Pranie typa pod żabką

Wracam z pipiurodzin, uber za sześć minut. Pusto i głucho. Z jednej strony Motława, z drugiej żabka. Zamknięta, bo późno. Sześć minut niby niedużo, różne się jednak rzeczy dzieją w o wiele krótszym czasie. Tak więc stoję na moście, patrzę na rzekę i kątem oka widzę, jak idzie.

Gęba na czarno zasłonięta maską, Dobry ma pretekst, łachudra. Wzrok wiadomy. Zero wahań, zero pytań, roszczenie. I wprost do mnie podchodzi. Obok staje. Za chwilę zagai. A zagajenie to pat. Narzucenie relacji. Odpowiesz: agresja. Nie odpowiesz: agresja. I lepkość zbyt silnych dłoni.

A mogłam z domu nie wychodzić! Grzecznie siedzieć potulnie i taka ładna nie być! Mogłam. Ale, jak wiadomo, nie używam czasu przeszłego, dlatego jest jak jest: Houston, mamy problem. Otom cholernym Kapturkiem. A wilk jest tak blisko, że słyszę jego sapanie.

W moskiewskim ZOO pewien kozioł przyjaźni się z tygrysem. Psycholodzy twierdzą, że ta anomalia ma miejsce z braku lęku. Lęk. Emocja samobójcza. W mojej sytuacji: zabroniona. Typ jest wielki, groźny i bezczelny. I czeka na mój strach. Zanim więc go usłyszę, szybko wyciągam telefon, dzwonię do Szamana i mówię głośno, tak głośno, żeby było wiadome:

– Jakiś typ koło mnie stoi i ewidentnie coś chce.

Szaman mi nie pomoże. Nie zdąży. Ale brzmi jak powinna brzmieć policja. Mocnym krokiem więc ruszam. Dokąd? Pod żabkę. Tam są kamery.

Napastnik kamfora. Zapada się pod ziemię. Mam jeszcze cztery minuty. Niby niewiele, lecz nie takie rzeczy się w cztery minuty dzieją. Oho! Jednak. Uznał, co mu kamery, zamaskowany jest. I wyłania się z mroku. Idzie przez most. Nie odpuszcza. Tym razem się spieszy. Na ulicy nikogo. Tylko czarne bramy. No i to światło z żabki, jak płomyczek w tunelu. Nie przerywam rozmowy, ostentacyjnie go obserwuję.

Tuż, tuż, przechodzi blisko, omija mnie, wraca. Czeka, aż skończę gadać. A ja do komórki: tak, tak, wraca. Kręci się wokół natrętnie. Wygląda tak i tak. W takim a takim miejscu. Ulicę, adres podaję.

I w oczy patrzę.

Wkurwiona.

Gdzie mój lęk? Schowany pod ziemią, na sto spustów zamknięty, z kneblem, drutem związany? Nie. On nie ma smyczy i nie ma kagańca. Stoi przy nodze jak pies. I bez pozwolenia nie drgnie. Budzi się co innego. Stara, znajoma furia. Oj, z furii mam doktorat. I gdy napastnik znów chce się otrzeć – nie odkładając słuchawki (wszak się łączę z kosmosem), nie odrywając wzroku (wszak obecność kluczowa) – spuszczam mu takie… taki…

Miałam nie przeklinać.

Czy są tam kamery, nie wiem. Jeśli tak, to Oskar. Najlepsza jest scena końcowa, gdy podjeżdża uber, a ja w tych butach ciężkich, co ich tak panowie nie lubią, wlatuję lekko do środka.

Pranie typa pod żabką. Noemi Susenbach

Because of you

Szaman wypłynął w morze. Zanim wypłynął, zrobił coś, co wprawiło mnie w stan osłupienia. Zgolił brodę.

Na taki trzydniowy zarost.

Pytań, które się nasuwają po takim akcie jest bez liku. Wątki cisną się masowo, a że jest ich właśnie tyle, żaden nie przeciśnie się przez zdławione gardło. Przemilczałam sprawę i teraz nie wiem, od którego, pozostawiona w ciszy mieszkania Wió, mam zacząć. Może od podania danych?

Moja galaktyka nazywa się Strzyża, znajduje się w konstelacji Wrzeszcz w gwiazdozbiorze Gdańsk. I chciałabym, żeby powiedział to jakiś Niemiec.

Tymczasem chodzi o to, że w tej konkretnej galaktyce panuje moda na brody.

Do pielęgnacji bród przeznaczone, gęsto upchane po okolicy salony, a raczej STUDIA trychologii oferują nietanie usługi, dzięki którym mężczyzna może naprawdę powiedzieć o sobie, że jest mężczyzną. A przynajmniej tak wygląda. W sensie: dokonuje starań. Aby wyglądać. Jak mężczyzna.

Mój Boże, dane! Dane! Szaman nie pielęgnował brody w studiu, dawno miał brodę, od początku ludzkości miał brodę i gwizdał na kwestię jej strzyżenia. Oraz śmiał się. Ale rzadko, bo przecież prawdziwy mężczyzna nie śmieje się za bardzo. Półuszkieszkiem najlepiej. I tak, żeby nikt nie widział.

A dziś, przed wyjazdem DO ROBOTY ściął brodę. Ostrzygł. Wypielęgnował. I wygląda tak, że budzą się we mnie wszystkie demony naraz.

Nienawidzę każdej baby, która na niego spojrzy.

Ziazio. Noemi Susenbach

Idę do Ziarna.

Arka Noemi

Miejsce zdarzenia: Ocean

Narzędzie zbrodni:

?

Zadanie brzmi: żadnych emocji.

Tylko fakty.

Czy ktoś zginie? Ba! NIE WIEM. Zmieniam się w kronikarza i opisuję, co widzę. W czym, jak się okazuje, siedzę. Po samiuteńką szyję.

To przez Bellę. Przez to, że jest lekarzem. A ja w samym środku załamania nerwowego trafiam w jej ręce.

– Emka czy kwas? – pyta Leo, gdy mnie przywozi na sygnale. Już chcę odpowiedzieć, gdy on tymczasem, że chodzi o Szamana. Po czym znika w prrossecctorrium, wraca ze szklanką, a że jest lekarzem: żadnych protestów.

Piję, płaczę, że zdrada to zbrodnia i dlaczego mężczyźni to robią?! Z tym, że bardziej kwieciście.

Nagle spokój, robi się jaśniej, kręcąca się po prrossecctorrium Carolina podsuwa, że przecież kobiety też są spoko. I robi się nawet zabawnie. Z sufitu spada olbrzymia kropla Oceanu Pomarańczowego, rozbija się o podłogę, z kropli wyskakuje duch Belli i śpiewa nieprawdopodobne historie. Że fili-fili, powinnam być niezależna jednak. I że jestem bioinżynierem. I że przecież ciekawie jest pracować naukowo. Coś odkrywać, badać.

A potem zgarniać profity, bo czemuż by niby nie?

Mówisz i masz, odpowiada Los i dziś oto dzwoni sama Bella w najczystszej z realnych postaci.

Biorę udział w projekcie naukowym. Moją rolą jest spisanie eksperymentu psychologicznego. Dane mam dostawać na bieżąco. Zaczynam w poniedziałek.

Szaman od razu, że to pewnie na myszach. Albo szczurach.

Ale ja myślę, że nie.

Inaczej nie byłoby to ŚCIŚLE TAJNE.

***

Jestem Noe

Zamiast statków* wolę

Rżnąć epistołę.

* SZAMAN

wie o co

KAMAN

Arka Noemi. Noemi Susenbach