Papa Grabek is dead

Pogrzeb papy Grabka. Ubieram się odświętnie w czerń i róż. Makijażu nie robię, bo na pogrzebach się płacze. Ktoś spyta, jak można opłakiwać papę Grabka, odpowiadam: można. A nawet trzeba. WYPADA. 

Łzy na pogrzebie są jak należność na tacę. 

Odliczam minuty do końca ceremonii, choć wiem bardzo dobrze, że wszystko się musi wydarzyć. Każda z tych niecierpliwie odliczanych minut ma prawo się rozsiąść w swych sześćdziesięciu sekundach do woli. I papa Grabek ma prawo w nich rezydować, bo oto jego święto, apogeum żarłocznego istnienia. O zmarłych mówi się dobrze, albo wcale. Wcale – przy tak wyrazistej postaci – wykluczone. A więc wchodzi na scenę nasz papa Grabek, cały na biało, idealny, posągowy, piękny. Nawet mu taborecik nie potrzebny. Przystojny mężczyzna. Wysoki, postawny, elegancki. I taki wesoły, och, jaki zabawny! 

Na jakieś co najmniej dwie flaszki. 

Pogoda dopisuje. Chmury gęstnieją. Przed nami droga. Za nami groby. Zatrzymane w czasoprzestrzeni istnienia. Kamienie. 

Nic nie trwa wiecznie, powtarzam zmartwiałymi ustami, gdy papa Grabek mnie trzyma za gardło. Zaklęcie nie działa, dopóki działa lęk, który jak szpila przyszpila w nieskończoności cierpienia. 

A jednak pogrzeb. A jednak koniec. 

Niebo nad cmentarzem
Noemi Susenbach

Kawa na dywanie

Między świętem zmarłych a czarnym księżycem. Z kurhanowym kamieniem w dłoni. Przy płomieniu świecy. Gdzie przychodzą duchy. 

W jaskini. 

Duchy się nie zmieniają po śmierci. Mają te same zwroty, humory, racje. Łatwo je rozpoznać. Trudniej na nie krzyknąć. Niestety, trzeba. Ze związanego gardła głos wydobyć i huknąć: 

  • Cisza!

Nagle potulne, przestają się mądrzyć, przeciwnie, zadzierają żuchwy, hm, hm, z zainteresowaniem słuchają. A potem rozmywa je brzask i choć kawa na dywan rozlana, listopad i deszcz… jakoś lżej. 

Duch
Noemi Susenbach

Kwestia grobu

Nie mam pomysłu na grób. W ogóle o nim nie myślę. Królowej samotności grób niepotrzebny. Po pierwsze: nikt nie przyjdzie, po drugie bez sensu. Obiekt mało interesujący. Że się tak wyrażę: martwy. 

Maleńkie poletko i cokół. Nie daj boże, krzyż. O rozpiętych zwłokach nie wspomnę. Te plastikowe kwiaty. Te absurdalne znicze. Kształty grobowców, złocenia. Poematy. 

Nigdy nie wiesz, kto się do ciebie dorwie po śmierci. Co na twojej mogile stworzy. Czym cię ostatecznie do ziemi przygwoździ. 

Nie chcę mieć grobu. Chcę się rozpłynąć w powietrzu jak wicher i wiać, wiać w nieskończoność. 

Wrzosy
Noemi Susenbach

Atmosfera grobowa

W święto zmarłych najlepiej bawią się dzieci. Te zmarłe, oczywiście, w końcu to ich bal. Cmentarny zakątek z maciupeńkimi gróbkami nagle ożywa, świeci, migoce. Duchy ganiają się wokół swych mogił, berek, chowany, co chcesz. 

U nas wystawa strasznych obrazów. Galerię otwiera żyrafka, potem nieudany lew, postać z okładki death metalu, kości spod welonu, krew na ścianach w korytarzu, wreszcie: feministka w łazience. 

Każdy w swoim pokoju siedzi i się boi. 

Feministka w łazience
Noemi Susenbach

Ciało doskonale czarne

Im więcej oczekiwań, tym więcej rozczarowań. Wolność to stan pozbawiony obu. Pozostaje ciekawość, nieodłączna emocja widza. Widownia nigdy nie jest pusta. Na aksamitnych fotelach rozsiada się Noc i udaje, że jej nie ma. Tymczasem nie ma nic, czego by nie było. Poza przeszłością, syzyfowym głazem. I poza przyszłością. Syzyfowym głazem. Reszta, jak najbardziej: istnieje. Nawet wampir. Nawet duch. Nawet śmierć, koleżanka ze śmietnika. Kosiarka. Dźwięk pił tarczowych. Chrzęst raczych odnóży. 

Na zewnątrz taka ładna, a w środku zombie. Wciąga się do wewnątrz, zapada. Po cichu, dzień za dniem, uśmiech za uśmiechem, klatka po klatce, skręca się film życia, topi w masę, twardnieje w kulkę, ciało doskonale czarne. Pochłonie każde światło, wessie każdy promień. I oto zaczyna się taniec. Bal u szatana. Przeciąganie liny. Kto kogo pokona? 

Znów wygrywa ciekawość. 

Paciorki

Poranne skargi o beznadziei życia są jak deszcz. Znów padam, znów padam, tylko spójrzcie, jaki mój los: z góry na dół, na ten padół. Jestem taki biedny, zagubiony, rozdziobią mnie kruki i wrony. W dodatku, jak na złość, na beznadzieję: wciąż istnieję.

Tak to sobie utyskuje przyzwoity obywatel. 

Tymczasem są tacy, którzy nie istnieją. Jola, na przykład. Ale gdy ją spytać w tym odbiciu lustrzanym, czy chciałaby żyć, zaraz się jej upiorny wygląd rozjaśnia, coś się w niej ożywia, oczy płoną dziwnym światłem, ni to świece, ni to księżyce. I oto, zamiast straszyć, zaczyna snuć opowieści o sukienkach, balach, podróżach. O kolorach, o gwiazdach. O niesfornych kociakach, które można oglądać cały dzień. I o miłości wytęsknionej przez wieczność. 

Mówi, jak bardzo chciałaby spłynąć paciorkami deszczu znów tu, do nas, żeby choć jeden wieczór z nami spędzić. Pośmiać się, zapalić. Wapor, oczywiście. Żeby tak szybko znów nie odchodzić…

Życie potrafią docenić tylko duchy. Tylko one chcą żyć. Cała reszta, wkurwiona na to, że jest, z tego powodu wręcz załamana – ciągnie z mozołem ku śmierci swe ciała i donośnie ogłasza rozpacz.

Państwo zagubionych dzieci

Czym jest starość? Starość to powaga. Stan, w którym ewentualnie dopuszczalne emocje to: strach, długo, długo nic, potem znów strach i na końcu miraż gniewu, kilka fałszywych nut złości, jakaś zabłąkana nad kotletami łza, nic więcej. 

Broń boże, radość! Żadnych żartów, uśmiechów. Powaga to szczelna komora z dokładnie odliczonym zasobem tlenu. 

Czasem widzę takie dzieci. Nie mają zmarszczek, a już są stare. Idą przez ledwie rozpoczęte życie z ciężkim wiekiem do trumny ku najdoskonalej czarnej formie starości: śmiertelnej powadze.

TEN STAN

Co robi artysta, kiedy nie tworzy? – Pije! – powiecie. Nie zawsze. – Pali! Być może. Medytuje! Ha, ha, ha. No tak…

Na pewno się miota. Och, Boże, jak się miota! Miotanie to należy do tych beznadziejnych, niemających przyczyny, pozbawionych celu. Stan emocjonalny spławika w bezwonnej i bezsmakowej cieczy o pH równym zero.

Żadnych obietnic, że będzie lepiej. Żadnych zapewnień, że to chwilowe. Wokół bezkres mokrego horyzontu, a ty po uszy w niczym. Nie powiem, że łapiesz oddech, bo oddechu już nie masz. Właściwie, kto wie, czy nie oddychasz przez skrzela. Tylko czym? Czym?! Bo przecież nie tlenem, skoro tlen wszystek wraz z ostatnim wdechem wciągnięty. 

Deszcz, deszcz, deszcz, jakby wody było mało. Niesłusznie odstawiony na bocznicę wagon zna to najlepiej. On to rozumie. I niechby miał żal do losu. Niechby się pogodził. Ale nie, bo przecież jest jeszcze tyle, tyle, tyle… motyle…

Podczas śmierci człowiek szybko się uczy. Niedużo jest czasu do zmartwychwstania. 

mały lęk

Czasem przychodzi mały lęk. Ma fryzurę rozczochraną, włosy czarne. Cały jest czarny i to bynajmniej nie jest elegancka czerń. 

Zatruwa każdą myśl, aż człowiek żałuje, że w ogóle myśli. Żeby go nie widzieć: nie patrzy. A ten rośnie. Jeszcze sekundę temu mały, teraz wypełnia pokój, przyszłość, nieskończoność. Przepaść. Zguba. Czarna dziura. Smolista nicość szepcze miliardem syków… 

No jasne, najlepiej zamknąć oczy! 

To oczywista ironia, zamknąć oczy: najgorzej. Bo gdy się je otworzy, lęk migiem znów maleje. A kiedy jest już naprawdę malutki, wskakuje na kolana, smarka nos w koszulkę, a z jego lewej stópki zsuwa się czarny bucik.