Kiedy zaczynają się męczarnie?

Wiecie, po co jest śmierć? Jest wiele tłumaczeń. Mnie osobiście dodaje życia.

Nie pamiętam ile razy umierałam i w jakich męczarniach. To drugie jest dla oczywistej draki i wiąże się z Nogiłóżką. Anegdota dotyczy grzybów. Właściwie chodzi o jeden konkretny gatunek grzyba, który Nogiłóżka zjadła na kolację. Zaniepokojona opisem potrawy, zadałam kilka pytań, po czym postawiłam diagnozę. Jest tak i tak, w takich przypadkach to i to. Został już tylko wyrok. Śmierci, rzecz jasna.

Nogiłóżka nie okazała niepokoju. Żadnej histerii, paniki brak. Zwróciła się do mnie tylko z jednym, ale jakże ważnym pytaniem: – Kiedy zaczynają się męczarnie?

Śmierć śmiercią, ale tylko głupiec nie przejmuje się jej okolicznościami. Jak to pisał Pilch, warto być obecnym. A z bólem różnie bywa. Człowiek, który załóżmy – leży w kałuży wymiocin po grzybach – z trudem wykazuje obecność. W takiej sytuacji lepiej raczej zadbać o nieobecność. Z tymże potem nie ma do czego wracać.


Śniło mi się dzisiaj, że się wykłócałam, które przekleństwo jest gorsze:

  1. Kurwa mać?
  2. Jezu kurwa?

Kto zna rosyjski, wie, że mać oznacza Matkę.


A więc umarłam ponownie. Tym razem we śnie. Umarłam i znalazłam się pod tajemniczą bramą. Brama jak wyrwa po strzale, krwawiła zmiażdżoną cegłą. Zawahałam się. Ktoś jednak zachęcał i to w sposób podstępny: ty nie przejdziesz…?

JA NIE PRZEJDĘ?!

Przedefilowałam więc na drugą stronę, gdzie ujrzałam strzelistą białą wieżę. Jak z obrazu Memlinga, schody pod Niebo, tajemne królestwo WSZECHRZECZY. Schody, owszem, zapraszały, tak samo jak Głos, ten sam, co tak mnie przed chwilą podjudzał.

A ja nie. Bez tłumaczeń minęłam kłębiący się pod schodami tłumek. Kątem oka zauważyłam elektryczny czajnik pod pachą pewnej obywatelki. Ewidentnie zamierza się w białej wieży rozgościć. Zainteresowanie rosło.

– Tam jest wszystko, czego pragniesz – obiecywał Głos. – Wszystko. Jest to i tamto i tamto. Bardzo fajne. Ale najważniejsze… – tu Głos zawiesił się dramatycznie – jest LEKARZ!

Wtedy przypomniało mi się, dlaczego właściwie umarłam. Zabrakło lekarstwa. Nie miałam już leków i nigdzie nie mogłam ich zdobyć. Chodziłam, szukałam, ale wokół tylko szarzy ludzie zombie, bez duszy, bez współczucia, bez życia. Wróciłam więc na plażę Zaklętego Jeziora, oparłam się o Szamana, zamknęłam oczy i… obudziłam pod tą bramą.

– A więc ja nie żyję?!

– Głupie pytanie. Ale dokąd idziesz? Czemu nie wchodzisz na schody!? Tam dalej jest tylko jakaś impreza… Po co ci impreza?!

– Całe życie imprezowałam. Nie ma powodu, żeby to zmieniać – wyjaśniłam Głosowi i nonszalancko wtargnęłam na dziedziniec strzelistego zamku. A tam, na tarasach: karnawał w Rio! Kolorowe drinki, fioletowe garnitury, wszystko, wszystko i to w absolutnie niebezpiecznych ilościach.

Memling, zanim namalował tę rudą pod deską, musiał o mnie słyszeć. Jaki sąd ostateczny? Jaki raj? Jakie piekło? Gdybym miała knajpę, nazwałabym ją „Czyściec”.

I podawała w niej wodę święconą.

Miejsce ze snu istnieje naprawdę. Wczoraj tam byłam. W niewykończonych katakumbach mieszkają duchy, spragnione szczęścia dusze, które wspinają się po nieistniejących schodach, wciąż słysząc ten sam Głos: „Jeszcze chwila, już niedługo, fajne rzeczy, to i tamto, a przede wszystkim LEKARZ!”

Dopóki pragniesz, jesteś niewolnikiem. Dopóki szukasz: nie masz. Szukajcie a znajdziecie? Błagam.


Drugie przekleństwo jest lepsze. Będę używać. To taka moja mała zemsta. Za ten chrześcijański rozpiździel.


Wokół katakumb rosną sosny, latają motyle. W oddali majaczy jezioro. Na brzegu łabędź wysiaduje jaja. A po drugiej stronie, zaraz za dziedzińcem z kolorowymi tarasami widać monumentalny krzyż. Z rozpiętym na nim, białym jak śnieg ciałem. Tak oto trafiamy na cmentarz. Cóż, fajnie było, ale się skończyło. Kiedy zaczynają się męczarnie?

TERAZ.

Jestem jak Dante Alighieri. Dante jest jak ja. Wędrujemy po labiryntach Losu według tej samej mapy. Na jednej przestrzeni, w piętrach upchane jest Wszystko. Piekło i raj. To, co wydaje się rajem – może okazać się piekłem.

Może, więc się okaże.

fot. Szaman Mako

Biały pies i czarny lew

Nikt nie pyta, co się stało z Orionem?

Tacy koledzy.

A więc zgubiłam psa. Zdarzyło mi się to już kiedyś, dawno, gdy byłam w wieku No. W podobny sposób widziałam świat. Jak wyjaśnić tę perspektywę? Właśnie tak. Wychodzisz z domu z psem, idziesz przez miasto, wchodzisz do sklepiku, pies zostaje na zewnątrz, wychodzisz ze sklepiku i wracasz do domu, na śmierć zapomniawszy komendy: – Dragon, idziemy.

Żołnierz nie ma prawa drgnąć bez rozkazu „drgnij”. Tak więc Dragon został pod sklepem, a ja zdumiona na widok niezmąconej przestrzeni – oto jestem sama w domu.

Wtedy wystarczyło wrócić pod sklepik. A gdzie ja mam dziś wrócić? Kiedy i jak przepadł Orion, w którym momencie i pod jakim sklepem siedzi?! Zabijcie mnie, nie powiem.

Bo nie wiem.

Zresztą Orion to nie był (Boże, mówię o nim w czasie przeszłym!) pies, który przy nodze chadza. Biegał po lesie bez żadnej smyczy, wychodził na ulicę, robił co i kiedy chciał. Jego biała sylwetka zawsze majaczyła na horyzoncie. Tymczasem ja, pochłonięta końcem świata, budowaniem arki, odzyskiwaniem i wyrzucaniem za burtę przyjaciół, wreszcie: zaaferowana kotami – nie zauważyłam, że od jakiegoś czasu nie majaczy.

Może to przez Ewelement? Ten księżycowy wilk mógł mnie wytrącić z czujności, wypełnić lukę po psie. Od kiedy jednak Bella włamała się do mojej głowy i zaczęła śnić obrazki z mojego życia, wzmożyłam uważność. Przyjrzałam się, kto jest kim. Tak naprawdę. I tak naprawdę nie ma nigdzie Oriona.

Owszem, był. Był, bo jego obecność stwierdziłam ponad wszelką wątpliwość w okolicy połowy stycznia, gdy rozsypałam brokat.

Już tłumaczę.

Rozgorzała wojna, zdobyłam listę ZŁO. I niby nastała cisza, ale coś mówiło, że pozorna. Żaden wyrok żadnego sądu jeszcze nie zapadł, rzecz będzie się ciągnąć jak epidemia, a póki się będzie ciągnąć, póty będę miała swój bonus w postaci przedstawienia pod tytułem: NUDY BRAK.

Któregoś styczniowego poranka postanowiliśmy z Szamanem wybrać się na wycieczkę. Przeczucie, a może senne ostrzeżenie kazało mi rozsypać brokat w szufladzie. W kolorze żółtym. Nikomu nic nie mówiąc, zostawiłam więc tę finezyjną pułapkę na dokumentach sądowych, czyli dokładnie tam, gdzie najciekawiej.

Czy muszę mówić, że po powrocie ujrzałam mieszkanie Wió całe w brokacie?

Pozostało teraz tylko zgadnąć KTO. Kto zwędził pod nieuwagę i dorobił klucze bez wiedzy i zgody mojej, a co najbardziej wstrząsające – bez wiedzy i zgody prawowitej właścicielki mieszkania, mianowicie ostrej jak brzytew formalistki, chodzącej encyklopedii paragrafów, samej Wió?!

I dalej. Kim jest ten ktoś, kto:

  • nie zauważył brokatu w kolorze żółtym?
  • zostawił ślad w postaci mapy Berlina?!
  • że o połowie grama* nie wspomnę?!

Nie trzeba być Sherlockiem. A ja Sherlockiem nie jestem. Mnie Sherlock może najwyżej browara potrzymać. O ile ewentualnie bym chciała go pić. No, może koronę. Espania serveza. Albo lepiej wodę święconą. Pokój nocny browarów nie pija, pokój nocny pije wodę święconą. Przepis na wodę święconą podam kiedy indziej, mam teraz urwanie głowy, zgubiłam psa.

Właśnie wtedy! Tego tajemnego dnia, gdy zwęszył mi mieszkanie – ślad po Orionie zaginął. Przypadek? Nie sądzę.

Mapa Berlina trafiła do śmierci. Zostawiłam ją u Belli i Leo w pamiętny dzień mikrodawkowania. Nazajutrz afera, jakby zginął milion dolarów. Leo uznał, że to bardzo ciekawe, co w tej śmierci być może, jak na chirurga przystało, wypatroszył Zarę Li…

I dupa mu ze śmiechu odpadła.

Leo jest czarnym lwem. Widzieliście kiedyś czarnego lwa? Pisałam o czarnych lwach w jednej ze swoich książek (tej ostatniej, za którą mi nie zapłacono), miałam więc do czynienia z ich szalonymi, głodnymi duszami.

Czarny lew stoi na straży emocji. Im jest potężniejszy, tym trudniej się do nich dostać. Zdarza się, że zwierzę dostaje kręćka na punkcie swojego zadania. Tak jak Dragon. Dostał rozkaz i koniec. Wrósł na schodkach spożywczaka.

Straż to niejedyne zadanie czarnego lwa. Jest jeszcze coś straszniejszego. Coś, co zmusza lwa do jeszcze pilniejszego strzeżenia emocji, zaciśnięcia pętli wokół własnej szyi.

To skakanie przez płonącą obręcz.

Widziałam to. Widziałam płomienie, słyszałam huk ognia, czułam zwierzęcy strach. I ten zgrzyt kości, ten opór ścięgien, krzyk ze środka trzewi, z samego serca: NIE!

NIE.

NIE.

NIE.

Lew nie powinien skakać w środek ognia. A jednak skacze. Skacze, bo sobie serce zakratował ołowiem tak gęsto, że sam już do tego serca zajrzeć nie może.


*czemu tak mało?!

Lot na czarnej panterze, fot. Ewelement

Królestwo

dla Magdalin

Ziarno mówi, żeby wyrzucić trupy za burtę. Wiele można powiedzieć o Ziarnie, wszak handluje winem, sam specjalnie od demona nie stroni, ale przecież jest Aniołem, wszelki sprzeciw to bezsens. Tak. Ziarno ma rację. Wyrzucić trupy. Nieważne, co i jak było, trup to zawsze przeszłość, a więc balast. Wyrzucam więc po kolei: Węża, Józefinę, Ewelin i całą resztę towarzystwa, którego się trzymałam kurczowo diabli wiedzą po jaką cholerę.

Uf, jak lekko!

Mam teraz na pokładzie tylko dwa dzikie koty i Wifi. Dziwna sprawa z tymi kotami. Nieważne, jak są duże, nie ważą nic. Ich lekkość przeczy fizyce. Zresztą nie tylko to. Wszystko, co dotyczy kotów, jakoś się z prawami naukowymi nie klei. Przykład: satelity Starlink. Borykająca się z pandemią, głodem, suszą, zmianą klimatu (itd, itp.) ludzkość becaluje czterysta miliardów dolarów w złocie i wysyła w kosmos dwanaście tysięcy obiektów latających – głównie po to, żeby oglądać filmiki o kotach. Logika? Brak.

Kot to zwierzę od logiki oderwane, oderwane od grawitacji, oderwane od systemów, oderwane od wszystkiego. Niby nie lata, a chwyta ptaki spod niebios. Niby nie pływa, a wyciąga ryby z głębin. O nic nie prosi – dostaje wszystko.

I wcale nie zapraszane, króluje na Arce Noemi. I na tej arce robi co chce.

Tak oto Bella i Leo na ostatnim spotkaniu w Kancelarii spili mnie (abstynentkę!) winem, zaciągnęli na imprezę i, przekonując, że stanowią opiekę medyczną, wysadzili w kosmos za pomocą mikrodawkowania*.

Sekundę później stałam się rozśpiewaną po rosyjsku, rozpiętą między wymiarami plazmą.

Klasyka.

Plazma nie plazma, między słowami wyłapałam jednak sens rozmów i już wiem, o co chodzi z wirusem, ile jest naprawdę zgonów oraz to, że moja nowa kompania zajmuje się krojeniem ciał ludzkich za pomocą skalpela. Na oddziale covidowym. Słabo?

Amma już nie chce być na Arce. Ewelement aż nogę zwichnęła. Słusznie, to pozwala zachować dystans. No, jak na orła przystało, szybuje pod niebem, obserwuje pandemię, czasem lodowatym głosem rzuci komentarz o treści: – Lol. Albo: – A.

Szaman, jak w anegdocie o rowerzyście „ma wszystko w pi…”.

Płyniemy. Bez masek. Bez balastu. Na chwilowo łagodnych wodach Oceanu Pomarańczowego, ku błękitom życia.

Wczoraj zgłosiła się do mnie gazeta. Pytali, jakie mam plany na przyszłość. Natknęliśmy się na problem, gdy przyszło ustalić mój wiek. Bo nie wiem. Chodzi o datę urodzenia, czy zmartwychwstania? Przed, czy po śmierci? Życie jest wszak wieczne w obie strony.

Przyszłość. Czyż nie jest balastem, jak przeszłość? Gorzej. To kajdany. Bo jak wygląda żywot? Oto człowiek. Dzielnie toczy pod górę zakurzoną historię zlepioną w kulę gnoju. Jak żuk gnojarek. Przez życie całe, przepełniony żalem. I jakby tego mozołu miał mało, ładuje się w dyby PLANÓW NA PRZYSZŁOŚĆ.

Obarczony wczoraj, spętany jutrem, ucieka od dziś.

Do Królestwa.

Niebieskiego.

Tymczasem wystarczy odrzucić kulę gnoju, zdjąć kajdany i oto jest. Czeka. W każdej jednej chwili TERAŹNIEJSZOŚCI.

Tego jednak nie powiedziałam, podzieliłam się planem napisania książki o tym wszystkim, co nazwałam „mała śmierć”.


*ta, mikro…

Królestwo, Noemi Susenbach

Jezus-20.

Coś jak COVID-19, tylko z postępem. Sami przyznajcie, zbieżność niecodzienna. Już na początku epidemii, gdy pewien zakażony szafarz rozdawał wiernym hostię, skojarzeń było aż nadto.

Ciało wirusa. Amen.

Czemu Jezus-20? Bo właśnie nadszedł rok, w którym nie zmartwychwstał. Żadne rezurekcje się nie odbyły, na cmentarzach zakaz. Nikt nie może wejść, a tym bardziej: wyjść. Zwłaszcza z grobu! Za to ja – proszę bardzo. Bez żadnego trybu. Umarłam w piątek o piętnastej, zmartwychwstałam w niedzielę. W niedzielę były moje urodziny. Narodziny. Zmartwychwstanie.

Odbyło się bez pompy, po prostu zwykłe barłożenie w łóżku, a trzeba wiedzieć, że zwykłe barłożenie w łóżku w kwestii przyjemności niczym nie różni się od wniebowstąpienia.

Tymczasem nasz Jezus-20 w grobie zatrzaśnięty i żadnymi naukami (że trzeba się poświęcić, żyć dla innych itp.) głowy nie zawraca. Jeśli komuś brakuje, zawsze może sobie poszukać aforyzmu z rodzaju te myśli. Albo umrzeć na krzyżu, wolna wola. Choćby w piątek o piętnastej. Warto jednak pamiętać, że ze zmartwychwstaniem nie tak hop.

A więc Jezus-20. Brzmi jak statek kosmiczny. Wielki Wybuch, na którego pokładzie znajduje się szalupa zwana Ziemią. I leci sobie w kółko nieskończone, bo kółko jest zawsze nieskończone, nie ma początku, nie ma końca, wieczność boska wyznaczona algorytmem liczby Pi, częstotliwością Fibonacciego. W matematyce nie ma dobra i zła, jest jednak coś takiego jak poprawność oraz błąd. Nasz statek kosmiczny leci w zasadzie poprawnie, tylko na wspomnianej szalupie coś się popierniczyło. Tam aż czerwono od błędów. Bardzo czerwono. Zwłaszcza w okolicach (o ironio!) – centrum.

Pytacie, gdzie jest centrum? Szkoła podstawowa się kłania. Lekcje patriotyzmu, apele i kotyliony. Składanie kwiatów pod pomnikiem. JAK TO: GDZIE JEST CENTRUM?! Na tak oczywiste pytania trudno odpowiedzieć bez zniecierpliwienia. Centrum wszechświata znajduje się przecież, moi drodzy, na TEJ ZIEMI.

Kto nie pamięta, gdzie jest TA ZIEMIA (nie mylić z Ziemią) i do kogo należy określenie, niech sprawdzi z czyjego powodu pedofilia w kościele jest spoko i dlaczego Afryka umarła na HIV.

Też wirus. Jezus. Zakałapućkać się można.

Dla ułatwienia dodam, że na TEJ ZIEMI króluje właśnie tytułowy bohater rozbrykany do granic możliwości, w roku pańskim 2020, w którym to przyszedł koniec jego brykania.

Gdyż na TEJ ZIEMI od tego PANOWANIA powstał istny cyrk.

Nic dziwnego, gdy na boga obiera się faceta. Jest to błąd (nomen omen) kardynalny, absolutnie podstawowy, którego wynikiem może być tylko kolejna seria zakreślonych na czerwono błędów w samym CENTRUM.

Dlaczego bogiem nie może być facet? To proste, aczkolwiek z jakiegoś powodu nierozumiane. Żeby to zrozumieć, nie trzeba wkuwać niczego z obecnością liczby Pi. Wystarczy obserwować, w czym się znajdujemy, z czego się wywodzimy, co jest naszą częścią, a czego częścią jesteśmy. Mówię tu o Wszechświecie mając na myśli również jego słynne CENTRUM. Otóż nigdy, powtarzam, absolutnie nigdy nie zdarzyło się, żeby facet kogokolwiek stworzył i wydał na świat.

Owszem, bywają wypadki spłodzenia jakichś dzieł – udanych lub nie. Owszem, zdarzają się nawet sukcesy. Nagrody. Wszak trzeba tę płeć pocieszyć. Ale najlepsze choćby dzieło nigdy nie ożyło, nie nauczyło się chodzić ani mówić i co najważniejsze: niczego już dalej samo nie stworzyło. Daremnie wciskane w kanon lektur – tylko zanudza patosem kolejne pokolenia. Uwięzione w złocone ramy – nie robi nic poza tym, że wisi.

Rozumiem, że przy takim obrocie spraw pojawia się paniczna potrzeba zagłuszenia prawdy. Odwrócenia ról. Prężenia muskułów. Okrzyknięcia bogiem kogoś, kto nie tylko nikogo nie stworzył, ale w dodatku nie żyje – martwy wszak nie zaprzeczy. To wszystko w efekcie przyniosło ludzkości niezliczoną ilość penisopodobnych wież kościelnych. Monumentalnych pomników olbrzymiego prącia, z którego poza kilkoma kroplami półproduktu, w żaden sposób nie da się wycisnąć życia.

Aby rzecz wyglądała wiarygodnie, piewcy absurdu odziali się w majestatyczne, acz – przyznajcie – dość zabawne szaty zakrywające przepastne brzuchy, w których bynajmniej nie pływa nic ze stworzenia, jeno kiełbasa i liturgiczne wino.

Rozumiem ich obsesję. Gdy się samemu nie może, trzeba udawać, że ma się wpływ. Zakazy, nakazy, regulacje poczęć i narodzin. Któż inny jest lepszy w branży, niż wspomniana frakcja brzuchatej niemoty? Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje.

Wół* nie daje nawet kropli.

W moim tytule jest pocieszenie, nie chwała. Nie zmartwychwstał, jaka szkoda. Tymczasem Kosmos nadal się kręci, bez mszy, bez rezurekcji, bez objawień. Na placu w Watykanie pusto, nikt się nie modli, a świat, zobaczcie – ISTNIEJE. Leci po swojej orbicie według niewzruszonych matematycznych zasad. Nie ma dobra i zła. Jest natura. Matka.

ONA.

I polecam się od NIEJ odp…ć, bo ten wirus to dopiero początek.


*Wół – wykastrowany samiec bydła domowego.

Ona.
Noemi Susenbach

Lajla tow

Jezioro leży przy cmentarzu.

Ale to nie jest zwykły cmentarz. To kamienny krąg dusz, gdzie każdemu kamieniowi odpowiada zatopiona w niebie gwiazda. Cmentarz jest gęsto porośnięty lasem, jednak udaje mi się latać. Może nie tak, jak wtedy z Szamanem na meteorycie – jest to raczej spokojne, pełne skupienia unoszenie się nad ziemią.

Najciekawszy jest Krąg Strażnika. Tu skamieniałe dusze kruków łączą się tajemnym sposobem w jedną, absolutną moc.

Zawsze siadam pośrodku. Czuję ten zabawny dysonans, gdy siadam, a jednocześnie kołyszę się w powietrzu między kamieniami a gwiazdami.

Język, w jakim przemawiają zmarli, nie należy do żadnej grupy językowej. To jakby zestaw slajdów, z których każdy jest symbolem, szyfrem, rebusem. Sygnałem. Sygnał dociera do mojej rozkołysanej w powietrzu świadomości i rozpoczyna kojarzenie. Rozmowę. Już wiem, czuję, że Ktoś chce mi coś powiedzieć. Czekam. Tymczasem przede mną rozciąga się granat nocy, wśród granatu swym jaskrawym światłem kategorycznie wykrzykują do mnie dwie istoty.

Jedna z nich nazywa się Księżyc.

Księżyc jest jak Wenus.

Jak noc.

Wielka noc.

Śniło mi się, że latałam po pokoju. To z całą pewnością był pokój nocny, rozświetlony elektrycznym światłem. A ja pod sufitem w euforii. Z tej radości wpadło mi do głowy, żeby zrobić zdjęcie. Pokazać światu, o proszę, patrzcie: latam. Podfruwam więc do stojącego pośrodku lustra, wyciągam aparat i już, już chcę pstrykać, gdy widzę, że w lustrze STOJĘ. Stoję? Przecież się unoszę! A jednak wyglądam, jakbym stała. Zdjęcie szlag trafił. Nic wam nie pokażę. Wszak zabronione.

Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że znajdzie się wśród was ktoś, kto spyta, co ja właściwie robię nad jeziorem? Czemu opuściłam rozszalałe wody Oceanu Pomarańczowego? Otóż opuściłam rozszalałe wody Oceanu Pomarańczowego, ponieważ na Oceanie Pomarańczowym zbiera się huragan. I jest to huragan potężny, ten z rodzaju totalna destrukcja, amen.

(A propos. Wymyśliliśmy z Ziarnem nowy rytuał: – Ciało wirusa. – Amen.)

Zatem na oceanie wieje. Ale nie będę pisać o huraganie, bo nie o nim jest ten wpis. Nie odmówię sobie jednak wzmianki na temat Ewelin, która mi zarzuca, że piszę jak ujarana, gdyż nie poruszam spraw ważnych typu polityka, feminizm i coś tam. Ewelement zaś zauważyła, że w starym życiu wyprodukowałabym już conajmniej cztery teksty o tym, co w dobie zarazy dzieje się w rządzie i Ministerstwie Srerstwie.

Czuję się namówiona. Księżyc z Wenus mi wybaczą, gdy skorzystam z przysługującego mi prawa i na marginesie popełnię mały felietonik:

Banda baranów (dla moich przyjaciółek)

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów.

Baranów banda.

Banda baranów.


Wystarczy. Lapidarność rzecz święta. W Wysokich Obcasach był wymóg, żeby felieton zawierał maksymalnie dwa tysiące znaków. Zmieściłam się. Ale chodzi mi po głowie, żeby zrobić z tego piosenkę. Wpada w ucho. I ma laserowy przekaz. Totalnie w punkt.


Księżyc jest jak Wenus.

Jak noc.

Wielka noc.

Ktoś przez pomyłkę nadał jej rodzaj męski tylko dlatego, że nie ma końcówki „a”. W tym kraju jest nieustanny problem z końcówkami. Tymczasem: nieporozumienie! To jakby mnie nazwać facetem. A przecież istota Księżyc jest tak kobieca, że trudno znaleźć choćby skrawek argumentu dla tego zdumiewającego lingwistycznego zabiegu, przez który Księżyc to „on”.

Po ulicach WW jeżdżą karetki. Słychać zza wnęki międzywymiarowej. To jedyny możliwy sygnał wysyłany ludziom, żeby WIEDZIELI. Tak. Ludzie nie mówią do siebie słowami. Słowa już dawno straciły sens. Ludzie mówią sygnałem karetek pogotowia. Symbolami. Rebusami. Skojarzeniami.

Jak dusze z Kamiennych Kręgów.

Na soczystym granacie nieba Księżyc krzyczy wraz z Wenus. Dziwne, że krzyczą, bo przecież, choć się skupiam, a wokół cisza – słyszę tylko pożegnanie. Czy pożegnanie jest aż tak ważne?

W pokoju nocnym zaczyna wiać nudą. Obleciałam już sufit, zwiedziłam zakamarki, a lustro nie działa. Chwilę się jeszcze pobawię i lecę. Tam, na zewnątrz jest przestrzeń, tam sobie można poszaleć.

Tam jest jezioro. W jeziorze jest noc. I Wenus. I ONA. Dopełniająca do pełni, wypełniona roztopionym srebrem, magnetyczna, przyciągająca, totalna.

Pożegnania są ważne. Być może najważniejsze. W pożegnaniu można zostawić wszystko, ale można też wszystko zabrać. Pożegnaniem się wskrzesza i zabija. Nadzieją karmi. I głodzi.

Ostatnio sporo apeli. Gdzie nie spojrzeć, apele. Jak na spacerniaku. To wolno, tego nie wolno, zostańmy w domach, bądźmy razem, pomóżcie, do grobu złóżcie.

Nikt się nie żegna. Amen.

Robię ostatnią rundę wokół pokoju. Gdzieś tu, na ścianie musi być wyłącznik. Biały, plastikowy pstryczek elektryczek do gaszenia światła. Podlatuje, znajduję. Pstrykam.

I znikam.

Lajla tow. Noemi Susenbach
Part of painting

Małe życie

Pamiętacie, jak mówiłam, że Pan Demonium się sypie? Zgubił w sumie cztery diamenty. Subiekt kulił się, jak kolejny raz wchodziłam z reklamacją (to było jeszcze grubo przed zarazą), ale zachował zimną krew. W tej chwili jest ze mną (Pan Demonium, nie subiekt) i milczy. Nic więcej nie chce powiedzieć. Rozumiem go. Najważniejsze już wiadomo. Chociaż czuję, że to nie wszystko. Że to dopiero początek.

Preludium.

Tymczasem na mojej Arce nadal wieje pustką. Owszem, mam dobre informacje: dwie osoby dołączyły do mojego kursu. Jedna z nich, Czerwony Wędrowiec, w ogóle mnie nie zaskoczyła. No, może trochę. Czerwony Wędrowiec zwykle przejawiał nietłumioną histerię wobec wirusów i bakterii, miałam więc lekkie obawy, że w obecnej sytuacji zwariował i przepadł w odmętach. Ale nie. Jest na stanowisku, trzyma ster i wygląda na ocalonego. Zajada się czosnkiem i mówi tak:

– Dajcie mi no tu tego wirusa! Czekam! Doczekać się nie mogę! Ha!

Druga postać jest kontrowersyjna. Trudno mi o niej pisać. Zdradzę tylko, że jest nią kobieta. Kobieta tak samo mi bliska jak daleka. Nazywa się Amma.

W chwili, gdy do mojej Arki dotarły wysyłane przez bezkres Oceanu Pomarańczowego sygnały, Amma była w rozsypce panicznej. Usłyszałam, że na mapie świata pojawiły się dwie dodatkowe czerwone kropki i jedną z tych kropek, według Ammy, stanowię ja. To się nazywa wiara w człowieka.

– Spokojnie, Amma, ja już dawno nie jestem człowiekiem. Nic mi nie grozi.

– Chlip, chlip!

Tego rodzaju rozmowa. Tymczasem dziś rano o piątej (!!!) budzi mnie Wifi, a budzi, kochani, łażąc mi po głowie, więc sprawa musi być poważna. Otwieram oczy i stwierdzam dwa fakty. Pierwszy jest taki, że leżę w kałuży gorączkowego potu. Drugi: mam powiększone węzły chłonne.

I teraz analiza. Bo przecież od miesięcy jestem sama jak palec, a raczej: jak trup. Nikt mnie nie odwiedza, z nikim się nie spotykam! Arka pływa samotnie po oceanie, a najbliższe sąsiedztwo pokoju dziennego oddalone jest o conajmniej jedno pokolenie. Jak więc do tego doszło!? Ten niespokojny orzeł: No? Wifi? Szaman? Wszystko wykluczone. Orzeł lata w górze, nie schodzi w rejony ludzkie, z nikim się nie brata, rzadko się odzywa. Do szkoły nie chodzi. Wifi to z kolei kot, zwierzę samotnicze, jeszcze bardziej wyobcowane. Jedyne żywe stworzenia, z którymi ma kontakt to świeżo wyklute sroki. I No.

Szaman z ludzkością ma niewiele wspólnego. Więc kto?

Ziarno! Ziarno się rozsypał, tak jak Pan Demonium się pogubił!

Ale Ziarno też się trzyma z daleka. Pisałam już, doczepił swój kantor do mojej Arki, pływa na dystans i wszelkie drogi kropelkowe między nami toną w Pomarańczowym Oceanie.

Czyżbym stanowiła to zarzewie, które tak trudno jest pojąć? Zarzewie wzięte znikąd? To jak kwestia stworzenia, ta odwieczna zawiłość powtarzana często przez dzieci: „ok, świat stworzył Bóg, ale kto, u diabła, stworzył Boga?!”.

Rzecz prosta, choć niepojęta. A wystarczy narysować koło. Bóg, a raczej świat się stworzył sam z siebie, tak jak ja teraz tworzę sama z siebie nie tylko tę baśń, ale także wirusa, który mnie w nocy atakuje naiwnie i ślepo, bo z motyką na Słońce się porwał.

Niemniej sprawy się komplikują. Bo teraz za cholerę na Arkę nikogo nie ściągnę. Teraz to już nawet nie chcę. Wszak nie lubię tłumów. A do samotności naprawdę da się przyzwyczaić. Tym bardziej, że ludzkość stanowi towarzystwo, jak obserwuję, mało wymagające intelektualnie. A towarzystwo mało wymagające intelektualnie to gwarancja nie tylko potężnej nudy, ale też mozołu. Bo trzeba to ZNIEŚĆ.

Dziękuję bardzo.

A te Chiny to też wiadomo było. Pan Demonium mi powiedział. Zresztą, Ameryki nie odkrył. A potem zaczął się gubić. Zgubił cztery diamenty. Co to oznacza? Na razie nie wiem. Ale się dowiem. Przy okazji, ktoś napisał na Facebooku, że coś tam skandal, bo jakaś baba w tramwaju jechała i zarażała. Rzecz jasna, ten kto to pisał również jechał tym tramwajem, ale za żadne skarby świata przecież nie zarażał, bo jest fajowym użytkownikiem Facebooka, a nie jakąś okropną babą. Najgorsze jest jednak to, że teraz nie wie, czy od baby nie złapał.

Pocieszające jest to, że się dowie.

Ale zanim się dowie, czas stanie. Ten marazm nie potrwa długo. Wkrótce nastąpi wybuch. To dobra wiadomość dla wszystkich żon, które z całego serca codziennie kombinują małą ucieczkę z domu do koleżanki (fitness, depilację, gdziekolwiek!), ale teraz nie mogą, bo kwarantanna.

To też świetna wiadomość dla wszystkich mężów, którzy za każde pieniądze wolą pracować, biegać maratony, trymować brody, niż pobyć z dzieciakami. Tym bardziej, że słowo „pobyć” nie jest niestety równoważne z wypowiedzeniem zdania: „Co w szkole?”

Można by utyskiwać teraz, że straszna szkoda, że nie zauważają, co jest ważne i tak dalej. Bez przesady. Zauważają. Nikt nie ośmieli się przecież podważyć ważności zarostu na twarzy w czasach, gdy osobnik tego samego gatunku depiluje całe ciało do ostatniego włoska. I to JEST ważne.

Niech sobie będzie. Bo małe życie, jak powszechnie wiadomo od kilku dni – samo się obroni.

LOL.

PS. Jeśli chodzi o przepowiednię, chętnie się podzielę. Będzie jak będzie.

PS2. Ewelement! Na śmierć zapomniałam!