Déjà vu

Pisarze umierają powoli. Nie to, co gwiazdy rocka. Zamiast złotego strzału: operacje, worki, kroplówki i szeleszczące blistry przy łóżku. Nic, że pióro sprawne. Taki Pilch napisałby przecież niejeden chwytający za serce tekst piosenki dla niejednego narwanego w podskokach ku gardzieli śmierci gwiazdora. Z lekkością swojej rozedrganej parkinsonem ręki. A jednak świat porzuca geniusz i pozwala mu się rozpłynąć w nicość. 

A geniusz każdego mozolnego dnia swojego zmordowanego życia daje światu kolejną szansę. 

Déjà vu. Noemi Susenbach

Przyjaciółki

Sny są zaszyfrowane. Rozumiem je tylko wtedy, gdy śnię. Potem zmieniają się w kamień. Choć trzeba przyznać, owszem, w kamieniu też można dojrzeć cień wspomnień. 

Dwie przyjaciółki. Jedna z nich to śmierć. Pamiętamy jej imię. Znaleziona na ulicy, przy śmietniku, pusta w środku, wypatroszona, porwana. Obraz nieszczęścia. Doprowadzona do ładu, nudzi się szybko. Fanty jej nie wystarczają, czarne wstążeczki nie bawią. Ona chce KOGOŚ. 

Odzywają się kamienie. Nie, nie te zwykłe, z pola, z drogi, z plaży. Chociaż te też. Owszem, też. Wszystkie kamienie świata wołają ku śmierci swój niemy odzew. Ale najmocniej (bo nie najgłośniej) krzyczą kamienie szlachetne. 

Co znaczy: krzyczeć najmocniej? To krzyczeć tak, żeby wola wyrażona w krzyku została spełniona. I to pędem. Bo woła przeznaczenie

Los jest spisany w kamieniu, kamień jest sercem losu. Z kamieni szlachetnych powstaje druga przyjaciółka, maleńka laleczka, w którą nie da się wbić igiełki. Jej twarde ciało stawia taki opór, że choć filigranowe – jest nie do zdobycia. 

Dama. W czarnej sukience. Włosy zdobi perłą. Z natury uparta. Empatyczna, łatwowierna. Oczywiście do czasu, bo jak się Czas odezwie: bezwględna. Ma na imię Makulara i świetnie pasuje do śmierci. 

Tylko jest jeden problem. Makulara z jakiegoś powodu nie lubi dzieci. To znaczy, może lubi, ale nie umie. To znaczy, może umie, ale nie wie. To znaczy wie… 

Tymczasem śmierć spodziewa się dziecka. 

Przyjaciółki. Noemi Susenbach

A jesień mamy piękną tego roku

Po Ayahuasce można zobaczyć ludzi ognia. Krąg istot nieziemskich, które strzegą wejścia do wulkanu. W wulkanie jest burza ognista i coś w rodzaju Planu, którego mapę dostrzeże tylko trzecie oko. Struktura fraktali stanowi przestrzeń. Wszystko jest BARDZIEJ. 

Do bram poznania prowadzą też inne rzeczy. Szatan Kometa świadkiem. W przedsionku raju widzi uśmiechniętych zmarłych, a wśród nich: Mamę. Problem w tym, że Mama żyje. Niekonsekwencja jest jak lina, którą Mama rzuca Synowi, by się po niej wspiął ku życiu. 

***

Tymczasem Bella z dyżuru: Czy ciebie też tak życie wkurwia? Wkurwia. Życie. Które jest szansą. Jedyną. By żyć. Lub umrzeć. Niepotrzebne skreślić. 

***

Ta dziewczyna z grzywką ma na imię Pris. Lat osiemnaście. A może trzydzieści? Nie ma znaczenia. Jest piękna. Nieziemsko. 

– Chcesz? – wyciąga dłoń, na której leżą kolorowe papierki. Nie wiem, co z tym zrobić. Na wszelki wypadek urywam trzy i chowam do kieszeni. 

– Nie, to trzeba pod język – objaśnia Pris. Jej pełne usta obejmują papierek, ściągają z niego jakąś substancję i uwalniają po chwili. Wydaje mi się, że widzę dokładnie to samo, co widzi Pris. Rzeczywistość zagina się jak pod soczewką, która skupia miliony kolorów rozbitego z bieli światła.

***

Szaman czyta raport. O covidzie. Ludzie są bezradni, zauważa. Wystarczy, że czegoś nie widzą.

***

Tymczasem Pris tańczy wokół ognia. Pojawiają się inni. Wszyscy są piękni. Jak kwiaty, dzieci Nowego Czasu. Chcę coś powiedzieć, ale wciąż się coś dzieje, wciąż coś… 

– Wiecie, jak się nazywam? – odważam się wreszcie.

– Buchenbaum!

– Prossk!

– Evendritt!

– Von Gloubdich!

Czekajcie, to bez sensu. Nie trzeba zgadywać, sama opowiem. Opowiem wam wszystko, pozwólcie tylko, dajcie chwilę, bo się boję, że nie zdążę. I naprawdę odczuwam właśnie taki lęk. Nie zdążę. Ale jest szansa. Bo nagle milkną. Nabieram powietrza. Zaczynam mówić. Słuchają… I już przy pierwszym moim słowie znikają. 

Czerń kosmosu blednie, gasną gwiazdy, gaśnie Mars, gdy snuję opowieść, której nikt nie słyszy. 

***

A jesień mamy piękną tego roku. 

Jesień. Noemi Susenbach

Black Hole Sun

Śnią mi się czarne flagi. Gęsty tłum sunie po ulicy, a na wietrze łopocze czerń. Nadjeżdżają wozy policyjne. Ktoś krzyczy przez megafon. Chowam się w lesie, las jest gęsty, nieprzezierny. Z drzew spadają gałęzie, nie wiem, czy mnie któraś trafi i czuję się dokładnie tak, jakbym uciekała od Ammy.

Nadchodzi burza. Jeźdźcy Apokalipsy, przebrani za polityków, zalewają świat. W gazecie piszą, że będziemy umierać w domu. Nie trzeba czytać gazet. Wystarczy spojrzeć w gwiazdy.

Politycy nie noszą masek. Nie muszą, wszak nie mają twarzy.

Czy NIC jest atrakcyjne? Pipi twierdzi, że tak. Mówi o tym z ekscytacją. Nie ma emocji, nie ma uczuć, nie ma żalu, nie ma już nawet emki. Tylko absolutny, czysty mrok.

Czerń wyszczupla. To najdoskonalsza metoda zniknięcia. Żadne kapsułki z kapsaicyną nie mogą się równać. Absolutny, czysty mrok to absolutny, czysty BRAK. Brak, którego nic nie wypełni, bo przecież niczego nie ma. Kto wytrzyma ten ból? Pipi ma zabawę. Jeźdźcy Apokalipsy też. Ale są tacy, co się boją. Jest ich sporo. Właściwie większość.

Właściwie wszyscy.

Black Hole Sun. Noemi Susenbach

Kliniczna śmierć Szatana

Gdybym była kotem, wymruczałabym o tym wiersz. Niestety, mam ludzkie ciało i najzwyklejszą w świecie krtań zamiast perkawki. To się nazywa poczucie humoru. Dusza kota, los człowieka.

A ty sobie radź.

Podczas śmierci klinicznej umysł tworzy obraz według własnych danych. Szatan Kometa widzi więc przyjacielskie grono zmarłych i świętego Piotra, który otwiera mu drzwi. Takie tam. Ogólnie: raj z fresków kościoła. Fantazyjne, acz nielogiczne. Wśród zmarłych jest bowiem Mama.

– Mama? – pyta zdumiony Szatan. – Jak to?

Mama ściąga brwi. Nie ma powodu, aby być miłą. Mama nie jest miła prawie nigdy i nikt nie może wymagać, aby jakiekolwiek okoliczności to zmieniły. Nawet śmierć kliniczna. Zwłaszcza śmierć kliniczna.

No więc siedzi nabzdyczona i aż się pali, żeby fuknąć. Szatan niby posłusznie drepcze za świętym Piotrem, jednak zwalnia, kręci się niepewnie, kluczy. Mama przykuwa wzrok. A gdy na nią spojrzeć, wszystko wokół gaśnie i już tylko słychać jej głos.

– Wracaj.

Z tym świętym Piotrem można dyskutować. Ale nie z Mamą. By tu się znaleźć, musi wykonać salto mortale z jednego wymiaru w drugi i z powrotem. Najpierw błyskawicznie umrzeć i to tak, żeby nikt nie zauważył i nie wpadł na pomysł reanimacji (!), a potem jeszcze ożyć, bo OIOM się sam nie odwiedzi.

Niezauważona, a perfekcyjnie skalkulowana śmierć to droga do tekturowego raju Szatana Komety, który po kwasie przestał oddychać i drepcze teraz za świętym Piotrem w stronę tego, tak naiwnie opiewanego Królestwa Bezczynności.

– Tam niczego nie ma! – krzyczą oczy Mamy z obsadzonej zmarłymi widowni. Szatan nie jest głupi. Po pierwsze, z tego co pamięta: Mama żyje. Po drugie, nawet jeśli jakimś cudem nie żyje (cóż za trafność, weź nie umrzyj po takim telefonie!), to tylko po to, żeby wyciągnąć ugrzęźniętą w porażonym zwoju dendrytów dupę Szatana.

I wrócić.

– Wracaj.

Ta kropka nienawiści, zamiast wykrzyknika!

Dziesięć napadów padaczkowych. Bezdech. Brak respiratora. Trudno. Mama jest nieugięta. Jakieś rury, jakieś prądy. Łup, łup, po żebrach walą pięści. Wyje sygnał karetki, a Święty Piotr, zrezygnowany odchodzi…

Po tamtym została koszula.

I jeden but zrzucony w drgawkach.

Kliniczna śmierć Szatana. Noemi Susenbach

Pocałunki Księgi Fatum

Mnie nie ominęło. Też zostałam ukąszona i to dwa razy. Pierwszy raz dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. Ugryzła mnie żmija o imieniu Amma*.

Dlaczego mnie Amma ugryzła? Szatan Kometa ma na takie pytania doskonałą odpowiedź:

– Bo zabrakło miłości.

ZABRAKŁO. Jakież neutralne i czyste słowo!

Wczoraj był Ziarno. Przyszedł na kawę. Próbowałam zaparzyć, ale zapomniałam wlać wody do czajnika. Ziarno rzucił więc łacińską sentencją po polsku, że z pustego nawet Salomon nie naleje. Uprzednio mieliśmy do czynienia z kroplą oceanu pod sufitem, tym razem stała się rzecz równie niezwykła. Otóż ze wszystkich kątów mieszkania Wió jęły wylatywać niezliczone nasiona fasoli. W ciągu sekundy wypełniły przestrzeń tak szczelnie, że zawisłam w bezruchu i nic, kompletnie nic nie byłam w stanie zrobić. Można rzec: zamurowało mnie. Był to mur z ziaren.

Zabrakło miłości, bo zabrakło. Bo nie było. Bo ta wiecznie umierająca, rozmodlona matrona Święta Franciszka, matka Ammy – jej nie dała. A nie dała, bo nie dostała. I nie wie, skąd wziąć, więc wciąga kolejne kreski różańca zmuszając wszystkich wokół do tego samego.

Kiedyś wciągnęłam dwie kreski na próbę.

O mało mi zęby nie wypadły.

Księga Fatum. Noemi Susenbach

* o ukąszeniach ojców nie ma sensu wspominać. Starsi panowie nadają się tylko do kabaretu.

Polska ulica

Dzieciństwo to, eufemistycznie mówiąc, był turbohorror. Podczas świąt wujek z dziadkiem bili się pięściami, a po ścianach tryskała krew. Gdy była impreza, przypadkowe pijane pary trafiały do mojego łóżeczka. I żeby sobie porzygać do miski. Kiedyś z tego powodu nie spałam całą noc, nazajutrz musiałam iść do szkoły. Amma była zła, że przyniosłam tylko czwórkę.

Zero zmiłuj.

Przez cały ten czas pisałam pamiętniki. To mi pomagało. Nikt nie zwracał uwagi na skuloną w kącie dziewczynkę, która coś tam sobie zapisuje. Tak rozpoczęła się kronika mojego życia.

Piszę do dziś. I nikt mi tego nie zabroni, choćby bardzo chciał. A jeśli (co już się zdarzało) ktoś się obrazi za prawdę, to KURWA PROSZĘ BARDZO. Przynajmniej nie będzie mi dupy zwracał.

Rodzice są przereklamowani. I bardzo chcę zrobić taki rysunek. Laurkę. Chciałabym tu zakląć siarczyście, ale literatura nie lubi powtórzeń.

Ten, kto wymyślił czwarte przykazanie, NIE JEST BOGIEM. To potężna ściema, która jak zatruty szpikulec skorpiona dźga ludzkość od tysięcy lat. Nie ma w przyrodzie takiego kuriozum. Szacunek bez podstaw nie istnieje. Nikt nie może rościć sobie pretensji o cześć tylko i wyłącznie z tego powodu, że uprawiał seks.

Żebym przestała pisać, trzeba by mnie zabić. Ale mnie się zabić nie da, gdyż jestem nieśmiertelna. Martwa już byłam.

Piszę to ze szczególnym adresowaniem. Tam, gdzie trafia głównie słowo pisane, do tych zniemczonych polaczków, którzy są jeszcze bardziej niż Niemcy. Chociaż do Ammy też. Zabij mnie. Boże, jak mnie zabij. Za wszystko. Za wszystko, co jeszcze o swoim życiu, które tak niefortunnie się z twoim splotło – napiszę.

POWODZENIA.

Jedna rzecz mnie nurtuje. Po kim odziedziczyłam inteligencję?

  1. Po leniwej matronie z odwieczną migreną, która tak naprawdę jest kacem?
  2. Po sztywnym paniczu, tak skąpym i do tego głupim, że byle niepiśmienna baba skubie go do zera?

Jest jeszcze opcja, o której mówił Leo, czyli bodaj sześćdziesiąt procent to wychowanie. Jeśli przyjąć tę rozhisteryzowaną figurę, którą jest Czerwony Wędrowiec, trzeba by odjąć właściwie większość życia. Bo był nieobecny.

Obecny był za to ten super-hero Ammy, co mnie uderzył pięścią w twarz. I tym uderzeniem zakończył wszelki na mnie wpływ.

Zatem wychowała mnie polska ulica.

O Boże, jak dobrze, że nie niemiecka!

– Halo…

Polska ulica. Noemi Susenbach

Gwiaździsta zabawa

Niemcy.

Wylądowałam u Eve i jej faceta Sajko. Sajko to Niemiec najczystszej krwi, niezwykle uprzejmy i uczynny człowiek, który – według Eve – może zabić za miód. Po kilku dniach przebywania w zniewalająco cacanej atmosferze, wyrażanej w najwyższych tonach słówka: Hallo! – trafiam do lekarza.

Jest taka książka „Nieznośna lekkość bytu”. Nie mówię, żeby zaraz całą czytać, ale już sam tytuł daje do myślenia.

Do lekarza zabiera mnie Klaudiusz. A że lekarz to jej mąż, jestem u nich trochę jak pacjent, a trochę jak gość.

Herr Doktor po piętnastu latach małżeństwa z Polką w kwestii jej mowy ojczystej zna dwa słowa. Głupia kobieta. I chcąc się popisać – tymi słowami mnie wita.

Fakt. Zbyt długie przebywanie w atmosferze cacanej jest ryzykowne. Czujność zapada w sen. A tu proszę. Pobudka! Byłabym się zwinęła z powrotem, ale to niemożliwe. Galaktyka Herr Doktora jest odległa od Hallo! o Niebieską Rezonansową Noc. To poważna odległość. A mnie coś weszło w serce i boli jak cholera.

Tak, że umieram.

Zamiast się obrazić, wybieram więc wariant drugi: pacyfikację Herr Doktora. I zmuszenie go do przeprosin. Po polsku! Sprawa nie jest aż tak trudna. Niemcy to ludzie, którzy wbrew pozorom uwielbiają jeść z ręki. Tymczasem ból rośnie. Kulę się więc na doktorowej leżance, łzy mi lecą po twarzy, i nagle: bach!, Klaudiusz mówi Herr Doktorowi, że tak naprawdę to ojciec Pio jest moim biologicznym ojcem. Ale on zaprzecza (ojciec Pio), gdyż myśli, że nie udało mi się zrobić testu. W dodatku pieprzy teraz po całej rodzinie, że jestem narkomanką. I pewnie dlatego mi serce pęka.

Psychosomatisch – wyjaśnia.

Herr Doktor, jak na prawdziwego lekarza przystało, bierze temat pod lupę, analizuje, bada. Zapada marmurowa cisza, ale niedługa, bo…

Ale zanim to się dzieje! Zanim to się dzieje! Zanim to się dzieje, muszę się przecież zemścić!

Za tę „głupią kobietę”.

Rewanż na Niemcu to klasyka gatunku. Pamiętacie Grzegorza Brzęczyszczykiewicza? Niedawno chciałam zrobić rysunek: Mieszkam na Strzyży w Gdańsku Wrzeszczu i chciałabym, żeby powiedział to jakiś Niemiec – ale nie mogłam się zebrać. Tymczasem tu, zebrana nagle jak sto złotych, rozochocona tym „przepraszam”, rzucam zadanie:

– Świerszcz!

Herr Doktor już ugrzęźnięty, już spokorniały, język łamie, ale jedyne, co mu się udaje to:

– Sierść.

I tu zabawa robi się gwiaździsta. Klaudiusz leży ze śmiechu i płacze, wyjaśniając mu wśród spazmów, co powiedział. A ten ambitnie i rzeczowo powtarza po sierści:

– Ćwierć.

Teraz już obie leżymy, chociaż śmiech w bólu do łatwych nie należy. Herr Doktor się nie poddaje, po szczebelkach lingwistycznej kariery kroczy i z mozołem najwyższej próby artykułuje ostatnie, jakże do ćwierci przypisane słowo:

– Śmierć.

Gwiaździsta zabawa. Noemi Susenbach

PS. Może i jest inna forma poprawna tego słowa, ale „gwiaździsta” ma w sobie gwóźdź.