NIE.

Chwila, w której człowiek pojmuje, że nie jest w stanie kłamać choćby przez ułamek sekundy – jest straszna. Ten moment konfrontacji z samotnością i ta kategoryczna, nieustępliwa prawda mają w sobie coś z przemocy. Potrzask. Klatka. A jednak wolność!

Wolność, której istotą jest absolutna, nieubłagana autonomia. Stan bez podpórek. I żadnych więcej kompromisów, żadnej ustępliwości, żadnego grania w czyjąś grę. Żadnego zgadzania się na pierdolenie o niczym, żadnego udawania, że nie wiem, podczas gdy przecież wiem.

To jest właśnie ta chwila.

Cisza, jak w górach. I jak okiem sięgnąć, pusto. Przepaście bezdenne, ostrza szczytów, chmury, chmury, chmury. No i, oczywiście, deszcz.

Burza z piorunami! A ja sama. Może nie sama, bo jednak Szaman targa plecak. Ogólnie z Szamanem jest zawsze wygryw, bo on nie tylko targa plecak, ale jeszcze w międzyczasie skonstruował rower elektryczny oraz spadochron w razie jakby co.

O Arce Noemi nie wspomnę. Bo w górach jesteśmy, nie na morzu. Chociaż na morzu też, oj, na morzu też. W odmętach Oceanu Pomarańczowego pływają zwłoki „przyjaciół”.

– NIE.

To podobno pierwsze słowo Eve. Mnie aż tak nie rozpieszczano. Małych śmierci się nie rozpieszcza. Małe śmierci zgadzają się na wszystko, bo małe śmierci przepraszają, że żyją.

Przychodzi jednak dzień, gdy mała śmierć przestaje być już taka mała. Owszem, ma w sobie tę dziecięcość, zabawne dreptanie i pajacowanie w ogrodzie. Ja po prostu nie mam wzrostu. Ale w środku jest stalowy trzpień, kościotrup z tytanu.

NIE.

To pierwsze słowo dorosłej małej śmierci. Przeszło przez ściśnięte gardło. Wybrzmiało. Jest na świecie.

I już nigdy na tym świecie nie będzie tak jak przedtem.

Ocean Pomarańczowy, Noemi Susenbach

Francesca

Siadam do pisania wyłącznie dla niej.

Skąd się wzięła?

Byłam dziś na włoskim. Laseczka zaordynowała opis postaci. Opisując postać po włosku, równocześnie poleciła ją narysować. Tak powstała Francesca. I nie byłoby sprawy, gdyby nie jej buntowniczy wiek. Otóż od razu afera, że nie będzie siedzieć w jakimś starym zeszycie, chce sławy.

I że na Facebook nie, bo tam tylko stare dziady, Insta też „weź przestań”.

Próbowałam opędzić to wysłaniem do Belli. Bella od razu stwierdziła uderzające podobieństwo do siebie, poćwiczyłyśmy trochę daby, ale weź rozbaw nastolatkę. Nie wiem, co trzeba by zrobić. Serio. Nie wiem. No jest nastolatką i tylko raz w życiu widziałam mgnienie uśmiechu na jej twarzy. Chodziłam wtedy po mieszkaniu i śpiewałam: „I’M DEATH, I’M DEATH, I’M DEATH”. Z jakiegoś powodu ją to ucieszyło. Algorytmu jednak nie złapałam.

Smutna po włosku znaczy „triste”. Słowo ma w sobie zbyt mało czerni. Czasem trzeba nadawać emocjom imiona. Na przykład: Francesca. Ten rodzaj kamiennej rozpaczy ma tylko ona.

Francesca, Noemi Susenbach

Wymarzony Nekrolog Kubryńskiej

Z ogromną ulgą donoszę, że osoba, której szukacie, nie żyje. I niech to będzie ten rodzaj nekrologu, o którym zawsze marzyła. Kiedy zmarła? W piątek. O piętnastej.

Pogrzebu nie będzie.

Nie będzie też grobu, bo grób to jednak przegryw. Oraz zawracanie głowy. Zresztą nie mam czasu na głupoty. Muszę lecieć.

Jeśli chodzi o prawa autorskie do Dzieł, posiadam je tylko i wyłącznie ja. I niech tylko komuś ręka zaświerzbi, słowo honoru, wyrwę bez litości. Razem z sercem. I korzeniami, jak mawiała Amma. Może nawet nadal tak mówi, dawnośmy się nie widziały. I pewnie nie zobaczymy.

O Boże, jak lekko jest nie żyć! Aż sobie zapalę. Choć rzuciłam. Ziarno mi dopinguje jak może i robi to w sposób niezwykle uroczy:

– Nie pal tego gówna! Zapalmy lepiej czangę!

Dla niewtajemniczonych – czanga to taki hardcore, co po pierwszym machu zabiera we fraktalny kosmos i po piętnastu minutach rzucania o ścianę całkowicie zmienia życie. Mawiają, że autorka, której poświęcamy dzisiejszy nekrolog paliła właśnie czangę.

Ujrzała purpurowy huragan, w który – rzecz jasna – weszła i tyle ją widziano.

Z całego serca polecam.

Wracając do Ziarna. Mamy z Ziarnem wyśmienitą zabawę. Po angielsku nazywa się surfing. W naszym wykonaniu wygląda to tak, że fruniemy na fali gniewu.

Kubryńska mnie zabije. Trudno. Muszę to opowiedzieć, choćby kosztem jej nekrologu. Otóż robię właśnie profesurę z emocji. Na pierwszy ogień poszła moja ulubiona, czyli wściekłość totalna absolutnie na wszystko, Furia Mać. Paliwo życia. Płonąca lawa. Wybuch na Słońcu. Temperatura kipienia izokadmu.

Pazur tnący skórę antylopy.

Czerwona fala.

Gniew.

Wpadłam do Kancelarii na pierwszej sile uderzenia. Jakaś baba kupowała wino. Wymiotło ją w ułamku sekundy. Jeszcze się opierała przy lodówce, że coś prrossecco. Ale nie dała rady. Na progu jęknęła jeszcze do widzenia – bez odpowiedzi.

– Co się stało?! – rzucił się ku mnie Ziarno chcąc cucić, nie wiem, ratować, a może nawet zabić w obronie własnej? Próbowałam zaczepić się o coś stałego, ale było tylko wino. Zdążyłam wykrztusić, że to raczej ja go zabiję, ktoś na pewno zginie. Nie zdążyłam jednak podać przyczyny, gdyż wszedł typek w okularach. Nazwijmy go: Typek. No więc wchodzi Typek, Ziarno ma w oczach przerażenie, ale nie że zginie, tylko z lęku o Typka. Ogień we mnie kipi, szaleją demony. Zza tego pożaru jednak widzę światło. Ktoś mi wysyła sygnały, proste i logiczne komunikaty jak postępować.

Jak postępować, gdy wpadasz z awanturą i jednocześnie wchodzi Typek?

NIE ZABIJAĆ TYPKA.

Jak nie zabić Typka? Jak to zrobić?

WYJŚĆ.

Ja pierdzielę, ogień we mnie, a ja mam wyjść?!

TAK.

Wychodzę posłusznie i idę przed siebie. Idę jak żołnierz, umięśniony młody bóg, który całą swoją boską energię skierował w POSŁUSZEŃSTWO. Ale mi się idzie! Ale jak!!!

Równo. Mocno. Kategorycznie. Jakby każdy krok był ciosem. Oczywiście wymierzonym Ziarnu. Nie. Typkowi. Nie. Tej babie od prrossecco? NIE.

Pipi.

Zabijam ich wszystkich. Kill’em all.

Tortury trwały do drugiej poprzecznej. Ziarno wyleciał w pogoń na mojej Nemezis. Bał się, ale ją dosiadł. Cud, że go nie zrzuciła.

– Co się stało, Jezus, Sylwia!

– Mam na imię Noemi, debilu.

A on, że sorry, wszystko mu się popieprzyło, bogowie się pokićkali, co się, kurwa, dzieje, koniec świata jakiś, a ja że weź się ogarnij, a on, że nie może, a ja że musisz, a on że dobra.

– Wszystko, co miałam do powiedzenia, już powiedziałam na tym spacerze!

– To weź powiedz jeszcze raz, bo mnie to interesuje!

I tak oto po raz pierwszy w życiu rozmawiałam z człowiekiem, na którym mi zależy o tym, czy warto poświęcić życie na skakanie z Zieleniaka – bez żadnych nerwów. Emocje nie wchodziły w grę. Ogólnie, po co są emocje? Dla zabawy.

Dla energicznego spaceru. Dla histerycznego śmiechu. Dla pisku na widok pająka. Dla fontanny łez. Dla bujania się na huśtawce po niebo, pod same obłoki CZUCIA.

Nieżyjąca autorka stanowiła emocje.

Pomachajmy jej z daleka.

Ogień, Noemi Susenbach

O umieraniu z miłości

W życiu mogą przydarzyć się rożne śmierci. Można umrzeć ze śmiechu. Z nudów. Straszliwy zgon. Możliwe jest też umieranie z powodu niepoważnie traktowanej depresji.

Albo z miłości.

Jeśli chodzi o przypadek ostatni, obserwuję pomór. Epidemia pandemiczna ze śmiertelnością sto procent. No, może poza wyjątkami… Wyjątkiem…?

Umrzeć z miłości powinien każdy choć raz w życiu, a właściwie najlepiej raz, bo kolejna śmierć po prostu może zabić.

Mówimy tu o rzeczy turbo poważnej. Szczegóły? Bardzo proszę. Fala rozpalonego izokadmu zalewa serce, z mózgu strzelają potężne dawki halucynogennego koktajlu hormonalno-narkotycznego. I tak oto w miarę rozumny do tej pory człowiek utrzymuje, że zobaczył boga.

Prawdę powiada.

Śmiertelną prawdę. Śmierć z miłości ma bowiem właśnie takie objawy. Problem polega na tym, ze bóg się oddala, ucieka, mami. Nie dzwoni. Albo dzwoni, ale rzadko. Albo jest niemiły. Albo coś tam. Zawsze jest „coś tam”. To coś powoduje, że dotknięta śmiercią z miłości osoba odczuwa dokuczliwe pragnienie tego boga, co go ujrzała. I ciągle jej mało.

Ciągle.

Czy można to przeżyć? Ba. Czasem by się chciało umrzeć! Ale śmierć nie odpuszcza. Trzyma za gardło i dręczy. Konanie jest tym straszliwsze, im dłuższe. A to się ciągnie w nieskończoność.

Przyznaję, zawiły temat. Rozwiązanie? Banalne. I jak we wszystkich chorobach cywilizacyjnych – nie stosowane. Swoją drogą, wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, jak w kwestii medycyny ludzkość splątała najprostsze sprawy. Bella już mnie chciała operować. Operować! Skalpel, krew, znieczulenie. Zatrzymanie akcji serca. A mnie nic nie dolega! Mało tego, jestem nieśmiertelna!

Pytania – do Belli. Tymczasem wracam do śmierci. Bo jest w niej haczyk. Sama śmierć, jak wiecie – przesympatyczna koleżanka. Można konie kraść. Osobiście uwielbiam. I od rana kombinuję, jak ją wyciągnąć z Prossecctorium. Dziś bowiem składamy Nemezis Białego Kruka i chciałabym z nią polatać w przestrzeniach. Ze śmiercią, oczywiście, najlepsza zabawa. No więc, jak zatrzymać ten niekończący się horror męczarni?

Jak uwolnić miłosną śmierć?

Rozwiązanie.

Bóg jest tylko jeden. A jeśli bóg jest tylko jeden – kto jest bogiem? Wystarczy wskazać właściwą osobę.

A potem pójść na rower.

Śpiew syreny

Na arce nagle tłoczno! Po pierwsze Eligiusz. Poeta ze wschodu. Chce, żebym pisała do prestiżowego pisma literackiego i na razie powodów do odmowy brak. Wkrótce więc świat usłyszy o duecie Noemi&Eligiusz i będzie to duet ściśle egzotyczny. Morderczo przystojny facet o niebieskich oczach. O imieniu takim, że zabij. Więcej napisać nie mogę, bo mnie z kolei zabije Szaman.

Opowiem wam o syrenie.

Pojawiła się zaraz po Eligiuszu. Wyskoczyła spod fal oceanu. Najprawdziwsza na świecie, mokrooka, olśniewająco piękna, rosyjskojęzyczna. Ma na imię Nadieżda. W skrócie Nadia. I tak jest podobna do Eve, że ta aż w łóżku zaległa. Z tym że Eve po niemiecku gada.

Szaman z kolei po hiszpańsku. I po angielsku jeszcze.

– Cały czas zapominam jak jest lodówka. I to nie tylko po polsku – wyznał ostatnio wśród tej kakofonii lingwistycznej, i można to zrozumieć. Ja mam problem z widelcem, na który od zawsze mówię długopis, być może dlatego, że pisać zaczęłam wcześniej niż jeść.

Wiłka! – niezwykle uprzejmie zaśpiewała Nadia z odmętów i zatrzepotała rzęsami. Tak przymilnie to zabrzmiało, że na śmierć zapomniałam o Maweraszii i z miejsca zaproponowałam browar. Tak, wiem. Bułhakow padłby trupem. Królowa nie pije wódki, tylko czysty spirytus, a ja tymczasem podaje syrenie piwo! Czeskie! Trzy procent!

Trudno. Z naszej dwójki (ja i Bułhakow) – tylko ja żyję. I to ja będę ustalać zasady. A zasada jest taka, że nie ma zasad. I to ustaliwszy, wyjęłam wędzoną makrelę. A właściwie: chciałam wyjąć, bo jak to z zagryzką bywa, chce się ją podać, ale jakoś tak pilnie człowiek piciem zajęty, że nie ma czasu.

Nadia po pierwszym jęła tańczyć. Po dwóch zalała się łzami. A potem zaśpiewała, a śpiewać to ona potrafi. Że miała ukochanego, ale ukochany był z innego świata i choć kochał ją bardzo, a właściwie dlatego, że kochał – by jej nie na lądzie nie pętać – odszedł. W siną dal.

I nawet, gdy kochaś odchodzi gdzieś w dal

To zawsze komuś tam go żal…

Teraz sytuacja jest czysta. Woda bezkresna, życie wieczne. I skoki nad taflą turkusu. Nadia przełknęła kęs niepodanej ryby i pociągnęła nosem. Może znajdzie się ktoś, kto jest taki jak ona?

– No, kochana – zaczęłam głosem ciotki „dobra rada”. – Maja darogaja. Figluj spokojnie, wsio słożitsja. Skoro nie chciał nauczyć się pływać…

– Pływać może by się nauczył! – chlipnęła syrena. – Ale latać już nie.

I na dowód problemu fiknęła poczwórne salto nad rozchybotanym kioskiem Ziarna. Po trzecim piwie, zaznaczam. Aż No przyleciała. Popatrzyła z uznaniem, a trzeba wiedzieć, że to się rzadko zdarza.

– Syrena – stwierdziła i zamurowała emocje. Liczy. Przelicza. Sprawdza. Znika. Pojawia się znów, ale na moment. Zostawia niebieskie pióra. Jej gniazdo ma w sobie dynamikę, nawet bez No. Lubię w nim być, gdy jej nie ma. Siadam w samym środku, w epicentrum huraganu. Wokół wszystko frunie, a ja nietknięta podmuchem, stanowię Wicher.


Noe&Eve, Noemi Susenbach

Napisałam do tego pisma! Napisałam o kobiecych sztuczkach!

Temat mi podał Eligiusz. Ten niebieskooki…

Dość!

Śniła mi się zasłona. Kurtyna. Kurtyna jest zwykle ciężka, aksamitna. Czerwona. Moja była lekka, biała, jedwabna.

Perłowa?

... jak pończoszki…

(…?…)

[!!!]

.

Eve

Prawda, że brzmi jak święto? To niezwykle proste i piękne w swojej prostocie imię. Pierwsza. Jedyna. Niepowtarzalna.

Zanim pojawiła się na mojej arce, przychodziła w snach. Nie, nie tylko w snach. Przychodziła ot tak, we wspomnieniach, w myślach, w codziennym życiu. Przynosiła ze sobą zapach i smak tych krótkich, ulotnych chwil dzieciństwa, które były szczęśliwe.

Ciemne oczy Eve uspokajały moje przerażone światem serce. I choć była (nadal jest) nieco młodsza ode mnie, czułam się w jej obecności bezpieczna.

Eve to moja siostra. Najprawdziwsza, pierwsza, jedyna.

Dawno temu, gdy byłyśmy dziewczynkami, rozdzielono nas brutalnie. A potem, gdy Los nas ze sobą połączył – zabroniono nam się spotykać. Nieustraszona dusza Eve kazała jej się przedrzeć przez rozdzielający nas mur. „Jak będziesz duża, przyjedziesz do mnie i znajdziemy razem mieszkanie!” – planowała z przejęciem, a jej rozpalone policzki błyszczały w słońcu. Patrzyłam jak urzeczona, po cichu zazdroszcząc urody, nie zdając sobie sprawy, że przecież wyglądam tak samo.

Człowiek siebie nie widzi. Człowiek siebie nie zna. Owszem, wie wszystko o innych, ale o sobie nic. To największa strata ludzkości. Żyć w oddaleniu, w nieświadomości, kim naprawdę się jest.

Śniły mi się lustra. Cała komnata zwierciadeł. Z nich właśnie składa się fraktal relacji. Ja jestem tobą. Ty jesteś mną. Jaka cudowna podpowiedź! Wystarczy spojrzeć w lustro i wiesz. Nie tylko znasz siebie, znasz także całą rodzinę. Przyjaciół. Znajomych.

Nie chowaj się za lustrem, jest ich za dużo. Przed prawdą nie ma ucieczki. Kto na kim stawia znaki, sam taki. Każde słowo, każdy gest, każdy zarzut wobec mnie – zdradza twoje zamiary. Najskrytsza tajemnica lśni w tafli mojego zwierciadła.

Przeciwieństwa się przyciągają, ale podobieństwa wiążą. Szukamy się według klucza, jak atomy. Mikroświat to maleńka ściąga z życia. Wystarczy rozłożyć ściśniętą w pięść dłoń. Spojrzeć na linie papilarne. Kim jestem? Dzieckiem? TAKIM dzieckiem? A gdzież są te dzieci? Na innej planecie? Nie. One są tutaj. Tu, w naszej rodzinie. I w waszej. Mojej, twojej. Spójrz w lustro. A potem się przyjrzyj starej fotografii z albumu rodzinnego.

Amma słyszała w jakimś filmie, że po depresji widzi się tylko prawdę. Pocieszała mnie tym, gdy byłam chora. Nie wiem, czy wierzyła w słowa pocieszenia. Nie wiem, czy zdawała sobie sprawę.

A może tak? Może właśnie tak? Może tego pragnie? Może chce się uwolnić? Przecież każdego dnia ta tajemnica boleśnie ryje jej serce.

A co wy się tak gorszycie?! Czemu was tak szokuje? Zdrada? Czymże jest zdrada?

Decyzją o własnym ciele.

Nie, nie mam żalu. Mogłam na to wpaść wcześniej. Mogłam się skupić na sprawach ważnych, zamiast…

Nie, nie mam żalu. Nawet do samej siebie. Merkury tańczy w odwrotną stronę, wraz z nim tańczy Wenus. Cofamy się, zwijamy do siebie, do własnych trzewi. Moje ciało jest moje, jedyne, niezastąpione. Drzemią w nim setki pokoleń, gotowe się zbudzić i opowiadać, opowiadać, opowiadać. Tak dużo do opowiedzenia, tak dużo do wysłuchania. Tak dużo do znalezienia.

Tak dużo do odzyskania.

Eve się uśmiecha w lusterku. Nie musi forsować murów. Mamy swoje życia. Mamy siebie. Odnalezione po latach dwie krople rozpryśniętej po wszechświecie wody.

Eve, Noemi Susenbach

PS. Kuźwa! Dziś mam włoski, a pitolę z Eve po niemiecku! Laseczka zapowiedziała sprawdzian ze słówek dotyczących garderoby. Ogólnie: mebli i rzeczy. Widelec. Szafka. Krzesło. Taki temat. Wszystko inne – spoko. Ogarniam. Czasy, tryby, rodzajniki, odmiany. Luźno. Ale najgorsze są właśnie takie RZECZY, które są w cholerę przydatne, a nie wiem, jak lecą.

I tylko w życiu codziennym można się tego nauczyć.

A ja już dawno nie miałam życia codziennego.

Po polsku nie pamiętam.

Po rusku się domyślam. Działa. W ruskim wystarczy, że się domyślasz i gadasz.

Po niemiecku – nie pytajcie. Wiem, jak jest stół. Do tej pory wystarcza.

Po angielsku? Wiem, jak jest finger.

Będę ściągać.

Grzeczna dziewczynka

Uczę się włoskiego. Wiem już jak jest „serce”. I błękit czysty jak sen niemowlęcia.

Nietoperz zgubiony we włosach.

Albo też: zło.

Albo: wendeta.

Słowo „wendeta” ma oczywiste konotacje, ale mimo oczywistych zasług – warto poczekać z wbijaniem dzid w plecy. Nauka mówi: zemsta, jak bigos, musi się przegryźć. Tymczasem we mnie kipi pakiet ekstra, tymczasem pantera żąda krwi.

Widzieliście kiedyś wściekłego kota? No właśnie. Koty tego nie mają. Koty wiedzą, że gdy ich nerwy tłuką, niezwłocznie należy się zwinąć w kłębek.

Ale mnie, kuźwa, wszyscy oszukali!

Owszem, należałoby wziąć kartkę, długopis i zmierzyć się z zagadnieniem: co to znaczy „wszyscy”? Kto: wszyscy? Kto, poza najlepiej poinformowaną wiedział?

Kuźwa, wszyscy.

Tylko nie ja.

I znów sprężyste pazury Czelencz wbijają się lekko w mą dłoń.

SIEDŹ.

Siedź i myśl. Albo jeszcze lepiej: nie myśl. To doskonały sposób. Słyszałam od dzieciństwa. Co ty wymyślasz? Czego się doszukujesz? Grzeczna dziewczynka nie myśli. Grzeczna dziewczynka kombinuje, jak tu się dopasować do:

  1. Mamy
  2. Taty (?)
  3. Pani
  4. Ciotki Jadźki
  5. Nie chce mi się dalej wymieniać.

SIEDŹ!

Znajdź środek ciężkości. Środek ciężkości wypada gdzieś w środku. W sam punkt. Przecież to oczywiste! Snów mam tyle, że się opędzić nie mogę. Mówią do mnie kwadratami. Nie? Nie rozumiesz? Nie widzisz, że coś, co jest okrągłe, nie jest kwadratowe? To bach: kwadrat. Przekreślony. Dalej nie rozumiesz? Chyba Nobla dostaniesz.

Bo białe jest czarne i odwrotnie. Motto minionych pokoleń. Wszyscy udają, że nic nie widzą, a gdy ktoś zobaczy: w łeb.

Siedź. Siedź i patrz. Obserwuj, jak nitki DNA plączą się pod skórą. Czujny wzrok i potężny umysł może wyłapać ich kod. Zaszyfrowany przed sobą samym, bezlitośnie replikujący w nieskończoność jak mantrę, jak różaniec do Matki Boskiej, pierwszej w historii nowożytnej Nemezis.

SIEDŹ!!!

Muzyczkę sobie puść. Dżezik. Zajaraj. Wyluzuj. Jesteś. Piszesz. Na jeziorach pływasz. Po rzekach. Czasem wzbijasz się w przestworza. Z góry lepiej widać. TO też.

Wczoraj odszukałam pamiętniki z dzieciństwa. Mocne są w nich kawałki. Bardzo mocne. Bardzo, bardzo mocne. Nie chcę pisać o przemocy domowej, bo to nie ma sensu. Jak powiedziała pewna papuga: „Nie chodź na policję, oni są znieczuleni”. Nie dodała, że znieczuleni są wszyscy. I nikogo to nie obchodzi. I nigdy nie obchodziło. Nikogo.

NIKOGO.

Pierdolę. SIEDŹ!

Co za sprzeczność, o rany. Boją się, że napiszę książkę, a ja już napisałam. Dawno temu. Zanim ktokolwiek się połapał, że pisać umiem. A potem, zanim ktokolwiek się połapał, że umiem liczyć – obliczyłam kod. Swój własny zapis DNA. Trochę to trwało, przyznaję.

A wy, kurwa, co?! Kiedy zamierzaliście powiedzieć? Na łożu śmierci? Na pewno nie na moim, bo już tam leżałam i nikogo, nikogo, nikogo, NIKOGO z was tam nie było.

Gdy umierała Oma, złapała mnie za kurtkę i powiedziała. Krzyknęła z całej mocy ledwo tlącego się życia. Krzyk leciał długo, przez całą wieczność czarnej jak smoła depresji. Aż doleciał. Otrzepał piórka z rozpaczy i zmienił się oto w feniksa.

Pantera zmrużyła oczy. Pazury schowała w pluszu.

A obok ja

Spuchnięta od płaczu

Pomarańczowa od światła

Zawsze taka sama

Niepodobna do mamy

Niepodobna do taty

Grzeczna dziewczynka.

Sopot

Na świecie szaleją wichry, skandal goni skandal. A największy problem ludzie mają z miłością. Kto kogo kocha i jakim prawem. Ciekawe, czemu zgorszenie wywołuje okazywanie miłości, a już z agresją nie ma problemu?

Byłam, widziałam. Przemoc na ulicy, w domu i zagrodzie. Powietrze smagane przekleństwem. Kurwa, kurwa. I nikogo z petycją, nikogo z transparentem, nawet księdzu nic przeszkadza. Natomiast dwie całujące się dziewczyny na murku: afera.

Najbardziej boli to, czego brakuje. I chciałoby się zabrać. Tylko jak?

Chcę z tego wyjść. Chcę wyjść z WW, bo mi obmierzło. Chcę zrzucić z siebie jarzmo poprzednich żyć. Chcę nie słyszeć bluzgów. Chcę zatonąć w ciszy.

Ale dopóki chcę, nie mogę. To taki klucz, który działa tylko w jednym przypadku. Gdy zwolni się blokada chcenia.

Mój znajomy znalazł sposób. Ogłuchł. Psychosomatycznie. Na alegro kupił aparat słuchowy i tylko gdy musi – słyszy.

Sprawa do pozazdroszczenia. Jednak proces głuchnięcia nieprosty, człowiek pomału słyszy coraz gorzej, nic nie rozumie, a cisza zamiast ulgi, jest wręcz zakłóceniem.

Chcę, żeby zamilkli!

Mowa trawa. No, chyba że Kanclerz ogarnie dupę i na serio się zacznie ta epidemia. Ale z nim to cholery można dostać, subordynacja minus zero.

Bella mówi, że wszystkie testy wychodzą właśnie takie. Minus zero. Wszystkie. Na cały szpital. Przypadek? Nie sądzę. Raczej fizyka kwantowa. Gdy krzywa rośnie, choroba znika. Całkowicie. Nawet lekkiego zachorowania. Nawet bezobjawowo. Nosicielstwa. Nic.

Epicentralny cud naukowo-logicystyczny. Materiał na książkę. Żeby jedną! Już widzę ten wysyp pomysłów! Te mroczne twarze w maskach na okładkach! Te super seriozne miny autorów na rewersach! O Boże. Przeżyłem. Zagładę. Mogę jechać nad morze i wdychać jego zapach!

Widziałam na przystanku taki plakat. Mojej ulubionej Gazety. Tej samej, co ostatnio zajumała mi tekst, pocięła go pozbawiając puenty i nie umieściła pod spodem mojego nazwiska. No więc plakat [nie mój tekst] (dałam kwadratowy nawias, żeby wyrazić uczucia), no więc PLAKAT leciał mniej więcej tak: „JAK TO SIĘ SKOŃCZY… pojadę nad morze i będę wdychać jego zapach. Paulina”.

Jaki to zapach, szanowna redakcjo? Morze składa się z wody i wodorostów, a to wali procesem gnilnym. Albo rybą. Albo w ogóle nie pachnie, a kropelki wody z rozbitych fal stanowią wilgotność powietrza, nie woń. Może warto pojechać do Zoppot, zanim się utwór napisze?

Ja byłam.

Widziałam niebo.

I fale, które razem, w jednym rytmie podążały ku mnie.

Pachniało goframi.

Nic się nie skończyło.

Nic się nie zaczęło.

Łuk widnokręgu biegnie w nieskończoność…

Zoppot, Noemi Susenbach

Odlot w wersji turbo

Wczoraj była Bella. Nie wiem, czy wystarczająco wyjaśniłam, Bella jest chirurgiem. Plastycznym. To taki lekarz, który zajmuje się składaniem ciał, po których, dajmy na to, przejechał pociąg. Nie mam pojęcia, jak jej się udaje do tych ciał wpompowywać życie, ale tak jest.

Życie płynie. Po zastygniętych z przerażenia żyłach rwą wartkie strumienie krwi. A poszatkowana jak kapusta skóra na nowo przybiera swą całość.

Bella jest Bogiem. Tak jak Leo, który też jest chirurgiem. Nie powiem, kto z nich jest Bogiem bardziej, nie ma skali. Między kobietą a mężczyzną jest taka przepaść, że żaden ranking nie ma sensu.

No więc Bella jest chirurgiem plastycznym i zna się na tak zwanych rysach twarzy. Trudno o lepszego specjalistę. Pokazałam jej zdjęcie. To legitymacyjne, z kotarą w tle. Tak się kiedyś robiło zdjęcia. Delikwent stawał na tle kotary harmonijnie upiętej i słowo daję, wyglądało to lepiej niż obecnie stosowane płaskie, szaro-żadne tło.

Ale chodzi o twarz.

Twarz z tym samym nosem, ustami, a nawet falką grzywki nad czołem. Bella zagłębiła się w analizie. Wzięła pod lupę cały album. Krok po kroku, cecha po cesze brała na warsztat genetyczny kod mojej istoty i paralelę podobieństw do postaci ze zdjęcia. Wzrokiem fachowca prześwietliła czaszki, rozbiła uchwycone na kliszy rysy na atomy. Aż wreszcie wydała werdykt:

TAK.

Szaman pokiwał głową. On te: „tak” wiedział już wcześniej. Tylko inaczej określił:

– Coś jest na rzeczy.

Mówiłam, że między facetem a kobietą jest przepaść. Chociaż różnie bywa. Zdarzają się jednostki wyważone, jak na przykład Ojciec Bio. Ale o nim napiszę kiedy indziej, bo teraz mi czaszka (prześwietlona) dymi.

Mam potwierdzenie lekarza specjalisty. A więc WIEM.

I co teraz?!

Kiedy człowiek WIE, może zrobić różne rzeczy. Może wziąć telefon, zadzwonić i zrobić taką aferę, jakiej jeszcze ta święta rodzina nie widziała.

Spektakularne. Anegdotycznie atrakcyjne. Ma szansę zapisać się w historii. Ale poza spektakularnością, anegdotyczną atrakcyjnością i mglistą wizją nikomu niepotrzebnego pomnika – walorów brak.

Można się upić. To zawsze działa. W końcu okazja. Pieprzyć Maweraszię. Dam sobie z nią radę. Zresztą każdy tak myśli. Ewelement na przykład.

Śniło mi się morze. Siedziałam na pomoście, a coraz bardziej rozszalałe fale darły wprost na mnie.

Boże. Boże. Boże. Żeby tak dało się utulić te fale. Żeby tak uzyskać spokój!

Jest tylko jedna ku temu sposobność*. Biorę płótno, farby i wyłączając się z rzeczywistości, z psychopatycznie laserową dokładnością do jednego milimetra Losu, nasączam płótno kolorami. Zamieniam nicość w kamienie.

Szlachetne.

Proces ten pozbawia emocji, uzyskaną energię kierując na ekscytację. Ciekawość jest składową radości, a ta z kolei ma konotacje w kierunku bardzo interesującego gruczołu zwanego szyszynką. Pobudzona do działania, produkuje serotoninę a także niezwykle fascynującą naukowców cząsteczkę o nazwie DMT.

Niedawno dowiedziałam się, że coś o tej nazwie chodzi po rynku, ale nie wiem. Ja bym tego, co chodzi po rynku, tak nie nazywała. DMT jest najbardziej adekwatna, gdy wydziela ją własna szyszynka. Myślę, że Bella może to potwierdzić.

Leo też.

No więc pobudzona do pracy szyszynka wydziela serotoninę i DMT. Znaczy: masz jazdę gwiezdną na tęczowej chmurze. Jako dygresję dodam, że rozciąganie przy tym mięśni dotlenia płytki krwi, które też produkują serotoninę, co powoduje odlot w wersji turbo.


Noemi Susenbach

*Bella mówi, że jeszcze grzyby.

Mała śmierć

Najbardziej lubię siedzieć na dnie oceanu. Na górze szaleją huragany, tymczasem u mnie cisza jak makiem zasiał, nawet BaBa z PP nie pierze, chyba umarła. PP też umarł. Na dnie oceanu nie ma nikogo, jest doskonale czarno i cicho. Istny raj.

Ten sam, który był kiedyś piekłem.

Szaman opowiedział mi przypowieść o długich łyżkach. W piekle – mówił – jest wszystko, stoły suto zastawione. Można jeść pod jednym warunkiem. Trzeba posługiwać się łyżką. Do dyspozycji są jednak łyżki z bardzo długimi trzonkami. Tak długimi, że w żaden sposób nie da się nimi trafić do ust. Jedzenie na stołach pachnie, kusi, dręczy. A wszyscy cierpią potworny głód. Przez te piekielne łyżki…

– A w Niebie? – pytam. – Jak jest?

– Dokładnie tak samo. Jedzenie na stołach i długie łyżki. Różnica polega na tym, że tam się karmią nawzajem.

Z moim dnem oceanu jest podobnie. Gdy się tam znalazłam po raz pierwszy, wpadłam w straszliwą panikę. Przygnieciona, sparaliżowana, samotna – zaplątywałam się coraz głębiej w wodorosty i macki ośmiornic. Depresja ma swoje prawa. Poniżej poziomu morza.

Wreszcie, gdy zjadłam już chyba całe psycho-ścierwo, które wyprodukowały koncerny farmaceutyczne, terapeutka kazała mi narysować raj.

Bez namysłu wzięłam kartkę i zamalowałam ją na czarno. Tylko tego pragnęłam. Mroku i ciszy. Nic więcej.

Mrok i cisza.

No to, proszę bardzo! Mówisz i masz. Zanurzaj się choćby codziennie, siedź ile pragniesz. Tylko tam dowiesz się prawdy. Takiej prawdy, od której cierpnie skóra. Takiej prawdy, od której ściska gardło.

I nie, nie chodzi tu bynajmniej o innych. Tu chodzi o mnie, dokładnie o MOJĄ OSOBĘ, jaka jest, czego pragnie, po co przyszła na świat i z KOGO tak naprawdę się składa.

Tu, na dnie oceanu opadają zasłony. Milkną słowa, gaśnie świat. Siedzę u stóp potęgi, w samym oku cyklonu. Mogę suchą stopą przejść przez osławione Morze Czerwone, a nawet przez mój własny Ocean Pomarańczowy. Więc idę.

Pies demona prowadzi.

Najpierw do albumu ze starymi zdjęciami. Ale zanim to się stanie, śni mi się sen. Indianie amazońscy podczas inicjacji szli samotnie w dżunglę, a jedyną ich wskazówką były sny. Ze mną podobnie.

No więc sen. Przychodzą do mnie rodzice. Nie wiem, czy to na pewno jest Amma z Czerwonym Wędrowcem, bo oboje jacyś nieswoi. Mówią mi miłe słowa, są dla mnie dobrzy. Hm. Coś tu nie gra. Ale nic, przyjmuję wszystko z uśmiechem. Tylko zauważam, że byli u mnie już jacyś rodzice wcześniej. Jacyś inni. Jak to? To niemożliwe!

– A jednak. Przyszli we śnie – wyjaśniam.

– We śnie się nie liczy! – mówi Amma, a ja przyglądam się jej coraz baczniej, bo przecież właśnie śnię, to co, teraz też się nie liczy?!

Ona się reflektuje, robi miny i pyta, czy zostawili jakiś kontakt. Owszem, zostawili, odpowiadam. Mam tu gdzieś… – i wyciągam karteluszek z odręcznym pismem. Pismo formuje się coraz wyraźniej, aż czytam na głos takie oto słowo: WENDETA.

Wendeta, powtarzam dwa, może trzy razy, a Amma teraz na starej fotografii – kurczy się, jakby ją ogień trawił. Gdy otwieram usta i chucham w jej stronę, płonie. Gdy się budzę, słyszę własny, kategoryczny, mocny głos: mój oddech zabija.

Jestem małą śmiercią. Mała śmierć to dziecko, którego się nie chce. Dziecko, które swym przyjściem na świat popełnia zbrodnię na życiu matki. I dopóki oddycha, odbiera jej oddech, bo przecież każdy kolejny dzień kosztuje tak wiele, każdy kolejny dzień jest zagrożeniem, że prawda wyjdzie na jaw.

Tymczasem prawda już wyszła, bo to dziecko jest prawdą! Świadectwem, bezwstydnym afiszem skrzętnie ukrywanej hańby! Nikt nie może się dowiedzieć, tymczasem wszyscy wiedzą, bo wszyscy widzą, bo ono żyje, chodzi dziwnie i dużo płacze, a paznokcie ma pokrzywiane.

Budzę się, wertuję stare fotografie. Ciotki, wujkowie… I nagle zastygam w bezruchu nad zdjęciem legitymacyjnym, zdjęciem które znam od zawsze, a które z niewiadomych przyczyn przewraca się po moim życiu od lat.

Nos. Usta. Kości policzkowe. Włosy. Nawet grzywka tak samo faluje nad czołem…

I nagle: łubu, du, lawina wspomnień, strzępów rozmów z dzieciństwa. Wszystko tak nagle, bez znieczulenia, bez wyjaśnienia, jedno za drugim. I to, i tamto. I jeszcze tamto. I jeszcze…

Co to za świat, na który przychodzą „małe śmierci”? Co za życie w niedopasowaniu, w niewiedzy, w nieustającym zdumieniu? Małe śmierci zbierają całe zło i choć są niewinne – wina jest zawsze po ich stronie.

Bo są.

Bo są.

Bo uparcie są i jakby się zmówiły, są WŁAŚNIE TAKIE.

Nie mogę spać. Jednak zasypiam. I znów sen. Śni mi się książka, lektura naukowa. Stoi na półce, nie trzeba daleko szukać. Biologia molekularna, dział Genetyka, rozdział Dziedziczenie. Czarno na białym, bez żadnych odlotów, nieznośnych nadinterpretacji, ot, po prostu: punkt po punkcie leci w przepaść biała wieża.

A na dnie przepaści mrok. I pustka. Nie ma już nic. Nie ma znajomych, przyjaciół. Nie ma też rodziny. Depresja prowadzi przez odmęty, na sam koniuszek oszukanego świata, gdzie, skręcona w embrion, budzi się do życia mała śmierć.


Mała śmierć, Noemi Susenbach (fragment)

Mała śmierć, Noemi Susenbach