Bardzo ciekawe uczucie

Oprócz tego, że jestem krukiem i panterą, przyjęłam za oczywistą jaźń zorzy polarnej. Tym bardziej, że już o tym wspominałam. Szaman narzeka, że niewiele z tego rozumie, ale facet zawsze niewiele rozumie, zwłaszcza gdy go wiecznie nie ma, bo jest na biegunie północnym*. 

Wracając do schizofrenii mojej świadomości – można rzec, że ona się pogłębia, multiplikuje, a nawet nawiązuje nowe połączenia z jaźniami innych, przez co staje się nieobliczalna. 

Jak matematyka. 

Zapytałam Ewelement, co o tym myśli. Czy można być jednocześnie Noemi, Sechmet, Guovssahas oraz częścią wspólną zorzy polarnej należącej do kogoś innego? Bo to już na pewno nie jest żadne zwykłe rozdwojenie jaźni, ale jaźń podniesiona do potęgi którejś tam. Ewelement uznała, że owszem, to jest możliwe. A na pytanie, ile tego jest (jaźni?) – obliczyła błyskawicznie, że nieskończoność. 

Poraziło mnie, ale tylko na moment. Miało to miejsce akurat tego wieczoru, gdy przypłynęłam do niej pociągiem (tu są pływające pociągi) przez Ocean Pomarańczowy. Opowiadałam, że gdy czekałam na peronie, nagle bez żadnego ostrzeżenia (to się zawsze dzieje bez ostrzeżenia) – uniosłam się nad torami i zawisłam na niebie, nie zdążywszy się nawet zorientować, jaki rodzaj bytu przybrałam. Gdy pociąg przyjechał, wciągnęło mnie do środka, miękko posadziło na fotel pasażera i oto znów byłam człowiekiem. Obejrzałam dłonie, rzuciłam okiem na odbicie w szybie. Tak, to ja. Ale co się działo przed chwilą?

Mogłyśmy spekulować. Czy na ten moment stałam się chmurą, czy wiatrem? Ostatecznie nie ustaliłyśmy. Nic dziwnego, że Ewelement tak z tego wybrnęła. Natychmiast uznała, że mogę być wszystkim, a skoro mogę być wszystkim to jest mnie nieskończoność. Proste. 

Jak to jest być kimś innym niż człowiek? 

To bardzo ciekawe uczucie. I to jest właśnie introligatorska fraza. Nie znoszę takich fraz, bo zabierają całą temperaturę kolejnych słów, które mają oddać to, jak ciekawe jest to uczucie. 

Ale nie jesteśmy na warsztatach literackich. Na warsztatach poznałam Nemocję i wystarczy. Cel osiągnięty. Poznać Panią Mroku to największy wygryw. Nie zgadzacie się ze mną? Macie prawo. Ale prawda jest taka, że dopóki nie zawrzecie znajomości z demonem – dopóty jesteście w czarciej zapadce. Demon szaleje w waszym życiu, robi totalny bardak, a wy nawet nie wiecie jak wygląda. Nie wiecie, gdzie jest. Nie wiecie, co knuje. Nic nie wiecie. Trzęsiecie portkami, żeby go nie spotkać. Nic bardziej zgubnego. 

Demona trzeba nie tylko spotkać, ale wręcz za rękę złapać, przyciągnąć do siebie i zatańczyć! I potem tylko patrzeć, jak jego lodowate oczy topnieją pod waszym spojrzeniem. 

Jednak nie mam czasu na Nemocję. Szukam Nuny. Znów poszłam do lasu. Nawet jakąś kobietę z wózkiem pytałam. Czy nie widziała ocetolota? Nie. Co dalej? No co. Chrzanić dzika. Niechże go spotkam. Powiem mu. Powiem mu: Za mały las?! Trzeba ryć akurat tu, gdzie ja chodzę?! Ocetolota szukam?! Straszyć się zachciewa. Walnij się lepiej w ryja. Tak powiem, jak tylko spotkam bestię. 

Ale nie spotkałam. 

Nuny też nie spotkałam. 

Wróciłam do domu i opowiedziałam o wszystkim No. A ona wzruszyła ramionami nie uznając straty i to właściwie była cała jej reakcja na moje przygody. Ma rację, dziewczyna. Z kotem jest dokładnie tak, jak z facetem. Kota się nie szuka. Na kota się czeka. 

A czekając żyje się, żyje, ŻYJE!

Nieskończonością żyć. 

Tymczasem miałam wam opowiedzieć, jak to jest. Jakie to uczucie żyć nieskończonością żyć? 

TO BARDZO CIEKAWE UCZUCIE. 


* Zorza polarna występuje na biegunie północnym i południowym jednocześnie. Jedno i drugie halo stanowi wzajemne odbicie lustrzane. To jedność, ale oddalona od siebie totalnie. 

Nuna

Nemezis nie Nemezis, życie po śmierci toczy się dalej. Nie nadążam go opisywać na bieżąco. W poprzednim życiu pisałam książki i bloga, wcześniej – pamiętniki, a i tak nie opisałam wszystkiego. Dobrze, że istnieje wieczność. To mi daje jakąś gwarancję, że zdążę. Pamiętajmy jednak, wieczność nie składa się z nicości. Owszem, są takie hipotezy w świecie, gdzieś wokół Tybetu powstają, jednak, jak się okazuje, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. 

Klasztory nigdy nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. W sensie: z życiem. Oddalone od prozy, zawieszone w stworzonym przez poetów świecie, faktycznie mogą rozpłynąć się w nirwanie. Tu jednak, gdzie wieją wichry życia, nie ma mowy o nicości. Dlatego: sama nie wiem. Czy zdążę to wszystko opisać. 

Zobaczymy. 

Tymczasem, zaintrygowana znaleziskiem w Księgozbiorze, postanowiłam pójść jeszcze raz na Górę Przeznaczenia i zbadać tamten napis na piasku. Bo było napisane: Nemezis. Pamiętacie. No więc idę. Rozprawię się z zagadką, spotkam kruka, wypytam, przycisnę do muru. Pewnie, możecie powiedzieć, na cholerę iść do lasu, wystarczy przemaglować Krucego i jesteśmy w domu. Tak jednak powie tylko ten, co nie zna realiów. Bo kruk nie siedzi mi na ramieniu w mieszkaniu Wió. Bynajmniej. Kruki mieszkają w lesie, na skraju lasu, na wysokich drzewach. Tam wiją swoje gniazda i tam prowadzą swoje codzienności. A to, że Krucy do mnie przylatuje od czasu do czasu, żeby popisać się jakąś figurą akrobatyczną – nie znaczy, że zaraz wyśpiewa o Nemezis. 

Idę więc do lasu. Wspinam się ścieżką pokrytą listowiem. Liście spadają z drzew jak pomarańczowy deszcz i zaraz mi się przypomina Ewelin z jej niebieską (czy czerwoną?) tabletką oraz Niebiesow, który dał mi ostatnio zakwas do pieczenia psychoplacków. O psychoplackach jednak napiszę kiedy indziej i gdzie indziej, teraz jestem w lesie, zupełnie sama (Szaman pływa!), jestem sama już tak długo, tak długo, że chce mi się płakać… 

I już, już lecą łzy po policzkach, już, już staję się nieszczęśliwa, już, już biedna, w dodatku w lesie straszliwym samiusieńka jak palec…, gdy nagle zza krzaków wybiega coś potwornie hałaśliwego i podbiega bez pardonu wprost pod moje nogi!

Aż podskoczyłam. Wrzasku wiele, ale bawełny mało – powiedział diabeł strzygąc kota. Nie wiem, skąd jest ten cytat, ale pasuje mi tu jak ulał. Bo tak rozdartego stworzenia nie widziałam jak żyję. A żyję już nieraz. 

Tak się to to darło, że musiałam pogłaskać. Kici, kici, podchodzi, łasi się, miauczy, mruczy, gardłuje, Boże ty mój! To kobieta. Kobieta kot, ale kot jest śnieżnobiały aż świeci. No i najważniejsze, że to wcale nie jest zwykły kot. To ocetolot. Nie mylić z ziemskim ocelotem! Gatunek podobny, ale nie tożsamy. Tak egzotyczny, że spotkać go można tylko i wyłącznie w jednym miejscu w Kosmosie i jest to dokładnie Góra Przeznaczenia. 

To, co zobaczysz na Górze Przeznaczenia, jest ci przeznaczone – powiedział Szaman Mako. (Kuźwa, możemy już przestać o Szamanie Mako?!) Czyli, że to rozdarte zwierzę jest mi przeznaczone???

To się okaże. 

Tak, okaże się. Ja mam już Wifi, No (do No zaczęły przychodzić koleżanki!), Szaman bywa (RZADKO), Ewelement, wszyscy na krzywy ryj, bo mieszkanie należy do Wió…

Gdzie mam pomieścić białego ocetolota?! 

A ocetolot się ociera, rozochoca, łazi mi po płaszczu, tupie po plecach, no mówię, cyrk. 

Dobra, jakoś to ogarnę. Będę miała ocetolota. Ocetolotkę. Nazwę ją Nuna. Niech będzie. Damy radę. Już widzę ten wzrok Wifi, gdy przychodzę z Nuną do mieszkania Wió. Już czuję tę krew na pazurach. TRUDNO. 

Idziemy teraz razem przez las, już mi w ogóle smutno nie jest, już mi wesoło jak szczygłowi. I w myślach snuje plan wycieczek po Kosmosie z ocetolotem u nogi. To się nazywa szyk! Psa to każdy głupi może prowadzać. Ale ocetolota? I to NIE NA SMYCZY?! 

Swoją drogą, co trzeba mieć w głowie, żeby prowadzić kogokolwiek na smyczy? Straszne rzeczy, mi się wydaje. Nieważne. Ja na pewno Nuny na smycz nie uwiążę, to się nie godzi i potrzeby brak. 

Po pierwsze Nuna idzie ze mną krok w krok. Po drugie: jeśli nawet da nura w krzaki, to tylko po to, by zaraz z nich wyskoczyć i dołączyć do mojego celu. 

A jakie to ładne! NIKT nie ma takiego pupila. Po pierwsze: kot, który świeci. Słowo honoru. Świeci jak żarówka. Dwa, biel sierści Nuny jest oślepiająca i tylko jakiś prymitywny zwierz o prymitywnie skonstruowanym narządzie wzroku może się tego blasku nie przestraszyć. Człowiek jest bezradny. A przecież sami doskonale wiecie, że w całym Wszechświecie najgroźniejszą istotą jest człowiek, nikt inny. Jestem ocalona. 

Ocetolotem. 

Jupi! Ciekawe, co Szaman powie. Znów ten Szaman. Facet popłynął w świat i ciągle go nie ma, a ja: Szaman i Szaman. Czas się za siebie wziąć. Za swoje życie. Nie po to umierałam, żeby się teraz na kimś uwieszać. Muszę sama sobie radzić. I sama odpowiedzieć sobie na pytanie, co z ocetolotem w związku ja myślę? 

To po introligatorsku chyba było. Ja się od tego Szamana nie uwolnię. 

Ale sami zobaczcie, jak mnie ta Nuna nastroiła! Nagle po introligatorsku gadam! To ze szczęścia. To trzeba wybaczyć. Pokażcie mi śmiałka, co na Górze Przeznaczenia znajduje taki klejnot i nie świruje z radości. Nie ma. Nie ma. Nie ma, bo nikt do tej pory takiego klejnotu na Górze Przeznaczenia nie znalazł. 

OPRÓCZ MNIE. 

Ha, ha, ha! 

Ja pierdzielę, muszę zabrać tę Nunę z lasu. I to szybko, bo się jeszcze rozmyśli i gdzieś ucieknie! Ale nie wygląda, zupełnie nie wygląda, że ucieknie. Idzie tam gdzie, wszędzie tam gdzie ja! 

Być tam, zawsze tam gdzie ty, jeeea… Taka piosenka była. Serio mi odwala, ale mam kota. Na gorącym dachu mojej głowy.

Zabieram Nunę z lasu, idziemy, kici, kici. Nuna podskakuje, bawi się, robi akrobacje niczym Behemot z Bułhakowa. Tylko od Behemota różni się zasadniczo KOLOREM. I zasadniczo, bo płcią.

Idziemy beztrosko, wesoło, szczęśliwie. Nagle jakiś cień zasnuwa las, patrzę na Nunę, stop – klatka, zatrzaśnięta, znieruchomiała nieoczekiwanie, a w oczach przerażenie. Co jest, nie zdążam pomyśleć, bo w tym samym momencie niemy „puff” się rozlega w powietrzu i z Nuny zostaje tylko biały obłok.

A potem mgła. 

Srebrzysto biała mgła. 

Co? Jak to?! Nie zdążam pomyśleć, bo się oglądam za siebie, a tam (TU) stoi potężny na dwa metry w kłębie dzik, zwierzę wysoce prymitywne, a jak u niego ze wzrokiem, sami się domyślcie. 

Pufff! 

Nie mam pojęcia, jaki obłok zostawiłam, brak mi też danych o kolorze mgły. Faktem ustalonym jest tylko to, że znikłam jak Nuna i po chwili znalazłam się w mieszkaniu Wió. 

Ale Nuna przepadła. 

PS. Wiem, co się dzieje z Panią Mroku, Nemocją. W tej wojnie (człowieka z Bogiem) ma to niebagatelne znaczenie. Ale pozwólcie, że najpierw zajmę się Nuną. 

Nagle jakiś cień zasnuwa las, patrzę na Nunę, stop – klatka, zatrzaśnięta, znieruchomiała nieoczekiwanie, a w oczach przerażenie…

Nemezis

Żaden. Nic z tych rzeczy nie miało szans się wydarzyć, bo nie jestem taka głupia, żeby przehandlować pierścionek – choćby by był z rubinem wielkości meteorytu – za miłość, czy przyjaźń. 

W przypadku miłości jeszcze pelerynę! 

Dajcie spokój. 

Mam w żyłach żydowską krew. To zobowiązuje. Nie ma głupich. Kamienie szlachetne są tylko wtedy szlachetne, gdy mają duszę. A przehandlowany za miłość* kamień staje się tylko kawałkiem szklistego materiału. Na cholerę mi szklisty materiał, jeśli mam miłość i skrzydła Nemezis?!

Wczoraj uzmysłowiłam sobie, że nie wyjaśniłam wam miliona rzeczy. Na przykład Orion. Biały Pies z Góry Przeznaczenia. Rzucił się na mnie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Szamana Mako. Czekajcie, odwrotnie. Najpierw się rzucił, a potem go zobaczyłam. To jest odwrotnie?

Sami widzicie. Tego się nie da opowiedzieć! A ja muszę. 

Taką mam misję. 

Orion to jest pies przewodnik. Inaczej nie umiem tego nazwać. Orion też ma misję. Ale nie tak jak Ziarno, anioł z krawędzi światów. Ziarno jest przykuty do miejsca. Związany karmą. Orion jest wolny. Jego misja jest jego bezpośrednią wolą. Przychodzi do ciebie, bo chce. Kuźwa, RZUCA SIĘ NA CIEBIE, gdy chce!

Ale nie zrobi ci krzywdy. On pilnuje, żeby kto tam sobie krzywdy nie zrobił. 

Oczywiście, nie każdy ma Oriona, a może raczej: nie każdy Oriona widzi. I na tym właśnie polega problem ludzkości. Ludzie nie widzą Oriona. A on się pokazuje. Zwróćcie uwagę. Biały pies. Dość duży. Bardzo piękny, o czystej (nawet w słotę) sierści. Sprawia wrażenie, jakby był z kryształu. Czasem idzie na smyczy dla niepoznaki. Czasem inaczej się nazywa. Imiona nadawane przez ludzi rzadko mają pokrycie w rzeczywistości Nadwymiaru. Niestety. Ale każdy, kto go zauważy i zrozumie, że to jest Orion – wkrótce dostanie bezpośredni znak, co ma dalej robić. 

Bo łączy się z Kosmosem. A to już wygryw. 

Oriona mamy więc z głowy, pewnie jeszcze nieraz do niego wrócimy, tymczasem: Krucy. To już jest nieco wyższy poziom skomplikowania. Jak wiecie, Krucy jest ptakiem. Konkretnie krukiem. Gdy wchodzimy na temat kruków, wiadomo, że będą schody. Kruki to najbardziej niepokojące ptaki na świecie. Każdym świecie. 

To, że kruki ze sobą rozmawiają, nadają sobie imiona, tańczą – wiadomo. Wiadomo też, że kruki przepowiadają przyszłość. To one, zachwycając tańcem śmierci, poinformowały mnie, że za chwilę będzie rzeź. 

Krucy to jeden z tańczących kruków. Zwycięzca. Nie odstępuje mnie od tamtej pory. To znaczy, żeby było jasne. Nie usiadł mi na ramieniu. Po prostu poleciał tam, gdzie ja i co jakiś czas się pojawia, krąży nade mną przepowiadając przyszłość. Zwykle: tarapaty. Ale nie trzeba być krukiem, nie trzeba być nawet orłem, żeby przepowiedzieć mi tarapaty. To już nawet Orionem można być. I pojawiać się na szczęście bez chwili przerwy. Tarapaty i tak BĘDĄ. 

Nie ma przeciwności losu. Jest LOS. A ja się w nim zawsze tak ustawię, by stać się przeciwnością. 

Najważniejsze to mieć tego świadomość i dobrze się bawić. Jak się idzie na deskę, to przecież nie po to, by kołysać na falach. Dobra zabawa to zawsze walka. 

Wracając do Krucego. To, że on mi się pokazuje, coś wskazuje. Wszystko coś znaczy. Taka jest zasada w Nadwymiarze. Nie ma przypadków. No więc, gdy widzę kruka, wiem, co dalej robić. Zaglądam do Księgozbioru, sprawdzam, co się kryje pod hasłem: kruk. No, na przykład do tego Słownika symboli. Kopalińskiego. Władysława. I czytam, że kruka (a właściwie krucę) miał pewien bóg o imieniu Apollo. 

Mówiłam o tym? Bo za cholerę nie pamiętam, a nie chce mi się grzebać w przeszłości. No więc Apollo to bóg. Ale facet. Więc spokojnie. A właściwie: niespokojnie. Kuźwa, to też muszę wytłumaczyć!

Jest spora różnica między bogami rodzaju męskiego i żeńskiego. Sam podział już jest pewnym obciążeniem i świadczy o poziomie niższym niż boski, ale zanim wejdziemy do wymiaru wyłącznie duchowego, musimy się uporać z ciałem. Ciało zawsze sprawia kłopoty. Ale daje też mnóstwo zabawy, więc nie popadajmy w skrajności. 

Facet bóg wobec boga kobiety jest jak zapalenie śluzówki nosa wobec sepsy. Ściśle: katar kontra sepsa. I tak samo jak z „męskim” chorowaniem: więcej afery narobi ten z katarem niż walcząca z sepsą kobieta. 

Apollo to facet, więc się po „męsku” zachował. Zakochał się w istocie ludzkiej, w dziewczynie o imieniu Koronis. Koronis odwzajemniła miłość. Zaszła z Apollem w ciążę. Przestraszyła się. Mieć dziecko z bogiem, ogarnijcie. Jak ona to starej wytłumaczy? Poza tym, trzeba jakoś żyć. Dziecko wyżywić. Nie każdy się buja na chmurce. Koronis zwróciła się do pewnego chłopca z wioski. 

I postanowiła wziąć z nim ślub. 

Apollo byłby chyba nawet tego nie zauważył, wszak jest bogiem i ma prawo w międzyczasie zakochać się w siedemnastu innych istotach ludzkich.

Ale kruca mu doniosła. 

Czemu to zrobiła? Potem będziemy się zastanawiać. W każdym razie powiedziała swojemu panu, że Koronis w ciąży i z tamtym i tak dalej. 

Apollo wpadł szał, w prostym męskim odruchu zabił dziewczynę, a w ostatnim momencie, gdy z oporami docierało do niego, że przy okazji zabił swoje dziecko – Asklepiosa, szybko to dziecko wskrzesił i, co za niespodzianka, uczynił bogiem. Medycyny. Sami oceńcie, jak sobie ten bóg radzi. I czy warto facetami obstawiać stanowiska.

Koronis tymczasem „w nagrodę” zawisła na nieboskłonie i świeci do dzisiaj jej gwiazda. Na pomnik zawsze można liczyć. 

Niemniej: taka historia. Z tymże niezakończona. Bo jak już Apollo zabił Koronis, mało mu było gniewu (wszak musiał go rozrzedzić na ratowanie syna), trzepnął więc jeszcze w krucę. I dostało się biedaczce po łbie za nieswoje sprawy. A po co było dziób wtykać, spytacie. O to zapytam ją także. Jak tylko spotkam. 

Czymże zapłaciła kruca za gniew swego pana? I tu wychodzi cała natura tej istoty. Otóż, wyobraźcie sobie, że Apollo znalazł ujście swego gniewu w tym, że barwę krucy z białej przemienił w antracytową czerń. 

Ha, ha, ha!

Dajcie jej czarną kieckę zamiast białej. Ha, ha, ha. I patrzcie jak płacze po kątach! Ha, ha, ha! Drapnęło coś w gardle nowo wystrojonej krucy na pożegnanie i radź sobie, narcystyczny dżolero, sam!

Od tamtej pory kruca jest niezależna, nie ma żadnego pana i paraduje w super eleganckiej czerni. 

A Apollo stał się maskotką mitologii (już nawet nie religii), symbolem próżnego pięknisia o wątpliwej mocy. I nic mu nie pomoże, chyba że jakimś cudem znajdzie w Kosmosie ultrafilantropijną istotę, co zgodzi się mu towarzyszyć, a właściwie: pomagać, bo on przecież potrzebuje pomocy. PILNIE.

Ciekawe, czy Orion też do niego przychodzi? Pewnie przychodzi, czasem mu nawet po głowie skacze, ale Apollo tego nie zauważa. Zbyt jest zajęty roztrząsaniem, czy go która nie zdradza. 

Czemu ja muszę to pisać? Powiedziałam: misja. Druga rzecz, lubię to robić. Uwielbiam. Krucy mówi, że wtedy latam. I faktycznie, coś w tym jest. Ale jak to z lataniem: bardzo męczy. 

A ja po chorobie. 

I śmierci. 

Całą tę historię o Koronis przeczytałam w Księgozbiorze. I nie byłoby sprawy, gdyby nie to, że w jednym miejscu natknęłam się na imię krucy. Z początku myślałam, że to jakiś błąd w druku, albo że mi coś w oczach przeskoczyło. 

Ale nie. Widziałam to. I w razie czego mogę pokazać. 

To imię to Nemezis.


* Przyjaźń jest częścią miłości, jest z nią równoważna, więc oszczędziłam sobie w dalszej części tekstu wypisywania dwóch jedna po drugiej, bo to straszny mozół. 

* Nie wiem, czy nie większy mozół był pisaniem tego zdania.

* I tego. 

* Kurwa!

Mam go!

Pana Demonium. 

Każde zdanie jest tu teraz nie na miejscu, dlatego pomijam je milczeniem. Nie wiem, czy mój zachwyt jest dostatecznie radosny, czy może trochę podszyty przerażeniem? Próbowałam sobie zrobić selfie, a że w Nawymiarze selfie jest zabronione (chyba że analogiem) – mogłam jedynie siebie narysować. 

Nie wiem, czy to takie „jedynie”, biorąc pod uwagę czas, nakład pracy oraz to, co nazywamy twórczym zmaganiem – podczas gdy selfie robi komórką każdy debil. Przy okazji. Ostatnio, widząc No na deskorolce, wyraziłam coś w rodzaju podziwu, że się nauczyła, w sumie nawet nie wiem kiedy, a ona:

– Każdy debil potrafi jeździć na deskorolce. 

Poczułam się wyjątkowo. Ja nie umiem. 

Wracając do Pana Demonium. Mam go. Ha, ha, ha. Z pewnością chcecie wiedzieć, skąd go mam i w ogóle. Scenariusze są dwa. 

Pierwszy leci tak: 

Szaman Mako wrócił z mórz. Zobaczył moją minę pod tytułem: ile do cholery można czekać?! Zadecydował, dobra, idziemy po pierścionek. Pokonujemy Wnękę Międzywamiarową (to już dla nas betka), idziemy do WW. Tam, niestety, są takie zasady, że rządzą pieniądze. My pieniędzy nie mamy. Ale od czego jesteśmy duchami? Wystarczy, że ukryjemy się pod peleryną niewidką od Nemezis. Tylko że ja, wychodząc z domu, na śmierć zapominam o pelerynie Nemezis. 

Szaman za to niczego nie zapomina. Wyciąga z plecaka pelerynę, chowamy się oboje pod nią, wchodzimy do jubilera. Ale to bez sensu plan, bo przecież sami pod tą peleryną nie wyjmiemy zza pancernej szyby pierścionka. Musimy być widzialni. I normalnie trzeba poprosić subiekta o pierścionek, wtedy dopiero możemy się ukrywać. Czy jakoś tak. Zdejmujemy więc pelerynę. Subiekt w słup. Nie było ich, nagle są. Szaman jest małomówny, ja wręcz przeciwnie, zaczynam więc paplać, że poproszę, na imię Noemi, odłożony, czy mogę przymierzyć, ładna pogoda dzisiaj. 

Facet odwraca się po pierścionek, my z Szamanem szybkie spojrzenia porozumiewawcze, mówiące nie wiadomo co. 

– Co?

– Nic!

– Co mówisz?!

– Nic nie mówię!

– Zachowuj się normalnie!

– Normalnie się zachowuję!

– Dobra, cicho!!!

Subiekt wraca z Panem Demonium. Już z daleka widzę jego blask. Mój! Mój! Mój! Krzyczę całą duszą. Facet mi go wręcza, ja zakładam na palec i w długą. Zapominam nawet o pelerynie, która zostaje w rękach Szamana, który zostaje w rękach policji. 

To ostatnie dochodzi do mnie dopiero za Wnęką Międzywymiarową, gdzie pojmuję, że kosztem pierścionka jest MIŁOŚĆ*.

Drugi scenariusz. 

Lecę do Nogiłóżki. Do Wiednia. Patrzę z meteorytu na wschód Słońca. Od cofającego się Księżyca odrywa się nagle ułamek ostrza księżycowego sierpa i leci przez granat nieba. Życzenie! – myślę sobie i oczywiście je wypowiadam:

– Pan Demonium.

Życzenie spełnia się, lecz nie od razu. Muszą być koszty. 

Jak wiecie, ląduję w Wiedniu, spotykam Nogiłóżkę, wybieramy się na Día de Muertos. Pindrzymy się, stroje, makijaże. I nagle zalegamy jak martwe na trzy dni, aż do nowiu w Skorpionie, który mrokiem wypełnia resztki naszych żyć. Demony! Demony! Zrywam się cała mokra z kamieniami w brzuchu, a Nogiłóżka stoi nade mną w czarnym płaszczu i kamiennym głosem orzeka, że odchodzi. 

– Ktoś musiał zapłacić za twoje życzenie. Księżyc wybrał mnie. 

– Dlaczego nie mnie? – dziwię się. – Przecież to mój pierścionek! 

– Też nie rozumiem – rzuca chłodno obrażona Nogiłóżka i znika. 

A potem znajduję na schodach wiedeńskiej kamienicy skrzydła Nemezis i zaczynam rozumieć tę grę. 

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność. To psychopaci. Za ich wybór, a raczej – za mojego farta, dostaję jeszcze nagrodę. Mam skrzydła. Mam Pana Demonium. 

Ale nie mam przyjaźni.

Który scenariusz jest prawdziwy?


* I, kurde, peleryna!

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność

Dzień proroczy

Nie mówiłam wam jeszcze, że Ewelement spotkała Kalinkę! Tę dziewczynkę z Góry Przeznaczenia! Strasznie dużo rzeczy nie opowiedziałam, a powinnam! Jest jednak pewien problem. Co bowiem znaczy: powinnam? Jaka to część mowy? Że co? 

Sami zrozumiecie po własnej śmierci – w tym wymiarze coś takiego jak „powinnam” nie istnieje. Chyba że w takim wydaniu:

– Która godzina? Czternasta?! Trzeba wstawać!

– Powinnaś jeszcze pospać. Nie pali się. 

To EWENTUALNIE. Tymczasem siedzę w mieszkaniu Wió, do którego poza duchami lgną wszelkie nieprzyjacielskie siły, w tym Wąż. Serio. Siedzę w samotności, palę świece, odganiam zjawy, a tu nagle ktoś wali w drzwi. Nie domofon, tylko od razu: łubu-du!, bezpośrednio z prokuraturą i nagrywaniem rozmów włącznie. 

Pamiętacie ostatnią wizytę Wió? Pamiętacie jak zamieniłam się w marmurową posągowość z zimnym jak sztylet wzrokiem? A pamiętacie moją wizję z nożem? Że noża: nie?

Wzrok. 

To moja jedyna broń. Ta broń działa. Tym razem przynajmniej zadziałała. Choć pewnie wersja Węża będzie inna, zdaję sobie sprawę. 

Grunt że mieszkania nie sforsował. Prokuratura: też nie. Tyle mogę powiedzieć. Dałam radę. W sumie nic wielkiego. Jak się ktoś od kilku dni (zmarłych) zmaga z potęgą duchów, to wizyta Węża, choćby nie wiem jak jadowitego, nie robi. 

Kiedyś bałam się pająków. Raz przyśnił mi się sen, że łażą po mnie w piwnicy, do ust mi wchodzą, do uszu. Obudziłam się, z impetem wyszłam z domu (wtedy jeszcze strasznie się wszędzie spieszyłam), na ganku rozpięta pajęczyna, centralnie rozparty na niej pająk jak pięść ląduje prosto na moim czole. Leniwym ruchem zdejmuję delikwenta z głowy i puszczam wolno w jemu tylko znane rewiry. A potem pomału zaczyna do mnie dochodzić, że coś jest INACZEJ. 

Bo faktycznie czegoś zabrakło w tej scenie. Czego? Wysokiej częstotliwości przeraźliwego pisku i szarpania przestrzeni powietrznej gwałtownie rozrzucanymi dłońmi. 

Miałam w poprzednim życiu znajomych różnych. Kwadratowych i podłużnych. Był taki, co mawiał, że najlepszym sposobem na problem jest drugi problem. Większy. Jest w tym niezaprzeczalna logika. Większy problem wybawia cię całkowicie z frasunku nad problemem mniejszym. 

Tak i teraz. Jeśli ktoś ma do czynienia z najazdem duchów, nie piszczy przed najazdem Tatarów. Swoją drogą, muszę uważać, co piszę, bo zdradzam, że Szaman wypłynął, nikogo tu nie mam do obrony. Jestem bezbronna jak motyl w szkatułce. I jedyne, co mogę zrobić, to dzielnie odpierać ataki. 

Jak Sechmet. 

PS. Pojawiła się No i z miejsca zakomunikowała, że wychodzi. W sensie: wylatuje. Odkryła właśnie nową pasję. Fotografia. Tak, wiem, zaraz się pojawią głosy, że w Nadwymiarze fotografia jest zabroniona. Owszem. Zapomniałam jednak o pewnym wyjątku. Fotografia ANALOGOWA. To można. 

PS2. Zapomniałam też powiedzieć najważniejszego. Według Kalendarza Majów dzisiejszy dzień jest dniem proroczym. Wszystko, co dziś się wydarzy będzie miało dalszy ciąg w kolejnym roku. To jak sen proroczy, tylko że na jawie. Ma jednak tę wyższość nad proroczym snem, że ma się wpływ. 

Tak tylko mówię, jakby ktoś był zainteresowany swoją przyszłością… 

Sechmet

Sen przebudzonych

Leżę skulona na dywanie i grzeję stopy w promieniach, które sama krzeszę. Od kilku dni nie opuszczam mieszkania Wió. Zawinięta w pelerynę skrzydeł chronię swój wewnętrzny ogień. Wiem, zaraz się podniosą głosy, że piszę jak nawiedzona, ale nic na to nie poradzę. Nie moja wina, że taka jest rzeczywistość. W Wiedniu znalazłam skrzydła Nemezis. To jest peleryna z grubej tkaniny, coś na kształt najprawdziwszej w świecie wełny angielskiej – długa do samej ziemi. Zbiera się ją pod szyją, zdobnym zapięciem z ornamentem w kształcie płatka śniegu. Peleryna ma duży postawny kołnierz chroniący przez wichrem. Wygląda jak toga.

Na razie nie wiem, co oprócz zatrzymywania promieni i latania potrafi ta peleryna. Wiem, że jest darem od Nemezis i należy to docenić. Doceniam. Wolałabym się nie narażać. I tak mam nielekko. Szaman: nieobecny. Nogiłóżka znikła. Nemocja w natarciu. 

Przychodzą demony. Wczoraj mi talerz wybuchł. Podeszłam do kuchenki zrobić herbatę i jak nie pieprznie! Widziałam go na ułamek sekundy przed wybuchem. Leżał spokojnie na garnku i nagle zaczęło go od środka rozrywać. Poniosło sferycznie na wszystkie strony świata najmniejsze okruchy szkła, a centrum zapadło się w odmętach gotującej się na herbatę wody. 

Taki fikoł. 

Ewelement świadkiem. 

Całe szczęście, bo sama bym nie zamiotła tego efektu. Chyba że pod dywan. A tego nie lubię. Właściwie to nie znoszę. 

Żadnego sprzątania nie znoszę. 


Dorwałam się do Waszego Wymiaru, ściśle – do waszego internetu. Jak nie wiadomo o co chodzi w wojnie, trzeba szukać, choćby po omacku. A więc szukam. A że znam na razie zagrożenia głównie ze strony ludzi – szukam w WW. 

Bo duch mi nic nie zrobi, to już ustalone. 

Choćby nie wiem, czym wybuchł. 

Nemocja dała mi kilka wskazówek, przysłała adresy miejsc. Idę pod pierwszy adres. Miejsce spotkań „przebudzonych”. Czyli tych, co tak jak ja – umarli. I po przejściu kilku etapów po śmierci – przyszło im dalej żyć. 

Najpierw w przeraźliwej samotności. 

Potem w rozrywającym poczuciu wygrywu.

Potem w zachwycie widzianych codziennie cudów. 

Potem w palącej ciekawości: CO SIĘ ZA CHWILĘ ZNOWU STANIE!?

Na forum pozornie samo dobro, przyjaźń i serdeczne przyjęcie. Czuję się jak u kumpla na osiemnastce. Dorośli ludzie, pełna kultura. No i ta ulga, że wreszcie koniec z tym błazeństwem gówniarzy (co się nie przebudzili). 

Jesteśmy tak przebudzeni, tak świadomi, tak dorośli, że właściwie możemy wszystko. W pierwszej kolejności więc zaczynamy sobie różnych rzeczy ZABRANIAĆ. 

Znacie tych paszczaków towarzystwa? Tych najmądrzejszych, co z matmy mieli oceny dla nas niedostępne, z innego wymiaru ocen, gdzieś ponad trzy na szynach. I to wysoko ponad. 

Wśród „przebudzonych” to samo. Już przy drugim tekście czuję, jak mnie ktoś opierdala. Zabawa?!

Ciekawość?!

Używki?!!!

MOJA DROGA. 

To jest ten ton, którym mówi do ciebie teściowa, albo jeszcze lepiej: babcia męża. Nie da się podrobić. A jednak. Wcisnęła się do „przebudzonych” i tyranizuje. Że nic nie wolno, że coś trzeba, a najlepiej: wróć do żywych, tam twoje miejsce. 

ZA SŁABO UMARŁAŚ. 

Gdy już zostałam porządnie opierdolona, wzięłam się za jakiś traktat o wychodzeniu z ciała i tu dopiero ugrzęzłam. Nie zauważyłam nawet, gdy przyleciała No i w swojej odwiecznej niedostępności zrobiła wyłam. Podleciała i krążyła nade mną długą chwilę, a nawet: powtarzającą się długą chwilę – wyraźnie w celu nawiązania kontaktu. A ja zaczytana w traktacie. 

Czekajcie, to się jakoś nazywało. Traktat o Projekcji Astralnej. Robert Bruce. Rok publikacji 1994. Kuźwa, kawał czasu temu. A ja nic nie wiedziałam!

Traktat pasjonujący. Zresztą, sami widzicie. Olałam nawet No. 

Co w traktacie? Po kolei. Najpierw, że można opuścić ciało, bo to w sumie o to w traktacie chodzi. Rzecz fachowo nazwana, opisana nawet w Wiki. Od angielskiego chyba, bo przecież w WW nie znają nawet introligatorskiego: OOBE. Nie wiem, co to dokładnie oznacza, pewnie jakieś Over Open Being Evolution. Ale nie ufajcie mi w tej materii. Angielski w Nadwymiarze jest absolutnie passé. 

No więc autor wyćwiczył sobie wychodzenie z ciała tak sprawnie, że z wielką swobodą ciało opuszcza, gdy tylko zechce, nawet – jak sam w traktacie zaznacza – w pokoju z małymi dziećmi.

Gdzie rodzice tych dzieci? Gdzie ich MATKA?!

Ja wiem, że to teraz może trochę brzmieć, jak podśmiechujki. I to w dodatku z kolegi po fachu. No ale. Weźcie. Żeby opuścić ciało, trzeba trenować, medytować, napełniać regularnie czakry, otwierać, zamykać, zawiesić linę u sufitu, żeby się z ciała WYCIĄGNĄĆ?! 

AAA. 

On i tak jeszcze spoko. 

Najstraszniej poczułam się po lekturze eseju niejakiego Loky, pod groźnym tytułem: „Czy Twój rozwój duchowy jest bezpieczny?”. 

???!!!

Tam dopiero są instrukcje. Czakry otwierasz zgodnie z ruchem wskazówek zegara, jeżeli jesteś mężczyzną i odwrotnie, gdy jesteś kobietą. Następną czakrę otwierasz i zamykasz w kierunku ODWROTNYM do poprzedniej. Dla niewtajemniczonych – jest ich siedem. Powaliło mi się już przy pierwszej. W końcu jestem KOBIETĄ i nie kumam tak niepojętych urządzeń jak zegar.

Człowiek myślał, że Kościół Katolicki się wyczerpał. Że do Nadwymiaru się nie wedrze. A tu proszę. Pamiętacie Wieżę Babel? Nie pamiętacie, bo na religię nie chodzicie, co mnie skądinąd cieszy.

No więc z Wieżą Babel było tak. Ludzie, którzy wtedy jeszcze wszyscy mówili w hopi i nie znali pojęcia „nauka języków obcych”, postanowili wznieść wieżę do samego Nieba, by przywitać się z Bogiem. Bóg siedział nabzdyczony w Niebie i obserwował te wysiłki. Z początku pewny siebie, gdy jednak ujrzał wznoszącą się wieżę zbyt blisko – szarpnął piorunem przez Kosmos i zrzucił towarzystwo z rusztowań. A żeby było z przytupem i na wieki, pomieszał ludziom języki. Zapadła marmurowa samotność. Ta samotność, której ja doświadczałam przez całe moje doczesne życie. 

Samotność niezrozumienia. 

Każdy poszedł w swoją stronę, a co bardziej charyzmatyczny – zagarniał wokół siebie tych, co gotowi byli nauczyć się jego języka. 

Dziś znów mamy do czynienia z Wieżą Babel. Jednak nikomu nie chce się wznosić budowli. Za duży mozół. Wystarczy mieć dostęp do internetu. Przeczytać Traktat o Projekcji Astralnej. I już być TAM. 

Na tym polega ta wojna. To jest wojna ludzi z Bogiem.

PS. Wychodzi się z ciała bez żadnego treningu, jełopy! 

PS. I nie jesteście przebudzeni, tylko śpicie jak susły, ale bardzo byśta chcieli się obudzić.

Wojna

Fakinszit, nie wiem, co myśleć. Szumi mi w głowie. Nie wiem, kim jest Nemocja. Wiem tylko, że jestem w jakimś niepojętym niebezpieczeństwie i to wcale nie chodzi o tę wojnę, o której myślałam. 

To nie ta wojna. 

WYOBRAŻACIE SOBIE?! Jestem. Na. Wojnie. O. Której. Nic. Nie wiem. 

Myśląc, że jestem na wojnie, o której coś wiem. 

I TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ. 

Ja w każdym razie jeszcze nie ogarniam. 

Dobra. Myślałam, że jestem na wojnie wywołanej przez Węża jakimiś osobistymi rozterkami z rodzaju „być albo nie być” i ewentualnie za co. Prosta sprawa. Umarłam, nie ma mnie, nie pomogę – to może kogoś wkurzyć. I ten wkurzony ktoś wywołuje wojnę. Zrozumiałe. To znaczy niezrozumiałe, ale da się rozłupać. 

Tymczasem dzieją się rzeczy w ogóle PONAD kwestię rozgoryczonego ego i kto zapłaci za prąd. Dzieją się rzeczy nie tylko PONAD, ale PONADWIEKUISTE. 

I ja to widzę. I nic nie panimaju. 

Po kolei. Jak wiecie, wczoraj napisała do mnie Nemocja. Poznałam ją dawno temu, w poprzednim życiu, kiedy jeszcze byłam „gwiazdą” i dawałam ludziom rady. Ktoś zorganizował warsztaty literackie, przyszło kilka osób, a ja się mądralowałam. I tam właśnie była ona. Zapłaciła za kurs (niemało!) I przyszła. I nawet trochę pochodziła. A jak zobaczyłam jej pierwszy tekst, to już wiedziałam, że to ściema. 

Ona nie przyszła się niczego uczyć. 

Ona jest za dobra. 

Ona jest świetna. 

Znacie to? Gdy człowiek ma wrodzony talent i każda nauka go tylko psuje? Kunegunda tak ma. Kunegunda (dziewczyna Szatana Komety) śpiewa. Śpiewa tak doskonale, że każda uczelnia zamyka ze strachu przed nią drzwi. I całe szczęście. Bo gdyby jakakolwiek Uczelnia Akademicka Muzycznego Śpiewu i Wokalu ją przyjęła i jeszcze próbowała czegoś nauczyć – świat straciłby niepojęty w cenie klejnot. 

Z Nemocją to samo. No, ale wiecie. Dostałam wynagrodzenie, muszę się jakoś odnaleźć. Coś tam muszę z siebie wymądrzyć. Nauczam więc Nemocję, a ona taktownie kiwa głową i wcale się ze mnie nie śmieje. 

Nemocja ma ciemne okulary. Tłumaczy to jaskrą. Wiem, że nie o jaskrę chodzi. Bo gdy zdejmuje w pewnej chwili okulary, by je przetrzeć – widzę to. Widzę oczy demona. 

I paraliż elektryczny przepływa mi po rdzeniu kręgowym. Lodowaty paraliż nerwów. Nawet teraz, gdy to piszę, czuję lód w palcach. 

Nemocja nagle zniknęła. Przestała przychodzić na zajęcia, nie pojawiła się na rozdaniu dyplomów. Normalna sprawa. Ja też nie chodziłam na takie imprezy. No, chyba że kroiło się after party. A tu żadnego afterka nie było, nuda straszna, parę osób nadętych i tyle. 

Minęło parę lat. Potem umarłam. Znalazłam się w Nadwymiarze, polatałam na meteorytach, zdążyłam się chyba nawet zakochać – i nagle ona się odzywa! 

Dobra. Przyznam się. W tej wczorajszej samotności trafiłam na jej książkę. Znalazła się w Księgozbiorze, nie pytajcie jak. Otwieram czarną okładkę z napisem: „Dzieje Quantum” i zastygam w spiorunowaniu. 

Bo tam, precyzyjnym jak laser jubilera językiem opisany jest obrazek, w którym siedzę na lotnisku i maluję portret Nogiłóżki. Czyli Całun Wiedeński. 

Siedzę na krawędzi stożka. W czerni. Z daleka wyglądam jak ptak. Czarny ptak. Kruk. 

Jak ma na imię ten kruk?

Zamknęłam książkę z trzaskiem. Wysłałam jej wiadomość. I gdy pisałam wam o skrzydłach Nemezis – przyszła odpowiedź. 

Nie mam siły pisać. A jednocześnie wiem, że przeprowadzę się przez tę wojnę tylko za pomocą prawdy. Zwierciadła prawdy. Opisując wszytko po kolei JAK JEST – wygram. Demon rozbije się o własne oblicze. 

I nie ma znaczenia, że nie wiem, o co tu chodzi!

Jednak opuszczają mnie moce. Coś mi je zabiera. Wczoraj przyszedł do mnie duch. Ten duch miał pretensje. Zaatakował mnie. Duch jest potężny, ma moc huraganu. Człowiek go nie pokona. 

Wiem to. 

Ale ja go pokonałam. Przegnałam precz tak skutecznie, że z pewnością ten jeden konkretny duch (a właściwie: jedna, bo to ona była) nie wróci. 

Ale. 

Przyszło ich więcej. 

Przyszła cała Noc. 

W moim śnie. 

Nie miałam szans. 

I nie stanęłam do walki. 

Uciekłam.

Wpłynęłam ze snu do rzeki życia. Woda to życie. Od zera. Woda to zero. W zerze nie ma wartości. Ani dodatnich, ani ujemnych. 

Woda mnie chroni. 

Ktoś mnie goni. 

Kim ja jestem?

Jak pokonuję duchy?

Czy ja nie jestem człowiekiem?

Skrzydła Nemezis

Kiedyś, jeszcze w poprzednim życiu miałam taki sposób na samotność, że brałam do ręki zeszyt i pisałam, pisałam, pisałam. Dziś obudziłam się sama w wielkim łóżku, nie ma nikogo, nie ma nawet No, która wyleciała w tę noc halloweenową i do tej pory nie wróciła. 

Wzięła rewolwer. 

Przed wyjściem oddała kilka strzałów na próbę. Działał bez zarzutu. 

Nogiłóżka jest inna. Ona wychodzi w czarną noc najstraszliwszego miasta świata, czyli Wiednia i nie bierze ze sobą żadnej broni. Kiedyś wspomniałam coś o nożu, zaprzeczyła kategorycznie, twierdząc, że się pokaleczy. 

Jej sposób na niebezpieczeństwo, to całkowita bezbronność. Ryzykowne. Wbrew pozorom jest w tym logika. Chodzi o wpływ świadomości na rzeczywistość. Jeśli bowiem bierzesz nóż, znaczy: spodziewasz się ataku, a zatem – boisz się. Kto jest ofiarą napadów ulicznych? Pytanie zawiera odpowiedź. OFIARA. Cechą charakterystyczną ofiary jest lęk. 

No nie wykazuje lęku. Jej rewolwer miał inne zadanie. Pamiętajmy, że wyszła na Halloween. Tam, dokąd szła, obowiązują kostiumy. Kostiumy mają być straszne. Za kogo No może się przebrać, by siać postrach? Przecież nie za ducha! 

Przebrała się więc za bandytę. 

Uzbrojonego. 

Pif – paf. A raczej: szach – mat. Uciekajcie ofiary do bram.

Tymczasem ja zostałam sama, samiuteńka, bez absolutnie nikogo. Przepraszam, z Wifi. Ale ona się gdzieś zaszyła w szarości Dnia Zmarłych. Nie wiem, czy wspominałam, że Wifi jest koloru szarego? Zaszyta więc w szarości dnia znika jak wspomniany a nieistniejący duch przebrania No. 

Kiedyś pisałam. Pisałam właśnie w takich momentach, gdy nie było nikogo. Momenty przechodziły w godziny, godziny w dni, dni w miesiące, aż wreszcie samotność wypełniła mi całe życie doczesne. Gdy jednak spotkałam Szamana Mako na Górze Przeznaczenia – na fali protestów i awantur zrozumiałam, że moja samotność się skończyła. 

Jeśli bowiem dziewczyna znajdzie swojego starszego brata, nigdy już nie będzie sama. 

Szaman jednak obecnie, jak się zupełnie nie domyślacie, pływa po Morzu Księżycowym i klnie pod nosem jak stary rasowy wilk morski, bo mu się jakieś zwoje lin splątały. 

A ja tu sama. 

Ewelement chyba śpi. Wysłałam jej wiadomość z pytaniem o sny, bo mnie już nawet sny opuściły. Nie odpowiedziała. Zatem śpi. I śni. Chociaż ona. 

Ziarno miał przyjść! Ziarno to jest facet z budki z winem. Na rogu światów. Nie wspominałam, bo wiecznie brak mi czasu na pisanie wyczerpujące. Pamiętam, jak jeszcze w szkole nauczyciele bazgrali pod moimi wypracowaniami taki zarzut: Nie wyczerpałaś tematu!

I czwórka. Zawsze: czwórka. Na maturze też czwórka. Bo nie wyczerpałam tematu. A przecież wyczerpanie tematu to literacka zbrodnia! To zabranie czytelnikowi wszystkiego, co najważniejsze! Czytelnika trzeba zostawić w pół zdania, w pół drogi, w pół oddechu. 

Wracając DO TEMATU (by choć go trochę wyczerpać) – Ziarno to facet z budki z winem na rogu światów. Między wymiarami zawsze stoi jakaś budka z winem, w której siedzi zabłąkany anioł. Budkę nazywam Kantorem. Ziarno z kolei upiera się, żeby nazywać ją „Kwiaciarnią”. Sama nie wiem. 

Anioł zwykle jest uśmiechnięty, choć w cholerę nieszczęśliwy, bo musi siedzieć w tej piekielnej budce i palić w kozie, żeby nie zamarznąć. Na rogu światów bywa bardzo zimno. 

Do Kantoru przychodzą bardzo bogaci ludzie i kupują wino po straszliwych cenach, a on z pasją choć bez zachwytu opowiada, które wino jest lepsze. Anioł zawsze wie, kto przychodzi po smak wina, a kto właśnie daje się dymać Maweraszii. Kasuje tych drugich z wielkim bólem w sercu. I cierpi. Cierpi za coś, co się tam kiedyś wydarzyło i za co musi tym swoim trwaniem w budce zapłacić. 

Ziarno jest takim aniołem. Przychodzę do niego wieczorami. Wita mnie uściskami wuja, po czym nalewa dwa milimetry sześcienne czerwonego płynu do wielkiego kryształowego kielicha, sadza mnie na wysokim drewnianym krzesełku i zachwyca się moim ubiorem. Z tym ostatnim trochę przesadziłam, bo Ziarno zachwycił się raz i to całkiem niedawno, ściśle przedwczoraj, gdy wróciłam z Wiednia na skrzydłach Nemezis. 

I tu znów okazuje się, że nie wyczerpałam tematu, bo nic nie wspomniałam o skrzydłach Nemezis, którymi właśnie zachwycił się Ziarno. 

Było tak. Nogiłóżka miała płaszcz. Czarny, długi do ziemi, w dodatku cudownie ciepły, a właśnie nadeszły chłody piekielne, nów w Skorpionie. Pozazdrościłam jej tego płaszcza. Chciałam jej zaiwanić. No może nie tak wprost, ale jakoś. Podstępem, błaganiem, manipulacją. Te same uczucia miałam względem Pana Demonium, ale to osobna historia, którą opiszę, gdy zacznę WYCZERPYWAĆ TEMAT. 

Jak wiecie, Nogiłóżka zniknęła razem z płaszczem, a ja zostałam sama w Wiedniu i w chłodzie. Szłam ulicą w celu ewakuacji i nagle zobaczyłam na schodach wejścia do jakiejś kamienicy czarne zawiniątko. Mój zamaszysty krok minął zawiniątko, ale świadomość przystanęła. Zwolniłam, poczekałam, aż przejdzie baba z blond fryzurą. Baba jednak nie przechodziła, grzebała w torebce, czegoś szukała, rozglądała się i zaczynała już mnie naprawdę irytować, bo jednak w cholerę irytuje ktoś, kto w żaden sposób nie słucha niemych życzeń, żeby go nie było!

Wreszcie, gdy już postanowiłam, że chrzanię babę, zawrócę, podejdę do zawiniątka i jak rasowy lump przerzucę stare ubrania po zblazowanych Austriakach – baba nagle przestała grzebać w torebce, podniosła głowę i poszła przed siebie. Dzięki ci, piękna nieznajomo! Już jestem przy zawiniątku, już odgrzebuję rzecz. A tam… spodnie w kolorze czarnym, idealne dla No i… no właśnie. 

Powiem tak. To nie jest żaden austriacki stary ciuch wyrzucony dla lumpów. To DAR. Dar dla mnie i przy okazji dla No od… Nie wiem. Grunt, że mam czarne, przepiękne skrzydła, które układają się w czarodziejską pelerynę na kształt togi sędziowskiej! 

Peleryna jest tak ciepła, że temperatura na zewnątrz nie ma znaczenia. Wystarczy że się nią owinę, staję się słońcem. Niewidzialnym słońcem! Gdy ją rozpostrę – wznoszę się ponad chodnikami i już nie potrzebuję meteorytów do latania! 

W Księgozbiorze dowiedziałam się, że Nemezis to gwiazda, której ludzkość nie może znaleźć od wieków z tego powodu, że jej nie widać. Nemezis to też… sędzia. To ona decyduje, co komu i za co. Tak w skrócie, bo już zaczynam się obawiać wyczerpania tematu. Sami przecież możecie się wiele domyśleć. Na tym polega cała zabawa. 

Mam skrzydła Nemezis! 

I właśnie tym zachwycił się Ziarno, gdy mnie ostatnio widział w Kwiaciarni. 

O kurwa. Napisała do mnie Nemocja. Muszę kończyć. 

Całun Wiedeński

Pamiętacie, jak wybierałam się na Día de Muertos? No to się wybrałam. I zaliczyłam trzydniowy zgon, jak znany wam skądinąd niejaki Jezus. 

Zaczęło się od lotu kosmicznego, podczas którego zobaczyłam wschód Słońca z tamtej perspektywy. I gdybym tylko mogła strzelić fotkę w kosmosie i wam ją pokazać – nie musiałabym już niczego pisać. Ale. Ani nie wolno mi strzelać tu żadnych fotek, ani nie wolno mi przestać pisać. 

Może to wam się wydawać dziwne, ale w Nadwymiarze absolutnie zabroniona jest jedna rzecz. Strzelanie fotek. Nie wolno. Czemu? Już wyjaśniam. Zdjęcie zabiera duszę. Nie tak jak Maweraszia – po kawałeczku. Nie. Zdjęcie pozbawia ciała duszy, która umyka diabli wiedzą gdzie i potem bardzo trudno ją odszukać. Dlatego właśnie Indianie nie pozowali do zdjęć. Chyba że pod przymusem, co zresztą do rzadkości nie należało. W sensie: przymus wobec Indian. 

W Waszym Wymiarze zdjęcia są na porządku dziennym. Ich potęga nie zostawia nawet szczątków dusz, wojna już dawno została wygrana. Albo raczej: przegrana. Na jedno wychodzi. Tam, gdzie wygrywa jedna strona zostawiając drugą na dnie klęski – przegrywają obydwie. Zawiłość ta stanowi duży problem i jest odpowiedzialna za upadek ludzkości. 

A przecież to proste. 

Niemniej – wracając do fotografii – w wymiarze, gdzie ciało JEST, kwestia zabierania duszy przez migawkę aparatu może stać się niedostrzegalna. Pstryk i nic się nie zmieniło. Inaczej jest w Nadwymiarze, gdzie dusza z ciałem jest nierozerwalna i nie ma możliwości jej zabrać, a ciała zostawić. 

Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Chodzi o to, że tu, w Nadwymiarze JEST przede wszystkim i na pierwszym miejscu (drugiego miejsca nie ma) – DUSZA. A ciało sobie jest lub nie, to zależy od życzenia duszy. I jeśli, na przykład, wstanę rano z sarkofagu i pomyślę: a, chciałabym być jednak krukiem, człowiek mi się znudził – trach, mam pióra i wznoszę się z Krucym pod niebo. Boże, nie mówiłam wam o Krucym! Krucy to mój kruk osobisty, podobnie jak Wifi jest moim osobistym kotem. I jeśli mam rano ochotę z nią popolować na ważki – przybieram postać kota o imieniu Sechmet. 

Czyli lwa. 

Bo taki jest mój zwierzęcy awatar. 

Ptasi awatar to kruk. Nie znam jeszcze jej imienia.

Awatarów jest nieskończona ilość. Kiedyś mnie pewien redaktor telewizji gnębił za kićkanie policzalnych i niepoliczalnych rzeczowników. Nie mam pojęcia, czy napisałam prawidłowo. Bo jak nieskończona, to czy policzalna? Jeśli mnie czytasz redaktorze Avalanche – napisz w komentarzu. Jeśli znajdziesz miejsce na komentarz. 

Awatarów jest liczba nieskończona. 

Jak zwykle zapomniałam, o czym pisałam. A, zdjęcia. No więc w Nadwymiarze jest zabroniona tylko ta jedna rzecz. Nie wolno nikomu robić zdjęć. Grozi to utratą świadomości, co jest tak sprzeczne z nadwymiarową matrycą, jak dzielenie przez zero. 

Nie można pozbawiać nikogo istnienia. 

No więc nie mogę zrobić zdjęcia wschodowi Słońca z kosmosu, bo zlikwidowanie Słońca załatwiłoby jednym ruchem rozpirzenie w miał całej rzeczywistości, w której mam przyjemność fruwać meteorytem. 

To chyba bym musiała kompletnie zdurnieć. 

Na marginesie tylko wspomnę, że w WW sytuacja opisana powyżej jest normą. 

Całe szczęście, nie muszę tego rozumieć. 

Wschód Słońca z kosmosu wygląda tak. Niebo jest czarne. Z czerni przechodzi w głębokie indigo, taki smolisty granat. I tu nagle: czerwień. Pod czerwienią dzieją się rzeczy podobne do zjawiska tęczy, mianowicie światło rozszczepia się przez pryzmat atmosfery i rozkłada swój niezwykły wachlarz barw. Tylko że tęczę widzimy na jasnym niebie, a to tutaj jest utopione w czerni. W promieniach czarnego światła. 

Na czerni nieba akurat świecił łuk Księżyca, tak cienki, jakby nakreślony piórem. Z jego lewej strony, od grzbietu oderwał się okruch i świecąc niczym gwiazda spadł malowniczo w otchłań kolorów. 

Pomyślałam od razu: życzenie! Ale żadne życzenie nie pojawiło się w mojej głowie. Ani wtedy, ani teraz, gdy to piszę. 

Ani teraz, ani wtedy… 

Przecież ja strasznie chciałam Pana Demonium! Strasznie!

Dlaczego nie wypowiedziałam tego życzenia?!

Jestem bardzo zmęczona. Spędziłam trzy dni w grobie w samym sercu tak straszliwego miasta jak Wiedeń. Mówiłam już, że Nogiłóżka mieszka w Wiedniu. Wiedeń to wielka trumna tego świata. Miasto przerażonych zombie. Serio, wolę już Szczecinę. Tymczasem ledwo uszłam z życiem wybierając się do Wiednia na Día de Muertos. 

W Wiedniu mówi się po enerdowsku. To jest język zbliżony do introligatorskiego, ale nim nie jest. Austriacy są tak oryginalni, że nie wymyślili sobie własnego języka. Jestem duszą, bez trudu mogę się porozumiewać w różnych językach, ale introligatorski – delikatnie mówiąc – nie jest moją mocną stroną. Jak więc mam z czegoś, co nie jest mocną stroną, zrobić stronę jakąkolwiek? Nogiłóżka mieszka w Wiedniu już któryś tam rok i nadal nie posiadła tej sprawności. 

Podsumujmy. Jesteśmy duchami. Przemykamy wśród monumentalnych kamienic z niepojętymi enerdowskimi napisami i nie znamy języka. Wyglądamy, jak wyglądamy, tak jak mogą wyglądać duchy. 

Ja cała w czerni, ona cała w czerni. Jakbyśmy zapomniały, że istnieją inne kolory. Jakbyśmy umarły. 

Ha, ha, ha. 

Dobra. Jedyne wyjście, to atak. Bierzesz wiedeńczyka i kamiennym głosem z głębokim oburzeniem przemawiasz jak umiesz, czyli po introligatorsku z akcentem HOPI: 

– Wo hast du Deutsch gelernt?!

No i pozamiatane. Więcej cię nie zaczepi. A my suniemy przed siebie do peruwiańskiej knajpy, żeby Nogiłóżka mogła choć trochę uszczknąć od Maweraszii*, a tak naprawdę: choć trochę pogadać w języku Majów.

Wszyscy tęsknią do Majów. Wy jeszcze tego nie wiecie, ale tu, w Nadwymiarze świadomość jest nieco inna. Opowiem to kiedy indziej, tymczasem muszę zamknąć tę opowieść. A już naprawdę przewracam się na plecy. 

Przyleciałam do tego Wiednia nad ranem, Nogiłóżka odebrała mnie z lotniska, zaszłyśmy na drinka do peruwiańskiej, a potem poleciałyśmy do twierdzy Nogiłóżki. Tam wypiłyśmy czerwone wino. Potem się ładnie ubrałyśmy (na czarno) i pląsając niemrawo – zamiast pójść na imprezę – złożyłyśmy się do trumny. 

Na trzy dni.

Trzeciego dnia, a raczej: trzeciej nocy przyszedł nów. I to był nów w Skorpionie. Najmroczniejszy ze wszystkich. Obudziłyśmy się o czwartej nad ranem w kulminacji nowiu. Obie w agonii. Tak, tu rzeczy dzieją się odwrotnie. Najpierw śmierć, potem agonia. No więc wiję się z bólu, w brzuchu mam kamienie, umieram. Ona też umiera, w swoich cichutkich nogiłóżkowych męczarniach. 

Umieramy długo, kilka godzin. Wreszcie zasypiam. Śnię. Jestem w jakiejś sali, prowadzę spotkanie autorskie. Na przeciwko siedzi moja kuzynka od strony ojca. Chcę dać jej kamień. Patrzę na nią i wołam po imieniu: – Klaudia!

A ona wstaje i poprawia mnie: Maria. 

Maria to jej matka. Moja chrzestna.

– Kim jesteś Noemi?

Budzę się mokra od potu. Jest mi zimno. Nogiłóżka stoi nade mną. Ubrana na czarno.

– Wychodzę. 

– Żyjesz? – dziwię się. 

– Nie sądzę. Spodziewaj się najgorszego. 

– Czekaj! Muszę cię uwiecznić. Ale nie mam siły rysować…

– To potem. 

Powiedziała to tak spokojnie… i znikła. A ja wstałam. Z bólem, ale bez lęku. Zabrałam swoje czarne, imprezowe ciuchy i pojechałam metrem na lotnisko. Tam, czekając na swój meteoryt, wymalowałam ten całun. I choć lotnisko jest doskonałym miejscem dla Nogiłóżki, jej samej oczywiście tam nie było. Nie dziwcie się, Jezusa też nie było, gdy Weronika oddała mu całun. 

Całun ma to do siebie, że odbija obrazy dawno już nie istniejące. 


* tak naprawdę: przede wszystkim uszczknąć od Maweraszii.


PS1. Mam ten pierścionek. 

Całun Wiedeński

Ocean Pomarańczowy

Wszystkie oceany i morza, które przepływa Szaman Mako, mają jedną wspólną wadę. Może inaczej. Żadne morze i żaden ocean Szamana Mako nie ma pewnej zalety. 

Nie jest pomarańczowy. 

Pomarańczowy jest tylko jeden ocean we Wszechświecie i on należy do mnie. 

Oczywiście, nie miałam pojęcia, że jestem właścicielką Oceanu Pomarańczowego. Odkryłam to przez przypadek, dzięki Ewelin.

Mówiłam już, że Ewelin to moja przyjaciółka z WW. Zostawiłam ją tam w momencie śmierci i fakt, nawet mi podczas tamtych pięciu minut agonii przeszło przez myśl, że ona tu, ja tam, a raczej: ona tam, ja tu – ale nic już nie mogłam zrobić. 

I nic nie zrobiłam. 

Sami się przekonacie, śmierć to nie jest czas działania. 

Przekonacie się też, że podług Czasu, nie ma prawdziwych pożegnań. Ludziom się tylko wydaje, że w chwili śmierci coś dzieje się NA ZAWSZE. Jest w tym zresztą pewna słuszność. Rzeczy dzieją się na zawsze, ale nic się nigdy nie zatrzymuje. A jak się nie zatrzymuje to też nie znika. Wszystko jest procesem, drogą, kwestią czasu. Tak więc moje rozstanie z Ewelin było kwestią Czasu, a ściśle – jego kaprysu, na jak długo postanowi mnie z Ewelin rozłączyć. 

Przyszła we śnie. Właściwie to we śnie przyszła o niej myśl, informacja, taka telewizja tvndwadzieściaczetery z wiadomością: Ewelin jest chora. A potem pojawiła się (już na jawie) handlarka kamieniami w Szczecinie. I wcisnęła mi dwa słoneczne kamienie dla Ewelin. WW nie WW, zasada jest wszędzie taka sama – wyjaśniła. Ile jasności jest w tym wyjaśnieniu, sami rozstrzygnijcie. Wiadomo tylko, że mam dostarczyć kamienie dla Ewelin i wtedy będzie zdrowa. 

Jak dostarczyć kamienie? 

Przypominam: jestem duchem. 

Z pomocą przyszła sama Ewelin. Właściwie to nie wiem, jak to się stało. Po prostu nagle odebrałam wiadomość: przyjedź. Pal diabli, że jesteś duchem. Jak przyjechać?

– Twoja w tym głowa.

Zarówno w WW, jak i w Nadwymiarze panuje jedna zasada. Dla chcącego nic trudnego. Wzięłam więc słoneczne kamienie i poleciałam tam, gdzie mieszka Ewelin. Żadnych napotkanych barier, żadnych sfinksów, żadnych nieprzekraczalnych bram.

W sumie sypie mi się teraz teoria Czasu i jego kaprysu. Bo to, że się spotkałyśmy mimo różnicy wymiarów, wcale nie było jego sprawką. Po prostu: ona mi przysłała wiadomość, a ja do niej pomknęłam. Spotkałyśmy się, padłyśmy sobie w ramiona i heja. 

Było jak dawniej.

Walnęłam się na zieloną sofę, zapaliłam starym zwyczajem, ona też sobie zapaliła, a nawet otworzyła piwo. Ja piwa nie piłam, duchy nie piją alkoholu z różnych powodów. Chociaż nie mogę ręczyć za wszystkich. Po coś ta Maweraszia do Nadwymiaru przylazła. Po coś się po nim pałęta. Widziałam ostatnio na plaży Morza Szarego – lazła cała zapchlona, drapała się, gryzła, ciągała tyłkiem po piachu, a za nią niemożliwie darły dzioby wrony: spierr…aj!, spier….aj!

Myślicie, że ptaki nie przeklinają. Poważny błąd. Wrony klną jak szewce. Kruki się bardziej pilnują, taka szlachta ptasia, inteligencja. Oczywiście, jak to z inteligencją: klną przepotwornie we własnym towarzystwie. Krucze bluzgi to jednak coś w rodzaju poezji, literatury górnych lotów, gdzie co drugie słowo na K, a jednak nie razi. To trzeba umieć. Czerwony Wędrowiec umie. 

No nic, wróćmy na zieloną sofę Ewelin. Leżę nieżywa, a ona mi mówi, że jest pewne lekarstwo i to wcale niekoniecznie musi to być lekarstwo na jej chorobę (ma przecież słoneczne kamienie), ale to może być lekarstwo na… moją chorobę. 

– Ale ja już umarłam! – próbuję się bronić. Ewelin jednak nie zna sprzeciwu. Umarłaś, nie umarłaś, mówi, dobrze być i tu i tam jednocześnie. Bycie i tu i tam daje nam pewność stałego kontaktu, wyjaśnia. 

– Gdzie jest to lekarstwo?

– Ukryte. 

– Jak je zdobyć?

– Trzeba zadzwonić do Łukasza. 

– Kim jest Łukasz?!

– Nie wiem, nie znam go. Wiem tylko, że ma lekarstwo.

– Jedziemy do Łukasza – postanawiam w moment, ale Ewelin mnie ubiega:  – Veni, vidi, vici*. I otwiera dłoń. Na otwartej dłoni Ewelin skrzą się dwie małe pastylki. Jedna jest niebieska, druga czerwona. 

– Wybieraj. 

– Tylko nie to! Jak w Matriksie! Nie znoszę Matriksa!

– Nic na to nie poradzę. Jesteś w Matriksie. 

– To o co tam właściwie chodziło? Którą trzeba było wziąć?

– Nie wiem. Nie pamiętam.

I proszę bardzo, na pałę, jak zwykle w tym i poprzednim życiu. Nie pytajcie, którą wzięłam. Chyba pomarańczową. Na pewno pomarańczową. Bo z Matriksa popłynęłam prosto w sam środek Oceanu Pomarańczowego. 

I teraz, żebyście mnie dobrze zrozumieli. Matriks, czyli filmowe WW może mieć kolor jaki chciecie. Zazwyczaj jest bezbarwne, bo tylko takie stawiamy mu wymagania. Bezbarwny kolor jest bezpieczny. Każdemu się w miarę podoba. Każdemu też się w miarę nie podoba. Nikogo nie upiększa, nikogo też nie szpeci. Jest jak zimne Morze Szare odbijające szare niebo. Wyliniały lis, który już dawno przestał być rudy. Powietrze nad miastem. Nowoczesne meble. Nic nie przedstawiający obraz. 

Dlatego właśnie WW jest bezbarwne. Bo WW stworzył człowiek z gatunku homo sapiens współczesny. I nadał mu kolor bezbarwny ze strachu przed stworzeniem świata, który byłby JAKIŚ. Ze strachu, że ten świat może się komuś nie spodobać. Żeby było. Aby było. Aby przeszło. I przechodzi. Zawsze przechodzi coś, co jest doskonale żadne. 

Woda. Woda jest bez koloru, bez smaku, bez zapachu. Przeciska się przez najmniejsze szczeliny, wypełnia przestrzeń. Zmywa do czysta. Neutralizuje. 

Woda jest doskonale żadna, a jednak gdy pada na jej taflę pomarańczowy promień słońca, nagle przemienia się w złoto. I to się właśnie wydarzyło na sofie u Ewelin. Nagle bezbarwność WW wypełniła się słonecznym światłem, a moje istnienie zanurzyło się w ciepłych, miękkich wodach Oceanu Pomarańczowego. 

Ja pierdzielę. Kiedyś byłam pisarką. Radziłam sobie nieźle. Z pisaniem oczywiście, bo przecież nie z życiem. Tymczasem nie umiem opisać stanu emocjonalnego, jaki się pojawia po zanurzeniu własnego jestestwa w pomarańczowych odmętach. No nie umiem. Powiem tylko, że Ewelin miała rację. To było lekarstwo na moją chorobę. Lekarstwo, które działa, ale tylko po śmierci. Wcześniej człowiek go nie zrozumie. Wcześniej człowieka może zabić. 

Ocean Pomarańczowy jest jak wszystko w Nadwymiarze: nieskończony. To taka kula światła, która może zająć ogród, galaktykę, albo wnętrze jądra atomu. Wielkość Oceanu Pomarańczowego zależy ode mnie. Dzięki tej cudownej właściwości mogę podróżować z Oceanem Pomarańczowym, gdzie chcę. Mogę z nim lecieć do Nogiłóżki! Na marginesie: ostatnio zadzwoniłam do niej, żeby się pochwalić nowym odkryciem, cała w emocjach, Boże, Boże, wiesz, co się wydarzyło, siedzę wieczorem w  ogrodzie rajskim i nagle patrzę, ja świecę!!!

A ona: – I co?

– No świecę!

– To już wszystko?

– Mało?!

– Że świecisz?

– Nnno!

– Ojej… przecież to normalne. 

– Jak to: normalne?! 

– Ocean Pomarańczowy to nic innego jak ocean światła. On jest teraz w tobie odkryty, a więc go widać. Świeci. Zatem i ty świecisz. Logiczne. 

LOGICZNE. 

Brat No (bo No jest oczywistym wygrywem i oczywiście MA starszego brata) – a więc brat No, Szatan Kometa powiedział mi, żebym przestała się tak wszystkiemu dziwić, bo tylko sobie tym przeszkadzam. Według niego, to co się dzieje jest owszem ciekawe, ale też bez przesady: – Kiedy przestaniesz się dziwić, zaczniesz widzieć więcej – obiecał. Szatan Kometa to ktoś, z kim kłótnia jest pozbawiona sensu do tego stopnia, że jest niemożliwa. Chyba że w wykonaniu jego dziewczyny Kunegundy, ale to osobna historia.

Tymczasem: nie dziwię się już niczemu, pakuję ocean i lecę do Nogiłóżki. 

PS. Bo jutro idziemy na imprezę. To moja pierwsza prawdziwa impreza po śmierci. I będzie to impreza nomen omen, śmierci poświęcona. Nazywa się Día de Muertos. 

PS2. Oprócz oceanu, zabieram Zarę Li. 

PS3. A dla Szamana Mako… albo nie, nie napiszę tego, bo jeszcze przeczyta, a to ma być niespodzianka. 



* Założyłyśmy z Nogiłóżką klub łaciński. Ambasadorem klubu jest Czerwony Wędrowiec, który w gimnazjum był najlepszy z łaciny i miał z tego powodu ksywę „Semper”. Klub ma misję rozpowszechniania łaciny w języku potocznym. Chodzi o to, żeby w chwilach, gdy nie wiadomo co powiedzieć, rzucić łacińską sentencją. Dobrze mieć wtedy śmiertelnie poważną minę.

Ewelin daje radę.

PS4. Może ktoś się obruszy, że na wojnie nie chodzi się na imprezy, ale to nieprawda. Chodzi się.