Niebieski Wicher

Mam w głowie tyle światów, że aż się boję. Najbardziej tego, że nie zdążę ich wszystkich ogarnąć. Że nie zdążę ich tak do głębi, do dna, do bólu poznać.

Człowieczeństwo polega na lęku przed końcem wieczności.

Bogowie śmieją się z tego absurdu. Zachowuję wtedy milczenie, czasem ramionami wzruszam. Czyżby? Aż tak śmieszne?

Koniec wieczności nie istnieje, to logiczne. Nie istnieje zatem nic, czego należałoby się bać. Ot, i cała fizyka jądrowa. Słynny dwumian Newtona. Komedii nie stwierdzam.

To trochę tak, jakby straszyć dzieci Babą Jagą. Facetka bogu ducha winna, w dodatku dawno na stosie spalona – a dzieci się trzęsą ze strachu. A starzy się trzęsą ze śmiechu. LOL.

Człowiek boi się zmiany. Tymczasem istnienie jest jedną wielką zmianą. Procesem. I nie ma żadnych chatek za bramą raju, żadnych zatrzymanych w kadrze sielanek, żadnego wiecznego szczęścia, żadnej utopii. Żadnego KOŃCA i żadnego początku. Tylko ten niekończący się koniec i nigdy nie rozpoczęty, odwieczny początek. Krąg. Ruch. Wir. Huragan.

Niebieski Rytmiczny Wicher Czasu.

Jeszcze raz, co w tym było takie śmieszne? Zesłanie na świat istnienia, które najbardziej ze wszystkiego boi się… istnieć? Chory na arachnofobię rodzi się pająkiem? I piszczy na swój widok? Ha, ha, ha?

Lubię deszcz. Najlepiej, gdy grzmi i błyska, lecą z nieba pioruny kuliste i gnają ludzkość przerażoną w odmęty fal przepotężnych ku zgubie, ku odwiecznej, nieskończonej jak bezdenna przepaść czerni. Otwierają się wtedy we mnie czeluści zwierzęcego lęku, który uwalniam oszalałym śmiechem. Nie jestem już człowiekiem wcale. Biegnę jak zwierzę, jak wiatr, wicher zgoniony, zziajana gonitwa ku własnym, nigdy nie skończonym światom.

Ku wieczności.

Niebieski Rytmiczny Wicher, Noemi Susenbach

Wymarzony Nekrolog Kubryńskiej

Z ogromną ulgą donoszę, że osoba, której szukacie, nie żyje. I niech to będzie ten rodzaj nekrologu, o którym zawsze marzyła. Kiedy zmarła? W piątek. O piętnastej.

Pogrzebu nie będzie.

Nie będzie też grobu, bo grób to jednak przegryw. Oraz zawracanie głowy. Zresztą nie mam czasu na głupoty. Muszę lecieć.

Jeśli chodzi o prawa autorskie do Dzieł, posiadam je tylko i wyłącznie ja. I niech tylko komuś ręka zaświerzbi, słowo honoru, wyrwę bez litości. Razem z sercem. I korzeniami, jak mawiała Amma. Może nawet nadal tak mówi, dawnośmy się nie widziały. I pewnie nie zobaczymy.

O Boże, jak lekko jest nie żyć! Aż sobie zapalę. Choć rzuciłam. Ziarno mi dopinguje jak może i robi to w sposób niezwykle uroczy:

– Nie pal tego gówna! Zapalmy lepiej czangę!

Dla niewtajemniczonych – czanga to taki hardcore, co po pierwszym machu zabiera we fraktalny kosmos i po piętnastu minutach rzucania o ścianę całkowicie zmienia życie. Mawiają, że autorka, której poświęcamy dzisiejszy nekrolog paliła właśnie czangę.

Ujrzała purpurowy huragan, w który – rzecz jasna – weszła i tyle ją widziano.

Z całego serca polecam.

Wracając do Ziarna. Mamy z Ziarnem wyśmienitą zabawę. Po angielsku nazywa się surfing. W naszym wykonaniu wygląda to tak, że fruniemy na fali gniewu.

Kubryńska mnie zabije. Trudno. Muszę to opowiedzieć, choćby kosztem jej nekrologu. Otóż robię właśnie profesurę z emocji. Na pierwszy ogień poszła moja ulubiona, czyli wściekłość totalna absolutnie na wszystko, Furia Mać. Paliwo życia. Płonąca lawa. Wybuch na Słońcu. Temperatura kipienia izokadmu.

Pazur tnący skórę antylopy.

Czerwona fala.

Gniew.

Wpadłam do Kancelarii na pierwszej sile uderzenia. Jakaś baba kupowała wino. Wymiotło ją w ułamku sekundy. Jeszcze się opierała przy lodówce, że coś prrossecco. Ale nie dała rady. Na progu jęknęła jeszcze do widzenia – bez odpowiedzi.

– Co się stało?! – rzucił się ku mnie Ziarno chcąc cucić, nie wiem, ratować, a może nawet zabić w obronie własnej? Próbowałam zaczepić się o coś stałego, ale było tylko wino. Zdążyłam wykrztusić, że to raczej ja go zabiję, ktoś na pewno zginie. Nie zdążyłam jednak podać przyczyny, gdyż wszedł typek w okularach. Nazwijmy go: Typek. No więc wchodzi Typek, Ziarno ma w oczach przerażenie, ale nie że zginie, tylko z lęku o Typka. Ogień we mnie kipi, szaleją demony. Zza tego pożaru jednak widzę światło. Ktoś mi wysyła sygnały, proste i logiczne komunikaty jak postępować.

Jak postępować, gdy wpadasz z awanturą i jednocześnie wchodzi Typek?

NIE ZABIJAĆ TYPKA.

Jak nie zabić Typka? Jak to zrobić?

WYJŚĆ.

Ja pierdzielę, ogień we mnie, a ja mam wyjść?!

TAK.

Wychodzę posłusznie i idę przed siebie. Idę jak żołnierz, umięśniony młody bóg, który całą swoją boską energię skierował w POSŁUSZEŃSTWO. Ale mi się idzie! Ale jak!!!

Równo. Mocno. Kategorycznie. Jakby każdy krok był ciosem. Oczywiście wymierzonym Ziarnu. Nie. Typkowi. Nie. Tej babie od prrossecco? NIE.

Pipi.

Zabijam ich wszystkich. Kill’em all.

Tortury trwały do drugiej poprzecznej. Ziarno wyleciał w pogoń na mojej Nemezis. Bał się, ale ją dosiadł. Cud, że go nie zrzuciła.

– Co się stało, Jezus, Sylwia!

– Mam na imię Noemi, debilu.

A on, że sorry, wszystko mu się popieprzyło, bogowie się pokićkali, co się, kurwa, dzieje, koniec świata jakiś, a ja że weź się ogarnij, a on, że nie może, a ja że musisz, a on że dobra.

– Wszystko, co miałam do powiedzenia, już powiedziałam na tym spacerze!

– To weź powiedz jeszcze raz, bo mnie to interesuje!

I tak oto po raz pierwszy w życiu rozmawiałam z człowiekiem, na którym mi zależy o tym, czy warto poświęcić życie na skakanie z Zieleniaka – bez żadnych nerwów. Emocje nie wchodziły w grę. Ogólnie, po co są emocje? Dla zabawy.

Dla energicznego spaceru. Dla histerycznego śmiechu. Dla pisku na widok pająka. Dla fontanny łez. Dla bujania się na huśtawce po niebo, pod same obłoki CZUCIA.

Nieżyjąca autorka stanowiła emocje.

Pomachajmy jej z daleka.

Ogień, Noemi Susenbach

Biały rower

Sytuacja jest bardzo trudna. Rozmawiałam o tym z Eligiuszem. Jaka sytuacja jest trudna? Na przykład pierwsza wieczność po skończeniu dzieła.

Kiedy tworzysz, doświadczasz ekstazy. Dosłownie lecisz karuzelą łańcuchową przez przestrzeń kosmiczną, wokół wybuchają kolory i niespodzianki. Aż tu nagle: buch, koniec. Stawiasz kropkę i otwiera się otchłań.

CO TERAZ?!

NIC.

Nicość absolutna. Bez prawa do niczego. Bo spieprzysz.

To nie jest łatwe. To jest straszne. Tym straszniejsze, że cały mozół (tak, mozół!) na karuzeli, wszystkie te piruety galaktyczne działy się przecież z prędkością kosmiczną, kuźwa, piątą. Szybko, szybko, szybko!!! Jakby kto gnał. Jakby niewidzialny Bóg Dyrektor wymownie patrząc na zegarek, mełł pod nosem niewypowiedziane „ileż można…”.

I oto proszę, stopery stop.

Bóg Dyrektor patrzy.

Drapie się po nosie.

Owszem, ma ochotę poprawić, maznąć gdzieniegdzie. Ale nie. Skończone to skończone. Nie ma co poprawiać. Pat. No więc moja sytuacja jest jeszcze trudniejsza. Jestem w trakcie malowania ramy roweru.

Szaman znosi do arki żelastwo. Z tego żelastwa wydłubuje szprychy, korby, kliny, suporty, widelce. I potem składa to wszystko w najpiękniejszy rower świata. Do tej pory zrobił jedenaście rowerów. Wśród nich pojawiła się Nemezis. Biały Kruk. Mój rower.

Położyłam drugą warstwę. Czekam aż wyschnie.

Ta sytuacja jest trudna.

Selfie

Jestem wykończona. WY-KOŃ-CZO-NA. Boże, jaki mozół coś takiego napisać. Ale jeszcze większy mozół właśnie odwaliłam.

SELFIE.

Serio, zrobiłam sobie selfie. Sama sobie. Rozumiecie. Akcja: nie mam lustra w domu. Czy coś w tym rodzaju. Ale nie. Miałam lustro, mam je zresztą do tej pory. Nie znalazłam jeszcze żadnego powodu, żeby je stłuc, czy przez okno wyrzucić. Lustro jest.

Zatem czemu robiłam selfie?

Są teorie, że selfie pomaga odpalić jakieś zasoby niewygenerowanej serotoniny. Mnie to kiedyś pomogło. Gdy zobaczyłam efekt swojej pracy wpadłam w tak histeryczny śmiech, że można zaryzykować diagnozę wstrząsu serotoninowego. Każdy głupi, nawet lekarz wie, że wstrząs serotoninowy jest niebezpieczny, lepiej się ryzykownie nie bawić.

Ale dziś nie było zmiłuj. Posłuchajcie.

Jak wspominałam, piszę z Eligiuszem do takiego pisma, które założyła pewna osoba o imieniu MM. Samo imię, przyznajcie, robi robotę. Nie widzę tego, żeby osoba o imieniu MM kiedykolwiek robiła sobie selfie. Ale, kuźwa, mnie w to wmanewrowała. Mnie.

MNIE.

Niezła jest. Przyznaję. Ale po kolei.

No więc tak się jakoś poukładało, że po pierwszym tekście powstał pomysł zrobienia galerii dla moich obrazów. A że galeria rządzi się swoimi prawami – trzeba w niej bardziej pokazywać, niż opowiadać – i oprócz obrazów warto pokazać autora. Czyli muszę się pokazać. Ja. W sensie istoty mojego (zaginionego przecież) ciała. Ściśle: chodzi o twarz.

Wszystkie te mgły, które puszczałam w Kosmos do tej pory, podczas technicznej akcji (internet, baner, coś tam) – rozpadają się w drobinki wspomnień.

Za mała rozdzielczość, powiedziała MM.

Szaman od razu się wściekł. Bo go poprosiłam, żeby zrobił mi zdjęcie. Nie od razu tak się z tym selfie wyrywałam. A on za aparat (nie pytajcie, skąd w Nadwymiarze aparaty) i zaczyna robić dokładnie to, co robi za kierownicą (meteorytu, rzecz jasna):

– Kurwa, akurat teraz musi wyjeżdżać z tej uliczki. Akurat, jak TY jedziesz!

Nie, ja nie prowadzę. Rzecz w tym, że to MOJA wina. Bo siedzę obok. I z tym aparatem podobnie. Jest to, według mnie, nieutulona część czułości wobec maszyn, które z racji pochodzenia, czułości nie dostają, a jednak jej pragną, o czym Szaman wie i przecież się nie rozczworzy! Bo on w tym samym momencie naprawia jeszcze rower, zegarek na rękę, stary magnetofon Wilga oraz sprawdza pogodę. No i robi mi zdjęcie. W wielkich nerwach.

Po kwadransie mam sto osiemdziesiąt osiem lat, pomarszczoną skórę i wygięty kark. Moje ciało na fotografiach pstrykanych w wielkim zniecierpliwieniu wygląda dokładnie tak, jakby wyglądało, gdybym je w tamten piątek o piętnastej zostawiła w sarkofagu mieszkania Wió. A przecież go tam nie zostawiłam. Szkoda mi było.

No więc jedyne, o czym marzę, to zabrać je znów i uciekać do gniazda No.

Co też robię.

A potem wołam Czelencz i razem, pocichońku, robimy selfie.

A jeszcze potem leżę nieżywa i piję zaczarowaną herbatkę i czekam, co też za gry i zabawy przygotował mi Los w ten piękny, letni dzień.

Cierpliwość Nemezis

Nic nie mówcie. Zaraz mam włoski, tymczasem okazuje się, że kończy się moja Cierpliwość. W dodatku – jak nigdy! – jeszcze nie skończona, jeszcze ranty nie wypacykowane, jeszcze mokra, jeszcze nie opieczętowana (!!!), a już po Kosmosie fruwa. Niebywałe. Za godzinę mam wizytację (cytuję Laseczkę) NAJPRAWDZIWSZEGO WŁOCHA, zeszyty po podłodze rozrzucone, La Bambola w tle, a ja wbita w Ziemię lecę po jej orbicie. Z poważną prędkością.

Bo tak. Jeśli Cierpliwość wyrywa się z obrazu ku światu tak silnie, że nie da się jej zatrzymać, znaczy to, że… NIGDY SIĘ NIE SKOŃCZY. I to jest grubo bardziej niż najprawdziwszy w świecie Włoch i jego Laseczka.

Tak, wiem, ta potrzeba dramatu. Pieprznąć piorunami o Ziemię i obserwować wyniki. Ale po coś jestem Bogiem, prawda? Chyba nie po to, żeby się cackać?!

A tymczasem proszę, wyrwała się, poleciała już nawet w eligiuszowe rejony, nieskończona, niepodpisana, w mokrej sukience, obłęd.

Bez żadnego uderzania piorunami, z miłością. Do literatury rzecz jasna. I sztuki.

Do literatury i sztuki.

Jakby, kuźwa, literatura sztuką nie była.

Cierpliwość Nemezis, Noemi Susenbach

Śpiew syreny

Na arce nagle tłoczno! Po pierwsze Eligiusz. Poeta ze wschodu. Chce, żebym pisała do prestiżowego pisma literackiego i na razie powodów do odmowy brak. Wkrótce więc świat usłyszy o duecie Noemi&Eligiusz i będzie to duet ściśle egzotyczny. Morderczo przystojny facet o niebieskich oczach. O imieniu takim, że zabij. Więcej napisać nie mogę, bo mnie z kolei zabije Szaman.

Opowiem wam o syrenie.

Pojawiła się zaraz po Eligiuszu. Wyskoczyła spod fal oceanu. Najprawdziwsza na świecie, mokrooka, olśniewająco piękna, rosyjskojęzyczna. Ma na imię Nadieżda. W skrócie Nadia. I tak jest podobna do Eve, że ta aż w łóżku zaległa. Z tym że Eve po niemiecku gada.

Szaman z kolei po hiszpańsku. I po angielsku jeszcze.

– Cały czas zapominam jak jest lodówka. I to nie tylko po polsku – wyznał ostatnio wśród tej kakofonii lingwistycznej, i można to zrozumieć. Ja mam problem z widelcem, na który od zawsze mówię długopis, być może dlatego, że pisać zaczęłam wcześniej niż jeść.

Wiłka! – niezwykle uprzejmie zaśpiewała Nadia z odmętów i zatrzepotała rzęsami. Tak przymilnie to zabrzmiało, że na śmierć zapomniałam o Maweraszii i z miejsca zaproponowałam browar. Tak, wiem. Bułhakow padłby trupem. Królowa nie pije wódki, tylko czysty spirytus, a ja tymczasem podaje syrenie piwo! Czeskie! Trzy procent!

Trudno. Z naszej dwójki (ja i Bułhakow) – tylko ja żyję. I to ja będę ustalać zasady. A zasada jest taka, że nie ma zasad. I to ustaliwszy, wyjęłam wędzoną makrelę. A właściwie: chciałam wyjąć, bo jak to z zagryzką bywa, chce się ją podać, ale jakoś tak pilnie człowiek piciem zajęty, że nie ma czasu.

Nadia po pierwszym jęła tańczyć. Po dwóch zalała się łzami. A potem zaśpiewała, a śpiewać to ona potrafi. Że miała ukochanego, ale ukochany był z innego świata i choć kochał ją bardzo, a właściwie dlatego, że kochał – by jej nie na lądzie nie pętać – odszedł. W siną dal.

I nawet, gdy kochaś odchodzi gdzieś w dal

To zawsze komuś tam go żal…

Teraz sytuacja jest czysta. Woda bezkresna, życie wieczne. I skoki nad taflą turkusu. Nadia przełknęła kęs niepodanej ryby i pociągnęła nosem. Może znajdzie się ktoś, kto jest taki jak ona?

– No, kochana – zaczęłam głosem ciotki „dobra rada”. – Maja darogaja. Figluj spokojnie, wsio słożitsja. Skoro nie chciał nauczyć się pływać…

– Pływać może by się nauczył! – chlipnęła syrena. – Ale latać już nie.

I na dowód problemu fiknęła poczwórne salto nad rozchybotanym kioskiem Ziarna. Po trzecim piwie, zaznaczam. Aż No przyleciała. Popatrzyła z uznaniem, a trzeba wiedzieć, że to się rzadko zdarza.

– Syrena – stwierdziła i zamurowała emocje. Liczy. Przelicza. Sprawdza. Znika. Pojawia się znów, ale na moment. Zostawia niebieskie pióra. Jej gniazdo ma w sobie dynamikę, nawet bez No. Lubię w nim być, gdy jej nie ma. Siadam w samym środku, w epicentrum huraganu. Wokół wszystko frunie, a ja nietknięta podmuchem, stanowię Wicher.


Noe&Eve, Noemi Susenbach

Napisałam do tego pisma! Napisałam o kobiecych sztuczkach!

Temat mi podał Eligiusz. Ten niebieskooki…

Dość!

Śniła mi się zasłona. Kurtyna. Kurtyna jest zwykle ciężka, aksamitna. Czerwona. Moja była lekka, biała, jedwabna.

Perłowa?

... jak pończoszki…

(…?…)

[!!!]

.

Narodziny Feniksa

Robię to na wyłączną prośbę Szamana. I na wszelką jego odpowiedzialność. Przypomina mi się, jak Stefania gotowała pyzy. Po dwudziestu minutach jej ówczesny facet jął przebąkiwać, że może już starczy. Długo trwała batalia o rację. Wreszcie Stefania uległa. „Ale na twoją odpowiedzialność!” – odgrażała się podchodząc do garnka. W garnku pływała breja. Odpowiedzialność? Wiadomo.

No więc Feniks.

Feniks to poszukiwany od wieków ptak o pomarańczowych piórach, szmaragdowym spojrzeniu oraz ognistej naturze. Mój ulubiony bohater literacki, zaraz po Pippi Langstrumpf. Ma w sobie to coś, co zawsze się plasuje pomiędzy. Między powietrzem a ogniem. Obecnością a brakiem. Określonością a nieistnieniem. Fantazją a realizmem. Magicznym.

Między dwiema puentami w punkt! Między odcieniami Betelgezy! Między kroplami deszczu!

Między pokojem dziennym a nocnym.

Każdy artysta o tym marzy. Niewielu się udaje. Większość ląduje w szufladzie z napisem i tyle ich widzieli. Nie każdy ma odwagę latać bez obstawy. Feniks lata. Ba. Feniks nie tylko lata. Feniks płonie!

Ale zanim napiszę o tych płomieniach, muszę ustalić jedną rzecz. Istotnym jest wszak, gdzie tego Feniksa szukać. Bo takich, co go szukali – jest na pęczki, takich co znaleźli – ze świecą szukać. I jedna i druga metoda do bani.

Feniksa się nie szuka.

Feniks sam się budzi.

Aby obudzić Feniksa trzeba być bardzo cicho. Najlepiej zmienić się w kamień, właściwie – w wiszącą skałę. Ja w tym celu włażę na okrągły taborecik, coś w rodzaju hokera. Kładę się na nim na plecach i w powietrzu prostuję ciało. Te „na plecach” jest nieco na wyrost, bo powierzchnia stołka pozwala oprzeć jakąś niewielką partię kręgosłupa, ot punkt zaczepienia, środek ciężkości. I tak zaczepiona o krawędź, bujam się nad przepaścią jak balonik z helem.

Nie wiem, ile w swoje latanie wkłada balonik, ja wkładam wysiłek tytaniczny. W tętnicach wybucha mi pożar. Fuch! – podpalona krew roznosi po ciele ogień. Mięśnie rozrywa eksplozja. Kości strzelają trzaskiem. Płonę. Płonę. Płonę!

Nie. To właśnie płonie Feniks. Spala się w niemożliwym do pojęcia znoju i w niemożliwej ekstazie. Ekstazie, która zaraz, za chwilę, już za moment, jak tylko zgaśnie ostatnia iskra – zaleje mi całe ciało. Bo gdy po kilku minutach zsuwam się podłogę, pożar gaśnie, a z zaczarowanych zakamarków mózgu wytryska fala rozkoszy. I ulga. I radość. I szum w uszach. I turkusowe rozbłyski nieba. I zapach piwonii.

I tętent rozszalałego serca.

I jakaś mewa za oknem.

I pióro niesione przez wiatr.

A ponad wszystko to zwykłe – niezwykłe, uchwytne – nieuchwytne, realne – nierealne, znów darowane ŻYCIE.

Narodziny Feniksa, Noemi Susenbach

Eve

Prawda, że brzmi jak święto? To niezwykle proste i piękne w swojej prostocie imię. Pierwsza. Jedyna. Niepowtarzalna.

Zanim pojawiła się na mojej arce, przychodziła w snach. Nie, nie tylko w snach. Przychodziła ot tak, we wspomnieniach, w myślach, w codziennym życiu. Przynosiła ze sobą zapach i smak tych krótkich, ulotnych chwil dzieciństwa, które były szczęśliwe.

Ciemne oczy Eve uspokajały moje przerażone światem serce. I choć była (nadal jest) nieco młodsza ode mnie, czułam się w jej obecności bezpieczna.

Eve to moja siostra. Najprawdziwsza, pierwsza, jedyna.

Dawno temu, gdy byłyśmy dziewczynkami, rozdzielono nas brutalnie. A potem, gdy Los nas ze sobą połączył – zabroniono nam się spotykać. Nieustraszona dusza Eve kazała jej się przedrzeć przez rozdzielający nas mur. „Jak będziesz duża, przyjedziesz do mnie i znajdziemy razem mieszkanie!” – planowała z przejęciem, a jej rozpalone policzki błyszczały w słońcu. Patrzyłam jak urzeczona, po cichu zazdroszcząc urody, nie zdając sobie sprawy, że przecież wyglądam tak samo.

Człowiek siebie nie widzi. Człowiek siebie nie zna. Owszem, wie wszystko o innych, ale o sobie nic. To największa strata ludzkości. Żyć w oddaleniu, w nieświadomości, kim naprawdę się jest.

Śniły mi się lustra. Cała komnata zwierciadeł. Z nich właśnie składa się fraktal relacji. Ja jestem tobą. Ty jesteś mną. Jaka cudowna podpowiedź! Wystarczy spojrzeć w lustro i wiesz. Nie tylko znasz siebie, znasz także całą rodzinę. Przyjaciół. Znajomych.

Nie chowaj się za lustrem, jest ich za dużo. Przed prawdą nie ma ucieczki. Kto na kim stawia znaki, sam taki. Każde słowo, każdy gest, każdy zarzut wobec mnie – zdradza twoje zamiary. Najskrytsza tajemnica lśni w tafli mojego zwierciadła.

Przeciwieństwa się przyciągają, ale podobieństwa wiążą. Szukamy się według klucza, jak atomy. Mikroświat to maleńka ściąga z życia. Wystarczy rozłożyć ściśniętą w pięść dłoń. Spojrzeć na linie papilarne. Kim jestem? Dzieckiem? TAKIM dzieckiem? A gdzież są te dzieci? Na innej planecie? Nie. One są tutaj. Tu, w naszej rodzinie. I w waszej. Mojej, twojej. Spójrz w lustro. A potem się przyjrzyj starej fotografii z albumu rodzinnego.

Amma słyszała w jakimś filmie, że po depresji widzi się tylko prawdę. Pocieszała mnie tym, gdy byłam chora. Nie wiem, czy wierzyła w słowa pocieszenia. Nie wiem, czy zdawała sobie sprawę.

A może tak? Może właśnie tak? Może tego pragnie? Może chce się uwolnić? Przecież każdego dnia ta tajemnica boleśnie ryje jej serce.

A co wy się tak gorszycie?! Czemu was tak szokuje? Zdrada? Czymże jest zdrada?

Decyzją o własnym ciele.

Nie, nie mam żalu. Mogłam na to wpaść wcześniej. Mogłam się skupić na sprawach ważnych, zamiast…

Nie, nie mam żalu. Nawet do samej siebie. Merkury tańczy w odwrotną stronę, wraz z nim tańczy Wenus. Cofamy się, zwijamy do siebie, do własnych trzewi. Moje ciało jest moje, jedyne, niezastąpione. Drzemią w nim setki pokoleń, gotowe się zbudzić i opowiadać, opowiadać, opowiadać. Tak dużo do opowiedzenia, tak dużo do wysłuchania. Tak dużo do znalezienia.

Tak dużo do odzyskania.

Eve się uśmiecha w lusterku. Nie musi forsować murów. Mamy swoje życia. Mamy siebie. Odnalezione po latach dwie krople rozpryśniętej po wszechświecie wody.

Eve, Noemi Susenbach

PS. Kuźwa! Dziś mam włoski, a pitolę z Eve po niemiecku! Laseczka zapowiedziała sprawdzian ze słówek dotyczących garderoby. Ogólnie: mebli i rzeczy. Widelec. Szafka. Krzesło. Taki temat. Wszystko inne – spoko. Ogarniam. Czasy, tryby, rodzajniki, odmiany. Luźno. Ale najgorsze są właśnie takie RZECZY, które są w cholerę przydatne, a nie wiem, jak lecą.

I tylko w życiu codziennym można się tego nauczyć.

A ja już dawno nie miałam życia codziennego.

Po polsku nie pamiętam.

Po rusku się domyślam. Działa. W ruskim wystarczy, że się domyślasz i gadasz.

Po niemiecku – nie pytajcie. Wiem, jak jest stół. Do tej pory wystarcza.

Po angielsku? Wiem, jak jest finger.

Będę ściągać.

Grzeczna dziewczynka

Uczę się włoskiego. Wiem już jak jest „serce”. I błękit czysty jak sen niemowlęcia.

Nietoperz zgubiony we włosach.

Albo też: zło.

Albo: wendeta.

Słowo „wendeta” ma oczywiste konotacje, ale mimo oczywistych zasług – warto poczekać z wbijaniem dzid w plecy. Nauka mówi: zemsta, jak bigos, musi się przegryźć. Tymczasem we mnie kipi pakiet ekstra, tymczasem pantera żąda krwi.

Widzieliście kiedyś wściekłego kota? No właśnie. Koty tego nie mają. Koty wiedzą, że gdy ich nerwy tłuką, niezwłocznie należy się zwinąć w kłębek.

Ale mnie, kuźwa, wszyscy oszukali!

Owszem, należałoby wziąć kartkę, długopis i zmierzyć się z zagadnieniem: co to znaczy „wszyscy”? Kto: wszyscy? Kto, poza najlepiej poinformowaną wiedział?

Kuźwa, wszyscy.

Tylko nie ja.

I znów sprężyste pazury Czelencz wbijają się lekko w mą dłoń.

SIEDŹ.

Siedź i myśl. Albo jeszcze lepiej: nie myśl. To doskonały sposób. Słyszałam od dzieciństwa. Co ty wymyślasz? Czego się doszukujesz? Grzeczna dziewczynka nie myśli. Grzeczna dziewczynka kombinuje, jak tu się dopasować do:

  1. Mamy
  2. Taty (?)
  3. Pani
  4. Ciotki Jadźki
  5. Nie chce mi się dalej wymieniać.

SIEDŹ!

Znajdź środek ciężkości. Środek ciężkości wypada gdzieś w środku. W sam punkt. Przecież to oczywiste! Snów mam tyle, że się opędzić nie mogę. Mówią do mnie kwadratami. Nie? Nie rozumiesz? Nie widzisz, że coś, co jest okrągłe, nie jest kwadratowe? To bach: kwadrat. Przekreślony. Dalej nie rozumiesz? Chyba Nobla dostaniesz.

Bo białe jest czarne i odwrotnie. Motto minionych pokoleń. Wszyscy udają, że nic nie widzą, a gdy ktoś zobaczy: w łeb.

Siedź. Siedź i patrz. Obserwuj, jak nitki DNA plączą się pod skórą. Czujny wzrok i potężny umysł może wyłapać ich kod. Zaszyfrowany przed sobą samym, bezlitośnie replikujący w nieskończoność jak mantrę, jak różaniec do Matki Boskiej, pierwszej w historii nowożytnej Nemezis.

SIEDŹ!!!

Muzyczkę sobie puść. Dżezik. Zajaraj. Wyluzuj. Jesteś. Piszesz. Na jeziorach pływasz. Po rzekach. Czasem wzbijasz się w przestworza. Z góry lepiej widać. TO też.

Wczoraj odszukałam pamiętniki z dzieciństwa. Mocne są w nich kawałki. Bardzo mocne. Bardzo, bardzo mocne. Nie chcę pisać o przemocy domowej, bo to nie ma sensu. Jak powiedziała pewna papuga: „Nie chodź na policję, oni są znieczuleni”. Nie dodała, że znieczuleni są wszyscy. I nikogo to nie obchodzi. I nigdy nie obchodziło. Nikogo.

NIKOGO.

Pierdolę. SIEDŹ!

Co za sprzeczność, o rany. Boją się, że napiszę książkę, a ja już napisałam. Dawno temu. Zanim ktokolwiek się połapał, że pisać umiem. A potem, zanim ktokolwiek się połapał, że umiem liczyć – obliczyłam kod. Swój własny zapis DNA. Trochę to trwało, przyznaję.

A wy, kurwa, co?! Kiedy zamierzaliście powiedzieć? Na łożu śmierci? Na pewno nie na moim, bo już tam leżałam i nikogo, nikogo, nikogo, NIKOGO z was tam nie było.

Gdy umierała Oma, złapała mnie za kurtkę i powiedziała. Krzyknęła z całej mocy ledwo tlącego się życia. Krzyk leciał długo, przez całą wieczność czarnej jak smoła depresji. Aż doleciał. Otrzepał piórka z rozpaczy i zmienił się oto w feniksa.

Pantera zmrużyła oczy. Pazury schowała w pluszu.

A obok ja

Spuchnięta od płaczu

Pomarańczowa od światła

Zawsze taka sama

Niepodobna do mamy

Niepodobna do taty

Grzeczna dziewczynka.

Sopot

Na świecie szaleją wichry, skandal goni skandal. A największy problem ludzie mają z miłością. Kto kogo kocha i jakim prawem. Ciekawe, czemu zgorszenie wywołuje okazywanie miłości, a już z agresją nie ma problemu?

Byłam, widziałam. Przemoc na ulicy, w domu i zagrodzie. Powietrze smagane przekleństwem. Kurwa, kurwa. I nikogo z petycją, nikogo z transparentem, nawet księdzu nic przeszkadza. Natomiast dwie całujące się dziewczyny na murku: afera.

Najbardziej boli to, czego brakuje. I chciałoby się zabrać. Tylko jak?

Chcę z tego wyjść. Chcę wyjść z WW, bo mi obmierzło. Chcę zrzucić z siebie jarzmo poprzednich żyć. Chcę nie słyszeć bluzgów. Chcę zatonąć w ciszy.

Ale dopóki chcę, nie mogę. To taki klucz, który działa tylko w jednym przypadku. Gdy zwolni się blokada chcenia.

Mój znajomy znalazł sposób. Ogłuchł. Psychosomatycznie. Na alegro kupił aparat słuchowy i tylko gdy musi – słyszy.

Sprawa do pozazdroszczenia. Jednak proces głuchnięcia nieprosty, człowiek pomału słyszy coraz gorzej, nic nie rozumie, a cisza zamiast ulgi, jest wręcz zakłóceniem.

Chcę, żeby zamilkli!

Mowa trawa. No, chyba że Kanclerz ogarnie dupę i na serio się zacznie ta epidemia. Ale z nim to cholery można dostać, subordynacja minus zero.

Bella mówi, że wszystkie testy wychodzą właśnie takie. Minus zero. Wszystkie. Na cały szpital. Przypadek? Nie sądzę. Raczej fizyka kwantowa. Gdy krzywa rośnie, choroba znika. Całkowicie. Nawet lekkiego zachorowania. Nawet bezobjawowo. Nosicielstwa. Nic.

Epicentralny cud naukowo-logicystyczny. Materiał na książkę. Żeby jedną! Już widzę ten wysyp pomysłów! Te mroczne twarze w maskach na okładkach! Te super seriozne miny autorów na rewersach! O Boże. Przeżyłem. Zagładę. Mogę jechać nad morze i wdychać jego zapach!

Widziałam na przystanku taki plakat. Mojej ulubionej Gazety. Tej samej, co ostatnio zajumała mi tekst, pocięła go pozbawiając puenty i nie umieściła pod spodem mojego nazwiska. No więc plakat [nie mój tekst] (dałam kwadratowy nawias, żeby wyrazić uczucia), no więc PLAKAT leciał mniej więcej tak: „JAK TO SIĘ SKOŃCZY… pojadę nad morze i będę wdychać jego zapach. Paulina”.

Jaki to zapach, szanowna redakcjo? Morze składa się z wody i wodorostów, a to wali procesem gnilnym. Albo rybą. Albo w ogóle nie pachnie, a kropelki wody z rozbitych fal stanowią wilgotność powietrza, nie woń. Może warto pojechać do Zoppot, zanim się utwór napisze?

Ja byłam.

Widziałam niebo.

I fale, które razem, w jednym rytmie podążały ku mnie.

Pachniało goframi.

Nic się nie skończyło.

Nic się nie zaczęło.

Łuk widnokręgu biegnie w nieskończoność…

Zoppot, Noemi Susenbach