Śpiew syreny

Na arce nagle tłoczno! Po pierwsze Eligiusz. Poeta ze wschodu. Chce, żebym pisała do prestiżowego pisma literackiego i na razie powodów do odmowy brak. Wkrótce więc świat usłyszy o duecie Noemi&Eligiusz i będzie to duet ściśle egzotyczny. Morderczo przystojny facet o niebieskich oczach. O imieniu takim, że zabij. Więcej napisać nie mogę, bo mnie z kolei zabije Szaman.

Opowiem wam o syrenie.

Pojawiła się zaraz po Eligiuszu. Wyskoczyła spod fal oceanu. Najprawdziwsza na świecie, mokrooka, olśniewająco piękna, rosyjskojęzyczna. Ma na imię Nadieżda. W skrócie Nadia. I tak jest podobna do Eve, że ta aż w łóżku zaległa. Z tym że Eve po niemiecku gada.

Szaman z kolei po hiszpańsku. I po angielsku jeszcze.

– Cały czas zapominam jak jest lodówka. I to nie tylko po polsku – wyznał ostatnio wśród tej kakofonii lingwistycznej, i można to zrozumieć. Ja mam problem z widelcem, na który od zawsze mówię długopis, być może dlatego, że pisać zaczęłam wcześniej niż jeść.

Wiłka! – niezwykle uprzejmie zaśpiewała Nadia z odmętów i zatrzepotała rzęsami. Tak przymilnie to zabrzmiało, że na śmierć zapomniałam o Maweraszii i z miejsca zaproponowałam browar. Tak, wiem. Bułhakow padłby trupem. Królowa nie pije wódki, tylko czysty spirytus, a ja tymczasem podaje syrenie piwo! Czeskie! Trzy procent!

Trudno. Z naszej dwójki (ja i Bułhakow) – tylko ja żyję. I to ja będę ustalać zasady. A zasada jest taka, że nie ma zasad. I to ustaliwszy, wyjęłam wędzoną makrelę. A właściwie: chciałam wyjąć, bo jak to z zagryzką bywa, chce się ją podać, ale jakoś tak pilnie człowiek piciem zajęty, że nie ma czasu.

Nadia po pierwszym jęła tańczyć. Po dwóch zalała się łzami. A potem zaśpiewała, a śpiewać to ona potrafi. Że miała ukochanego, ale ukochany był z innego świata i choć kochał ją bardzo, a właściwie dlatego, że kochał – by jej nie na lądzie nie pętać – odszedł. W siną dal.

I nawet, gdy kochaś odchodzi gdzieś w dal

To zawsze komuś tam go żal…

Teraz sytuacja jest czysta. Woda bezkresna, życie wieczne. I skoki nad taflą turkusu. Nadia przełknęła kęs niepodanej ryby i pociągnęła nosem. Może znajdzie się ktoś, kto jest taki jak ona?

– No, kochana – zaczęłam głosem ciotki „dobra rada”. – Maja darogaja. Figluj spokojnie, wsio słożitsja. Skoro nie chciał nauczyć się pływać…

– Pływać może by się nauczył! – chlipnęła syrena. – Ale latać już nie.

I na dowód problemu fiknęła poczwórne salto nad rozchybotanym kioskiem Ziarna. Po trzecim piwie, zaznaczam. Aż No przyleciała. Popatrzyła z uznaniem, a trzeba wiedzieć, że to się rzadko zdarza.

– Syrena – stwierdziła i zamurowała emocje. Liczy. Przelicza. Sprawdza. Znika. Pojawia się znów, ale na moment. Zostawia niebieskie pióra. Jej gniazdo ma w sobie dynamikę, nawet bez No. Lubię w nim być, gdy jej nie ma. Siadam w samym środku, w epicentrum huraganu. Wokół wszystko frunie, a ja nietknięta podmuchem, stanowię Wicher.


Noe&Eve, Noemi Susenbach

Napisałam do tego pisma! Napisałam o kobiecych sztuczkach!

Temat mi podał Eligiusz. Ten niebieskooki…

Dość!

Śniła mi się zasłona. Kurtyna. Kurtyna jest zwykle ciężka, aksamitna. Czerwona. Moja była lekka, biała, jedwabna.

Perłowa?

... jak pończoszki…

(…?…)

[!!!]

.

Eve

Prawda, że brzmi jak święto? To niezwykle proste i piękne w swojej prostocie imię. Pierwsza. Jedyna. Niepowtarzalna.

Zanim pojawiła się na mojej arce, przychodziła w snach. Nie, nie tylko w snach. Przychodziła ot tak, we wspomnieniach, w myślach, w codziennym życiu. Przynosiła ze sobą zapach i smak tych krótkich, ulotnych chwil dzieciństwa, które były szczęśliwe.

Ciemne oczy Eve uspokajały moje przerażone światem serce. I choć była (nadal jest) nieco młodsza ode mnie, czułam się w jej obecności bezpieczna.

Eve to moja siostra. Najprawdziwsza, pierwsza, jedyna.

Dawno temu, gdy byłyśmy dziewczynkami, rozdzielono nas brutalnie. A potem, gdy Los nas ze sobą połączył – zabroniono nam się spotykać. Nieustraszona dusza Eve kazała jej się przedrzeć przez rozdzielający nas mur. „Jak będziesz duża, przyjedziesz do mnie i znajdziemy razem mieszkanie!” – planowała z przejęciem, a jej rozpalone policzki błyszczały w słońcu. Patrzyłam jak urzeczona, po cichu zazdroszcząc urody, nie zdając sobie sprawy, że przecież wyglądam tak samo.

Człowiek siebie nie widzi. Człowiek siebie nie zna. Owszem, wie wszystko o innych, ale o sobie nic. To największa strata ludzkości. Żyć w oddaleniu, w nieświadomości, kim naprawdę się jest.

Śniły mi się lustra. Cała komnata zwierciadeł. Z nich właśnie składa się fraktal relacji. Ja jestem tobą. Ty jesteś mną. Jaka cudowna podpowiedź! Wystarczy spojrzeć w lustro i wiesz. Nie tylko znasz siebie, znasz także całą rodzinę. Przyjaciół. Znajomych.

Nie chowaj się za lustrem, jest ich za dużo. Przed prawdą nie ma ucieczki. Kto na kim stawia znaki, sam taki. Każde słowo, każdy gest, każdy zarzut wobec mnie – zdradza twoje zamiary. Najskrytsza tajemnica lśni w tafli mojego zwierciadła.

Przeciwieństwa się przyciągają, ale podobieństwa wiążą. Szukamy się według klucza, jak atomy. Mikroświat to maleńka ściąga z życia. Wystarczy rozłożyć ściśniętą w pięść dłoń. Spojrzeć na linie papilarne. Kim jestem? Dzieckiem? TAKIM dzieckiem? A gdzież są te dzieci? Na innej planecie? Nie. One są tutaj. Tu, w naszej rodzinie. I w waszej. Mojej, twojej. Spójrz w lustro. A potem się przyjrzyj starej fotografii z albumu rodzinnego.

Amma słyszała w jakimś filmie, że po depresji widzi się tylko prawdę. Pocieszała mnie tym, gdy byłam chora. Nie wiem, czy wierzyła w słowa pocieszenia. Nie wiem, czy zdawała sobie sprawę.

A może tak? Może właśnie tak? Może tego pragnie? Może chce się uwolnić? Przecież każdego dnia ta tajemnica boleśnie ryje jej serce.

A co wy się tak gorszycie?! Czemu was tak szokuje? Zdrada? Czymże jest zdrada?

Decyzją o własnym ciele.

Nie, nie mam żalu. Mogłam na to wpaść wcześniej. Mogłam się skupić na sprawach ważnych, zamiast…

Nie, nie mam żalu. Nawet do samej siebie. Merkury tańczy w odwrotną stronę, wraz z nim tańczy Wenus. Cofamy się, zwijamy do siebie, do własnych trzewi. Moje ciało jest moje, jedyne, niezastąpione. Drzemią w nim setki pokoleń, gotowe się zbudzić i opowiadać, opowiadać, opowiadać. Tak dużo do opowiedzenia, tak dużo do wysłuchania. Tak dużo do znalezienia.

Tak dużo do odzyskania.

Eve się uśmiecha w lusterku. Nie musi forsować murów. Mamy swoje życia. Mamy siebie. Odnalezione po latach dwie krople rozpryśniętej po wszechświecie wody.

Eve, Noemi Susenbach

PS. Kuźwa! Dziś mam włoski, a pitolę z Eve po niemiecku! Laseczka zapowiedziała sprawdzian ze słówek dotyczących garderoby. Ogólnie: mebli i rzeczy. Widelec. Szafka. Krzesło. Taki temat. Wszystko inne – spoko. Ogarniam. Czasy, tryby, rodzajniki, odmiany. Luźno. Ale najgorsze są właśnie takie RZECZY, które są w cholerę przydatne, a nie wiem, jak lecą.

I tylko w życiu codziennym można się tego nauczyć.

A ja już dawno nie miałam życia codziennego.

Po polsku nie pamiętam.

Po rusku się domyślam. Działa. W ruskim wystarczy, że się domyślasz i gadasz.

Po niemiecku – nie pytajcie. Wiem, jak jest stół. Do tej pory wystarcza.

Po angielsku? Wiem, jak jest finger.

Będę ściągać.

Grzeczna dziewczynka

Uczę się włoskiego. Wiem już jak jest „serce”. I błękit czysty jak sen niemowlęcia.

Nietoperz zgubiony we włosach.

Albo też: zło.

Albo: wendeta.

Słowo „wendeta” ma oczywiste konotacje, ale mimo oczywistych zasług – warto poczekać z wbijaniem dzid w plecy. Nauka mówi: zemsta, jak bigos, musi się przegryźć. Tymczasem we mnie kipi pakiet ekstra, tymczasem pantera żąda krwi.

Widzieliście kiedyś wściekłego kota? No właśnie. Koty tego nie mają. Koty wiedzą, że gdy ich nerwy tłuką, niezwłocznie należy się zwinąć w kłębek.

Ale mnie, kuźwa, wszyscy oszukali!

Owszem, należałoby wziąć kartkę, długopis i zmierzyć się z zagadnieniem: co to znaczy „wszyscy”? Kto: wszyscy? Kto, poza najlepiej poinformowaną wiedział?

Kuźwa, wszyscy.

Tylko nie ja.

I znów sprężyste pazury Czelencz wbijają się lekko w mą dłoń.

SIEDŹ.

Siedź i myśl. Albo jeszcze lepiej: nie myśl. To doskonały sposób. Słyszałam od dzieciństwa. Co ty wymyślasz? Czego się doszukujesz? Grzeczna dziewczynka nie myśli. Grzeczna dziewczynka kombinuje, jak tu się dopasować do:

  1. Mamy
  2. Taty (?)
  3. Pani
  4. Ciotki Jadźki
  5. Nie chce mi się dalej wymieniać.

SIEDŹ!

Znajdź środek ciężkości. Środek ciężkości wypada gdzieś w środku. W sam punkt. Przecież to oczywiste! Snów mam tyle, że się opędzić nie mogę. Mówią do mnie kwadratami. Nie? Nie rozumiesz? Nie widzisz, że coś, co jest okrągłe, nie jest kwadratowe? To bach: kwadrat. Przekreślony. Dalej nie rozumiesz? Chyba Nobla dostaniesz.

Bo białe jest czarne i odwrotnie. Motto minionych pokoleń. Wszyscy udają, że nic nie widzą, a gdy ktoś zobaczy: w łeb.

Siedź. Siedź i patrz. Obserwuj, jak nitki DNA plączą się pod skórą. Czujny wzrok i potężny umysł może wyłapać ich kod. Zaszyfrowany przed sobą samym, bezlitośnie replikujący w nieskończoność jak mantrę, jak różaniec do Matki Boskiej, pierwszej w historii nowożytnej Nemezis.

SIEDŹ!!!

Muzyczkę sobie puść. Dżezik. Zajaraj. Wyluzuj. Jesteś. Piszesz. Na jeziorach pływasz. Po rzekach. Czasem wzbijasz się w przestworza. Z góry lepiej widać. TO też.

Wczoraj odszukałam pamiętniki z dzieciństwa. Mocne są w nich kawałki. Bardzo mocne. Bardzo, bardzo mocne. Nie chcę pisać o przemocy domowej, bo to nie ma sensu. Jak powiedziała pewna papuga: „Nie chodź na policję, oni są znieczuleni”. Nie dodała, że znieczuleni są wszyscy. I nikogo to nie obchodzi. I nigdy nie obchodziło. Nikogo.

NIKOGO.

Pierdolę. SIEDŹ!

Co za sprzeczność, o rany. Boją się, że napiszę książkę, a ja już napisałam. Dawno temu. Zanim ktokolwiek się połapał, że pisać umiem. A potem, zanim ktokolwiek się połapał, że umiem liczyć – obliczyłam kod. Swój własny zapis DNA. Trochę to trwało, przyznaję.

A wy, kurwa, co?! Kiedy zamierzaliście powiedzieć? Na łożu śmierci? Na pewno nie na moim, bo już tam leżałam i nikogo, nikogo, nikogo, NIKOGO z was tam nie było.

Gdy umierała Oma, złapała mnie za kurtkę i powiedziała. Krzyknęła z całej mocy ledwo tlącego się życia. Krzyk leciał długo, przez całą wieczność czarnej jak smoła depresji. Aż doleciał. Otrzepał piórka z rozpaczy i zmienił się oto w feniksa.

Pantera zmrużyła oczy. Pazury schowała w pluszu.

A obok ja

Spuchnięta od płaczu

Pomarańczowa od światła

Zawsze taka sama

Niepodobna do mamy

Niepodobna do taty

Grzeczna dziewczynka.

Sopot

Na świecie szaleją wichry, skandal goni skandal. A największy problem ludzie mają z miłością. Kto kogo kocha i jakim prawem. Ciekawe, czemu zgorszenie wywołuje okazywanie miłości, a już z agresją nie ma problemu?

Byłam, widziałam. Przemoc na ulicy, w domu i zagrodzie. Powietrze smagane przekleństwem. Kurwa, kurwa. I nikogo z petycją, nikogo z transparentem, nawet księdzu nic przeszkadza. Natomiast dwie całujące się dziewczyny na murku: afera.

Najbardziej boli to, czego brakuje. I chciałoby się zabrać. Tylko jak?

Chcę z tego wyjść. Chcę wyjść z WW, bo mi obmierzło. Chcę zrzucić z siebie jarzmo poprzednich żyć. Chcę nie słyszeć bluzgów. Chcę zatonąć w ciszy.

Ale dopóki chcę, nie mogę. To taki klucz, który działa tylko w jednym przypadku. Gdy zwolni się blokada chcenia.

Mój znajomy znalazł sposób. Ogłuchł. Psychosomatycznie. Na alegro kupił aparat słuchowy i tylko gdy musi – słyszy.

Sprawa do pozazdroszczenia. Jednak proces głuchnięcia nieprosty, człowiek pomału słyszy coraz gorzej, nic nie rozumie, a cisza zamiast ulgi, jest wręcz zakłóceniem.

Chcę, żeby zamilkli!

Mowa trawa. No, chyba że Kanclerz ogarnie dupę i na serio się zacznie ta epidemia. Ale z nim to cholery można dostać, subordynacja minus zero.

Bella mówi, że wszystkie testy wychodzą właśnie takie. Minus zero. Wszystkie. Na cały szpital. Przypadek? Nie sądzę. Raczej fizyka kwantowa. Gdy krzywa rośnie, choroba znika. Całkowicie. Nawet lekkiego zachorowania. Nawet bezobjawowo. Nosicielstwa. Nic.

Epicentralny cud naukowo-logicystyczny. Materiał na książkę. Żeby jedną! Już widzę ten wysyp pomysłów! Te mroczne twarze w maskach na okładkach! Te super seriozne miny autorów na rewersach! O Boże. Przeżyłem. Zagładę. Mogę jechać nad morze i wdychać jego zapach!

Widziałam na przystanku taki plakat. Mojej ulubionej Gazety. Tej samej, co ostatnio zajumała mi tekst, pocięła go pozbawiając puenty i nie umieściła pod spodem mojego nazwiska. No więc plakat [nie mój tekst] (dałam kwadratowy nawias, żeby wyrazić uczucia), no więc PLAKAT leciał mniej więcej tak: „JAK TO SIĘ SKOŃCZY… pojadę nad morze i będę wdychać jego zapach. Paulina”.

Jaki to zapach, szanowna redakcjo? Morze składa się z wody i wodorostów, a to wali procesem gnilnym. Albo rybą. Albo w ogóle nie pachnie, a kropelki wody z rozbitych fal stanowią wilgotność powietrza, nie woń. Może warto pojechać do Zoppot, zanim się utwór napisze?

Ja byłam.

Widziałam niebo.

I fale, które razem, w jednym rytmie podążały ku mnie.

Pachniało goframi.

Nic się nie skończyło.

Nic się nie zaczęło.

Łuk widnokręgu biegnie w nieskończoność…

Zoppot, Noemi Susenbach

Odlot w wersji turbo

Wczoraj była Bella. Nie wiem, czy wystarczająco wyjaśniłam, Bella jest chirurgiem. Plastycznym. To taki lekarz, który zajmuje się składaniem ciał, po których, dajmy na to, przejechał pociąg. Nie mam pojęcia, jak jej się udaje do tych ciał wpompowywać życie, ale tak jest.

Życie płynie. Po zastygniętych z przerażenia żyłach rwą wartkie strumienie krwi. A poszatkowana jak kapusta skóra na nowo przybiera swą całość.

Bella jest Bogiem. Tak jak Leo, który też jest chirurgiem. Nie powiem, kto z nich jest Bogiem bardziej, nie ma skali. Między kobietą a mężczyzną jest taka przepaść, że żaden ranking nie ma sensu.

No więc Bella jest chirurgiem plastycznym i zna się na tak zwanych rysach twarzy. Trudno o lepszego specjalistę. Pokazałam jej zdjęcie. To legitymacyjne, z kotarą w tle. Tak się kiedyś robiło zdjęcia. Delikwent stawał na tle kotary harmonijnie upiętej i słowo daję, wyglądało to lepiej niż obecnie stosowane płaskie, szaro-żadne tło.

Ale chodzi o twarz.

Twarz z tym samym nosem, ustami, a nawet falką grzywki nad czołem. Bella zagłębiła się w analizie. Wzięła pod lupę cały album. Krok po kroku, cecha po cesze brała na warsztat genetyczny kod mojej istoty i paralelę podobieństw do postaci ze zdjęcia. Wzrokiem fachowca prześwietliła czaszki, rozbiła uchwycone na kliszy rysy na atomy. Aż wreszcie wydała werdykt:

TAK.

Szaman pokiwał głową. On te: „tak” wiedział już wcześniej. Tylko inaczej określił:

– Coś jest na rzeczy.

Mówiłam, że między facetem a kobietą jest przepaść. Chociaż różnie bywa. Zdarzają się jednostki wyważone, jak na przykład Ojciec Bio. Ale o nim napiszę kiedy indziej, bo teraz mi czaszka (prześwietlona) dymi.

Mam potwierdzenie lekarza specjalisty. A więc WIEM.

I co teraz?!

Kiedy człowiek WIE, może zrobić różne rzeczy. Może wziąć telefon, zadzwonić i zrobić taką aferę, jakiej jeszcze ta święta rodzina nie widziała.

Spektakularne. Anegdotycznie atrakcyjne. Ma szansę zapisać się w historii. Ale poza spektakularnością, anegdotyczną atrakcyjnością i mglistą wizją nikomu niepotrzebnego pomnika – walorów brak.

Można się upić. To zawsze działa. W końcu okazja. Pieprzyć Maweraszię. Dam sobie z nią radę. Zresztą każdy tak myśli. Ewelement na przykład.

Śniło mi się morze. Siedziałam na pomoście, a coraz bardziej rozszalałe fale darły wprost na mnie.

Boże. Boże. Boże. Żeby tak dało się utulić te fale. Żeby tak uzyskać spokój!

Jest tylko jedna ku temu sposobność*. Biorę płótno, farby i wyłączając się z rzeczywistości, z psychopatycznie laserową dokładnością do jednego milimetra Losu, nasączam płótno kolorami. Zamieniam nicość w kamienie.

Szlachetne.

Proces ten pozbawia emocji, uzyskaną energię kierując na ekscytację. Ciekawość jest składową radości, a ta z kolei ma konotacje w kierunku bardzo interesującego gruczołu zwanego szyszynką. Pobudzona do działania, produkuje serotoninę a także niezwykle fascynującą naukowców cząsteczkę o nazwie DMT.

Niedawno dowiedziałam się, że coś o tej nazwie chodzi po rynku, ale nie wiem. Ja bym tego, co chodzi po rynku, tak nie nazywała. DMT jest najbardziej adekwatna, gdy wydziela ją własna szyszynka. Myślę, że Bella może to potwierdzić.

Leo też.

No więc pobudzona do pracy szyszynka wydziela serotoninę i DMT. Znaczy: masz jazdę gwiezdną na tęczowej chmurze. Jako dygresję dodam, że rozciąganie przy tym mięśni dotlenia płytki krwi, które też produkują serotoninę, co powoduje odlot w wersji turbo.


Noemi Susenbach

*Bella mówi, że jeszcze grzyby.

Mała śmierć

Najbardziej lubię siedzieć na dnie oceanu. Na górze szaleją huragany, tymczasem u mnie cisza jak makiem zasiał, nawet BaBa z PP nie pierze, chyba umarła. PP też umarł. Na dnie oceanu nie ma nikogo, jest doskonale czarno i cicho. Istny raj.

Ten sam, który był kiedyś piekłem.

Szaman opowiedział mi przypowieść o długich łyżkach. W piekle – mówił – jest wszystko, stoły suto zastawione. Można jeść pod jednym warunkiem. Trzeba posługiwać się łyżką. Do dyspozycji są jednak łyżki z bardzo długimi trzonkami. Tak długimi, że w żaden sposób nie da się nimi trafić do ust. Jedzenie na stołach pachnie, kusi, dręczy. A wszyscy cierpią potworny głód. Przez te piekielne łyżki…

– A w Niebie? – pytam. – Jak jest?

– Dokładnie tak samo. Jedzenie na stołach i długie łyżki. Różnica polega na tym, że tam się karmią nawzajem.

Z moim dnem oceanu jest podobnie. Gdy się tam znalazłam po raz pierwszy, wpadłam w straszliwą panikę. Przygnieciona, sparaliżowana, samotna – zaplątywałam się coraz głębiej w wodorosty i macki ośmiornic. Depresja ma swoje prawa. Poniżej poziomu morza.

Wreszcie, gdy zjadłam już chyba całe psycho-ścierwo, które wyprodukowały koncerny farmaceutyczne, terapeutka kazała mi narysować raj.

Bez namysłu wzięłam kartkę i zamalowałam ją na czarno. Tylko tego pragnęłam. Mroku i ciszy. Nic więcej.

Mrok i cisza.

No to, proszę bardzo! Mówisz i masz. Zanurzaj się choćby codziennie, siedź ile pragniesz. Tylko tam dowiesz się prawdy. Takiej prawdy, od której cierpnie skóra. Takiej prawdy, od której ściska gardło.

I nie, nie chodzi tu bynajmniej o innych. Tu chodzi o mnie, dokładnie o MOJĄ OSOBĘ, jaka jest, czego pragnie, po co przyszła na świat i z KOGO tak naprawdę się składa.

Tu, na dnie oceanu opadają zasłony. Milkną słowa, gaśnie świat. Siedzę u stóp potęgi, w samym oku cyklonu. Mogę suchą stopą przejść przez osławione Morze Czerwone, a nawet przez mój własny Ocean Pomarańczowy. Więc idę.

Pies demona prowadzi.

Najpierw do albumu ze starymi zdjęciami. Ale zanim to się stanie, śni mi się sen. Indianie amazońscy podczas inicjacji szli samotnie w dżunglę, a jedyną ich wskazówką były sny. Ze mną podobnie.

No więc sen. Przychodzą do mnie rodzice. Nie wiem, czy to na pewno jest Amma z Czerwonym Wędrowcem, bo oboje jacyś nieswoi. Mówią mi miłe słowa, są dla mnie dobrzy. Hm. Coś tu nie gra. Ale nic, przyjmuję wszystko z uśmiechem. Tylko zauważam, że byli u mnie już jacyś rodzice wcześniej. Jacyś inni. Jak to? To niemożliwe!

– A jednak. Przyszli we śnie – wyjaśniam.

– We śnie się nie liczy! – mówi Amma, a ja przyglądam się jej coraz baczniej, bo przecież właśnie śnię, to co, teraz też się nie liczy?!

Ona się reflektuje, robi miny i pyta, czy zostawili jakiś kontakt. Owszem, zostawili, odpowiadam. Mam tu gdzieś… – i wyciągam karteluszek z odręcznym pismem. Pismo formuje się coraz wyraźniej, aż czytam na głos takie oto słowo: WENDETA.

Wendeta, powtarzam dwa, może trzy razy, a Amma teraz na starej fotografii – kurczy się, jakby ją ogień trawił. Gdy otwieram usta i chucham w jej stronę, płonie. Gdy się budzę, słyszę własny, kategoryczny, mocny głos: mój oddech zabija.

Jestem małą śmiercią. Mała śmierć to dziecko, którego się nie chce. Dziecko, które swym przyjściem na świat popełnia zbrodnię na życiu matki. I dopóki oddycha, odbiera jej oddech, bo przecież każdy kolejny dzień kosztuje tak wiele, każdy kolejny dzień jest zagrożeniem, że prawda wyjdzie na jaw.

Tymczasem prawda już wyszła, bo to dziecko jest prawdą! Świadectwem, bezwstydnym afiszem skrzętnie ukrywanej hańby! Nikt nie może się dowiedzieć, tymczasem wszyscy wiedzą, bo wszyscy widzą, bo ono żyje, chodzi dziwnie i dużo płacze, a paznokcie ma pokrzywiane.

Budzę się, wertuję stare fotografie. Ciotki, wujkowie… I nagle zastygam w bezruchu nad zdjęciem legitymacyjnym, zdjęciem które znam od zawsze, a które z niewiadomych przyczyn przewraca się po moim życiu od lat.

Nos. Usta. Kości policzkowe. Włosy. Nawet grzywka tak samo faluje nad czołem…

I nagle: łubu, du, lawina wspomnień, strzępów rozmów z dzieciństwa. Wszystko tak nagle, bez znieczulenia, bez wyjaśnienia, jedno za drugim. I to, i tamto. I jeszcze tamto. I jeszcze…

Co to za świat, na który przychodzą „małe śmierci”? Co za życie w niedopasowaniu, w niewiedzy, w nieustającym zdumieniu? Małe śmierci zbierają całe zło i choć są niewinne – wina jest zawsze po ich stronie.

Bo są.

Bo są.

Bo uparcie są i jakby się zmówiły, są WŁAŚNIE TAKIE.

Nie mogę spać. Jednak zasypiam. I znów sen. Śni mi się książka, lektura naukowa. Stoi na półce, nie trzeba daleko szukać. Biologia molekularna, dział Genetyka, rozdział Dziedziczenie. Czarno na białym, bez żadnych odlotów, nieznośnych nadinterpretacji, ot, po prostu: punkt po punkcie leci w przepaść biała wieża.

A na dnie przepaści mrok. I pustka. Nie ma już nic. Nie ma znajomych, przyjaciół. Nie ma też rodziny. Depresja prowadzi przez odmęty, na sam koniuszek oszukanego świata, gdzie, skręcona w embrion, budzi się do życia mała śmierć.


Mała śmierć, Noemi Susenbach (fragment)

Mała śmierć, Noemi Susenbach

Pies demona

To było dawno temu. Przeczytawszy w gazecie wywiad z egzorcystą, dowiedziałam się, że podczas wyganiania demona z opętanego, ten ostatni wypluwa ciekawe rzeczy. Gwoździe, śruby, tasaki, tłuki.

A także, nie wiedzieć czemu: pieski.

Wywiad nie wyczerpał tematu. Bo choć opowiadał o sukcesach księdza na tym polu (nie pamiętam już, co było sukcesem: demon czy koperta?) – absolutnie nie zajął się sprawą psa. I uważam, że jest to, delikatnie mówiąc, skandal.

Niezależnie, skąd pies pochodzi, psem należy się zająć. I powinien to, rzecz jasna, uczynić ksiądz, on bowiem psa z jego prawowitego domu wygnał. Nieważne, jakiego. Macierzy się nie wybiera. W gazecie jednak nic na ten temat nie piszą. A szkoda. Mieliby szansę się nieco wybielić z tej czerni, którą wszak też kalają.

Pies demona wlókł się za mną od czasu feralnej lektury. Niezaopiekowany, chory już, bo nieszczepiony, zgaszony, choć wciąż piękny, jakże kiedyś obiecujący wilczur, absolutnie czystej, najczystszej krwi owczarek niemiecki o imieniu Hekto.

Nie pytajcie, skąd znam jego imię. Gdy się tyle czasu spędza razem, śledzie z beczki można zacząć jeść. W przypadku braku śledzi: sól.

Nie miałam czasu dla tego psa, do szkoły musiałam chodzić. Potem lekcje robić. A on na strychu sam, w komórce, bo matka nie pozwalała psa w domu.

Dopiero co mi ojciec wyjechał.

I znikł.


Na plaży, o której pisałam ostatnio, nie umierałam sama. Byłam tam z kimś, kto ciągle żartował i tak mnie tym wkurzył, że wstałam i poszłam gniewnie, i wymyśliłam takie pytanie:

Po co robisz rzeczy, które nie wiesz po co robisz?

Już nawet rysunek zaczęłam z tego kombinować. I wszystko szło gładko, dopóki nie zrozumiałam, że nie ma sensu robić rysunku z pytania, na które znam odpowiedź.

Zanim to się jednak stało, minęły trzy dni, podczas których powiedziałam może siedem słów. Metoda jest prosta. Zamieniasz się w kamień. I gdy wszystko w tobie drze się w niebogłosy – pozostajesz jak kamień.

Cała energia życiowa wycelowana jest teraz w potężne od żalu, niewypowiedziane DOMYŚL SIĘ.

Ćwiczenie wzmacnia mięśnie twarzy, które zastygłe w zawzięciu, nie mają prawa drgnąć. Hartuje to ducha tak mocno, że przestajesz pojmować, co to w ogóle jest gniew. Jaki gniew? Stalowa obręcz wokół brzucha! Medytacja! Joga! Jestem Bogiem! Pierdolę!

Ziarno od razu ogłosił protest. Mam gadać.

Ewelement, przeciwnie. Mam milczeć.

Tymczasem po trzech dniach słuszna lawa wezbrała i klasyczną, zupełnie niereformowalną erupcją rozerwała stalową obręcz na strzępy oraz wybuchła milionem stopni Kawalkajta*.

Okazało się, że milczę od trzech dni konkretnie z powodu psa demona. Naprawdę tak trudno się domyśleć?! Owszem, ja też się dopiero teraz dowiedziałam. Ok. Myślałam, że chodzi o to, że coś tam na tej plaży powiedziałeś. W jakiś sposób. Nie taki. Coś.

Tymczasem Hekto, niemal uduszony wymiocinami (to jest egzorcyzm turbo.) – znalazł do mnie drogę. I najpierw zamienił mnie w słup soli z przerażenia, po czym napinając strunę lęku do ostateczności, wybuchł lawiną łez.

Ciężkich jak kamienie.


Piesek miał parwowirozę chyba. Sam na strychu umierał, przerażony, bo nie rozumiał, dlaczego ktoś go od mamy zabrał i w komórce chorego trzyma. Ja też nie rozumiałam. A dopiero co mi tata znikł.

A dopiero co mi życie runęło.

Wyprowadzałam go po lekcjach, ale potem już nie miał siły chodzić. Mały był, bo to szczenię, dziecko, tak jak ja.

Nie jadł.

Nie pił.

Tylko płakał.


Od dawna czułam jego obecność. Pojawiał się w ciemnych miejscach, straszył.

Przepędzałam.

I tak mam sporo na głowie. Poza tym: nie wszystko naraz. Tata wyjechał i znikł na zawsze.

A ten piesek, najpiękniejszy na świecie, mój wymarzony, umiera na strychu, a ja nie umiem mu pomóc.

Może jak będę się lepiej uczyła? Może?

Może jak będę grzeczna?

Może?

Może jak się tak bardzo postaram, żeby nie sprawiać kłopotu, ale jak tu nie sprawiać kłopotu, kiedy w pakiecie ze mną został jeszcze ten chory pies?!


Wtedy postanowiłam, że pójdę na weterynarię. Ale nie poszłam, bo zobaczyłam w prosektorium zwłoki psa i mi przeszło.


Ile razy można umierać?

Tylko raz. Właśnie wtedy, gdy wpuszczasz rozszalałą z tęsknoty duszę psa z dzieciństwa, pozwalasz mu wskoczyć na siebie, rozdeptać wielki łapami, gdy zdaje się, już nie złapiesz tchu, już nie zobaczysz nieba, już nie wyjrzysz zza własnych łez… ten odskakuje i proszę bardzo, oddychaj ile chcesz, a najlepiej: chodź na spacer!


Odpowiedź na nienarysowane pytanie wysmarkałam razem z psem demona w koszulę osoby, która w takich wypadkach zwykle zaczyna się śmiać.

Po co robisz rzeczy, które nie wiesz po co robisz?

NIE WIEM.

I to dzieje się teraz.


*albo Kawalcjusza, nie pamiętam.

Kiedy zaczynają się męczarnie?

Wiecie, po co jest śmierć? Jest wiele tłumaczeń. Mnie osobiście dodaje życia.

Nie pamiętam ile razy umierałam i w jakich męczarniach. To drugie jest dla oczywistej draki i wiąże się z Nogiłóżką. Anegdota dotyczy grzybów. Właściwie chodzi o jeden konkretny gatunek grzyba, który Nogiłóżka zjadła na kolację. Zaniepokojona opisem potrawy, zadałam kilka pytań, po czym postawiłam diagnozę. Jest tak i tak, w takich przypadkach to i to. Został już tylko wyrok. Śmierci, rzecz jasna.

Nogiłóżka nie okazała niepokoju. Żadnej histerii, paniki brak. Zwróciła się do mnie tylko z jednym, ale jakże ważnym pytaniem: – Kiedy zaczynają się męczarnie?

Śmierć śmiercią, ale tylko głupiec nie przejmuje się jej okolicznościami. Jak to pisał Pilch, warto być obecnym. A z bólem różnie bywa. Człowiek, który załóżmy – leży w kałuży wymiocin po grzybach – z trudem wykazuje obecność. W takiej sytuacji lepiej raczej zadbać o nieobecność. Z tymże potem nie ma do czego wracać.


Śniło mi się dzisiaj, że się wykłócałam, które przekleństwo jest gorsze:

  1. Kurwa mać?
  2. Jezu kurwa?

Kto zna rosyjski, wie, że mać oznacza Matkę.


A więc umarłam ponownie. Tym razem we śnie. Umarłam i znalazłam się pod tajemniczą bramą. Brama jak wyrwa po strzale, krwawiła zmiażdżoną cegłą. Zawahałam się. Ktoś jednak zachęcał i to w sposób podstępny: ty nie przejdziesz…?

JA NIE PRZEJDĘ?!

Przedefilowałam więc na drugą stronę, gdzie ujrzałam strzelistą białą wieżę. Jak z obrazu Memlinga, schody pod Niebo, tajemne królestwo WSZECHRZECZY. Schody, owszem, zapraszały, tak samo jak Głos, ten sam, co tak mnie przed chwilą podjudzał.

A ja nie. Bez tłumaczeń minęłam kłębiący się pod schodami tłumek. Kątem oka zauważyłam elektryczny czajnik pod pachą pewnej obywatelki. Ewidentnie zamierza się w białej wieży rozgościć. Zainteresowanie rosło.

– Tam jest wszystko, czego pragniesz – obiecywał Głos. – Wszystko. Jest to i tamto i tamto. Bardzo fajne. Ale najważniejsze… – tu Głos zawiesił się dramatycznie – jest LEKARZ!

Wtedy przypomniało mi się, dlaczego właściwie umarłam. Zabrakło lekarstwa. Nie miałam już leków i nigdzie nie mogłam ich zdobyć. Chodziłam, szukałam, ale wokół tylko szarzy ludzie zombie, bez duszy, bez współczucia, bez życia. Wróciłam więc na plażę Zaklętego Jeziora, oparłam się o Szamana, zamknęłam oczy i… obudziłam pod tą bramą.

– A więc ja nie żyję?!

– Głupie pytanie. Ale dokąd idziesz? Czemu nie wchodzisz na schody!? Tam dalej jest tylko jakaś impreza… Po co ci impreza?!

– Całe życie imprezowałam. Nie ma powodu, żeby to zmieniać – wyjaśniłam Głosowi i nonszalancko wtargnęłam na dziedziniec strzelistego zamku. A tam, na tarasach: karnawał w Rio! Kolorowe drinki, fioletowe garnitury, wszystko, wszystko i to w absolutnie niebezpiecznych ilościach.

Memling, zanim namalował tę rudą pod deską, musiał o mnie słyszeć. Jaki sąd ostateczny? Jaki raj? Jakie piekło? Gdybym miała knajpę, nazwałabym ją „Czyściec”.

I podawała w niej wodę święconą.

Miejsce ze snu istnieje naprawdę. Wczoraj tam byłam. W niewykończonych katakumbach mieszkają duchy, spragnione szczęścia dusze, które wspinają się po nieistniejących schodach, wciąż słysząc ten sam Głos: „Jeszcze chwila, już niedługo, fajne rzeczy, to i tamto, a przede wszystkim LEKARZ!”

Dopóki pragniesz, jesteś niewolnikiem. Dopóki szukasz: nie masz. Szukajcie a znajdziecie? Błagam.


Drugie przekleństwo jest lepsze. Będę używać. To taka moja mała zemsta. Za ten chrześcijański rozpiździel.


Wokół katakumb rosną sosny, latają motyle. W oddali majaczy jezioro. Na brzegu łabędź wysiaduje jaja. A po drugiej stronie, zaraz za dziedzińcem z kolorowymi tarasami widać monumentalny krzyż. Z rozpiętym na nim, białym jak śnieg ciałem. Tak oto trafiamy na cmentarz. Cóż, fajnie było, ale się skończyło. Kiedy zaczynają się męczarnie?

TERAZ.

Jestem jak Dante Alighieri. Dante jest jak ja. Wędrujemy po labiryntach Losu według tej samej mapy. Na jednej przestrzeni, w piętrach upchane jest Wszystko. Piekło i raj. To, co wydaje się rajem – może okazać się piekłem.

Może, więc się okaże.

fot. Szaman Mako

Biały pies i czarny lew

Nikt nie pyta, co się stało z Orionem?

Tacy koledzy.

A więc zgubiłam psa. Zdarzyło mi się to już kiedyś, dawno, gdy byłam w wieku No. W podobny sposób widziałam świat. Jak wyjaśnić tę perspektywę? Właśnie tak. Wychodzisz z domu z psem, idziesz przez miasto, wchodzisz do sklepiku, pies zostaje na zewnątrz, wychodzisz ze sklepiku i wracasz do domu, na śmierć zapomniawszy komendy: – Dragon, idziemy.

Żołnierz nie ma prawa drgnąć bez rozkazu „drgnij”. Tak więc Dragon został pod sklepem, a ja zdumiona na widok niezmąconej przestrzeni – oto jestem sama w domu.

Wtedy wystarczyło wrócić pod sklepik. A gdzie ja mam dziś wrócić? Kiedy i jak przepadł Orion, w którym momencie i pod jakim sklepem siedzi?! Zabijcie mnie, nie powiem.

Bo nie wiem.

Zresztą Orion to nie był (Boże, mówię o nim w czasie przeszłym!) pies, który przy nodze chadza. Biegał po lesie bez żadnej smyczy, wychodził na ulicę, robił co i kiedy chciał. Jego biała sylwetka zawsze majaczyła na horyzoncie. Tymczasem ja, pochłonięta końcem świata, budowaniem arki, odzyskiwaniem i wyrzucaniem za burtę przyjaciół, wreszcie: zaaferowana kotami – nie zauważyłam, że od jakiegoś czasu nie majaczy.

Może to przez Ewelement? Ten księżycowy wilk mógł mnie wytrącić z czujności, wypełnić lukę po psie. Od kiedy jednak Bella włamała się do mojej głowy i zaczęła śnić obrazki z mojego życia, wzmożyłam uważność. Przyjrzałam się, kto jest kim. Tak naprawdę. I tak naprawdę nie ma nigdzie Oriona.

Owszem, był. Był, bo jego obecność stwierdziłam ponad wszelką wątpliwość w okolicy połowy stycznia, gdy rozsypałam brokat.

Już tłumaczę.

Rozgorzała wojna, zdobyłam listę ZŁO. I niby nastała cisza, ale coś mówiło, że pozorna. Żaden wyrok żadnego sądu jeszcze nie zapadł, rzecz będzie się ciągnąć jak epidemia, a póki się będzie ciągnąć, póty będę miała swój bonus w postaci przedstawienia pod tytułem: NUDY BRAK.

Któregoś styczniowego poranka postanowiliśmy z Szamanem wybrać się na wycieczkę. Przeczucie, a może senne ostrzeżenie kazało mi rozsypać brokat w szufladzie. W kolorze żółtym. Nikomu nic nie mówiąc, zostawiłam więc tę finezyjną pułapkę na dokumentach sądowych, czyli dokładnie tam, gdzie najciekawiej.

Czy muszę mówić, że po powrocie ujrzałam mieszkanie Wió całe w brokacie?

Pozostało teraz tylko zgadnąć KTO. Kto zwędził pod nieuwagę i dorobił klucze bez wiedzy i zgody mojej, a co najbardziej wstrząsające – bez wiedzy i zgody prawowitej właścicielki mieszkania, mianowicie ostrej jak brzytew formalistki, chodzącej encyklopedii paragrafów, samej Wió?!

I dalej. Kim jest ten ktoś, kto:

  • nie zauważył brokatu w kolorze żółtym?
  • zostawił ślad w postaci mapy Berlina?!
  • że o połowie grama* nie wspomnę?!

Nie trzeba być Sherlockiem. A ja Sherlockiem nie jestem. Mnie Sherlock może najwyżej browara potrzymać. O ile ewentualnie bym chciała go pić. No, może koronę. Espania serveza. Albo lepiej wodę święconą. Pokój nocny browarów nie pija, pokój nocny pije wodę święconą. Przepis na wodę święconą podam kiedy indziej, mam teraz urwanie głowy, zgubiłam psa.

Właśnie wtedy! Tego tajemnego dnia, gdy zwęszył mi mieszkanie – ślad po Orionie zaginął. Przypadek? Nie sądzę.

Mapa Berlina trafiła do śmierci. Zostawiłam ją u Belli i Leo w pamiętny dzień mikrodawkowania. Nazajutrz afera, jakby zginął milion dolarów. Leo uznał, że to bardzo ciekawe, co w tej śmierci być może, jak na chirurga przystało, wypatroszył Zarę Li…

I dupa mu ze śmiechu odpadła.

Leo jest czarnym lwem. Widzieliście kiedyś czarnego lwa? Pisałam o czarnych lwach w jednej ze swoich książek (tej ostatniej, za którą mi nie zapłacono), miałam więc do czynienia z ich szalonymi, głodnymi duszami.

Czarny lew stoi na straży emocji. Im jest potężniejszy, tym trudniej się do nich dostać. Zdarza się, że zwierzę dostaje kręćka na punkcie swojego zadania. Tak jak Dragon. Dostał rozkaz i koniec. Wrósł na schodkach spożywczaka.

Straż to niejedyne zadanie czarnego lwa. Jest jeszcze coś straszniejszego. Coś, co zmusza lwa do jeszcze pilniejszego strzeżenia emocji, zaciśnięcia pętli wokół własnej szyi.

To skakanie przez płonącą obręcz.

Widziałam to. Widziałam płomienie, słyszałam huk ognia, czułam zwierzęcy strach. I ten zgrzyt kości, ten opór ścięgien, krzyk ze środka trzewi, z samego serca: NIE!

NIE.

NIE.

NIE.

Lew nie powinien skakać w środek ognia. A jednak skacze. Skacze, bo sobie serce zakratował ołowiem tak gęsto, że sam już do tego serca zajrzeć nie może.


*czemu tak mało?!

Wrony, Noemi Susenbach

Być albo nie być… Bogiem

Człowiek to istota, która może nie wie paru rzeczy, ale jedno wie na pewno. Wie wszystko o Bogu. Ludzka wiedza w tym temacie jest skończona, precyzyjna i nie podlega dyskusji. Zawiera się w dwóch niepodważalnych prawdach, które można streścić następująco:

  1. Bóg jest.
  2. Boga nie ma.

Dziedzina ta nosi miano racji absolutnej.

Racja absolutna należy literalnie do każdego jednego człowieka na TEJ ZIEMI. I, oczywiście, różni się diametralnie od racji każdego drugiego człowieka.

Owszem, błąka się wśród populacji grupa agnostyków zasłaniających się filozoficznym „nie wiem”, traktowana jako swoiste religijne LGBT, nie zyskuje jednak poparcia. Brak zdecydowania nigdy nie robiło na nikim wrażenia, brak Boga: prędzej.

Dywagując ostatnio w przestrzeni publicznej o sensie tworzenia (odwieczna rozterka: „po co ja to robię?”) – pozwoliłam sobie porównać artystę do Boga właśnie, który, niczym artysta stworzył świat i dokładnie tak samo jak artysta, nie dostał za to złamanego grosza.

W odpowiedzi padły kategoryczne stanowiska doświadczonych specjalistów :

  1. Bóg nie stworzył świata!
  2. Ludzie stworzyli boga!
  3. Ludzie stworzyli boga dla pieniędzy!

pisownia oryginalna

Wyczuwalny spór o podmiot, którego istnienie zostało z miejsca wykluczone, niesie ze sobą znamiona wspomnianej racji absolutnej. Żadna bowiem z wypowiedzi nie zawierała wątpliwości, nikt nie umieścił nigdzie znaku zapytania, nikt też nie zawahał się przy żadnym „chyba”.

Jest więc pewne, co padło, tak samo jak pewne jest to, co ostatnio usłyszała No. Mknęła przez WW, gdy z oklejonego w niebiańskie motywy autobusu wybiegła stuprocentowo przekonana obywatelka i wykrzyknęła do niej wprost z NIEZAMASKOWANYCH ust: „Jezus cię kocha!”.

Wyposażona w miłość Jezusa i porcję wirusów No wylądowała na pokładzie Arki Noemi i podzieliła się kolejnym aksjomatem z dziedziny racji absolutnej.

O wirusie nie wspomnę.

Nie trzeba być orłem (a No jest orłem!), żeby z powyższej frazy wywnioskować niepodważalną obecność Boga, bo jeśli kocha, to przecież być musi.

Zatem Bóg bezsprzecznie istnieje oraz z całą pewnością go nie ma.

Proste.

Bywają jednak problemy w pojmowaniu tej oczywistości. Czemuż? Bo z wierzchu wygląda to na oksymoron. Coś jak „plany na przyszłość”, tak chętnie przez ludzkość stosowane, jakby kiedykolwiek na świecie istniały jakieś plany na przeszłość. Choć i to się zdarza.

Wróćmy jednak do naszego nieszczęsnego Boga. Jak można być nie być jednocześnie? Można. Otóż Bóg istnieje jak najbardziej, ale pod pewnym warunkiem. Gdy się w niego wierzy. Tak więc Jezus żyje i ma się świetnie, a swoje istnienie zawdzięcza, między innymi, stuprocentowo przekonanej obywatelce z kolorowego autobusu. Dzięki obywatelce ma też siłę z całego serca kochać No.

Jeśli jednak z jakichś przyczyn (wspomnianych wirusów?) zabraknie obywatelki, światło Jezusa nieco przygaśnie. Wszak sam w siebie wierzyć nie może, wbrew pozorom bowiem od jakiegoś czasu go nie ma. Kolejne ofiary z jego grupy wyznaniowej zachwieją fundamentem wiary i tak oto za jakiś czas przestanie być Bogiem, stanie się jeno postacią historyczną, której zakrwawione, roznegliżowane zwłoki z niejasnych przyczyn wieszano niegdyś na przydrożnych słupach.

A biedna No będzie musiała poradzić sobie bez jego miłości. Coś mi jednak mówi, że No sobie bez tej miłości poradzi koncertowo, bo No ma niezachwianą wiarę w zupełnie innego Boga, którego istnienie nie zależy wcale od pasażerki autobusu. Ani od żadnej grupy wyznaniowej.

Ten Bóg jest Niebieskim Kosmicznym Orłem.

I nazywa się No.

Leo ma głęboko ukrytego magicznego Boga o imieniu Leo, a Bella – wojowniczą Bellę. Szamana Bóg jest potężnym wichrem o imieniu TODO, a Ewelement wciąż walczy o swojego Boga Wilków.

Kiedy więc Mojżesz ujrzał gorejący krzak, przemówiła do niego jego własna świadomość i to przemówiła dość dobitnie:

– Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!

W myśl objawienia nikt nie powinien mieć bogów cudzych przed sobą, a jednak przeważająca część ludzkości ma ich cały wachlarz. Bo z własnej, nieprzymuszonej, choć niepojętej woli sama w siebie nie wierzy. I zamiast zająć się świątynią swojego ciała oraz nieskończonością własnego umysłu, mozolnie wznosi monumentalne wieże na chwałę kogoś, kogo nigdy nie widziała.

I tu wreszcie dochodzimy do sytuacji, w której boga nie ma.

Co należało udowodnić.

Narzędzie zbrodni, Noemi Susenbach