Biegnij.

Mało komu się udaje. Ofiar jest sporo, sporo jest też takich, co stają pośrodku drogi i sparaliżowani strachem, zastygają w bezruchu. Niektórzy jednak, zaintrygowani majaczącą w oddali obietnicą odpowiedzi – biegną.

Biegną co tchu, choć dech odbiera to i tamto i jeszcze tamto… o Boże, ile tego!? Znikają mgły i dywany, zostaje już tylko to, co pod nimi i to się chyba wije i to chyba krzyczy, a to i tak nic, bo nawet jeśli się wije i nawet jeśli krzyczy to przecież nie jest jeszcze tak czarne i tak straszne jak tamten cichy płacz…

Mogłabym nic nie pisać, mogłabym nic nie robić, mogłabym się zamienić w kamień, najlepiej: w diament, bo to najczystsza forma węgla, który przestał wreszcie być taki zajebiście aktywny i nie wiąże już nic, absolutnie nic poza samym sobą. Mogłabym.

Mogłabym karmić kruki. Szaman gdzieś przeczytał, że to bardzo wdzięczne zwierzęta. W zamian za karmę przynoszą śrubki i wkrętełka. To by się przydało. To by było dobre.

Biegnij.

Sztuka polega na tym, żeby biec tylko tymi drogami, których się nie zna. I nie bać się.

Nie bać.

Biegnij. Noemi Susenbach

Wysoki Sądzie

Nie mam nic. Wszystko, co miałam, zabrał mi mój były – Wąż. Jestem lżejsza od kartki papieru, nie trzeba więc robić ze mnie samolocika.

Sama latam.

Byłam w urzędzie, żeby zrezygnować ze śmieci – nie będą mi już potrzebne. I jeśli chodzi o te wszystkie pisma z ZUS:

Szkoda na nich brzóz.

Jestem lżejsza od kartki papieru.

NIE.

Chwila, w której człowiek pojmuje, że nie jest w stanie kłamać choćby przez ułamek sekundy – jest straszna. Ten moment konfrontacji z samotnością i ta kategoryczna, nieustępliwa prawda mają w sobie coś z przemocy. Potrzask. Klatka. A jednak wolność!

Wolność, której istotą jest absolutna, nieubłagana autonomia. Stan bez podpórek. I żadnych więcej kompromisów, żadnej ustępliwości, żadnego grania w czyjąś grę. Żadnego zgadzania się na pierdolenie o niczym, żadnego udawania, że nie wiem, podczas gdy przecież wiem.

To jest właśnie ta chwila.

Cisza, jak w górach. I jak okiem sięgnąć, pusto. Przepaście bezdenne, ostrza szczytów, chmury, chmury, chmury. No i, oczywiście, deszcz.

Burza z piorunami! A ja sama. Może nie sama, bo jednak Szaman targa plecak. Ogólnie z Szamanem jest zawsze wygryw, bo on nie tylko targa plecak, ale jeszcze w międzyczasie skonstruował rower elektryczny oraz spadochron w razie jakby co.

O Arce Noemi nie wspomnę. Bo w górach jesteśmy, nie na morzu. Chociaż na morzu też, oj, na morzu też. W odmętach Oceanu Pomarańczowego pływają zwłoki „przyjaciół”.

– NIE.

To podobno pierwsze słowo Eve. Mnie aż tak nie rozpieszczano. Małych śmierci się nie rozpieszcza. Małe śmierci zgadzają się na wszystko, bo małe śmierci przepraszają, że żyją.

Przychodzi jednak dzień, gdy mała śmierć przestaje być już taka mała. Owszem, ma w sobie tę dziecięcość, zabawne dreptanie i pajacowanie w ogrodzie. Ja po prostu nie mam wzrostu. Ale w środku jest stalowy trzpień, kościotrup z tytanu.

NIE.

To pierwsze słowo dorosłej małej śmierci. Przeszło przez ściśnięte gardło. Wybrzmiało. Jest na świecie.

I już nigdy na tym świecie nie będzie tak jak przedtem.

Ocean Pomarańczowy, Noemi Susenbach

Francesca

Siadam do pisania wyłącznie dla niej.

Skąd się wzięła?

Byłam dziś na włoskim. Laseczka zaordynowała opis postaci. Opisując postać po włosku, równocześnie poleciła ją narysować. Tak powstała Francesca. I nie byłoby sprawy, gdyby nie jej buntowniczy wiek. Otóż od razu afera, że nie będzie siedzieć w jakimś starym zeszycie, chce sławy.

I że na Facebook nie, bo tam tylko stare dziady, Insta też „weź przestań”.

Próbowałam opędzić to wysłaniem do Belli. Bella od razu stwierdziła uderzające podobieństwo do siebie, poćwiczyłyśmy trochę daby, ale weź rozbaw nastolatkę. Nie wiem, co trzeba by zrobić. Serio. Nie wiem. No jest nastolatką i tylko raz w życiu widziałam mgnienie uśmiechu na jej twarzy. Chodziłam wtedy po mieszkaniu i śpiewałam: „I’M DEATH, I’M DEATH, I’M DEATH”. Z jakiegoś powodu ją to ucieszyło. Algorytmu jednak nie złapałam.

Smutna po włosku znaczy „triste”. Słowo ma w sobie zbyt mało czerni. Czasem trzeba nadawać emocjom imiona. Na przykład: Francesca. Ten rodzaj kamiennej rozpaczy ma tylko ona.

Francesca, Noemi Susenbach

Wymarzony Nekrolog Kubryńskiej

Z ogromną ulgą donoszę, że osoba, której szukacie, nie żyje. I niech to będzie ten rodzaj nekrologu, o którym zawsze marzyła. Kiedy zmarła? W piątek. O piętnastej.

Pogrzebu nie będzie.

Nie będzie też grobu, bo grób to jednak przegryw. Oraz zawracanie głowy. Zresztą nie mam czasu na głupoty. Muszę lecieć.

Jeśli chodzi o prawa autorskie do Dzieł, posiadam je tylko i wyłącznie ja. I niech tylko komuś ręka zaświerzbi, słowo honoru, wyrwę bez litości. Razem z sercem. I korzeniami, jak mawiała Amma. Może nawet nadal tak mówi, dawnośmy się nie widziały. I pewnie nie zobaczymy.

O Boże, jak lekko jest nie żyć! Aż sobie zapalę. Choć rzuciłam. Ziarno mi dopinguje jak może i robi to w sposób niezwykle uroczy:

– Nie pal tego gówna! Zapalmy lepiej czangę!

Dla niewtajemniczonych – czanga to taki hardcore, co po pierwszym machu zabiera we fraktalny kosmos i po piętnastu minutach rzucania o ścianę całkowicie zmienia życie. Mawiają, że autorka, której poświęcamy dzisiejszy nekrolog paliła właśnie czangę.

Ujrzała purpurowy huragan, w który – rzecz jasna – weszła i tyle ją widziano.

Z całego serca polecam.

Wracając do Ziarna. Mamy z Ziarnem wyśmienitą zabawę. Po angielsku nazywa się surfing. W naszym wykonaniu wygląda to tak, że fruniemy na fali gniewu.

Kubryńska mnie zabije. Trudno. Muszę to opowiedzieć, choćby kosztem jej nekrologu. Otóż robię właśnie profesurę z emocji. Na pierwszy ogień poszła moja ulubiona, czyli wściekłość totalna absolutnie na wszystko, Furia Mać. Paliwo życia. Płonąca lawa. Wybuch na Słońcu. Temperatura kipienia izokadmu.

Pazur tnący skórę antylopy.

Czerwona fala.

Gniew.

Wpadłam do Kancelarii na pierwszej sile uderzenia. Jakaś baba kupowała wino. Wymiotło ją w ułamku sekundy. Jeszcze się opierała przy lodówce, że coś prrossecco. Ale nie dała rady. Na progu jęknęła jeszcze do widzenia – bez odpowiedzi.

– Co się stało?! – rzucił się ku mnie Ziarno chcąc cucić, nie wiem, ratować, a może nawet zabić w obronie własnej? Próbowałam zaczepić się o coś stałego, ale było tylko wino. Zdążyłam wykrztusić, że to raczej ja go zabiję, ktoś na pewno zginie. Nie zdążyłam jednak podać przyczyny, gdyż wszedł typek w okularach. Nazwijmy go: Typek. No więc wchodzi Typek, Ziarno ma w oczach przerażenie, ale nie że zginie, tylko z lęku o Typka. Ogień we mnie kipi, szaleją demony. Zza tego pożaru jednak widzę światło. Ktoś mi wysyła sygnały, proste i logiczne komunikaty jak postępować.

Jak postępować, gdy wpadasz z awanturą i jednocześnie wchodzi Typek?

NIE ZABIJAĆ TYPKA.

Jak nie zabić Typka? Jak to zrobić?

WYJŚĆ.

Ja pierdzielę, ogień we mnie, a ja mam wyjść?!

TAK.

Wychodzę posłusznie i idę przed siebie. Idę jak żołnierz, umięśniony młody bóg, który całą swoją boską energię skierował w POSŁUSZEŃSTWO. Ale mi się idzie! Ale jak!!!

Równo. Mocno. Kategorycznie. Jakby każdy krok był ciosem. Oczywiście wymierzonym Ziarnu. Nie. Typkowi. Nie. Tej babie od prrossecco? NIE.

Pipi.

Zabijam ich wszystkich. Kill’em all.

Tortury trwały do drugiej poprzecznej. Ziarno wyleciał w pogoń na mojej Nemezis. Bał się, ale ją dosiadł. Cud, że go nie zrzuciła.

– Co się stało, Jezus, Sylwia!

– Mam na imię Noemi, debilu.

A on, że sorry, wszystko mu się popieprzyło, bogowie się pokićkali, co się, kurwa, dzieje, koniec świata jakiś, a ja że weź się ogarnij, a on, że nie może, a ja że musisz, a on że dobra.

– Wszystko, co miałam do powiedzenia, już powiedziałam na tym spacerze!

– To weź powiedz jeszcze raz, bo mnie to interesuje!

I tak oto po raz pierwszy w życiu rozmawiałam z człowiekiem, na którym mi zależy o tym, czy warto poświęcić życie na skakanie z Zieleniaka – bez żadnych nerwów. Emocje nie wchodziły w grę. Ogólnie, po co są emocje? Dla zabawy.

Dla energicznego spaceru. Dla histerycznego śmiechu. Dla pisku na widok pająka. Dla fontanny łez. Dla bujania się na huśtawce po niebo, pod same obłoki CZUCIA.

Nieżyjąca autorka stanowiła emocje.

Pomachajmy jej z daleka.

Ogień, Noemi Susenbach

O umieraniu z miłości

W życiu mogą przydarzyć się rożne śmierci. Można umrzeć ze śmiechu. Z nudów. Straszliwy zgon. Możliwe jest też umieranie z powodu niepoważnie traktowanej depresji.

Albo z miłości.

Jeśli chodzi o przypadek ostatni, obserwuję pomór. Epidemia pandemiczna ze śmiertelnością sto procent. No, może poza wyjątkami… Wyjątkiem…?

Umrzeć z miłości powinien każdy choć raz w życiu, a właściwie najlepiej raz, bo kolejna śmierć po prostu może zabić.

Mówimy tu o rzeczy turbo poważnej. Szczegóły? Bardzo proszę. Fala rozpalonego izokadmu zalewa serce, z mózgu strzelają potężne dawki halucynogennego koktajlu hormonalno-narkotycznego. I tak oto w miarę rozumny do tej pory człowiek utrzymuje, że zobaczył boga.

Prawdę powiada.

Śmiertelną prawdę. Śmierć z miłości ma bowiem właśnie takie objawy. Problem polega na tym, ze bóg się oddala, ucieka, mami. Nie dzwoni. Albo dzwoni, ale rzadko. Albo jest niemiły. Albo coś tam. Zawsze jest „coś tam”. To coś powoduje, że dotknięta śmiercią z miłości osoba odczuwa dokuczliwe pragnienie tego boga, co go ujrzała. I ciągle jej mało.

Ciągle.

Czy można to przeżyć? Ba. Czasem by się chciało umrzeć! Ale śmierć nie odpuszcza. Trzyma za gardło i dręczy. Konanie jest tym straszliwsze, im dłuższe. A to się ciągnie w nieskończoność.

Przyznaję, zawiły temat. Rozwiązanie? Banalne. I jak we wszystkich chorobach cywilizacyjnych – nie stosowane. Swoją drogą, wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, jak w kwestii medycyny ludzkość splątała najprostsze sprawy. Bella już mnie chciała operować. Operować! Skalpel, krew, znieczulenie. Zatrzymanie akcji serca. A mnie nic nie dolega! Mało tego, jestem nieśmiertelna!

Pytania – do Belli. Tymczasem wracam do śmierci. Bo jest w niej haczyk. Sama śmierć, jak wiecie – przesympatyczna koleżanka. Można konie kraść. Osobiście uwielbiam. I od rana kombinuję, jak ją wyciągnąć z Prossecctorium. Dziś bowiem składamy Nemezis Białego Kruka i chciałabym z nią polatać w przestrzeniach. Ze śmiercią, oczywiście, najlepsza zabawa. No więc, jak zatrzymać ten niekończący się horror męczarni?

Jak uwolnić miłosną śmierć?

Rozwiązanie.

Bóg jest tylko jeden. A jeśli bóg jest tylko jeden – kto jest bogiem? Wystarczy wskazać właściwą osobę.

A potem pójść na rower.

Śpiew syreny

Na arce nagle tłoczno! Po pierwsze Eligiusz. Poeta ze wschodu. Chce, żebym pisała do prestiżowego pisma literackiego i na razie powodów do odmowy brak. Wkrótce więc świat usłyszy o duecie Noemi&Eligiusz i będzie to duet ściśle egzotyczny. Morderczo przystojny facet o niebieskich oczach. O imieniu takim, że zabij. Więcej napisać nie mogę, bo mnie z kolei zabije Szaman.

Opowiem wam o syrenie.

Pojawiła się zaraz po Eligiuszu. Wyskoczyła spod fal oceanu. Najprawdziwsza na świecie, mokrooka, olśniewająco piękna, rosyjskojęzyczna. Ma na imię Nadieżda. W skrócie Nadia. I tak jest podobna do Eve, że ta aż w łóżku zaległa. Z tym że Eve po niemiecku gada.

Szaman z kolei po hiszpańsku. I po angielsku jeszcze.

– Cały czas zapominam jak jest lodówka. I to nie tylko po polsku – wyznał ostatnio wśród tej kakofonii lingwistycznej, i można to zrozumieć. Ja mam problem z widelcem, na który od zawsze mówię długopis, być może dlatego, że pisać zaczęłam wcześniej niż jeść.

Wiłka! – niezwykle uprzejmie zaśpiewała Nadia z odmętów i zatrzepotała rzęsami. Tak przymilnie to zabrzmiało, że na śmierć zapomniałam o Maweraszii i z miejsca zaproponowałam browar. Tak, wiem. Bułhakow padłby trupem. Królowa nie pije wódki, tylko czysty spirytus, a ja tymczasem podaje syrenie piwo! Czeskie! Trzy procent!

Trudno. Z naszej dwójki (ja i Bułhakow) – tylko ja żyję. I to ja będę ustalać zasady. A zasada jest taka, że nie ma zasad. I to ustaliwszy, wyjęłam wędzoną makrelę. A właściwie: chciałam wyjąć, bo jak to z zagryzką bywa, chce się ją podać, ale jakoś tak pilnie człowiek piciem zajęty, że nie ma czasu.

Nadia po pierwszym jęła tańczyć. Po dwóch zalała się łzami. A potem zaśpiewała, a śpiewać to ona potrafi. Że miała ukochanego, ale ukochany był z innego świata i choć kochał ją bardzo, a właściwie dlatego, że kochał – by jej nie na lądzie nie pętać – odszedł. W siną dal.

I nawet, gdy kochaś odchodzi gdzieś w dal

To zawsze komuś tam go żal…

Teraz sytuacja jest czysta. Woda bezkresna, życie wieczne. I skoki nad taflą turkusu. Nadia przełknęła kęs niepodanej ryby i pociągnęła nosem. Może znajdzie się ktoś, kto jest taki jak ona?

– No, kochana – zaczęłam głosem ciotki „dobra rada”. – Maja darogaja. Figluj spokojnie, wsio słożitsja. Skoro nie chciał nauczyć się pływać…

– Pływać może by się nauczył! – chlipnęła syrena. – Ale latać już nie.

I na dowód problemu fiknęła poczwórne salto nad rozchybotanym kioskiem Ziarna. Po trzecim piwie, zaznaczam. Aż No przyleciała. Popatrzyła z uznaniem, a trzeba wiedzieć, że to się rzadko zdarza.

– Syrena – stwierdziła i zamurowała emocje. Liczy. Przelicza. Sprawdza. Znika. Pojawia się znów, ale na moment. Zostawia niebieskie pióra. Jej gniazdo ma w sobie dynamikę, nawet bez No. Lubię w nim być, gdy jej nie ma. Siadam w samym środku, w epicentrum huraganu. Wokół wszystko frunie, a ja nietknięta podmuchem, stanowię Wicher.


Noe&Eve, Noemi Susenbach

Napisałam do tego pisma! Napisałam o kobiecych sztuczkach!

Temat mi podał Eligiusz. Ten niebieskooki…

Dość!

Śniła mi się zasłona. Kurtyna. Kurtyna jest zwykle ciężka, aksamitna. Czerwona. Moja była lekka, biała, jedwabna.

Perłowa?

... jak pończoszki…

(…?…)

[!!!]

.

Eve

Prawda, że brzmi jak święto? To niezwykle proste i piękne w swojej prostocie imię. Pierwsza. Jedyna. Niepowtarzalna.

Zanim pojawiła się na mojej arce, przychodziła w snach. Nie, nie tylko w snach. Przychodziła ot tak, we wspomnieniach, w myślach, w codziennym życiu. Przynosiła ze sobą zapach i smak tych krótkich, ulotnych chwil dzieciństwa, które były szczęśliwe.

Ciemne oczy Eve uspokajały moje przerażone światem serce. I choć była (nadal jest) nieco młodsza ode mnie, czułam się w jej obecności bezpieczna.

Eve to moja siostra. Najprawdziwsza, pierwsza, jedyna.

Dawno temu, gdy byłyśmy dziewczynkami, rozdzielono nas brutalnie. A potem, gdy Los nas ze sobą połączył – zabroniono nam się spotykać. Nieustraszona dusza Eve kazała jej się przedrzeć przez rozdzielający nas mur. „Jak będziesz duża, przyjedziesz do mnie i znajdziemy razem mieszkanie!” – planowała z przejęciem, a jej rozpalone policzki błyszczały w słońcu. Patrzyłam jak urzeczona, po cichu zazdroszcząc urody, nie zdając sobie sprawy, że przecież wyglądam tak samo.

Człowiek siebie nie widzi. Człowiek siebie nie zna. Owszem, wie wszystko o innych, ale o sobie nic. To największa strata ludzkości. Żyć w oddaleniu, w nieświadomości, kim naprawdę się jest.

Śniły mi się lustra. Cała komnata zwierciadeł. Z nich właśnie składa się fraktal relacji. Ja jestem tobą. Ty jesteś mną. Jaka cudowna podpowiedź! Wystarczy spojrzeć w lustro i wiesz. Nie tylko znasz siebie, znasz także całą rodzinę. Przyjaciół. Znajomych.

Nie chowaj się za lustrem, jest ich za dużo. Przed prawdą nie ma ucieczki. Kto na kim stawia znaki, sam taki. Każde słowo, każdy gest, każdy zarzut wobec mnie – zdradza twoje zamiary. Najskrytsza tajemnica lśni w tafli mojego zwierciadła.

Przeciwieństwa się przyciągają, ale podobieństwa wiążą. Szukamy się według klucza, jak atomy. Mikroświat to maleńka ściąga z życia. Wystarczy rozłożyć ściśniętą w pięść dłoń. Spojrzeć na linie papilarne. Kim jestem? Dzieckiem? TAKIM dzieckiem? A gdzież są te dzieci? Na innej planecie? Nie. One są tutaj. Tu, w naszej rodzinie. I w waszej. Mojej, twojej. Spójrz w lustro. A potem się przyjrzyj starej fotografii z albumu rodzinnego.

Amma słyszała w jakimś filmie, że po depresji widzi się tylko prawdę. Pocieszała mnie tym, gdy byłam chora. Nie wiem, czy wierzyła w słowa pocieszenia. Nie wiem, czy zdawała sobie sprawę.

A może tak? Może właśnie tak? Może tego pragnie? Może chce się uwolnić? Przecież każdego dnia ta tajemnica boleśnie ryje jej serce.

A co wy się tak gorszycie?! Czemu was tak szokuje? Zdrada? Czymże jest zdrada?

Decyzją o własnym ciele.

Nie, nie mam żalu. Mogłam na to wpaść wcześniej. Mogłam się skupić na sprawach ważnych, zamiast…

Nie, nie mam żalu. Nawet do samej siebie. Merkury tańczy w odwrotną stronę, wraz z nim tańczy Wenus. Cofamy się, zwijamy do siebie, do własnych trzewi. Moje ciało jest moje, jedyne, niezastąpione. Drzemią w nim setki pokoleń, gotowe się zbudzić i opowiadać, opowiadać, opowiadać. Tak dużo do opowiedzenia, tak dużo do wysłuchania. Tak dużo do znalezienia.

Tak dużo do odzyskania.

Eve się uśmiecha w lusterku. Nie musi forsować murów. Mamy swoje życia. Mamy siebie. Odnalezione po latach dwie krople rozpryśniętej po wszechświecie wody.

Eve, Noemi Susenbach

PS. Kuźwa! Dziś mam włoski, a pitolę z Eve po niemiecku! Laseczka zapowiedziała sprawdzian ze słówek dotyczących garderoby. Ogólnie: mebli i rzeczy. Widelec. Szafka. Krzesło. Taki temat. Wszystko inne – spoko. Ogarniam. Czasy, tryby, rodzajniki, odmiany. Luźno. Ale najgorsze są właśnie takie RZECZY, które są w cholerę przydatne, a nie wiem, jak lecą.

I tylko w życiu codziennym można się tego nauczyć.

A ja już dawno nie miałam życia codziennego.

Po polsku nie pamiętam.

Po rusku się domyślam. Działa. W ruskim wystarczy, że się domyślasz i gadasz.

Po niemiecku – nie pytajcie. Wiem, jak jest stół. Do tej pory wystarcza.

Po angielsku? Wiem, jak jest finger.

Będę ściągać.

Grzeczna dziewczynka

Uczę się włoskiego. Wiem już jak jest „serce”. I błękit czysty jak sen niemowlęcia.

Nietoperz zgubiony we włosach.

Albo też: zło.

Albo: wendeta.

Słowo „wendeta” ma oczywiste konotacje, ale mimo oczywistych zasług – warto poczekać z wbijaniem dzid w plecy. Nauka mówi: zemsta, jak bigos, musi się przegryźć. Tymczasem we mnie kipi pakiet ekstra, tymczasem pantera żąda krwi.

Widzieliście kiedyś wściekłego kota? No właśnie. Koty tego nie mają. Koty wiedzą, że gdy ich nerwy tłuką, niezwłocznie należy się zwinąć w kłębek.

Ale mnie, kuźwa, wszyscy oszukali!

Owszem, należałoby wziąć kartkę, długopis i zmierzyć się z zagadnieniem: co to znaczy „wszyscy”? Kto: wszyscy? Kto, poza najlepiej poinformowaną wiedział?

Kuźwa, wszyscy.

Tylko nie ja.

I znów sprężyste pazury Czelencz wbijają się lekko w mą dłoń.

SIEDŹ.

Siedź i myśl. Albo jeszcze lepiej: nie myśl. To doskonały sposób. Słyszałam od dzieciństwa. Co ty wymyślasz? Czego się doszukujesz? Grzeczna dziewczynka nie myśli. Grzeczna dziewczynka kombinuje, jak tu się dopasować do:

  1. Mamy
  2. Taty (?)
  3. Pani
  4. Ciotki Jadźki
  5. Nie chce mi się dalej wymieniać.

SIEDŹ!

Znajdź środek ciężkości. Środek ciężkości wypada gdzieś w środku. W sam punkt. Przecież to oczywiste! Snów mam tyle, że się opędzić nie mogę. Mówią do mnie kwadratami. Nie? Nie rozumiesz? Nie widzisz, że coś, co jest okrągłe, nie jest kwadratowe? To bach: kwadrat. Przekreślony. Dalej nie rozumiesz? Chyba Nobla dostaniesz.

Bo białe jest czarne i odwrotnie. Motto minionych pokoleń. Wszyscy udają, że nic nie widzą, a gdy ktoś zobaczy: w łeb.

Siedź. Siedź i patrz. Obserwuj, jak nitki DNA plączą się pod skórą. Czujny wzrok i potężny umysł może wyłapać ich kod. Zaszyfrowany przed sobą samym, bezlitośnie replikujący w nieskończoność jak mantrę, jak różaniec do Matki Boskiej, pierwszej w historii nowożytnej Nemezis.

SIEDŹ!!!

Muzyczkę sobie puść. Dżezik. Zajaraj. Wyluzuj. Jesteś. Piszesz. Na jeziorach pływasz. Po rzekach. Czasem wzbijasz się w przestworza. Z góry lepiej widać. TO też.

Wczoraj odszukałam pamiętniki z dzieciństwa. Mocne są w nich kawałki. Bardzo mocne. Bardzo, bardzo mocne. Nie chcę pisać o przemocy domowej, bo to nie ma sensu. Jak powiedziała pewna papuga: „Nie chodź na policję, oni są znieczuleni”. Nie dodała, że znieczuleni są wszyscy. I nikogo to nie obchodzi. I nigdy nie obchodziło. Nikogo.

NIKOGO.

Pierdolę. SIEDŹ!

Co za sprzeczność, o rany. Boją się, że napiszę książkę, a ja już napisałam. Dawno temu. Zanim ktokolwiek się połapał, że pisać umiem. A potem, zanim ktokolwiek się połapał, że umiem liczyć – obliczyłam kod. Swój własny zapis DNA. Trochę to trwało, przyznaję.

A wy, kurwa, co?! Kiedy zamierzaliście powiedzieć? Na łożu śmierci? Na pewno nie na moim, bo już tam leżałam i nikogo, nikogo, nikogo, NIKOGO z was tam nie było.

Gdy umierała Oma, złapała mnie za kurtkę i powiedziała. Krzyknęła z całej mocy ledwo tlącego się życia. Krzyk leciał długo, przez całą wieczność czarnej jak smoła depresji. Aż doleciał. Otrzepał piórka z rozpaczy i zmienił się oto w feniksa.

Pantera zmrużyła oczy. Pazury schowała w pluszu.

A obok ja

Spuchnięta od płaczu

Pomarańczowa od światła

Zawsze taka sama

Niepodobna do mamy

Niepodobna do taty

Grzeczna dziewczynka.

Sopot

Na świecie szaleją wichry, skandal goni skandal. A największy problem ludzie mają z miłością. Kto kogo kocha i jakim prawem. Ciekawe, czemu zgorszenie wywołuje okazywanie miłości, a już z agresją nie ma problemu?

Byłam, widziałam. Przemoc na ulicy, w domu i zagrodzie. Powietrze smagane przekleństwem. Kurwa, kurwa. I nikogo z petycją, nikogo z transparentem, nawet księdzu nic przeszkadza. Natomiast dwie całujące się dziewczyny na murku: afera.

Najbardziej boli to, czego brakuje. I chciałoby się zabrać. Tylko jak?

Chcę z tego wyjść. Chcę wyjść z WW, bo mi obmierzło. Chcę zrzucić z siebie jarzmo poprzednich żyć. Chcę nie słyszeć bluzgów. Chcę zatonąć w ciszy.

Ale dopóki chcę, nie mogę. To taki klucz, który działa tylko w jednym przypadku. Gdy zwolni się blokada chcenia.

Mój znajomy znalazł sposób. Ogłuchł. Psychosomatycznie. Na alegro kupił aparat słuchowy i tylko gdy musi – słyszy.

Sprawa do pozazdroszczenia. Jednak proces głuchnięcia nieprosty, człowiek pomału słyszy coraz gorzej, nic nie rozumie, a cisza zamiast ulgi, jest wręcz zakłóceniem.

Chcę, żeby zamilkli!

Mowa trawa. No, chyba że Kanclerz ogarnie dupę i na serio się zacznie ta epidemia. Ale z nim to cholery można dostać, subordynacja minus zero.

Bella mówi, że wszystkie testy wychodzą właśnie takie. Minus zero. Wszystkie. Na cały szpital. Przypadek? Nie sądzę. Raczej fizyka kwantowa. Gdy krzywa rośnie, choroba znika. Całkowicie. Nawet lekkiego zachorowania. Nawet bezobjawowo. Nosicielstwa. Nic.

Epicentralny cud naukowo-logicystyczny. Materiał na książkę. Żeby jedną! Już widzę ten wysyp pomysłów! Te mroczne twarze w maskach na okładkach! Te super seriozne miny autorów na rewersach! O Boże. Przeżyłem. Zagładę. Mogę jechać nad morze i wdychać jego zapach!

Widziałam na przystanku taki plakat. Mojej ulubionej Gazety. Tej samej, co ostatnio zajumała mi tekst, pocięła go pozbawiając puenty i nie umieściła pod spodem mojego nazwiska. No więc plakat [nie mój tekst] (dałam kwadratowy nawias, żeby wyrazić uczucia), no więc PLAKAT leciał mniej więcej tak: „JAK TO SIĘ SKOŃCZY… pojadę nad morze i będę wdychać jego zapach. Paulina”.

Jaki to zapach, szanowna redakcjo? Morze składa się z wody i wodorostów, a to wali procesem gnilnym. Albo rybą. Albo w ogóle nie pachnie, a kropelki wody z rozbitych fal stanowią wilgotność powietrza, nie woń. Może warto pojechać do Zoppot, zanim się utwór napisze?

Ja byłam.

Widziałam niebo.

I fale, które razem, w jednym rytmie podążały ku mnie.

Pachniało goframi.

Nic się nie skończyło.

Nic się nie zaczęło.

Łuk widnokręgu biegnie w nieskończoność…

Zoppot, Noemi Susenbach