Pocałunki Księgi Fatum

Mnie nie ominęło. Też zostałam ukąszona i to dwa razy. Pierwszy raz dawno temu, jeszcze w dzieciństwie. Ugryzła mnie żmija o imieniu Amma*.

Dlaczego mnie Amma ugryzła? Szatan Kometa ma na takie pytania doskonałą odpowiedź:

– Bo zabrakło miłości.

ZABRAKŁO. Jakież neutralne i czyste słowo!

Wczoraj był Ziarno. Przyszedł na kawę. Próbowałam zaparzyć, ale zapomniałam wlać wody do czajnika. Ziarno rzucił więc łacińską sentencją po polsku, że z pustego nawet Salomon nie naleje. Uprzednio mieliśmy do czynienia z kroplą oceanu pod sufitem, tym razem stała się rzecz równie niezwykła. Otóż ze wszystkich kątów mieszkania Wió jęły wylatywać niezliczone nasiona fasoli. W ciągu sekundy wypełniły przestrzeń tak szczelnie, że zawisłam w bezruchu i nic, kompletnie nic nie byłam w stanie zrobić. Można rzec: zamurowało mnie. Był to mur z ziaren.

Zabrakło miłości, bo zabrakło. Bo nie było. Bo ta wiecznie umierająca, rozmodlona matrona Święta Franciszka, matka Ammy – jej nie dała. A nie dała, bo nie dostała. I nie wie, skąd wziąć, więc wciąga kolejne kreski różańca zmuszając wszystkich wokół do tego samego.

Kiedyś wciągnęłam dwie kreski na próbę.

O mało mi zęby nie wypadły.

Księga Fatum. Noemi Susenbach

* o ukąszeniach ojców nie ma sensu wspominać. Starsi panowie nadają się tylko do kabaretu.

Polska ulica

Dzieciństwo to, eufemistycznie mówiąc, był turbohorror. Podczas świąt wujek z dziadkiem bili się pięściami, a po ścianach tryskała krew. Gdy była impreza, przypadkowe pijane pary trafiały do mojego łóżeczka. I żeby sobie porzygać do miski. Kiedyś z tego powodu nie spałam całą noc, nazajutrz musiałam iść do szkoły. Amma była zła, że przyniosłam tylko czwórkę.

Zero zmiłuj.

Przez cały ten czas pisałam pamiętniki. To mi pomagało. Nikt nie zwracał uwagi na skuloną w kącie dziewczynkę, która coś tam sobie zapisuje. Tak rozpoczęła się kronika mojego życia.

Piszę do dziś. I nikt mi tego nie zabroni, choćby bardzo chciał. A jeśli (co już się zdarzało) ktoś się obrazi za prawdę, to KURWA PROSZĘ BARDZO. Przynajmniej nie będzie mi dupy zwracał.

Rodzice są przereklamowani. I bardzo chcę zrobić taki rysunek. Laurkę. Chciałabym tu zakląć siarczyście, ale literatura nie lubi powtórzeń.

Ten, kto wymyślił czwarte przykazanie, NIE JEST BOGIEM. To potężna ściema, która jak zatruty szpikulec skorpiona dźga ludzkość od tysięcy lat. Nie ma w przyrodzie takiego kuriozum. Szacunek bez podstaw nie istnieje. Nikt nie może rościć sobie pretensji o cześć tylko i wyłącznie z tego powodu, że uprawiał seks.

Żebym przestała pisać, trzeba by mnie zabić. Ale mnie się zabić nie da, gdyż jestem nieśmiertelna. Martwa już byłam.

Piszę to ze szczególnym adresowaniem. Tam, gdzie trafia głównie słowo pisane, do tych zniemczonych polaczków, którzy są jeszcze bardziej niż Niemcy. Chociaż do Ammy też. Zabij mnie. Boże, jak mnie zabij. Za wszystko. Za wszystko, co jeszcze o swoim życiu, które tak niefortunnie się z twoim splotło – napiszę.

POWODZENIA.

Jedna rzecz mnie nurtuje. Po kim odziedziczyłam inteligencję?

  1. Po leniwej matronie z odwieczną migreną, która tak naprawdę jest kacem?
  2. Po sztywnym paniczu, tak skąpym i do tego głupim, że byle niepiśmienna baba skubie go do zera?

Jest jeszcze opcja, o której mówił Leo, czyli bodaj sześćdziesiąt procent to wychowanie. Jeśli przyjąć tę rozhisteryzowaną figurę, którą jest Czerwony Wędrowiec, trzeba by odjąć właściwie większość życia. Bo był nieobecny.

Obecny był za to ten super-hero Ammy, co mnie uderzył pięścią w twarz. I tym uderzeniem zakończył wszelki na mnie wpływ.

Zatem wychowała mnie polska ulica.

O Boże, jak dobrze, że nie niemiecka!

– Halo…

Polska ulica. Noemi Susenbach

Gwiaździsta zabawa

Niemcy.

Wylądowałam u Eve i jej faceta Sajko. Sajko to Niemiec najczystszej krwi, niezwykle uprzejmy i uczynny człowiek, który – według Eve – może zabić za miód. Po kilku dniach przebywania w zniewalająco cacanej atmosferze, wyrażanej w najwyższych tonach słówka: Hallo! – trafiam do lekarza.

Jest taka książka „Nieznośna lekkość bytu”. Nie mówię, żeby zaraz całą czytać, ale już sam tytuł daje do myślenia.

Do lekarza zabiera mnie Klaudiusz. A że lekarz to jej mąż, jestem u nich trochę jak pacjent, a trochę jak gość.

Herr Doktor po piętnastu latach małżeństwa z Polką w kwestii jej mowy ojczystej zna dwa słowa. Głupia kobieta. I chcąc się popisać – tymi słowami mnie wita.

Fakt. Zbyt długie przebywanie w atmosferze cacanej jest ryzykowne. Czujność zapada w sen. A tu proszę. Pobudka! Byłabym się zwinęła z powrotem, ale to niemożliwe. Galaktyka Herr Doktora jest odległa od Hallo! o Niebieską Rezonansową Noc. To poważna odległość. A mnie coś weszło w serce i boli jak cholera.

Tak, że umieram.

Zamiast się obrazić, wybieram więc wariant drugi: pacyfikację Herr Doktora. I zmuszenie go do przeprosin. Po polsku! Sprawa nie jest aż tak trudna. Niemcy to ludzie, którzy wbrew pozorom uwielbiają jeść z ręki. Tymczasem ból rośnie. Kulę się więc na doktorowej leżance, łzy mi lecą po twarzy, i nagle: bach!, Klaudiusz mówi Herr Doktorowi, że tak naprawdę to ojciec Pio jest moim biologicznym ojcem. Ale on zaprzecza (ojciec Pio), gdyż myśli, że nie udało mi się zrobić testu. W dodatku pieprzy teraz po całej rodzinie, że jestem narkomanką. I pewnie dlatego mi serce pęka.

Psychosomatisch – wyjaśnia.

Herr Doktor, jak na prawdziwego lekarza przystało, bierze temat pod lupę, analizuje, bada. Zapada marmurowa cisza, ale niedługa, bo…

Ale zanim to się dzieje! Zanim to się dzieje! Zanim to się dzieje, muszę się przecież zemścić!

Za tę „głupią kobietę”.

Rewanż na Niemcu to klasyka gatunku. Pamiętacie Grzegorza Brzęczyszczykiewicza? Niedawno chciałam zrobić rysunek: Mieszkam na Strzyży w Gdańsku Wrzeszczu i chciałabym, żeby powiedział to jakiś Niemiec – ale nie mogłam się zebrać. Tymczasem tu, zebrana nagle jak sto złotych, rozochocona tym „przepraszam”, rzucam zadanie:

– Świerszcz!

Herr Doktor już ugrzęźnięty, już spokorniały, język łamie, ale jedyne, co mu się udaje to:

– Sierść.

I tu zabawa robi się gwiaździsta. Klaudiusz leży ze śmiechu i płacze, wyjaśniając mu wśród spazmów, co powiedział. A ten ambitnie i rzeczowo powtarza po sierści:

– Ćwierć.

Teraz już obie leżymy, chociaż śmiech w bólu do łatwych nie należy. Herr Doktor się nie poddaje, po szczebelkach lingwistycznej kariery kroczy i z mozołem najwyższej próby artykułuje ostatnie, jakże do ćwierci przypisane słowo:

– Śmierć.

Gwiaździsta zabawa. Noemi Susenbach

PS. Może i jest inna forma poprawna tego słowa, ale „gwiaździsta” ma w sobie gwóźdź.

This Is Poland

– W skrócie TIP – wyjaśnił Leo, gdy zza wnęki międzywymiarowej doleciały nas bluzgi.

Będę ten skrót stosować. Za każdym razem, gdy zabrzmią te wrzaski, gdy usłyszę o pedofilii w Kościele, gdy ZUS będzie mnie ścigał za to, że żyję, gdy kolejny pierdyriald zostanie przepierdyriolony na jakieś ha gie wu co.

TIP.

Wygląda jak stempel, brzmi jak puenta.

TIP.

Dziecko owsik do mamy owsika: – Czemu mieszkamy w dupie? Tu jest tak brzydko i śmierdzi!

– Bo to jest nasza OJCZYZNA.

TIP.

Policja więzi za kwiaty w kieszeni.

Warto się lepiej upić.

TIP.

Na zewnątrz to „Kongres Kobiet”.

A w środku stara baśń.

TIP.

– Mąż rzucał krzesłami o ścianę.

– Lecz w panią nie trafił, więc jaki problem?*

TIP.

– Mówił, że robię „chujowe” spaghetti.

To jak pani gotuje?!*

TIP.

Ach, jaki to piękny kraj! Tu są nasze billboardy, tu jest nasza TĘCZA.

A w lasach śmieci kolorowe.

TIP.

Ten łabędź na nodze ma takie żelastwo, że nie może chodzić. Ale ładnie wygląda. W parku.

Nemezis. Noemi Susenbach

* fragmenty oznaczone gwiazdką pochodzą z rozprawy rozwodowej w Sądzie Okręgowym w Gdańsku.

This Is Poland.

RIP.

La bambola

Śniły mi się perły.

Sznur nieskończony, płynący wzdłuż dekoltu, przez linię brzucha, aż do kolan. I ten mleczny blask, delikatność blada, czystość, niewinność.

Perła to prawda w muszli pozorów. Prawda jest czysta. Prawda to miłość, zachwyt, pierwszy pocałunek. To nieprzespana noc, wiersz miłosny.

Prawda to głęboko ukryta w zawiłości świata ty. Ta najprawdziwsza, zapłakana, zakochana. W lekkiej sukience, z rozmazanym tuszem, wpatrzona w dal, gotowa rzucić wszystko dla jedynego sensu tego życia – miłości.

Z miłości została ci tylko perła. Święto wśród mozołu codzienności. Święto ma włosy jak anioł i oczy zrobione ze światła. I jest taką tobą, tylko że do potęgi. Płacze nieustannie, jakby zapomniało, że święto nie jest codzień.

Ale ono przecież jest! Jest i jest! Nie ma dnia, co tam dnia – nie ma chwili wytchnienia od tego cholernego święta! Ściskasz swoją małą perłę w dłoni i marzysz o tym życiu sprzed miłości, kiedy byłaś tylko ty od początku do końca, zamknięta w sobie dla siebie, jedyna, najważniejsza.

Też jestem perłą. Świętem. Nie ma dla mnie codzienności. Płaczę w każdej chwili i w każdej chwili śmieję się tak, że chciał, nie chciał – śmieje się ze mną cały świat. Jestem chodzącym obrzędem. Rytuałem, tańcem. Piosenką wyśpiewaną po rosyjsku. Albo po włosku, proszę bardzo:

Tu mi fai girar, tu mi fai girar, come fossi una bambola…

Perła. Autor Nieznany

Pani K.

Znać, że koleżanka Pana Demonium?

Gdybym była Ammą, rzekłabym „po moim trupie”. Ale na szczęście śmierć mnie nie dotyczy.

Chyba że mała.

Wracając do Pana Demonium: nikomu go nie oddam. Koniec tematu. Żadnych wymianek, zamianek na inny klejnot, żadnych tańszych kamieni. Cokolwiek bym na jego miejsce przyjęła, miałoby imię: Pani K.

Nie ulegam. Droga „koleżanka” nigdy więc koleżanką nie będzie, mało tego – w ogóle jej nie będzie. Pamiętacie Enemwu, Nieistniejącego Męża Wifi? Pierwszy bohater literacki, którego nie ma. Pani K. jest pierwszą taką bohaterką. Przywitajmy ją należnym nieistniejącym bohaterom milczeniem. I nie wymagam minuty, wystarczy sekunda. Sekunda milczenia to już coś, zwłaszcza w dzisiejszym świecie.

Diamenty. Dlaczego: are a girl’s best friends? Bo są. Ich istnienie jest prawdą. Prawdą, aczkolwiek mniej korzystną jest także ich brak. Druga sytuacja jest bardzo daleko od OK. Nie wiem, czemu tyle kobiet się na nią zgadza.

Żeby nie było (bo zaraz będzie!): – inne kamienie też się liczą. Szafir jak najbardziej. Rubin. Szmaragd. Rzecz w tym, że są to kamienie drogocenne. A drogocenne, znaczy: DROGIE. Zwłaszcza dla niego.

Dobry przyjaciel to ten, który powie prawdę. A Pan Demonium mówi bezustannie. Gubisz diamenty, gubisz przyjaciół. Fakt. Ale przecież jubiler wyjaśnił. On się czyści. Odrzuca kamienie, które nie pasują. I bardzo dobrze. Czyż można się doszukać sensu w noszeniu nieczystych diamentów? Na cholerę dźwigać kaprawe towarzystwo?

Jeśli bym oddała Pana Demonium, nic więcej bym się nie dowiedziała. Tkwiłabym z Panią K. w brązowej strefie i tylko to widziała, co w brązowej strefie bywa.

Nie diamenty.

Pani K. Noemi Susenbach

Znikające klejnoty

Pan Demonium – wysadzany diamentami zaręczynowy pierścionek z rubinem – wciąż gubi kamienie. Subiekt, który je uzupełnia, tłumaczy, że to normalny proces. Że on się czyści. Być może. Ale moja teoria jest inna.

Od dawna już mam do czynienia z tak rozkapryszonym precjozum. W postaci Ammy. Jest to ten typ charakteru, który gotów wypstrykać się z własnej wartości tylko po to, żeby się z nim nieustannie cackano. I teraz w kółko problem, bo przez wnękę międzywymiarową się trzeba przedzierać, tam zaraz o maseczkę afera, cyrk. Bo przecież nie wystarczy być. Spokojnie sobie lśnić, nic nie robić, trwać, zachwycać? Nuda. Tu potrzebny jest pisk, żal, dramat, epidemia.

Bad, bad news

Universe is gonna lose.

Od kiedy mam Pana Demonium, dzieją się rzeczy wszeteczne. Nikt nie widzi związku? A imię? Nie muszę wszak stałym Czytelnikom tłumaczyć, kiedy się pojawił i co się potem stało. Tymczasem on wciąż się sypie! Wciąż gubi brylanty, jakby wysyłał znaki tajemne, że to jeszcze nie koniec, to jeszcze nie TO.

Przyszedł Szatan Kometa. Obejrzał klejnot i mówi, dajcie spokój. To jakaś klątwa, przekleństwo. Trzeba go oddać subiektowi i w zamian kupić, kochani, bursztyn.

Mnie od razu oczy błysnęły. Plan został więc zatwierdzony, a było to dawno. Podkreślam, że było to dawno, jakiś czas temu. Proszę zwrócić uwagę. Dwa pewniaki. Chęć posiadania nowości i ogólna zgoda co do słuszności decyzji.

I nic.

Pan Demonium nadal się szczerbi z mojego palca. Za cholerę nie mogę się przedrzeć przez wnękę wymiarową, za diabła nie mogę spełnić planu. Powody są różne. Ale największy, najpoważniejszy, najbezwzględniejszy z nich to to, że mi się nie chce. Nie chce mi się łazić po żadnych głupich galeriach, żadnym rozhisteryzowanym ochroniarzom nie chcę odpowiadać na pytanie: gdzie maseczka? Ba. Nie chce mi się nawet palca pokazywać.

Ostatnio wymyśliłam, że będę nosić hidżab. Kultura pokazuje wyraźnie, że to skutkuje dystansem. Nie podejdą, będą się bali ISLAMU. Dla mnie: bomba. Nomen omen. Przez ułamek sekundy nawet kombinowałam, jaki kolor chusty itd. Z rozbawieniem wyobrażałam sobie, co by powiedział Czerwony Wędrowiec widząc mnie w hidżabie.

Ha, ha, ha, ha, ha.

Przepraszam, ale nie mogę.

Ha, ha, ha, ha, ha, ha.

Zrobiłabym sobie selfie, serio. I wysłała.

Ha, ha, ha, ha, ha.

ISLAM.

Fala upałów odwiodła mnie jednak od tego rozwiązania. Wpadłam więc na inne. Ochroniarz już, już chce się dowalić, a ja tymczasem płynnym włoskim odpowiadam, że non capisco, nicht verstanden. Prawdopodobieństwo, że ochroniarz zna jakiś język jest nikłe.

Ale i tak nie poszłam.

Nie ruszę się stąd, dopóki nie zgadnę, o co chodzi tej nieutulonej dzidzi. Może właśnie o to? Może przenikanie zimnym światłem jest celem? Lodowata energia spolaryzowanego węgla mrozi moje emocje, fraktal symetrycznych wiązań zamyka mnie – rozedrganą – w krysztale. A sypiące się kamienie mówią: JESTEM. Bo gdyby się nie sypały, kto wie, może już bym o nich zapomniała? Na umywalce zostawiła w Sopocie, jak tamten dziecięcy pierścionek, co był tak maleńki, że wpadł do zlewu i popłynął hen, daleko w nieodgadniony rejs?

Dostałam go przed laty od Czerwonego Wędrowca. Kupił na straganie przy plaży. Pierścionek miał oczko bursztynowe i srebrne płatki wokół. I kilkuletnią, pyzatą właścicielkę. A potem: rozrywające serce pożegnanie.

Spieszmy się kochać klejnoty, bo tak szybko odchodzą.

Znikające klejnoty. Noemi Susenbach

Biegnij.

Mało komu się udaje. Ofiar jest sporo, sporo jest też takich, co stają pośrodku drogi i sparaliżowani strachem, zastygają w bezruchu. Niektórzy jednak, zaintrygowani majaczącą w oddali obietnicą odpowiedzi – biegną.

Biegną co tchu, choć dech odbiera to i tamto i jeszcze tamto… o Boże, ile tego!? Znikają mgły i dywany, zostaje już tylko to, co pod nimi i to się chyba wije i to chyba krzyczy, a to i tak nic, bo nawet jeśli się wije i nawet jeśli krzyczy to przecież nie jest jeszcze tak czarne i tak straszne jak tamten cichy płacz…

Mogłabym nic nie pisać, mogłabym nic nie robić, mogłabym się zamienić w kamień, najlepiej: w diament, bo to najczystsza forma węgla, który przestał wreszcie być taki zajebiście aktywny i nie wiąże już nic, absolutnie nic poza samym sobą. Mogłabym.

Mogłabym karmić kruki. Szaman gdzieś przeczytał, że to bardzo wdzięczne zwierzęta. W zamian za karmę przynoszą śrubki i wkrętełka. To by się przydało. To by było dobre.

Biegnij.

Sztuka polega na tym, żeby biec tylko tymi drogami, których się nie zna. I nie bać się.

Nie bać.

Biegnij. Noemi Susenbach

Wysoki Sądzie

Nie mam nic. Wszystko, co miałam, zabrał mi mój były – Wąż. Jestem lżejsza od kartki papieru, nie trzeba więc robić ze mnie samolocika.

Sama latam.

Byłam w urzędzie, żeby zrezygnować ze śmieci – nie będą mi już potrzebne. I jeśli chodzi o te wszystkie pisma z ZUS:

Szkoda na nich brzóz.

Jestem lżejsza od kartki papieru.

NIE.

Chwila, w której człowiek pojmuje, że nie jest w stanie kłamać choćby przez ułamek sekundy – jest straszna. Ten moment konfrontacji z samotnością i ta kategoryczna, nieustępliwa prawda mają w sobie coś z przemocy. Potrzask. Klatka. A jednak wolność!

Wolność, której istotą jest absolutna, nieubłagana autonomia. Stan bez podpórek. I żadnych więcej kompromisów, żadnej ustępliwości, żadnego grania w czyjąś grę. Żadnego zgadzania się na pierdolenie o niczym, żadnego udawania, że nie wiem, podczas gdy przecież wiem.

To jest właśnie ta chwila.

Cisza, jak w górach. I jak okiem sięgnąć, pusto. Przepaście bezdenne, ostrza szczytów, chmury, chmury, chmury. No i, oczywiście, deszcz.

Burza z piorunami! A ja sama. Może nie sama, bo jednak Szaman targa plecak. Ogólnie z Szamanem jest zawsze wygryw, bo on nie tylko targa plecak, ale jeszcze w międzyczasie skonstruował rower elektryczny oraz spadochron w razie jakby co.

O Arce Noemi nie wspomnę. Bo w górach jesteśmy, nie na morzu. Chociaż na morzu też, oj, na morzu też. W odmętach Oceanu Pomarańczowego pływają zwłoki „przyjaciół”.

– NIE.

To podobno pierwsze słowo Eve. Mnie aż tak nie rozpieszczano. Małych śmierci się nie rozpieszcza. Małe śmierci zgadzają się na wszystko, bo małe śmierci przepraszają, że żyją.

Przychodzi jednak dzień, gdy mała śmierć przestaje być już taka mała. Owszem, ma w sobie tę dziecięcość, zabawne dreptanie i pajacowanie w ogrodzie. Ja po prostu nie mam wzrostu. Ale w środku jest stalowy trzpień, kościotrup z tytanu.

NIE.

To pierwsze słowo dorosłej małej śmierci. Przeszło przez ściśnięte gardło. Wybrzmiało. Jest na świecie.

I już nigdy na tym świecie nie będzie tak jak przedtem.

Ocean Pomarańczowy, Noemi Susenbach