Małe życie

Pamiętacie, jak mówiłam, że Pan Demonium się sypie? Zgubił w sumie cztery diamenty. Subiekt kulił się, jak kolejny raz wchodziłam z reklamacją (to było jeszcze grubo przed zarazą), ale zachował zimną krew. W tej chwili jest ze mną (Pan Demonium, nie subiekt) i milczy. Nic więcej nie chce powiedzieć. Rozumiem go. Najważniejsze już wiadomo. Chociaż czuję, że to nie wszystko. Że to dopiero początek.

Preludium.

Tymczasem na mojej Arce nadal wieje pustką. Owszem, mam dobre informacje: dwie osoby dołączyły do mojego kursu. Jedna z nich, Czerwony Wędrowiec, w ogóle mnie nie zaskoczyła. No, może trochę. Czerwony Wędrowiec zwykle przejawiał nietłumioną histerię wobec wirusów i bakterii, miałam więc lekkie obawy, że w obecnej sytuacji zwariował i przepadł w odmętach. Ale nie. Jest na stanowisku, trzyma ster i wygląda na ocalonego. Zajada się czosnkiem i mówi tak:

– Dajcie mi no tu tego wirusa! Czekam! Doczekać się nie mogę! Ha!

Druga postać jest kontrowersyjna. Trudno mi o niej pisać. Zdradzę tylko, że jest nią kobieta. Kobieta tak samo mi bliska jak daleka. Nazywa się Amma.

W chwili, gdy do mojej Arki dotarły wysyłane przez bezkres Oceanu Pomarańczowego sygnały, Amma była w rozsypce panicznej. Usłyszałam, że na mapie świata pojawiły się dwie dodatkowe czerwone kropki i jedną z tych kropek, według Ammy, stanowię ja. To się nazywa wiara w człowieka.

– Spokojnie, Amma, ja już dawno nie jestem człowiekiem. Nic mi nie grozi.

– Chlip, chlip!

Tego rodzaju rozmowa. Tymczasem dziś rano o piątej (!!!) budzi mnie Wifi, a budzi, kochani, łażąc mi po głowie, więc sprawa musi być poważna. Otwieram oczy i stwierdzam dwa fakty. Pierwszy jest taki, że leżę w kałuży gorączkowego potu. Drugi: mam powiększone węzły chłonne.

I teraz analiza. Bo przecież od miesięcy jestem sama jak palec, a raczej: jak trup. Nikt mnie nie odwiedza, z nikim się nie spotykam! Arka pływa samotnie po oceanie, a najbliższe sąsiedztwo pokoju dziennego oddalone jest o conajmniej jedno pokolenie. Jak więc do tego doszło!? Ten niespokojny orzeł: No? Wifi? Szaman? Wszystko wykluczone. Orzeł lata w górze, nie schodzi w rejony ludzkie, z nikim się nie brata, rzadko się odzywa. Do szkoły nie chodzi. Wifi to z kolei kot, zwierzę samotnicze, jeszcze bardziej wyobcowane. Jedyne żywe stworzenia, z którymi ma kontakt to świeżo wyklute sroki. I No.

Szaman z ludzkością ma niewiele wspólnego. Więc kto?

Ziarno! Ziarno się rozsypał, tak jak Pan Demonium się pogubił!

Ale Ziarno też się trzyma z daleka. Pisałam już, doczepił swój kantor do mojej Arki, pływa na dystans i wszelkie drogi kropelkowe między nami toną w Pomarańczowym Oceanie.

Czyżbym stanowiła to zarzewie, które tak trudno jest pojąć? Zarzewie wzięte znikąd? To jak kwestia stworzenia, ta odwieczna zawiłość powtarzana często przez dzieci: „ok, świat stworzył Bóg, ale kto, u diabła, stworzył Boga?!”.

Rzecz prosta, choć niepojęta. A wystarczy narysować koło. Bóg, a raczej świat się stworzył sam z siebie, tak jak ja teraz tworzę sama z siebie nie tylko tę baśń, ale także wirusa, który mnie w nocy atakuje naiwnie i ślepo, bo z motyką na Słońce się porwał.

Niemniej sprawy się komplikują. Bo teraz za cholerę na Arkę nikogo nie ściągnę. Teraz to już nawet nie chcę. Wszak nie lubię tłumów. A do samotności naprawdę da się przyzwyczaić. Tym bardziej, że ludzkość stanowi towarzystwo, jak obserwuję, mało wymagające intelektualnie. A towarzystwo mało wymagające intelektualnie to gwarancja nie tylko potężnej nudy, ale też mozołu. Bo trzeba to ZNIEŚĆ.

Dziękuję bardzo.

A te Chiny to też wiadomo było. Pan Demonium mi powiedział. Zresztą, Ameryki nie odkrył. A potem zaczął się gubić. Zgubił cztery diamenty. Co to oznacza? Na razie nie wiem. Ale się dowiem. Przy okazji, ktoś napisał na Facebooku, że coś tam skandal, bo jakaś baba w tramwaju jechała i zarażała. Rzecz jasna, ten kto to pisał również jechał tym tramwajem, ale za żadne skarby świata przecież nie zarażał, bo jest fajowym użytkownikiem Facebooka, a nie jakąś okropną babą. Najgorsze jest jednak to, że teraz nie wie, czy od baby nie złapał.

Pocieszające jest to, że się dowie.

Ale zanim się dowie, czas stanie. Ten marazm nie potrwa długo. Wkrótce nastąpi wybuch. To dobra wiadomość dla wszystkich żon, które z całego serca codziennie kombinują małą ucieczkę z domu do koleżanki (fitness, depilację, gdziekolwiek!), ale teraz nie mogą, bo kwarantanna.

To też świetna wiadomość dla wszystkich mężów, którzy za każde pieniądze wolą pracować, biegać maratony, trymować brody, niż pobyć z dzieciakami. Tym bardziej, że słowo „pobyć” nie jest niestety równoważne z wypowiedzeniem zdania: „Co w szkole?”

Można by utyskiwać teraz, że straszna szkoda, że nie zauważają, co jest ważne i tak dalej. Bez przesady. Zauważają. Nikt nie ośmieli się przecież podważyć ważności zarostu na twarzy w czasach, gdy osobnik tego samego gatunku depiluje całe ciało do ostatniego włoska. I to JEST ważne.

Niech sobie będzie. Bo małe życie, jak powszechnie wiadomo od kilku dni – samo się obroni.

LOL.

PS. Jeśli chodzi o przepowiednię, chętnie się podzielę. Będzie jak będzie.

PS2. Ewelement! Na śmierć zapomniałam!

Podmiot liryczny nieobecny

Miałam sen.

Serio stosuję przemówienie luterańskie? Człowiek zaskakuje przez całą wieczność. Choć nie mam pewności, czy nadal jestem człowiekiem, szczerze mówiąc mam raczej pewność, że nie jestem.

Do rzeczy. Miałam sen. Śnił mi się Wąż i Józefina. Z nią było jak z tym kotem, czarną panterą, co jej nie ma, choć jest. Bo Józefiny w tym śnie nie było wcale. To znaczy była, ale jako podmiot liryczny nieobecny. Boże, tylko ja tak potrafię zakałapućkać. Jeszcze raz. Śnił mi się Wąż wypowiadający o Józefinie te słowa:

– To NIE JEST TWOJA PRZYJACIÓŁKA.

Obudziłam się. W szarości poranka spojrzałam na frazę i jak to z szarością bywa: szczegółów nie stwierdzono. Obróciłam się więc na bok z myślą, że jasna sprawa, przyjęłam do wiadomości. W razie jakbym się kiedyś wahała – to cudowne objawienie przywróci czujność.

I zasnęłam.

A teraz, uwaga, śni mi się ONA. Idzie obok jak najbardziej obecna. Włosy roztrzepane na jedną trzecią miasta. Tylko jeden zgrzyt. NIE ODZYWA SIĘ.

No to ja kombinuję jakby tu się odezwać. Ale co nie powiem, to zaraz jakieś niepożądane towarzystwo słucha, bo jak to zwykle bywa – ciągną się za mną pielgrzymki.

Też tak macie? Lokal pusty, wchodzę, po minucie tłum. Park opustoszały, wejdę, w moment pięć rodzinek. No i teraz to samo. Chcę być z nią sama, żeby normalnie pogadać, a tu jakieś baby z dziećmi pod nosem się kręcą i niby NIE SŁUCHAJĄ.

I tak ją prowadzę przez te knajpy, parki, aż wreszcie na horyzoncie majaczy las.

Czy my kiedyś byłyśmy razem w lesie?

Byłyśmy!

Pokłóciłyśmy się. Pokłóciłyśmy się o jakąś kompletną pierdołę. Już wiem! Ja coś burknęłam zbyt ostro, a jej się przykro zrobiło. I zamiast przeprosić, to się nadęłam jak, nie przymierzając, kwoka.

Nie wiem, co się teraz kwoki czepiam. Nie jak kwoka, tylko jak ja, ta najtrudniejsza część mnie. Niekochana Nema. To taki skrót od Noemi, której nie ma. Ja mam dużo skrótów. Połapiecie się.

Ciągnę ją więc do tego lasu, bo przecież w lesie się kiedyś pogodziłyśmy po tym, jak się pokłóciłyśmy o nie wiadomo co.

No i się budzę.

Teraz tak. O co chodzi z pierwszym snem? Dane. Wąż coś wygłasza, a ja go słucham. Dobre sobie. Żaden kalkulator tego nie przeliczy, z eksela wywala od razu. Funkcja niepodzielna przez zero. Żadna. A jednak ja tu próbuje podzielić, skwapliwie tę bzdurę przyjmując. Przecież mu się to opłaca, żebym właśnie tak myślała!

A prawda jest taka, że nigdy nie miałam takiej przyjaciółki jak ona!

I wszystko co o niej napisałam, to jedna wielka bzdura wynikająca z potrzeby DRAMATU.

W Nadwymiarze się nie bluzga, ale ja mogę. Kurwa. Mać.

Być może niewiele osób wie o tym, że miałyśmy własny świat, świat dwóch spraw, do którego nie mieli wstępu INNI LUDZIE, bo zawsze, ale to zawsze, jak tylko ktokolwiek tam wtargnął, to go natychmiast obracał w proch.

Kiedyś siedziałyśmy trzy dni na tarasie (jak jeszcze miałam dom) i pryskałyśmy się pryskawką. Mimo czerwca, puszczałyśmy kolędy. Wpadło mi do głowy, żeby zrobić ognisko i na cześć lata spalić wszystkie czapki, ale na szczęście do tego nie doszło.

Basem ogrodowy chciałyśmy zażabić. Bawiłyśmy się w wojnę. Operację mi zrobili w szpitalu i po mnie przyjechała…

Może w Nadwymiarze się nie bluzga, ale ja mogę.

Kurwa mać!

PS. Nie gniewam się za tę schizofrenię. Jestem z niej dumna.

PS2. Nikt mnie tak nigdy nie rozśmieszał.

Gwiazda, której nikt nie widział

Śmierć to tabu, przemilczany temat. Albo odwrotnie: woda na młyn. Można ją przehandlować na tekst w gazecie, albo rozmienić na drobne rzucone księdzu. Użyć. Wykorzystać. Wybory wygrać. Płytę sprzedać. Lajka dostać. Pohisteryzować na tyle, na ile się opłaci. A potem zużytą wyrzucić, wzgardzić. Przykryć foliową plandeką. Zakopać. Zapomnieć. 

A co z poezją śmierci? Co z jej magią?!

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure? Pamiętacie ten mrok, który nikogo nie przerażał, nikomu nie szarzał życia, przeciwnie: nadawał koloryt?

Co z tego, że czarny! Czy ktoś odmówi czerni elegancji? Czy ktoś zarzuci czerni jakikolwiek brak? 

Nie bez powodu istnieje pojęcie ciała doskonale czarnego. W czerni bowiem tkwi perfekcja, tajemnica domknięcia wszystkich barw świata. Czarny to jednocześnie wszystko i nic. Największa gęstość i najmniejsza powierzchnia. Kategoryczność grawitacji. Totalna niewidzialność.

Niedościgniony paradoks słynnego zdania: „ciemność widzę!” do dziś nie został pokonany w dialogach. Każdy by chciał. Każdy by marzył. Być ujrzanym i nie istnieć. Istnieć i być niewidzialnym. Do wyboru, do koloru. Jedynego. Najlepszego. Czarnego. 

Podobno jest taka gwiazda, której nikt nie widział. Nazywa się Nemezis. Jej potężna grawitacja wyrywa z orbit ciała niebieskie, które krążą gdzieś poza naszą świadomością, dopóki wyrwane ze swojego toru nie zmienią kierunku. Być może to właśnie jej znudziło się panowanie gadów i postanowiła zmieść ich z powierzchni Ziemi jednym niedostrzegalnym ruchem woli wyrywając z toru pokaźny meteoryt. 

Czerń Nemezis ma niezwykłą moc. 

Czerń Nemezis ma moc śmierci. 

Hałaśliwa pstrokacizna tandety wyparła z życia szlachetność śmierci. Ludzkość o niej zapomniała. Jakby jej nie było, jakby nie istniała – niczym kolor czarny. A przecież jest. Na każdym kroku. Codziennie. 

Wczoraj, dziś, jutro. 

Byliśmy, jesteśmy, będziemy. 

Umieraliśmy, umieramy, umrzemy. 

Czy ktoś odmówi jej elegancji?

Wieża w ogniu

Ktoś może zapytać, jak Wifi zareagowała na obecność Nuny. Odpowiedź jest oczywista. Wifi zareagowała na obecność Nuny jak typowy kot. Nijak. 

Koty maja osobowość perfekcyjnie odizolowaną od wszystkich innych osobowości. Koty to wyspy nie tylko bezludne, ale też bezkocie, bezpsie, doskonale pozbawione jakichkolwiek wpływów lądy bogate za to w ptactwo, myszy i ważki. Konkretnie: w kocim świecie nie ma nikogo, kto by kotu przeszkadzał.

Gdyby tylko ludzie odrobinę zmądrzeli, mogliby nauczyć się od kotów tego dystansu. Niestety, na wszystko się zanosi, nawet na koniec świata, ale na to, że ludzie zmądrzeją: kategorycznie nie. 

Koty nie przejmują się więc innymi kotami, choćby to były same ocetoloty, czy inne serwiwale. 

Żaden kot nie bierze do głowy tego, co sobie o nim inny kot pomyśli. W jego kryterium wartości nie ma więc miejsca na plotki, a fakt, że w ludzkim świecie istnieje takie zjawisko jak dziennikarstwo (opłacane i to słono opłacane plotkarstwo, które nadaje potężny sens istnienia, wywołuje żywe reakcje, wypełnia czas spotkań, rozmów, a nawet winduje lub niszczy życie ludzkie) – mógłby doprowadzić kota do takich spazmów śmiechu, że biedny by się udusił. 

Na szczęście kot w ramach ekspresji emocji, zdecydowanie wybiera ziew. 

Dlatego właśnie Wifi na widok Nuny ziewnęła, po czym zamknęła oczy i poszła spać. Miała prawo. Dopiero co rozłupała jakiegoś nieszczęsnego gołębia, którego truchło leży teraz pod oknami mieszkania Wió i drażni Sąsiadkę z PP. Sam pies PP od jakiegoś czasu siedzi cicho, ciało gołębia daje mu do myślenia, nie jest wszak dużo od gołębia większy, za to głośniejszy w cholerę. Pamiętajmy też, że pies nie ma skrzydeł. Krótko mówiąc: PP jest w tak zwanej „D”. Nie zadziałało palenie świec żywota, kot wziął sprawy w swoje pazury i dał radę. Cisza jak makiem zasiał. 

Nuna za to chodzi ze mną krok w krok, zwiedza okolicę, była nawet w kawiarni, gdzie ludzkość oszalała na jej widok. No tak. Ludzie szaleją na widok kota, ale za cholerę się od kota nie uczą. 

Ludzie w ogóle się niczego nie uczą, choć w kwestii rozwoju robią histeryczne halo. Organizują warsztaty, sympozja, wykłady. W tym celu muszą przede wszystkim wydać kasę. Człowiek musi wydać kasę, żeby ujrzeć sens w czymkolwiek. Zapaćkać internet ogłoszeniami. Zdjęć napstrykać. Dyplomów nadrukować. Pooznaczać się ze znajomymi. Plakatów, ulotek, reklam narobić. Nie mówiąc już o czymś takim jak gadżety. Catering. Pokazy akrobatyczne. Hotele pięciogwiazdkowe. Baseny. Sauny. E tam, baseny, sauny. Zajęcia fitnes! Odchudzanie! Oczyszczanie jelit!

Mindfullness.

Kołczing. Srołczing.  

Wegejogozen.

Kiedyś miałam okazję być na czymś takim. Nazywało się to Kongres Kobiet. Feministyczny zjazd w celu pitolenia o sprawach, które tak naprawdę wszyscy mają dokładnie tam, gdzie jest PP. Zjechało z wielkich miast redaktorek i innych celebrytek tłum. Każda hotel za kupę szmalu dostała. Wino, kolację i diabli wiedzą co jeszcze. Telewizja, gazeta, zdjęcia na ściankach. Szumu narobiły, a kobiety jak klepały patriarchat tak klepią.

Ja, mili państwo, niczego nie oceniam. Swoje przeszłam. A wy róbta co chceta. Idę do Ziarna pogadać. W jego kantorze dziś młyn. Przed świętami szajba. Wino kupują. Skrzynkami. Nagle wchodzi facet, przedstawia się jako naukowiec fizyk. Czujnie badam, czy to aby nie Albert Einstein, bo jak wiecie – kantor stoi na krawędzi światów i wszystko jest możliwe. 

Facet jest tak samo szalony i tak samo ekspresyjny. Typowy naukowie fizyk. Albert Einstein. Gada i gada. Że promieniowanie pięć gie, że nie ma ratunku, że rolety na oknach specjalne montuje przed zagładą. Nastawiam uszu. A ten jak nie wypali:

– Trzy dni temu śniła mi się arka. 

– Arka? – prostuję się gwałtownie na krześle.

– Tak, potop. 

– Niemożliwe!

– A jednak. Śnił mi się potop, woda zalała świat. 

– Niech pan opowie!

– Woda zalała świat, bo się wszystko roztopiło na skutek zmiany magnetyzmu Ziemi. Raz na trzynaście tysięcy lat takie rzeczy się dzieją.

– I co? I co?

– Jest tylko jedno miejsce, w którym można się schronić. 

– Jakie to miejsce?!

– Arka. To nie jest żaden statek. To po prostu geografia.

– Gdzie to jest?! 

– Tego nie wiem. Jeszcze. 

– A co z magnetosferą?

– Wiatr słoneczny pokona osłabioną barierę magnetosfery. Zapali wszystkie przewody elektryczne. To się stanie oczywiście jeszcze przed powodzią.

W tym momencie przypomniał mi się mój sen. Dawno, dawno, gdy jeszcze żyłam, śniło mi się, że lecę przestrzenią kosmiczną. W jej czerni widzę białą wieżę. Wieża jest piękna, pełna blasku, spowita błękitną poświatą. Żeby do niej wlecieć, muszę rozbić kryształową szybę. Kryształowa szyba to… pole magnetyczne! 

Tak. 

A biała wieża to planeta Ziemia. 

Przelatuję przez rozbitą szybę, wlatuję do środka. W wieży stoi ołtarz. Hej, bóg, pozdrawiam niewidzialną istotę, bo przecież jak jest ołtarz, to musi być i bóg. Tymczasem ten „bóg” posyła pocisk, który trafia mnie prosto w serce! 

– Oż ty, kuźwa twoja mać! – klnę po rosyjsku, co konkretnie brzmi: A paszoł na chuj!

I oburzona wylatuję z wieży. A gdy jestem już w bezpiecznej odległości, odwracam się i z ramienia wypuszczam serię strzałów prosto w jej kierunku. 

Trafiam bez pudła. Wieża staje w ogniu. Pomarańczowe płomienie wybuchają jak najbardziej spektakularne fajerwerki świata. Płonie błękitna planeta piekielnym ogniem apokalipsy. A taka ładna była…

– Proszę pana, proszę pana! – wołam Einsteina, gdy ten z butelką wina wychodzi z kantoru. 

– Słucham? – Einstein staje w drzwiach. 

– Po co panu wino?

Biez pał litra nie razbieriosz.

Mroczna przepowiednia

Powiedziałam Ewelement o mojej wizji. Od razu zaczęła węszyć podstępy. Na pierwszy ogień poszła, rzecz jasna, Nemocja. Że to przez nią, że to ona winna, coś tam. 

– Ona cię zabije! Pamiętasz, jak rozbiła talerz, przysłała mroczną kobietę, cały zastęp demonów?! Ona cię zabije…

– Nie. Taki plan by się nie realizował, gdyby miał się tak głupio skończyć. 

– Hm… To jak pokonasz Nemocję?

– Nie pokonam jej. Nawet nie zamierzam. Z demonem się nie walczy. Z demonem się tańczy. Warunek jest tylko jeden: nie wolno się bać.

– Jak można nie bać się demona? 

– Można. Wszystko można. 

– Sama słyszałaś: myślisz, że ludziom wszystko wolno? Bóg zapowiada ludziom zagładę!

– Mnie to nie dotyczy. 

– Jak to możliwe?

– Tak. 

Ewelement zamilkła na chwilę, ale wciąż była poruszona. Uznałam, że to dobry moment na włączenie muzyki. W Nadwymiarze jest muzyka i to bardzo dobra. Wybrałam płytę „Aenima” zespołu TOOL. Stare, ale świetne. No i straszliwie straszne. Można jeszcze bardziej nastraszyć tego zabawnego „Prosiaczka”, jaki tkwi w Ewelement. Uwielbiam ludzi, którzy się boją. To takie słodkie, dziecięce. Sama chciałabym się czasem trochę bać. Ale nie mogę. Wolfgang mi zabroniła. 

– Kim jest Nemocja?

– Nocą. 

– A ty?

Tym razem ja zamilkłam. Od pewnego czasu prowadzę bardzo poważne śledztwo w tej sprawie, a wnioski wciąż stoją pod znakami zapytania. Owszem, mogłabym udzielić odpowiedzi. Problem polega na tym, że nie wiem, którą wybrać. 

– Jestem Noemi. NOEMI. Rozumiesz?! 

– Noe to tylko skrót…

– Na razie wystarczy i to aż nadto.

Nienawidzę mieć misji. W ogóle nie znoszę zadań. Gdy jeszcze żyłam, pracowałam w urzędzie gminy. Gruba historia. Na szczęście skończona. Warto umrzeć, żeby nie pracować w urzędzie gminy, jak Boga kocham. Napisałam kiedyś książkę o tym. Pewnie gdzieś krąży w WW, można przeczytać. MA-SA-KRA. Gdy więc przeszłam przez Bramę Raju, na serio odetchnęłam.  

Misja Ocean z kolei mnie nie przerażała, bo była całkiem przyjemna. Dzielić się z ludźmi szczęściem – super. Ocean Pomarańczowy jest nieskończony, starczy dla wszystkich. Nie spodziewałam się jednak, że jest druga strona medalu. Nie spodziewałam się, że szczęście można odrzucić. A kiedy odrzuca się szczęście – ono się odwraca. Kiedy zamyka się Trzecie Oko, powstaje czarny oczodół. Ocean Pomarańczowy jest ciepły i piękny, ale gdy się nim wzgardzi – zrywają się potężne fale gniewu. 

– Ewelement…

– No?

– Co mnie to wszystko obchodzi? 

– W sensie?

– Dawno już umarłam, pływam sobie na pompowanym flamingu po Oceanie Pomarańczowym, rozmawiam z drzewami. Szaman wraca z mórz i kradnie dla mnie diamenty…

– Diamenty się gubią. 

– Ludzie też…

Teraz zamilkłyśmy obie. Chwilę to trwało, w końcu całkiem już przerażona Ewelement wykrztusiła:

– Przeciwstawisz się Słońcu?

Wiedziałam, że o to zapyta. Wiedziałam też, co mam odpowiedzieć. Klasycznie, wbrew wszelkim naukom, pytaniem na pytanie:

– A co zrobiła Sechmet?

Sechmet – wyjaśniam raz jeszcze – zbuntowała się bogu Ra. Bóg wysłał ją na Ziemię, by przywróciła porządek wśród ludzi, którym już całkiem odbiło. Sytuacja jakby współczesna. Sechmet pod postacią lwicy zstąpiła na ziemski padół i jęła przegryzać ludziom gardła. Spodobało się jej to zajęcie. I choć ludzie obiecali poprawę, a bóg Ra dał znak na zakończenie akcji – Sechmet wcale nie zaprzestała rzezania. Padł dziki strach zarówno na ludzkość, jak i na bezradnego boga. Tylko Sechmet bawiła się setnie. A potem została… 

Ewelement zbladła. 

– Chcesz zostać bogiem?

Czasem ludzie zadają takie pytania, że łeb urywa. Nie, nie chcę. Nie chcę być bogiem, a ty nie chcesz być przyjaciółką boga. LOL. 

Porzuciłam jednak sarkazm i zmieniłam temat. 

– Śniły mi się statki. Puste, stare, zardzewiałe, dryfujące bezpańsko po morzu. I dzieci. Same dzieci, bez rodziców, bez dorosłych… 

– Kryształowe dzieci?

– Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza, na którego brzegu stał kontener ze śmieciami. 

– Ludzie w chwili apokalipsy wykombinowali, że pozbędą się śmieci, które zabierze woda?

– Bez komentarza. 

– I co ten dzieciak?

– Pokazał mi to. 

– Co?

– To było jakby za siatką, za ogrodzeniem… w tym morzu, staliśmy na płyciźnie. 

– Co było za siatką?

– Za siatką skończyła się płycizna. 

– Co było dalej?

– Otchłań. 

– Koniec?

– Śmierć…

Ucichła płyta TOOL-a, powietrze wypełnił potężny szum wiatru. Huraganu. I nagle usłyszałam brzęczenie owada, nieznośny, metaliczny bzyk jakiegoś obrzydliwego insekta. Rozejrzałyśmy się po mieszkaniu Wió. Nie, to nie owad. Spojrzałam na Zarę Li. Leżała nieruchomo. Nagle zrozumiałam. To dźwięk przeskakujących iskier wysokiego napięcia, dochodzący nie wiadomo skąd. Huragan się wzmagał, szum zamienił się w huk. Powietrze dziwnym zrządzeniem niejasnych sił jednak stało. 

– To tylko dźwięk… – szepnęłam do przyjaciółki. – To tylko mroczna przepowiednia.

Gdy tylko to powiedziałam, huk przepadł. Z kakofonii wydobyło się teraz basowe, wszechpotężne, cyfrowo rytmiczne bicie olbrzymiego serca. 

– Czy wśród tych dzieci była Kalinka?

Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza…