonania o wrodzonej nikczemności zobowiązuje. I mimo pomnikowej nazwy, jaką sobie człowiek nadaje określając siebie jako istotę rozumną, tytułowy rozum jest tu raczej domniemany, a rzeczywiste znaczenie, zamiast homo sapiens, brzmi raczej jak: kosmiczny cymbał. 

Tymczasem nie wiadomo. Może tam dalej jest jeszcze gorzej? I zamiast szukać wśród gwiazd…

Pełnia w Baranie
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Miłość

Jeśli ktoś mówi: „to była miłość”, znaczy: to nie była miłość. Przeszłość to klatka dla ptaków, smutnych, kolorowych ozdób z podciętymi skrzydłami. Nie można w niej zamknąć miłości, tak jak nie można uwięzić wiatru.

Kocham cię po wieczność.

Nieskończoność czasu rozświetlam srebrnym pyłem gwiazd. 

Rękawiczka
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Niebieskie ptaki

Niebieskie ptaki rodzą się po cichu. Śpią ukryte w gniazdach nie zważając na gniew boży. A potem, dziwnym lecz nieprzypadkowym zrządzeniem losu następuje zaćmienie słońca, potajemnie dostają skrzydeł i fru!

Na spokojnie płonącej planecie zrywa się wiatr. 

Gdy mnie tak niesie, owijam się szczelnie w purpurowy koc. Pióra nie schronią przed zerem absolutnym. Pozwolą jednak być ponad. 

Niebieskie ptaki. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)