La bambola

Śniły mi się perły.

Sznur nieskończony, płynący wzdłuż dekoltu, przez linię brzucha, aż do kolan. I ten mleczny blask, delikatność blada, czystość, niewinność.

Perła to prawda w muszli pozorów. Prawda jest czysta. Prawda to miłość, zachwyt, pierwszy pocałunek. To nieprzespana noc, wiersz miłosny.

Prawda to głęboko ukryta w zawiłości świata ty. Ta najprawdziwsza, zapłakana, zakochana. W lekkiej sukience, z rozmazanym tuszem, wpatrzona w dal, gotowa rzucić wszystko dla jedynego sensu tego życia – miłości.

Z miłości została ci tylko perła. Święto wśród mozołu codzienności. Święto ma włosy jak anioł i oczy zrobione ze światła. I jest taką tobą, tylko że do potęgi. Płacze nieustannie, jakby zapomniało, że święto nie jest codzień.

Ale ono przecież jest! Jest i jest! Nie ma dnia, co tam dnia – nie ma chwili wytchnienia od tego cholernego święta! Ściskasz swoją małą perłę w dłoni i marzysz o tym życiu sprzed miłości, kiedy byłaś tylko ty od początku do końca, zamknięta w sobie dla siebie, jedyna, najważniejsza.

Też jestem perłą. Świętem. Nie ma dla mnie codzienności. Płaczę w każdej chwili i w każdej chwili śmieję się tak, że chciał, nie chciał – śmieje się ze mną cały świat. Jestem chodzącym obrzędem. Rytuałem, tańcem. Piosenką wyśpiewaną po rosyjsku. Albo po włosku, proszę bardzo:

Tu mi fai girar, tu mi fai girar, come fossi una bambola…

Perła. Autor Nieznany

Pani K.

Znać, że koleżanka Pana Demonium?

Gdybym była Ammą, rzekłabym „po moim trupie”. Ale na szczęście śmierć mnie nie dotyczy.

Chyba że mała.

Wracając do Pana Demonium: nikomu go nie oddam. Koniec tematu. Żadnych wymianek, zamianek na inny klejnot, żadnych tańszych kamieni. Cokolwiek bym na jego miejsce przyjęła, miałoby imię: Pani K.

Nie ulegam. Droga „koleżanka” nigdy więc koleżanką nie będzie, mało tego – w ogóle jej nie będzie. Pamiętacie Enemwu, Nieistniejącego Męża Wifi? Pierwszy bohater literacki, którego nie ma. Pani K. jest pierwszą taką bohaterką. Przywitajmy ją należnym nieistniejącym bohaterom milczeniem. I nie wymagam minuty, wystarczy sekunda. Sekunda milczenia to już coś, zwłaszcza w dzisiejszym świecie.

Diamenty. Dlaczego: are a girl’s best friends? Bo są. Ich istnienie jest prawdą. Prawdą, aczkolwiek mniej korzystną jest także ich brak. Druga sytuacja jest bardzo daleko od OK. Nie wiem, czemu tyle kobiet się na nią zgadza.

Żeby nie było (bo zaraz będzie!): – inne kamienie też się liczą. Szafir jak najbardziej. Rubin. Szmaragd. Rzecz w tym, że są to kamienie drogocenne. A drogocenne, znaczy: DROGIE. Zwłaszcza dla niego.

Dobry przyjaciel to ten, który powie prawdę. A Pan Demonium mówi bezustannie. Gubisz diamenty, gubisz przyjaciół. Fakt. Ale przecież jubiler wyjaśnił. On się czyści. Odrzuca kamienie, które nie pasują. I bardzo dobrze. Czyż można się doszukać sensu w noszeniu nieczystych diamentów? Na cholerę dźwigać kaprawe towarzystwo?

Jeśli bym oddała Pana Demonium, nic więcej bym się nie dowiedziała. Tkwiłabym z Panią K. w brązowej strefie i tylko to widziała, co w brązowej strefie bywa.

Nie diamenty.

Pani K. Noemi Susenbach

Znikające klejnoty

Pan Demonium – wysadzany diamentami zaręczynowy pierścionek z rubinem – wciąż gubi kamienie. Subiekt, który je uzupełnia, tłumaczy, że to normalny proces. Że on się czyści. Być może. Ale moja teoria jest inna.

Od dawna już mam do czynienia z tak rozkapryszonym precjozum. W postaci Ammy. Jest to ten typ charakteru, który gotów wypstrykać się z własnej wartości tylko po to, żeby się z nim nieustannie cackano. I teraz w kółko problem, bo przez wnękę międzywymiarową się trzeba przedzierać, tam zaraz o maseczkę afera, cyrk. Bo przecież nie wystarczy być. Spokojnie sobie lśnić, nic nie robić, trwać, zachwycać? Nuda. Tu potrzebny jest pisk, żal, dramat, epidemia.

Bad, bad news

Universe is gonna lose.

Od kiedy mam Pana Demonium, dzieją się rzeczy wszeteczne. Nikt nie widzi związku? A imię? Nie muszę wszak stałym Czytelnikom tłumaczyć, kiedy się pojawił i co się potem stało. Tymczasem on wciąż się sypie! Wciąż gubi brylanty, jakby wysyłał znaki tajemne, że to jeszcze nie koniec, to jeszcze nie TO.

Przyszedł Szatan Kometa. Obejrzał klejnot i mówi, dajcie spokój. To jakaś klątwa, przekleństwo. Trzeba go oddać subiektowi i w zamian kupić, kochani, bursztyn.

Mnie od razu oczy błysnęły. Plan został więc zatwierdzony, a było to dawno. Podkreślam, że było to dawno, jakiś czas temu. Proszę zwrócić uwagę. Dwa pewniaki. Chęć posiadania nowości i ogólna zgoda co do słuszności decyzji.

I nic.

Pan Demonium nadal się szczerbi z mojego palca. Za cholerę nie mogę się przedrzeć przez wnękę wymiarową, za diabła nie mogę spełnić planu. Powody są różne. Ale największy, najpoważniejszy, najbezwzględniejszy z nich to to, że mi się nie chce. Nie chce mi się łazić po żadnych głupich galeriach, żadnym rozhisteryzowanym ochroniarzom nie chcę odpowiadać na pytanie: gdzie maseczka? Ba. Nie chce mi się nawet palca pokazywać.

Ostatnio wymyśliłam, że będę nosić hidżab. Kultura pokazuje wyraźnie, że to skutkuje dystansem. Nie podejdą, będą się bali ISLAMU. Dla mnie: bomba. Nomen omen. Przez ułamek sekundy nawet kombinowałam, jaki kolor chusty itd. Z rozbawieniem wyobrażałam sobie, co by powiedział Czerwony Wędrowiec widząc mnie w hidżabie.

Ha, ha, ha, ha, ha.

Przepraszam, ale nie mogę.

Ha, ha, ha, ha, ha, ha.

Zrobiłabym sobie selfie, serio. I wysłała.

Ha, ha, ha, ha, ha.

ISLAM.

Fala upałów odwiodła mnie jednak od tego rozwiązania. Wpadłam więc na inne. Ochroniarz już, już chce się dowalić, a ja tymczasem płynnym włoskim odpowiadam, że non capisco, nicht verstanden. Prawdopodobieństwo, że ochroniarz zna jakiś język jest nikłe.

Ale i tak nie poszłam.

Nie ruszę się stąd, dopóki nie zgadnę, o co chodzi tej nieutulonej dzidzi. Może właśnie o to? Może przenikanie zimnym światłem jest celem? Lodowata energia spolaryzowanego węgla mrozi moje emocje, fraktal symetrycznych wiązań zamyka mnie – rozedrganą – w krysztale. A sypiące się kamienie mówią: JESTEM. Bo gdyby się nie sypały, kto wie, może już bym o nich zapomniała? Na umywalce zostawiła w Sopocie, jak tamten dziecięcy pierścionek, co był tak maleńki, że wpadł do zlewu i popłynął hen, daleko w nieodgadniony rejs?

Dostałam go przed laty od Czerwonego Wędrowca. Kupił na straganie przy plaży. Pierścionek miał oczko bursztynowe i srebrne płatki wokół. I kilkuletnią, pyzatą właścicielkę. A potem: rozrywające serce pożegnanie.

Spieszmy się kochać klejnoty, bo tak szybko odchodzą.

Znikające klejnoty. Noemi Susenbach

Biegnij.

Mało komu się udaje. Ofiar jest sporo, sporo jest też takich, co stają pośrodku drogi i sparaliżowani strachem, zastygają w bezruchu. Niektórzy jednak, zaintrygowani majaczącą w oddali obietnicą odpowiedzi – biegną.

Biegną co tchu, choć dech odbiera to i tamto i jeszcze tamto… o Boże, ile tego!? Znikają mgły i dywany, zostaje już tylko to, co pod nimi i to się chyba wije i to chyba krzyczy, a to i tak nic, bo nawet jeśli się wije i nawet jeśli krzyczy to przecież nie jest jeszcze tak czarne i tak straszne jak tamten cichy płacz…

Mogłabym nic nie pisać, mogłabym nic nie robić, mogłabym się zamienić w kamień, najlepiej: w diament, bo to najczystsza forma węgla, który przestał wreszcie być taki zajebiście aktywny i nie wiąże już nic, absolutnie nic poza samym sobą. Mogłabym.

Mogłabym karmić kruki. Szaman gdzieś przeczytał, że to bardzo wdzięczne zwierzęta. W zamian za karmę przynoszą śrubki i wkrętełka. To by się przydało. To by było dobre.

Biegnij.

Sztuka polega na tym, żeby biec tylko tymi drogami, których się nie zna. I nie bać się.

Nie bać.

Biegnij. Noemi Susenbach

Wysoki Sądzie

Nie mam nic. Wszystko, co miałam, zabrał mi mój były – Wąż. Jestem lżejsza od kartki papieru, nie trzeba więc robić ze mnie samolocika.

Sama latam.

Byłam w urzędzie, żeby zrezygnować ze śmieci – nie będą mi już potrzebne. I jeśli chodzi o te wszystkie pisma z ZUS:

Szkoda na nich brzóz.

Jestem lżejsza od kartki papieru.

NIE.

Chwila, w której człowiek pojmuje, że nie jest w stanie kłamać choćby przez ułamek sekundy – jest straszna. Ten moment konfrontacji z samotnością i ta kategoryczna, nieustępliwa prawda mają w sobie coś z przemocy. Potrzask. Klatka. A jednak wolność!

Wolność, której istotą jest absolutna, nieubłagana autonomia. Stan bez podpórek. I żadnych więcej kompromisów, żadnej ustępliwości, żadnego grania w czyjąś grę. Żadnego zgadzania się na pierdolenie o niczym, żadnego udawania, że nie wiem, podczas gdy przecież wiem.

To jest właśnie ta chwila.

Cisza, jak w górach. I jak okiem sięgnąć, pusto. Przepaście bezdenne, ostrza szczytów, chmury, chmury, chmury. No i, oczywiście, deszcz.

Burza z piorunami! A ja sama. Może nie sama, bo jednak Szaman targa plecak. Ogólnie z Szamanem jest zawsze wygryw, bo on nie tylko targa plecak, ale jeszcze w międzyczasie skonstruował rower elektryczny oraz spadochron w razie jakby co.

O Arce Noemi nie wspomnę. Bo w górach jesteśmy, nie na morzu. Chociaż na morzu też, oj, na morzu też. W odmętach Oceanu Pomarańczowego pływają zwłoki „przyjaciół”.

– NIE.

To podobno pierwsze słowo Eve. Mnie aż tak nie rozpieszczano. Małych śmierci się nie rozpieszcza. Małe śmierci zgadzają się na wszystko, bo małe śmierci przepraszają, że żyją.

Przychodzi jednak dzień, gdy mała śmierć przestaje być już taka mała. Owszem, ma w sobie tę dziecięcość, zabawne dreptanie i pajacowanie w ogrodzie. Ja po prostu nie mam wzrostu. Ale w środku jest stalowy trzpień, kościotrup z tytanu.

NIE.

To pierwsze słowo dorosłej małej śmierci. Przeszło przez ściśnięte gardło. Wybrzmiało. Jest na świecie.

I już nigdy na tym świecie nie będzie tak jak przedtem.

Ocean Pomarańczowy, Noemi Susenbach

Francesca

Siadam do pisania wyłącznie dla niej.

Skąd się wzięła?

Byłam dziś na włoskim. Laseczka zaordynowała opis postaci. Opisując postać po włosku, równocześnie poleciła ją narysować. Tak powstała Francesca. I nie byłoby sprawy, gdyby nie jej buntowniczy wiek. Otóż od razu afera, że nie będzie siedzieć w jakimś starym zeszycie, chce sławy.

I że na Facebook nie, bo tam tylko stare dziady, Insta też „weź przestań”.

Próbowałam opędzić to wysłaniem do Belli. Bella od razu stwierdziła uderzające podobieństwo do siebie, poćwiczyłyśmy trochę daby, ale weź rozbaw nastolatkę. Nie wiem, co trzeba by zrobić. Serio. Nie wiem. No jest nastolatką i tylko raz w życiu widziałam mgnienie uśmiechu na jej twarzy. Chodziłam wtedy po mieszkaniu i śpiewałam: „I’M DEATH, I’M DEATH, I’M DEATH”. Z jakiegoś powodu ją to ucieszyło. Algorytmu jednak nie złapałam.

Smutna po włosku znaczy „triste”. Słowo ma w sobie zbyt mało czerni. Czasem trzeba nadawać emocjom imiona. Na przykład: Francesca. Ten rodzaj kamiennej rozpaczy ma tylko ona.

Francesca, Noemi Susenbach

Wymarzony Nekrolog Kubryńskiej

Z ogromną ulgą donoszę, że osoba, której szukacie, nie żyje. I niech to będzie ten rodzaj nekrologu, o którym zawsze marzyła. Kiedy zmarła? W piątek. O piętnastej.

Pogrzebu nie będzie.

Nie będzie też grobu, bo grób to jednak przegryw. Oraz zawracanie głowy. Zresztą nie mam czasu na głupoty. Muszę lecieć.

Jeśli chodzi o prawa autorskie do Dzieł, posiadam je tylko i wyłącznie ja. I niech tylko komuś ręka zaświerzbi, słowo honoru, wyrwę bez litości. Razem z sercem. I korzeniami, jak mawiała Amma. Może nawet nadal tak mówi, dawnośmy się nie widziały. I pewnie nie zobaczymy.

O Boże, jak lekko jest nie żyć! Aż sobie zapalę. Choć rzuciłam. Ziarno mi dopinguje jak może i robi to w sposób niezwykle uroczy:

– Nie pal tego gówna! Zapalmy lepiej czangę!

Dla niewtajemniczonych – czanga to taki hardcore, co po pierwszym machu zabiera we fraktalny kosmos i po piętnastu minutach rzucania o ścianę całkowicie zmienia życie. Mawiają, że autorka, której poświęcamy dzisiejszy nekrolog paliła właśnie czangę.

Ujrzała purpurowy huragan, w który – rzecz jasna – weszła i tyle ją widziano.

Z całego serca polecam.

Wracając do Ziarna. Mamy z Ziarnem wyśmienitą zabawę. Po angielsku nazywa się surfing. W naszym wykonaniu wygląda to tak, że fruniemy na fali gniewu.

Kubryńska mnie zabije. Trudno. Muszę to opowiedzieć, choćby kosztem jej nekrologu. Otóż robię właśnie profesurę z emocji. Na pierwszy ogień poszła moja ulubiona, czyli wściekłość totalna absolutnie na wszystko, Furia Mać. Paliwo życia. Płonąca lawa. Wybuch na Słońcu. Temperatura kipienia izokadmu.

Pazur tnący skórę antylopy.

Czerwona fala.

Gniew.

Wpadłam do Kancelarii na pierwszej sile uderzenia. Jakaś baba kupowała wino. Wymiotło ją w ułamku sekundy. Jeszcze się opierała przy lodówce, że coś prrossecco. Ale nie dała rady. Na progu jęknęła jeszcze do widzenia – bez odpowiedzi.

– Co się stało?! – rzucił się ku mnie Ziarno chcąc cucić, nie wiem, ratować, a może nawet zabić w obronie własnej? Próbowałam zaczepić się o coś stałego, ale było tylko wino. Zdążyłam wykrztusić, że to raczej ja go zabiję, ktoś na pewno zginie. Nie zdążyłam jednak podać przyczyny, gdyż wszedł typek w okularach. Nazwijmy go: Typek. No więc wchodzi Typek, Ziarno ma w oczach przerażenie, ale nie że zginie, tylko z lęku o Typka. Ogień we mnie kipi, szaleją demony. Zza tego pożaru jednak widzę światło. Ktoś mi wysyła sygnały, proste i logiczne komunikaty jak postępować.

Jak postępować, gdy wpadasz z awanturą i jednocześnie wchodzi Typek?

NIE ZABIJAĆ TYPKA.

Jak nie zabić Typka? Jak to zrobić?

WYJŚĆ.

Ja pierdzielę, ogień we mnie, a ja mam wyjść?!

TAK.

Wychodzę posłusznie i idę przed siebie. Idę jak żołnierz, umięśniony młody bóg, który całą swoją boską energię skierował w POSŁUSZEŃSTWO. Ale mi się idzie! Ale jak!!!

Równo. Mocno. Kategorycznie. Jakby każdy krok był ciosem. Oczywiście wymierzonym Ziarnu. Nie. Typkowi. Nie. Tej babie od prrossecco? NIE.

Pipi.

Zabijam ich wszystkich. Kill’em all.

Tortury trwały do drugiej poprzecznej. Ziarno wyleciał w pogoń na mojej Nemezis. Bał się, ale ją dosiadł. Cud, że go nie zrzuciła.

– Co się stało, Jezus, Sylwia!

– Mam na imię Noemi, debilu.

A on, że sorry, wszystko mu się popieprzyło, bogowie się pokićkali, co się, kurwa, dzieje, koniec świata jakiś, a ja że weź się ogarnij, a on, że nie może, a ja że musisz, a on że dobra.

– Wszystko, co miałam do powiedzenia, już powiedziałam na tym spacerze!

– To weź powiedz jeszcze raz, bo mnie to interesuje!

I tak oto po raz pierwszy w życiu rozmawiałam z człowiekiem, na którym mi zależy o tym, czy warto poświęcić życie na skakanie z Zieleniaka – bez żadnych nerwów. Emocje nie wchodziły w grę. Ogólnie, po co są emocje? Dla zabawy.

Dla energicznego spaceru. Dla histerycznego śmiechu. Dla pisku na widok pająka. Dla fontanny łez. Dla bujania się na huśtawce po niebo, pod same obłoki CZUCIA.

Nieżyjąca autorka stanowiła emocje.

Pomachajmy jej z daleka.

Ogień, Noemi Susenbach

O umieraniu z miłości

W życiu mogą przydarzyć się rożne śmierci. Można umrzeć ze śmiechu. Z nudów. Straszliwy zgon. Możliwe jest też umieranie z powodu niepoważnie traktowanej depresji.

Albo z miłości.

Jeśli chodzi o przypadek ostatni, obserwuję pomór. Epidemia pandemiczna ze śmiertelnością sto procent. No, może poza wyjątkami… Wyjątkiem…?

Umrzeć z miłości powinien każdy choć raz w życiu, a właściwie najlepiej raz, bo kolejna śmierć po prostu może zabić.

Mówimy tu o rzeczy turbo poważnej. Szczegóły? Bardzo proszę. Fala rozpalonego izokadmu zalewa serce, z mózgu strzelają potężne dawki halucynogennego koktajlu hormonalno-narkotycznego. I tak oto w miarę rozumny do tej pory człowiek utrzymuje, że zobaczył boga.

Prawdę powiada.

Śmiertelną prawdę. Śmierć z miłości ma bowiem właśnie takie objawy. Problem polega na tym, ze bóg się oddala, ucieka, mami. Nie dzwoni. Albo dzwoni, ale rzadko. Albo jest niemiły. Albo coś tam. Zawsze jest „coś tam”. To coś powoduje, że dotknięta śmiercią z miłości osoba odczuwa dokuczliwe pragnienie tego boga, co go ujrzała. I ciągle jej mało.

Ciągle.

Czy można to przeżyć? Ba. Czasem by się chciało umrzeć! Ale śmierć nie odpuszcza. Trzyma za gardło i dręczy. Konanie jest tym straszliwsze, im dłuższe. A to się ciągnie w nieskończoność.

Przyznaję, zawiły temat. Rozwiązanie? Banalne. I jak we wszystkich chorobach cywilizacyjnych – nie stosowane. Swoją drogą, wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, jak w kwestii medycyny ludzkość splątała najprostsze sprawy. Bella już mnie chciała operować. Operować! Skalpel, krew, znieczulenie. Zatrzymanie akcji serca. A mnie nic nie dolega! Mało tego, jestem nieśmiertelna!

Pytania – do Belli. Tymczasem wracam do śmierci. Bo jest w niej haczyk. Sama śmierć, jak wiecie – przesympatyczna koleżanka. Można konie kraść. Osobiście uwielbiam. I od rana kombinuję, jak ją wyciągnąć z Prossecctorium. Dziś bowiem składamy Nemezis Białego Kruka i chciałabym z nią polatać w przestrzeniach. Ze śmiercią, oczywiście, najlepsza zabawa. No więc, jak zatrzymać ten niekończący się horror męczarni?

Jak uwolnić miłosną śmierć?

Rozwiązanie.

Bóg jest tylko jeden. A jeśli bóg jest tylko jeden – kto jest bogiem? Wystarczy wskazać właściwą osobę.

A potem pójść na rower.

Śpiew syreny

Na arce nagle tłoczno! Po pierwsze Eligiusz. Poeta ze wschodu. Chce, żebym pisała do prestiżowego pisma literackiego i na razie powodów do odmowy brak. Wkrótce więc świat usłyszy o duecie Noemi&Eligiusz i będzie to duet ściśle egzotyczny. Morderczo przystojny facet o niebieskich oczach. O imieniu takim, że zabij. Więcej napisać nie mogę, bo mnie z kolei zabije Szaman.

Opowiem wam o syrenie.

Pojawiła się zaraz po Eligiuszu. Wyskoczyła spod fal oceanu. Najprawdziwsza na świecie, mokrooka, olśniewająco piękna, rosyjskojęzyczna. Ma na imię Nadieżda. W skrócie Nadia. I tak jest podobna do Eve, że ta aż w łóżku zaległa. Z tym że Eve po niemiecku gada.

Szaman z kolei po hiszpańsku. I po angielsku jeszcze.

– Cały czas zapominam jak jest lodówka. I to nie tylko po polsku – wyznał ostatnio wśród tej kakofonii lingwistycznej, i można to zrozumieć. Ja mam problem z widelcem, na który od zawsze mówię długopis, być może dlatego, że pisać zaczęłam wcześniej niż jeść.

Wiłka! – niezwykle uprzejmie zaśpiewała Nadia z odmętów i zatrzepotała rzęsami. Tak przymilnie to zabrzmiało, że na śmierć zapomniałam o Maweraszii i z miejsca zaproponowałam browar. Tak, wiem. Bułhakow padłby trupem. Królowa nie pije wódki, tylko czysty spirytus, a ja tymczasem podaje syrenie piwo! Czeskie! Trzy procent!

Trudno. Z naszej dwójki (ja i Bułhakow) – tylko ja żyję. I to ja będę ustalać zasady. A zasada jest taka, że nie ma zasad. I to ustaliwszy, wyjęłam wędzoną makrelę. A właściwie: chciałam wyjąć, bo jak to z zagryzką bywa, chce się ją podać, ale jakoś tak pilnie człowiek piciem zajęty, że nie ma czasu.

Nadia po pierwszym jęła tańczyć. Po dwóch zalała się łzami. A potem zaśpiewała, a śpiewać to ona potrafi. Że miała ukochanego, ale ukochany był z innego świata i choć kochał ją bardzo, a właściwie dlatego, że kochał – by jej nie na lądzie nie pętać – odszedł. W siną dal.

I nawet, gdy kochaś odchodzi gdzieś w dal

To zawsze komuś tam go żal…

Teraz sytuacja jest czysta. Woda bezkresna, życie wieczne. I skoki nad taflą turkusu. Nadia przełknęła kęs niepodanej ryby i pociągnęła nosem. Może znajdzie się ktoś, kto jest taki jak ona?

– No, kochana – zaczęłam głosem ciotki „dobra rada”. – Maja darogaja. Figluj spokojnie, wsio słożitsja. Skoro nie chciał nauczyć się pływać…

– Pływać może by się nauczył! – chlipnęła syrena. – Ale latać już nie.

I na dowód problemu fiknęła poczwórne salto nad rozchybotanym kioskiem Ziarna. Po trzecim piwie, zaznaczam. Aż No przyleciała. Popatrzyła z uznaniem, a trzeba wiedzieć, że to się rzadko zdarza.

– Syrena – stwierdziła i zamurowała emocje. Liczy. Przelicza. Sprawdza. Znika. Pojawia się znów, ale na moment. Zostawia niebieskie pióra. Jej gniazdo ma w sobie dynamikę, nawet bez No. Lubię w nim być, gdy jej nie ma. Siadam w samym środku, w epicentrum huraganu. Wokół wszystko frunie, a ja nietknięta podmuchem, stanowię Wicher.


Noe&Eve, Noemi Susenbach

Napisałam do tego pisma! Napisałam o kobiecych sztuczkach!

Temat mi podał Eligiusz. Ten niebieskooki…

Dość!

Śniła mi się zasłona. Kurtyna. Kurtyna jest zwykle ciężka, aksamitna. Czerwona. Moja była lekka, biała, jedwabna.

Perłowa?

... jak pończoszki…

(…?…)

[!!!]

.