Państwo zagubionych dzieci

Czym jest starość? Starość to powaga. Stan, w którym ewentualnie dopuszczalne emocje to: strach, długo, długo nic, potem znów strach i na końcu miraż gniewu, kilka fałszywych nut złości, jakaś zabłąkana nad kotletami łza, nic więcej. 

Broń boże, radość! Żadnych żartów, uśmiechów. Powaga to szczelna komora z dokładnie odliczonym zasobem tlenu. 

Czasem widzę takie dzieci. Nie mają zmarszczek, a już są stare. Idą przez ledwie rozpoczęte życie z ciężkim wiekiem do trumny ku najdoskonalej czarnej formie starości: śmiertelnej powadze.

TEN STAN

Co robi artysta, kiedy nie tworzy? – Pije! – powiecie. Nie zawsze. – Pali! Być może. Medytuje! Ha, ha, ha. No tak…

Na pewno się miota. Och, Boże, jak się miota! Miotanie to należy do tych beznadziejnych, niemających przyczyny, pozbawionych celu. Stan emocjonalny spławika w bezwonnej i bezsmakowej cieczy o pH równym zero.

Żadnych obietnic, że będzie lepiej. Żadnych zapewnień, że to chwilowe. Wokół bezkres mokrego horyzontu, a ty po uszy w niczym. Nie powiem, że łapiesz oddech, bo oddechu już nie masz. Właściwie, kto wie, czy nie oddychasz przez skrzela. Tylko czym? Czym?! Bo przecież nie tlenem, skoro tlen wszystek wraz z ostatnim wdechem wciągnięty. 

Deszcz, deszcz, deszcz, jakby wody było mało. Niesłusznie odstawiony na bocznicę wagon zna to najlepiej. On to rozumie. I niechby miał żal do losu. Niechby się pogodził. Ale nie, bo przecież jest jeszcze tyle, tyle, tyle… motyle…

Podczas śmierci człowiek szybko się uczy. Niedużo jest czasu do zmartwychwstania. 

mały lęk

Czasem przychodzi mały lęk. Ma fryzurę rozczochraną, włosy czarne. Cały jest czarny i to bynajmniej nie jest elegancka czerń. 

Zatruwa każdą myśl, aż człowiek żałuje, że w ogóle myśli. Żeby go nie widzieć: nie patrzy. A ten rośnie. Jeszcze sekundę temu mały, teraz wypełnia pokój, przyszłość, nieskończoność. Przepaść. Zguba. Czarna dziura. Smolista nicość szepcze miliardem syków… 

No jasne, najlepiej zamknąć oczy! 

To oczywista ironia, zamknąć oczy: najgorzej. Bo gdy się je otworzy, lęk migiem znów maleje. A kiedy jest już naprawdę malutki, wskakuje na kolana, smarka nos w koszulkę, a z jego lewej stópki zsuwa się czarny bucik. 

Deszcz

Pada!!!!

Umówmy się, gdy słońce pali od kilku dni i do tego wiatr pustynny łeb wyrywa, można trochę mieć dość. Ale nieważne, nieważne, nieważne! Dzisiaj leje! Leje tak, że UFO w szoku. A ja po ciężkich zmaganiach, uwolniona wreszcie z dybów nowotworu kostno-szkieletowego, poluzowana od środka, bujam się w przestrzeni powietrznej, a strugi deszczu zmywają ze mnie ból. 

Zwycięstwo! Zwycięstwo! A pamiętasz te dni: ja ściśnięta, ze łzami w oczach łapię oddech? I tłumaczę ci, cymbale, że i tak się nie poddam!? Więc daj sobie lepiej spokój?! Ha?! 

Walka ze smokiem nie należy do łatwych. Smok ma to samo: nie poddaje się. No, ale. 

Deszcz. Noemi Susenbach

YOU ARE NOT ALONE

Cisza! 

Trzęsie mnie po Patointeligencji jak po kawie siekierze z prądem. 

Noc bezsenna, jakby preludium do tego dziś rano. Budzę się sama w domu, to się nie dzieje, to niemożliwe, a jednak. Tylko UFO fruwa żądne przygód, a tak to spokój. I telefon: wyłączone powiadomienia. Wiadomości po cichu jak węże na wyświetlacz pełzną. Szatan chyłkiem wybudza mnie z letargu. 

YOU ARE NOT ALONE. 

Pytacie, czemu Szatan po angielsku włada? 
Tak się po prostu składa. 
Szatana pytajcie. 
Albo Anglików.
LOL. 

No więc przychodzi wiadomość i mnie powala. Boże, jakie to dobre! Boże, jakie trafne! Boże, jakie smutne! Że rozdziera na kawałki, na strzępy ludzkiego mięsa!

Nie mogę oddychać. I teraz już nie zasnę. 

Komunikat z planety Ziemia

6.6

Niedziela. Msza święta. W centralnym miejscu, na podwyższeniu, obwieszony błyskotkami mężczyzna z nadwagą pije alkohol. Przed nim wszyscy klęczą. Są dzieci. Jest ich dużo. Podobno składa się dzieci w ofierze. 

Albo gorzej… 

6.6

Nadaję z bazy. UFO gotowe odlecieć w każdej chwili. Gęstnieje Czarna Magia.

6.6

GORZEJ. 

Czarna Magia. Noemi Susenbach

Eschilo

Znam dobrze ten stan. Muszę coś zrobić. MUSZĘ. Czemu muszę? Bo TRZEBA. 

Z tej logiki wynika dużo spraw. Czasem całe, zagrzebane w drobnych obowiązkach, życie. Baba z góry w kółko odkurza. Albo pierze. Albo coś tłucze w kuchni. Nie można powiedzieć, żeby nic nie robiła. Doskonale wpisana w tryb MUSZĘ, aktywnie popycha kolejne dni swojego życia wstecz. Bo przecież nie do przodu. 

Czarownice latają na miotle, Baba na odkurzaczu. Prawdopodobnie nigdy nie spłonie na stosie. Po prostu się zredukuje do kurzu i puf! – stary, jakże wysłużony odkurzacz wciągnie ją w swe trzewia. 

Muszę coś zrobić. Muszę. Ach, gdybym tylko mogła być Babą! Wzięłabym się za naczynia, okna, podłogi. Albo prasowanie. Ileż to roboty! Do siedemnastej by zeszło. A potem już tylko kotlety i z głowy. Jeszcze telewizja wieczorem i można spokojnie odhaczyć ten dzień. 

Na szczęście jesteśmy coraz bliżej śmierci. Bo przecież nie ma takiej maseczki, która by tę śmierć zniszczyła. Nawet jak się założy na oczy. Nie działa. 

10:39

Może namaluję obraz? Mam płótno, farby. Czas. 

11:04

Zdrapuję naklejki z laptopa… 

Eschilo. Noemi Susenbach

Piesdemona

Delikatność płótna umyka przed migawką. Indianie mówią, że zdjęcie zabiera duszę. Mają rację. Obrazy na zdjęciach zawsze ją gdzieś chowają; za ramę, za ścianę, za drżącą kreską pędzla? Ukryta wstydliwie, a może raczej: dumnie – śpi skulona z pieskiem, psem demona. Pies demona ma parwowirozę, bardzo cierpi. W dodatku sam na strychu, w komórce, z daleka od matki, a to przecież szczenię, w gorączce, w konwulsjach, umiera. I jedyne pocieszenie to ta mała dusza, co ze szkoły wraca i do niego biegnie i patrzy na tę małą śmierć bezradna, bo cóż może zrobić? Umrzeć razem z nim? 

Nie. Nie może. 

Życie jest jak dziecko, trzeba się nim zająć. 

Piesdemona. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Narodziny Feniksa. Znów

Śnią mi się ptaki. Są kolorowe, liczne, różne. Jeden z nich ma złamane skrzydło. Chowa się w płaszczach na wieszaku, ucieka od biorących go w ręce ludzi. Tylko samotność go uleczy. 

Czy ten ptak to ja?

Frapuje mnie pewna sprawa. Co czuje Feniks w chwili narodzin. Euforię? Ciekawość? A może rozczarowanie? 

Że znów to samo.

Płonący wieżowiec

Jestem na ostatnim piętrze, z okien widać dym. Czarny, skłębiony. Film katastroficzny produkcji USA. Nie używaj windy. Zlatuję więc do wyjścia i nie ma wprawdzie ognia, ale to, co widzę jest straszniejsze od reportaży gazety. Kałuża krwi, ktoś katuje dziecko. Kto? Rodzic. Jedzie karetka, wyciągają nosze, lecz dziecka tam nie kładą. To stary się ładuje. Na covid chory. Na grypę.