One

Przeszłość to pełno zakamarków, przyszłość: niespodzianek. Niewiele się od siebie różnią, ale najbardziej łączy je jedna rzecz. Obie nie istnieją. 

Istnieje tylko TERAZ, więc zimno jak na Plutonie. Albo na Jowiszu. Gdzie podobno jest woda. Są teorie, że człowiek (ziemianin) nie jest jedyny w kosmosie, w co faktycznie wstrząsająco trudno uwierzyć. Tak samo niepojęte jak to, że człowiek nie jest jedyny na Ziemi. 

Lub na drodze krajowej. 

Wata cukrowa

Mam za swoje. Oprócz psioczenia na nieustępujące chłody, od trzech dni budzę się z bólem głowy. I to jest dopiero Dzień Świstaka. 

Marudzenie. Niby ma swoje zalety. Można nim sprawnie wypełnić lukę w rozmowie, szybko sprowadza do może niezbyt odkrywczych, ale ochoczo zgodnych wniosków, że do dupy wszystko. Jest jak papieros: zbliża nawet obcych, pozwala na przerwę w życiu, pozornie daje oddech. Pozornie, bo oddech jest to czarny, smolisty, toksyczny i śmierdzi. I jedyne, czego się można po nim spodziewać, to rak. 

Bliskim krewnym marudzenia jest martwienie się. W tej dyscyplinie przoduje martwienie się o kogoś, cudowny sposób na pomnożenie zła. Martwię się o ciebie, czyli w mojej ocenie idzie ci fatalnie (lub niechybnie pójdzie!), lecz zamiast pomóc, wolę spieprzyć ci humor.

I teraz ty też się martw.

Tymczasem słońce świeci, ptaki śpiewają, na błękitnym niebie formuje się chmurka, co wygląda jak wata cukrowa, dziecięcy prezent na pierwszy dzień wiosny. 

Teraz

Śni mi się symbol z zegarem. Mój pokazuje godzinę dwunastą, innych – godzinę do przodu. Być może chodzi o czas letni, ale chyba raczej o przeszłość, w której, według snu utknęłam. I nic tu nie da unikanie czasu przeszłego, jeśli nie wygrzebię się z jego perspektywy. 

Ciało mnie ratuje. Wyciąga z siebie igły i haki, każe się odżywiać, spać i śnić jak najwięcej, wiosna, półpiętro, balkon, słońce. Deski na tarasie. Przylaszczka w ogrodzie. Morela w dłoni. 

Nie dostrzegam atrakcyjności w życiu towarzyskim.
TERAZ. 

Lubię samotność.
TERAZ. 

Pragnę latać.
TERAZ. 

Więc zawsze. 

Między celem a parapetem

Boże, nareszcie. Oddech uwolniony, skrzydła rozpostarte. Kości z siebie wyplątane. Siedzę na parapecie gotowa do lotu i obserwuję cel. Warto mu się przyjrzeć. Brak gotowości na spełnienie marzeń może być problemem. 

Między celem a parapetem rozpościera się droga. Najważniejsza część planu. Raz, dwa trzy, wybierasz ty. Zero jeden dwa, jednak wybieram ja.

Dzień to, czy noc? 
Słońce, czy Księżyc? 
Światło, czy bezlitosna czerń?

Między celem a parapetem. Noemi Susenbach

Symbol śmierci

Czekam na koniec tego miesiąca z upragnieniem godnym refleksji. Czy chodzi o zimę, której dedykowany jest styczeń, jakoby luty miał przynieść zrazu wiosnę? Czy może tkwi w tym oczekiwaniu nadzieja na kres:

  • Epidemicznej maskarady?
  • Żywota baby z góry?
  • Świata?!

Wyglądając apokalipsy, codziennie chodzę do lasu. Mam tam swoją polanę na wzgórzu, skąd widać wieżę kościoła. I choć to blisko miasta, ostatnio słyszę kruka. Uszom nie wierzę, zadzieram głowę, a ten krąży nade mną prezentując ogromne, czarne jak smoła skrzydła. Nagle kieruje swój lot w stronę sterczącego z wieży krzyża. Ląduje na nim. I śpiewa żałobną pieśń. 

Z chrześcijańskich mądrości można się dowiedzieć*, że kruk na wierzchołku domu zwiastuje temu domowi rychłą śmierć.

To ma sens. 


* Słownik symboli, Władysław Kopaliński. 

Symbol śmierci. Noemi Susenbach

Pegaz

Sytuacja wygląda tak. Siedzę w fotelu, sączę ze szkła, pykam z cybucha oraz słucham muzyki. Dyskoteka z lat nastoletnich, coś pięknego. W głowie cudowna pustka. Noc za krótka jak moja sukienka. Nic nie poradzę, że skrzydła mam piękne. Nic nie poradzę.

Jestem Pegazem. 

Pegaz. Noemi Susenbach

Skrzydła

Ten popiół jest we mnie. Tkwi w szpiku kostnym, w osi istnienia. Lekki jak puch pisklęcia, które wykluwa się z jaja. Skorupa nie pęka od razu. Opór wywołuje pierwszą w życiu emocję. 

Lęk. 

A co jak nie pęknie!? Przecież nikt nie mówi, że pęknie. Gorzej: nikt nie mówi nic i właściwie nie ma ma podstaw, by przypuszczać, że ktoś w ogóle istnieje. 

Ale skoro nie istnieje, to skąd u diabła wzięło się to jajo, skąd to, co zza jaja, po mozolnych uderzeniach dziobem, wreszcie wyziera?

TAKIE WIELKIE.

Skrzydła. Noemi Susenbach