Nieskończoność Czasu

Od trzech tygodni płonie Amazonia, a ludzkość nic sobie z tego nie robi. Nie ma czasu, zajęta jest depilacją ciała. Depilacja jest ważna. Kto wie, czy nie najważniejsza? Być wydepilowanym w trumnie to podstawa przecież.

Ciekawe, że gdy płonęła katedra Notre Dame, pierdzielca dostaliście. Jest jakaś romantyka w tym, że ludzie tłoczą się w kościołach, gdy nadchodzi zagłada. Jest ku temu i powód i wyjaśnienie. Gdy trwoga to do Boga. Brak tlenu równa się modlitwa. Są na świecie rzeczy ważne. Kawitacja sensoryczna na przykład. Mikrodermobrazja. Msza za szwagra. Selfie. Dałabym swoje, ale i tak nie zobaczycie. Duchów na fotografii nie widać.  

Moje położenie jest o tyle korzystne, że z całkowitą niewzruszonością mogę was oglądać, jak film. Owszem, zależy mi, żeby główny bohater przeżył, ale żeby zaraz się emocjonować, to nie. Tu głównym bohaterem jest ludzkość. I żeby mi zależało….?

Nie wiem. 

Nawet za bardzo nie lubię. 

No, może parę osób.

Ale one i tak sobie poradzą. 

Oglądam was zatem i zadaje sobie pytanie. Jak daleko się posuniecie?

Tymczasem winnam kilka wyjaśnień odnośnie czasu. Bo właściwie chciałam ten tekst zacząć od słów: Czemu mi nie przypomnieliście, że do środy czeka na mnie Pan Demonium?! I jest to rzecz, która naprawdę mnie porusza do żywego, jednak, jak sami widzicie uznałam, że Amazonia ważniejsza. 

Czyli jednak mi na was zależy? 

Cholera…

Dobra. Do rzeczy. Bo się pogubię. Ogarnęłam kwestię trzech tygodni: tyle właśnie czasu płonie resztka lasów, które zasilają was w tlen. A bez tlenu nie możecie żyć. Czyli czeka was zagłada. Macie się gdzie modlić, to ważne. 

Wydepilowani też jesteście. 

Czy ja mogę przestać się przypieprzać?

Nie.

Wracając do tematu czasu. Czas jest wartością względną, jak wiecie. A. Może nie wiecie? W końcu pozwalacie na pozbawienie siebie pierwiastka, bez którego umrzecie. Grom was tam wie. Dobra, ciocia Fredzia. Nie rozkręcaj się. Do brzegu. 

Czas jest wartością względną. U was jest inny, u mnie inny. U was: do środy oznacza kilka dni. U mnie jest to wartość właściwie nieskończona. I muszę pilnować (obliczyć jak na zegarze), kiedy te kilka dni minie w WW, żeby się wstrzelić. A skoro u mnie jest to nieskończenie długo, sami rozumienie, można zapomnieć. Ja w matematyce nigdy nie byłam prymusem. No może w podstawówce. Ale to skomplikowane, mówiąc oględnie, nie było.

Tymczasem ja o Panu Demonium myślę non-stop! 

Rozumiecie? Ja o nim myślę nieustannie, a więc nieskończenie. Myśl idzie w każdą stronę. Jest wielokrotna, nieograniczona. Równoległa do innych wielokrotnych i nieograniczonych myśli. To właśnie jest mój Czas. Ten, który panuje w Nadwymiarze. Oczywiście ludzie mają straszny dylemat z wyobrażeniem sobie nieskończoności. A wystarczy narysować kółko.

Reasumując: w każdej chwili, w każdym momencie jestem we wszystkich czasach składających się na Czas. Nieskończenie dużo kółek.

Czyli kula.

Będąc w takim położeniu mam, rzecz jasna, wgląd we wszystkie czasy. Znam zatem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Znając to, wiem doskonale, co się stanie z Panem Demonium*. 

Znam imiona, które dopiero poznam.

Wiem, jaki los czeka Szamana Mako. 

I wiem, co się stanie z wami. 

———————————————–

* Będzie mój. 

Będąc w takim położeniu mam wgląd we wszystkie czasy. Znam zatem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość…

Mitologia w Szczecinie

Rozochociliśmy się z Szamanem Mako w tym przekraczaniu wymiarów. Jak nie latamy na meteorytach, to chodzimy do WW na cmentarz. Tam jest cicho i sympatycznie, no i mało ludzi. Czasem, gdy mamy ochotę na większą imprezę, wkręcamy się na jakiś pogrzeb. Wszyscy są w czerni, więc nikogo nie dziwią nasze zakryte ciemnością sylwetki. Udajemy znajomych zmarłego. Tak bliskich, że wiemy o nim rzeczy wszeteczne. Nie będziemy oczywiście nic nikomu mówić. I niech to będzie dla reszty łaskawość. Ludzie boją się skandali, zwłaszcza skandali we własnej rodzinie. Patrzymy przeto bezlitosnym wzrokiem prawdy na skuloną z żalu wdowę, na szwagierkę nerwowo palącą papierosa, na nieco grubawego, spoconego zięcia dźwigającego wieniec. Patrzymy i widzimy to unikanie. Każdy śmiertelnik unika bezlitosnego wzroku prawdy. Każdemu w momencie unikania bezlitosnego wzroku prawdy tłuką się po głowie chaotyczne myśli:

  • Skąd oni są? Z Karola studiów? Za młodzi. 
  • Może to od Kaśki, z Ameryki przyjechali?
  • Z banku. Z agencji.
  • Policja. 
  • Mafia.

Tymczasem dziabiemy w szarlotce i mruczymy niejasne odpowiedzi, skąd znamy Karola. 

  • Z zaświatów – mówię, bo jeśli go kiedykolwiek poznam, to przecież właśnie tu.  
  • Ale w raju go nie widziałem… – zamyśla się Szaman Mako.
  • On chyba gdzie indziej się wybrał – zauważam.
  • Lubił popić – kiwa Szaman. – Kto lubi popić, do raju się nie pcha. 

Konsternacja na sali, bo przecież co jak co, ale zmarły w życiu kielicha nie dotknął, a i reszta rodziny: sami abstynenci. 

W tych wędrówkach międzywymiarowych odkryliśmy dziwne miasto. Nazwa miasta: Szczecina. Jest to miejsce niezwykłe, bo niby w WW, a jednak jakby poza. Powiem w skrócie. To jest miasto zombi. 

Bo tak. Siedzimy z Szamanem Mako bezpiecznie na najwyższej wieży w Szczecinie (22 piętra) i patrzymy w dół. A tam ludzie poobijani, poszarpani, w łachach, nietrzeźwi, wyżęci, umarli. Ale chodzą, snują się, walczą. Bez życia, a żyją. 

My: odwrotnie. Nie żyjemy, ale z przytupem. 

Siedzimy więc z tym przytupem na 22 piętrze wysokopiętrowca i obserwujemy wymarło-żywą Szczecinę. Szaman Mako się nagle podkręca, że niby zobaczył morze. Bo on po morzach pływa, czego wam jeszcze nie mówiłam. Co jakiś czas znika z Nadwymiaru, w ogóle znika, gdy morze zobaczy. Zaraz go niesie. 

Tymczasem żadnego morza w Szczecinie nie ma. Tam właściwie nic nie ma. Właściwie to nie wiem do końca, czy w ogóle to miasto istnieje. 

Ale istnieje! Istnieje i mam na to dowody. I zaraz wam o nich opowiem. 

Szaman Mako faktycznie się uparł na to morze i poniosło go w nieistniejące odmęty. Zostałam sama na drapaczu chmur. Patrzę leniwie na ptaki u mych stóp. Patrzę na zombi. Na odrapany dach najbrzydszego budynku świata, czyli na ZUS. Też macie taką refleksję? Jest coś, co każe w każdym mieście postawić wybitnie straszną budowlę za straszne pieniądze i to zawsze jest ZUS. Tu, w Szczecinie, też. Koszmar z Gotham City. Zwymiotowany Szpinak. ZUS. 

Oprócz Zwymiotowanego Szpinaku na uwagę zasługuje też Szpaler Wkurwionego Ku-klux-klanu. Mianowicie tak zwana Filharmonia Szczecińska. Jest to kompleks białych kapturów zbitych w nastroszoną narośl piętrzącą się wśród przedwojennych kamienic z cegły. Gruba rzecz. No ale. Ja nie o tym. 

Siedzę, patrzę i zaczynam się nudzić, aż wreszcie postanawiam. Zjadę tam. Do nich. Do zombie. Może mnie nie zjedzą. Może czegoś się dowiem. Wiecie jak to jest. 

Pierwszym napotkanym był Remus. Stanął mi na drodze od razu, jak tylko opuściłam budynek. Zdążyłam tylko przejść ulicę. I oto on. Wśród książek. Książki ma stare, zużyte. Większość znam. Ale on mi pokazuje te małe. 

– Małe są najlepsze – wyjaśnia krótko. A wzrokiem każe mi kupić. A ja kasy nie mam przecież. Nic. Z Nadwymiaru jestem. Ale pamiętam, że w plecaku noszę też małą książeczkę. Format pocztówkowy, jak kiedyś te tygrysy. Poradnik dla psychopatów Kubryńskiej. Wyjmuję więc i daje mu w zamian za TĘ książkę, którą on sugeruje. 

– Mitologia hetyckiej Anatolii. 

Wymieniamy się bez słów. A gdy mam w ręku tę książkę, Remus znika. 

I już go więcej nie zobaczę. 

Mitologia za to nie znika wcale.  Mam ją do tej pory. I to jest dowód na istnienie Szczeciny. Więcej. W książeczce są rysunki. I te rysunki przedstawiają obrazy, które znam. Których do tej pory nie rozumiałam, a teraz pomału…

Znam je z własnych snów. 

PS. Mam jeszcze dwa dowody. Cesarzową Muślin i Kamienie. Wszystko opowiem, jak tylko ochłonę. Jak Szaman Mako wróci z nieistniejącego morza. Jak…

Tabula rasa

Ledwo żyję. Przez cały dzień lataliśmy z Szamanem Mako po kosmosie i muszę przyznać, jest to po prostu sport ekstremalny level hard. Szaman Mako od dawna namawiał mnie na tę eskapadę, zapewniał, że super się na meteorytach lata, ale wykręcałam się tym i owym. A że zmęczona jestem po chorobie i śmierci (rekonwalescentka tak zwana), a że hałas źle znoszę (zaburzenia integracji sensorycznej) i, co najważniejsze: nie mam się w co ubrać. 

Czyli typowe tłumaczenia ciotki Fredzi. 

Tymczasem przyśnił mi się sen, w którym Ktoś mi powiedział, że jestem tabula rasa. Dla niewtajemniczonych: czysta kartka. Jak mi trzeba, to mogę użyć kryształowego pudru (???!!!).

Amen. 

Obudziłam się w takim nastroju, jakbym dotychczasowe wszystkie doświadczenia z poprzedniego życia zrzuciła z siebie w jakąś nieskończoną przepaść i oto właśnie ważyła pół grama. Albo i to nie. Ile waży kartka papieru? Niezapisana?

Długo leżałam w pościeli przewalając się z tym swoim nowym stanem nieważkości. Szaman Mako powiedział mi kiedyś, że mam stopy jakbym nigdy nie chodziła po Ziemi. Przyjrzałam się nim. Może faktycznie nigdy po tej Ziemi nie chodziłam? Może stąd te moje problemy? Takie oderwanie od rzeczywistości niesie za sobą pewne niezrozumienie. Niektórzy przywarci do podłoża jak Wąż, czy Józefstalina mogą tego nie zrozumieć. Z drugiej strony: co mnie Józefstalina obchodzi? Jest tak zajęta knuciem, że nawet nie zauważyła mojej śmierci. A po jaką cholerę knuć przeciwko komuś, kto nie żyje? Czyż nie szkoda energii? Właściwie kto jest bliżej rzeczywistości?

Fru! 

Nie ważę nic, więc mogę latać. Mogę latać między wymiarami sypiąc wokół kryształowym pudrem. 

Tymczasem wpada Ewelement (nie mam czasu nawet wyjaśnić, skąd się wzięła w Nadwymiarze Ewelement, grunt że poza Zarą Li mam jeszcze jedną koleżankę) i mówi, że po jej szafie walał się tajemniczy kostium czarny skórzany typu kobieta kot, specjalnie przeznaczony do jazdy na meteorycie. I ona ogólnie nie wie, co z nim zrobić, a tak na oko wygląda, że na mnie szyty. 

Powiem tak. Kostium jest faktycznie na mnie uszyty, nie ma w nim ani jednego centymetra zapasu, nie ma też mowy o ciasnocie. I tylko pozostaje zagadką, skąd się taki bieg wypadków wziął? Skąd ten kostium u Ewelement? I czemu akurat ja, nie ona? Bo na nią kostium w ogóle nie pasował. Na nikogo by nie pasował. On jest mój. 

Tak jak Pan Demonium. Z tą różnicą, że kostium już jest u mnie a Pana Demonium muszę zdobyć jakoś. Może na meteorycie?!

Reasumując. Jestem rasową oblatywaczką meteorytów. Jazda na meteorycie jest absolutnie genialnie wspaniała. To jest coś WOW, aaa!, i w ogóle. Już nie jestem ciotką Fredzią. Powiem więcej. Cień po ciotce Fredzi zniknął bezpowrotnie. Jak się ciocia raczy zapałętać w nasze strony: jedną noc możemy przekimać. A potem ciocię odwieziemy. METEORYTEM. 

Ha! 

Najlepsze przede mną. Bo ja mam, moi drodzy, niedawno odkrytą zdolność strzelania z broni palnej, kiedy tylko zechcę. Nie muszę tej broni ze sobą nosić, po prostu ją mam. Nie muszę ładować – zawsze jest naładowana. Strzelam z ramienia na odległość, a strzały mam, jak się okazuje, niezwykle celne. 

A na celu tak:

  1. Katedra Notre Damme – już zastrzelona, szczegóły przy okazji. 
  2. PP. 
  3. Jeszcze parę kościołów. W sensie: wszystkie.
  4. Kilka szkół (w niedzielę, żeby dzieci nie było). 
  5. Urzędy. Wszystkie. Wszystko jedno kiedy. 
  6. Prokuratura. Policja. Kongres Kobiet. 
  7. Koła łowieckie i nadleśnictwa państwowe. 
  8. Telewizja i gazety dla pierdzieli (czyli wszystkie) oraz biura poselskie. 
  9. Jeszcze kilka szkół. 
  10. Sejm.

I jak starczy energii, to jeszcze ten parlament w Brukseli. 

Listę będę uzupełniać w trakcje wykonywania zadań. Obawiam się, że jak się rozpędzę, to rozpryskując tłuczone szkło niczym kryształowy puder, zastrzelę cały świat. Dziś wprawdzie załatwiłam tylko jeden oddział firmy handlującej kradzionymi dziełami o wdzięcznej nazwie Srempik. Ale dopiero się uczę.

Wchodzenie do WW, zwłaszcza rozpędzonym meteorytem – do najłatwiejszych zadań nie należy. Pamiętajcie o atmosferze i spalaniu tlenowym. Może jestem z papieru, ale nie z azbestu. No i koordynacja, kiedy muszę utrzymać się okrakiem na rozpalonej sztuce, wrzeszcząc do Szamana Mako: „kieruj, ja strzelam!” unieść się nieco na napiętych udach (coś jak jazda konna), odwrócić w kierunku celu, wyciągnąć ramię i wypalić salwę tak, żeby siła odrzutu nie zrzuciła mnie z pojazdu. Mocna rzecz. 

PS. Padam na twarz, ale jutro znów lecę. 

PS 2. Chyba, że nie wstanę.

Podpisane: ciocia Fredzia

Jutro znów lecę. Chyba że nie wstanę…

Pan Demonium

Jezu, co za historia! Z jakim finałem! Nie mogę. Aż mnie przeraża opisanie tego. No ale. Trzeba. 

Boże, nie wiem od czego zacząć!

Dobra. 

Może najpierw od śmierci. To znaczy: od Zary Li. Bo na niej skończyłam. Otóż Zara Li pojawiła się tuż po tym, jak z Szamanem Mako paliliśmy świece żywota. Oczywiście, można powiedzieć: przypadek. Palili świece żywota czekając na śmierć i oto śmierć się pojawia, a oni zdziwieni, hm, skąd śmierć nagle, czyja to śmierć, tralala. Bywa i tak. Znam okoliczności. Człowiek też. Żyje jak na bombie zegarowej, ciągle spięty, każdego dnia drineczek, fajeczka, dla sportu (czyli niby dla zdrowia, hehe) zażyna się na siłowni, w wolnej chwili biegnie maraton, a potem… Swoją drogą, wiecie, skąd się wzięło pojęcie maratonu? Maraton, czyli bieg ok. czterdziestu kilometrów przebiegł pewien człowiek o imieniu Filippides, żeby zawiadomić o zwycięstwie Greków. Jak dobiegł do Aten, to się przewrócił i zmarł. Od tamtej pory ludzkość uznała za stosowne wziąć z niego przykład i biegnie masowo po śmierć. 

Zara Li. Pojawiła się znienacka, grom wie po co i od razu zaczęła pokazywać swoją siłę. A PP faktycznie, jakoś ucichł. I nawet nie zdążyłam go zastrzelić, a codziennie bawiłam się tą myślą. Opracowałam nawet technikę strzału doskonałego. Kiedyś wam o niej napiszę. Teraz nie mogę. Teraz muszę dojść do sedna, a jestem na razie w polu. Zara Li robiła mi potworny dym w planach. Najpierw ten różowy flamaster. Jak już go zdobyłam (nie mam czasu opisywać jak go zdobyłam!) – zażyczyła sobie rysunek. W sensie, że mam dorysować coś na różowo do mojego rysunku. A ja, jak widzicie, rysuję wyłącznie za pomocą mgły. I weźcie wpakujcie tu jaskrawy róż! A jednak. Przekonała mnie. Dorysowałam kwiaty, machnęłam nazwisko na różowo. Wyszło BOSKO. Miała rację. Tylko teraz cyrk, bo ona sobie NIE ŻYCZY, żeby ktoś to zobaczył. Mogę pokazać, owszem, ale tą swoją starą wersję mgielną. Przy której się tak upierałam. 

Czy ja mam cofnąć czas, pytam???

A ona spokojnie, że TAK. 

Nie pytajcie mnie, jak cofnęłam czas. Nie mam czasu opowiadać. Kiedy indziej. Jak cofnę czas ponownie. Albo zatrzymam. Bo teraz nie mogę. To znaczy mogę, ale nie chcę Teraz chcę wam napisać o PANU DEMONIUM. I nie mogę się, do cholery, doczekać, kiedy będę mogła! 

Dobra, napiszę od razu. Zara Li i tak ma już sporo do przodu. Śmierć nie zając. 

Śnił mi się rubin. Rubin to taki kamień szlachetny niezwykłej urody. „Niezwykłej” nie oznacza oceny. Rubin wygląda konkretnie jak… owoc kaliny. 

Nie pamiętam, czy tamta dziewczynka z lasu była ładna. Nie w tym rzecz. Tamta dziewczynka miała coś WAŻNEGO dla mnie w swojej urodzie. Ona miała (ma!) w swojej urodzie jakąś informację dla mnie. Informację, która jest ważna. I ma związek z moim przeznaczeniem. 

Szybko się uczę tego introligatorskiego, prawda? Tak, tak, Szaman Mako nic nie mówi, a ja i tak wszystko wiem. 

Jest taka ogólna zasada w życiu, że każda dziewczyna marzy o tym, żeby mieć starszego brata. Starszy brat to idealny pomost między ojcem, który przypieprza się o jakieś bzdury typu: oceny, bekanie przy stole – a (Boże, uchowaj!) mężem, który przypieprza się o rzeczy wymienione i dodatkowo, mimo dorosłego wieku, nie umie sobie zrobić kotleta ani wyprasować koszuli, o co, rzecz jasna, się przypieprza. Na marginesie, dziewczyny samotne! Nie macie faceta? Pocieszcie się, że nie macie męża.

Wracając do starszego brata. Starszy brat do niczego się nie przypieprza, sam sobie prasuje, sam gotuje, robi jajecznicę na śniadanie, nosi cię na barana i rozśmiesza do łez. Przykład: Szaman Mako. 

Przyszedł wczoraj do rajskiej komnaty, pokazuje mi opakowanie krakowskiej suchej i pokurczony plasterek kiełbasy. I mówi: „Zobacz. Tu jest napisane, że smak dojrzewa z czasem. A ta kiełbasa zrobiła się zielona z czasem. A przecież wiadomo, że zielone to niedojrzałe. Oszukali mnie”. 

Albo, że na przykład jest niedziela i jakiś problem, że o 14.00 jeszcze leżysz w łóżku:

– To zrozumiałe. Człowiek tak bardzo się męczy procesem budzenia, że nie może wstać.

Kurde! Za dużo o nim gadam. Do rzeczy. Śni mi się rubin. Leży na mojej drodze, na złotej łyżeczce. Rozglądam się wokół. Nikt nie widzi. Szybkim ruchem chowam łyżeczkę z rubinem do kieszeni. 

Tego samego dnia jestem w WW. W WW! Jestem z powrotem w Waszym Wymiarze! Ja: DUCH. Przechodzę przez wnękę międzywymiarową (zawsze mnie gdzieś poniesie!) i idę tam z ciekawości, bo jednak jest to, kurde, niecodzienność tak chodzić między wymiarami. Ja pierdziu! Widzą mnie, nie widzą? Patrzą. Ale jakoś na wskroś. Czy ja śnię? Nie, to nie sen. Jestem w WW. Ale nie boję się. Nie czuję nic, prócz ciekawości. 

Wchodzę do galerii handlowej. No gdzieżby indziej? Zastanówcie się. Jakbyście umarli, nie żyli, jakbyście byli duchami, gdzie byście poszli? No, kuźwa, do galerii handlowej, jasna sprawa. Idziecie, nikt was nie widzi. A może widzi?

Nie mam pojęcia czemu, ale moje kroki zmierzają w jakimś celu. Faktycznie, wchodzę nagle do jubilera. Wchodzę do sklepu z rzeczami za miliard. 

Widzi mnie ten subiekt?

– W czym mogę służyć?

Widzi. Widzi!

– Szukam pierścionka z rubinem. W białym złocie. 

Nie wiem, czemu nie pytam o łyżeczkę. Bo wolę pierścionek?

Subiekt odwraca się, szuka po tych wypielęgnowanych gablotach, za chwilę wraca. Pokazuje mi trzy pierścionki. Ja widzę tylko jeden. TEN. 

To on. 

To on mi się śnił. 

To jest prawdziwy ojciec Kaliny. 

Pan Demonium. 

Subiekt nie słyszy rozmowy między mną a Panem Demonium. Ona trwa ułamek sekundy, albo całą wieczność. Oboje jesteśmy w swojej przestrzeni własnego wymiaru. To tak jakbyśmy opuścili budynek galerii handlowej, a jednocześnie w nim byli – na ułamek sekundy albo całą wieczność. Wiem, niektóre frazy są niepojęte. Ale wierzę w was. Ja tu mam na serio dużo większe dylematy niż język polski. 

Muszę go mieć!

Nie mam pojęcia jak. Nie wiem. Nigdy nie kradłam. Poza tym, skąd mam wiedzieć, co się dzieje z duchem, którego łapie policja? Nie wiem nic. Nic! Myśleć, myśleć. 

Muszę go mieć.

Nie wiem, jak. Zaraz będę wiedziała. Zara…

A tymczasem subiekt robi rzeczy niebywałe. Raz: daje mi Pana Demonium do przymierzenia. Ja pierdzielę. Nakładam pierścionek na środkowy palec lewej dłoni. Pasuje idealnie, ale to przecież nie jest żadna niespodzianka. Wszak to MÓJ pierścień. Przyglądam mu się. Nie ma żadnych zabezpieczeń. A ten gościu się ODWRACA i zajmuje jakimś zegarkiem! Specjalnie! Mam tylko dwa kroki do wyjścia. Jak polecę przed siebie, nikt mnie nie dogoni, myk do wnęki międzywymiarowej i Pan Demonium jest mój! 

Sprzedawca, nie podnosząc głowy znad zegarka, podaje cenę pierścienia. Jakiś milion miliardów, nie pamiętam. Nieważne. Ja nie mam żadnych pieniędzy i tak. 

  • Proszę mi go odłożyć. Muszę to przemyśleć. 
  • Na jakie imię odłożyć?
  • Noemi. 
  • Proszę spojrzeć, czy dobrze napisałem.
  • Bardzo dobrze. 
  • Pierścionek będzie czekał na panią do środy. 
  • Doskonale. 

Do środy. Mam czas do środy. 

Muszę go mieć!

PS. Muszę go mieć. 

Zara Li

Wiem! Przypomniało mi się! U stóp Góry Przeznaczenia widziałam grupkę dzieci. Była wśród nich mała dziewczynka. Dzieci wołały do niej: „Kalinka”.

– Kalinka! Chodź tu! Zobacz, co tu jest!

– A co tam jest?

– Grób dzięcioła.

Minęłam ich, poszłam w swoją stronę, czyli tam, gdzie opisywałam. A potem, już na górze leżał owoc kaliny, diabli wiedzą skąd, bo owocującego drzewa nigdzie nie było. Przypadek? Nie sądzę. O coś z tą Kaliną (kaliną?) chodzi. O coś chodzi z grobem dzięcioła.

Kilka słów wyjaśnienia. Skąd w Nadwymiarze dzieci? Też się początkowo dziwiłam. Wszak musiały umrzeć? Nie. Otóż dzieci są w Nadwymiarze i WW jednocześnie. Tak już jest. One to potrafią. Potem, niestety, opuszczają Nadwymiar, skupiając się jedynie na waszym świecie. Wielka szkoda.

Oczywiście są takie, które zostają w Nadwymiarze. Nie mają lekko. Połączyć te dwa byty – level hard. To już, faktycznie, łatwiej umrzeć.

No więc „moje” dzieci z lasu przeznaczenia żyją jednocześnie w WW i tu. Bez przeszkód przechodzą przez wnękę międzywymiarową i już są w zaczarowanym lesie. Wnęka międzywymiarowa znajduje się niedaleko mojego ogrodu. Czasem słyszę przez nią głosy z WW i nie są zazwyczaj to przyjemne chwile: – Zaje…m mu, a on do mnie, co ty k…a, a ja ku..a, ja pier…lę!

Innym razem karetka pogotowia.

Tymczasem wróciłam z Góry Przeznaczenia i pamiętam, że czeka mnie w przyszłości jakaś Kalina, albo kalina. Zawsze to coś. Bo już się bałam, że nic mnie nie czeka, co jest w oczywisty sposób połączone z nieistnieniem. Za które podziękuję. To już też zaliczyłam.

Dobra. Miałam pisać o śmierci! Grób dzięcioła przecież też coś znaczy. Otóż znalazłam śmierć! Znalazłam ją wczoraj za rogiem mieszkania Wió, gdy wyszłam w kierunku lumpiaterii. Lumpiateria to taki nadwymiarowy salon mody, w którym wszystko jest oddawane za bezcen, a jest tak piękne, zwiewne i doskonałe, że czasem się martwię kompulsją strojenia. A przecież w Nadwymiarze nie wolno mieć kompulsji. No, ale już od jakiegoś czasu tam nie chodziłam, wczoraj poszłam. Kilka kroków przeszłam, patrzę: śmierć. Leży, biedna, zakurzona. Wygląda, jakby ktoś ją wyrzucił. Na środek drogi. Ludzie serca nie mają.

Wzięłam ją od razu. Wróciłam, posadziłam na parapecie. A potem poszłam do tej lumpiaterii i na śmierć o niej zapomniałam.

Przypomniała mi się wieczorem. Leżałam już w sarkofagu, zbierałam się do spania. Zerwałam się, poleciałam po nią, zdjęłam z parapetu, wykąpałam, doprowadziłam do ładu. Ma spódniczkę z czarnej koronki. Trochę się pruła, ale ogarnęłam. Paznokcie u rąk i stóp czerwone. Ogólnie: elegantka. I po tej kąpieli – w humorze.

Ma na imię Zara. Tak przeczytałam na plakietce, którą nosi przy biodrze. Imię adekwatne. Też bym się nie spieszyła. Ale są tacy, co się spieszą. Dzięcioł na przykład.

Kości i piszczele układają jej się w napis. Li. Stąd mniemam, że jej pełne imię i nazwisko to Zara Li.

Zara Li mieszka teraz ze mną i nosi moje długopisy, które do tej pory w kółko gubiłam. Dziś nawet zażyczyła sobie własny. Ma być jaskrawo różowy. Super. Skąd mam wytrzasnąć jaskraworóżowy długopis, nie wiem. Ale cieszę się, że mam przyjaciółkę.

PS. Szaman Mako też polubił Zarę. Tylko z miejsca zaczął się martwić, czyja to śmierć. On tak zawsze. Ostatnio znalazłam Słownik Symboli, wzięłam go do Księgozbioru (opowiem, mega historia!), a on ciągle tylko: to do kogoś należy na pewno, trzeba oddać. Ciekawe komu. Żywej duszy wokół.

Ps2. Czy ja nie za dużo piszę o Szamanie Mako? Bo już mnie to wkurza!

***

Minął dzień. Boże. Właśnie do mnie dotarło z KIM się zaprzyjaźniłam…

Posadziłam ją na parapecie. A potem na śmierć o niej zapomniałam…

Co kot robi w Kosmosie?

Winna wam jestem wyjaśnień, jak to się w ogóle dzieje, że przesyłam wam wieści z zaświatów. Rzecz zawiła, ale da się wyjaśnić. Zanim jednak się tego podejmę, muszę wam przedstawić Fargo. 

Fargo zaraz po Szamanie Mako, Sąsiadce z psem oraz PP, pojawił się jak gdyby nic w Nadwymiarze i zaoferował swoje usługi w zakresie dostawy międzywymiarowego internetu. A ja tu pękam z emocji, żeby komuś to wszystko opowiedzieć. A on, że wszystko ogarnie. A ja, że chcę pisać, pisać, pisać. Dość mam już robienia czegokolwiek innego. Skoro tu jest raj, chcę mieć swoją pasję. 

A on, że nie ma sprawy. I się zaczęło. 

Fargo wygląda dokładnie tak, jak się nazywa. Czyli jak wszyscy bohaterowie filmu Fargo. Prawdopodobnie, gdy kręcono ten film, ogłoszono casting, po czym dobierano aktorów według klucza podobieństwa do tego tu Fargo, by nakręcić film o tym tu Fargo. No i faktycznie się udało. Jego historia pięknie wpasowuje się w losy bohaterów. 

Ale nie wyprzedzajmy faktów. Dobra, jak on to robi? W sensie: internet?

Otóż robi to tak. Żeby się nie pomylić. Najpierw wytwarza pole (elektryczne? magnetyczne? galaktyczne?) między mną a – tu nie uwierzycie – KOTEM, który jest łącznikiem przewodnictwa (elektrycznego? magnetycznego? galaktycznego?) i przekazuje treści wprost z mojego umysłu ku waszym urządzeniom do internetu podpiętym. Ot i cała filozofia. 

Wszystko to wygląda niepozornie, jednak warunkiem działania układu jest obecność kota. 

Tylko jeden kot tak działa. Nazywa się (nomen omen) Wifi. 

Wiem z poprzedniego życia, że koty faktycznie wytwarzają jakieś pola (skrzą iskrami i takie tam), a Fargo potrafi to wykorzystać. A że wymiar, do którego wysyłam treści ze swojego umysłu jest wyjątkowo zaśmiecony, kot musi posiadać wielką moc. I taką moc ma tylko Wifi. 

Musiała ze mną zamieszkać. Nie było wyjścia. Teraz mam, kurde, kota, psa, Szamana Mako i czasami, rzadko, właściwie to NIE przychodzi Fargo. On jest z tych informatyków. Wiecie. Nigdy nie ma czasu, zawsze się spóźnia, a na twarzy ma bezkresną nieobecność. 

Jeszcze słowo o technicznym aspekcie sprawy. Wiecie, czemu koty nie zbudowały sieci telefonii komórkowej, czy jakiegoś tam kociego internetu? Bo im to niepotrzebne. Koty porozumiewają się telepatycznie. Albo w ogóle. 

Bo w gruncie rzeczy, na cholerę tyle gadać?

PS. Szaman Mako sprawdził powyższy opis układu i powiedział, że technicznie nie ma się do czego przyczepić. 

PS2. psychoplacki.com

Kot musi posiadać wielką moc. I taką moc ma tylko Wifi. 

Świece żywota

Wy tam się pierdołami zajmujecie, a ja tu walczę o istnienie. Umrzeć można wiele razy, ale najgorszy przegryw to przestać istnieć. Nie wiem jeszcze ile mam śmierci w zanadrzu, a na Górze Przeznaczenia zajmowałam się wszystkim, tylko nie własnym przeznaczeniem. I teraz guzik wiem. Namówiłam nawet Szamana Mako (bo tak się zwie ten introligator), żebyśmy poszli tam po raz drugi, ale oprócz jakiegoś pogrążonego w mozole przewracania się na plecy i grzebania skrzydłami w błocie żuka – nic nie zobaczyłam. I teraz nie wiem, co będzie. 

W międzyczasie – gdy rozstrzygałam swój tajemny los – okazało się, że w czwartym wymiarze sąsiedztwa z mieszkaniem Wió mieszka jakaś baba z psem (znowu pies!) i jest to fakt absolutnie niekorespondujący z moimi wyobrażeniami Nadwymiaru. 

Sąsiadka jak sąsiadka, ale ten pies! Podobno ma tysiąc lat (dokładnie dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć skończył w październiku) i bez przerwy szczeka. Zza sufitu dochodzi mnie więc nieustanne ujadanie, a ja jestem osobą nadwrażliwą, zwłaszcza na dźwięki. No i ten pies. 

Doprowadza mnie do szału. 

To ma być raj?

Szczeka i szczeka. 

Ma na imię PP. I żeby nie było: żaden Pepuś ani Pepunio. To jest skrót od Popie…ony Pies. Po prostu. Popie…ony Pies, który w kółko drze mordę, podczas gdy jego właścicielka Sąsiadka z PP wrzeszczy do niego:

– Cicho bądź!

Tak to wygląda. 

Myślałam. Rozważyłam wszystkie za i przeciw. I zdecydowałam. Trzeba go zabić. 

Oczywiście, zaraz się rzucicie z propozycjami. Mnie też pierwsze co przyszło do głowy, to pójść i zastrzelić. Ale to nie takie proste. 

Wszyscy ludzie na świecie myślą, że strzelanie to taki wyzwalający akt, trach, ofiara pada, a my mamy super samopoczucie, że się uwolniliśmy od szczeku. Trala lala. Byliście kiedyś na strzelnicy? Każdy strzał z broni palnej ma swój odrzut. I to taki, że wyrywa z butów. Trzeba mieć naprawdę parę w łapach, żeby gnata utrzymać. A ja nie mam żadnej pary w łapach, bo dopiero co wygrzebałam się ze śmiertelnej choroby i to w taki sposób, że umarłam. (W dodatku nie wiem, co mnie czeka.) 

To skąd ja mam mieć parę w łapach?

Szaman Mako obiecuje, że poćwiczymy. Ale jeszcze nie teraz, bo muszę dojść do siebie. Ale jak mam dojść do siebie, skoro bez przerwy słyszę ujadanie psa?! 

– Jest coś takiego, jak świeca żywota. 

Szaman Mako jest szamanem i zna różne sztuczki. I choć mnie denerwuje strasznie tym introligatorskim mądralowaniem, nie mam wyjścia, czasem trzeba posłuchać. Gdy więc powiedział o świecach żywota, zamieniłam się posłusznie w słuch, jak młodsza siostra, która słucha starszego brata. 

– Każdy ma swoją świecę żywota. Długość życia zależy od długości świecy. Gdy świeca się wypali, albo: gdy ktoś ją zdmuchnie – kończy się żywot. Jak sama nazwa wskazuje. 

– A to ma coś do psa?

– Ma. Bo jak znajdziemy jego świecę i wypalimy, PP przejdzie do innego wymiaru. I nastanie cisza. 

Od tego momentu zaczęło się poszukiwanie świecy. Szaman Mako przynosi całe opakowania tea-lightów, ja nawet jakieś wysokie do kandelabra znalazłam. Kolor mają odjechany, bo różowy, ale z PP nic nie wiadomo. Wszystko palimy do zera, czekając na śmierć. Na razie bez skutku. Nie ustajemy w czynnościach. Jestem pewna, że się uda. Trafimy w końcu na tę właściwą. I nastanie cisza. 

PS. Czasem tylko przychodzi mi do głowy jedna myśl. Do jakiego wymiaru wysyłamy PP? Bo jeśli do WW, to mu trochę współczuję…

Góra Przeznaczenia

– Północ. Zaczął się dzień Oriona. Tak nazywa się ten pies. Orion. Biały Krystaliczny Pies. 

Powiedział to jakoś tak, jakby mówił w innym języku, a przecież wszystko zrozumiałam. Nie wiem, co to za język. Przychodzi mi do głowy tylko jedno określenie: introligatorski. Nie każcie mi tłumaczyć, nie mam czasu. Jestem właśnie NIE WIADOMO GDZIE, nade mną jakiś zarośnięty facet w piórach opowiada coś po INTROLIGATORSKU, nie wiem, czy żyję, czy właśnie umarłam po raz drugi (a już pierwszą śmierć ledwo przeżyłam!), brak słów. 

  • Co ja tu robię?
  • Leżysz. 

Niezły ten język. Muszę się nauczyć. 

  • Ale konkretnie! Skąd się tu wzięłam? 
  • To nie jest konkretnie, ale dobra. Przyniosłem cię z lasu. A właściwie z góry. Z Góry Przeznaczenia. 
  • Co ja tam robiłam?
  • Leżałaś. 

Zaczynam się zakochiwać w tym języku. 

  • Ale skąd ja się tam wzięłam?!
  • A tego to nie wiem. 

O. 

I teraz klatka po klatce, jak faktycznie podczas śmierci: skąd ja się tam wzięłam? Myśleć, myśleć, myśleć. Ten tu na pewno wiem, tylko głupa pali. Ukrywa!

  • Ja się ciebie nie boję, gadaj skąd ja się tam wzięłam! 
  • Nie wiem. Musiałbym chwilę pomyśleć. 
  • To myśl!

Ale jestem zła. Zaraz wstanę i mu dokopię, serio. Albo nie wiem, co zrobię, zabiję chyba. Introligatorski się napatoczył. Zaraz mi tu wszystko wyśpiewa!

– Poszłaś na spacer do lasu. I wlazłaś na górę. Ot i cała tajemnica. Wielka. 

Teraz to już go nienawidzę. Aaaaaa. Wrrrr. Wr. Oddychaj. Oddychaj. Oddychaj. 

Mógłby się ogolić. To by nie zaszkodziło z pewnością. Żebym go nie zabiła. Boże, po jakiemu ja teraz mówię? Po introligatorsku na pewno nie! Ten język to raczej całkowite przeciwieństwo introligatorskiego. Muszę pomyśleć. Jezu, nie mam czasu.

  • Co to za góra?
  • Góra Przeznacze…
  • A JAKIM PRAWEM POGRYZŁ MNIE TEN PIES, DO CHOLERY!?!??!?!?!

No nareszcie. Nareszcie go mam. Teraz mi się nie wywinie. Pełna przemoc. Przekroczenie wszelkich zasad. Na szczuje się ludzi psami. Kobiet zwłaszcza. Po chorobie. I śmierci. 

  • Nie pogryzł.
  • Rzucił się na mnie! Z agresją! 
  • Nie rzucił się, tylko przeskoczył. Ciebie. Przeskoczył cię. 
  • To dlaczego upadłam?! I jak uważasz: LE-ŻA-ŁAM?!
  • A tego nie wiem. Prawdopodobnie się przestraszyłaś i zemdlałaś. 
  • Pięknie. 

Usiadłam w kucki, podparta łokciami po szyję. Ładne klocki. Nadwymiar. A tak samo jak na Ziemi. Nic się nie zmieniło. Tak się traktuje kobiety w całym wszechświecie. 

  • Na Górze Przeznaczenia nie wolno się bać. 
  • A kto mi zabroni? Jak na mnie pies skacze? Wściekły. 
  • Nikt. Tylko jak się ktoś boi to LEŻY. 
  • A. 

Podsunęłam bliżej stopy na wszelki wypadek. Bo z niedźwiedziem mam chyba do czynienia. Nie wiem, czy on w ogóle kiedyś widział żyletkę. Golarkę. Maszynkę… Czy coś. 

  • Nikt tam nie chodzi. 
  • Czemu?
  • Bo ludzie się boją. 
  • Czego?
  • No właśnie tego. Przeznaczenia. 
  • To ten pies to przeznaczenie?
  • Nie. 

I się roześmiał. Po raz pierwszy zobaczyłam jego zęby. Coś jak kły, serio. Ale ładne. Nienawidzę go. 

  • Ten pies to Orion. Tak się nazywa. Ucieszył się, że zobaczył Ciebie, bo to znaczy, że jesteś jego przeznaczeniem. 
  • No super. Jestem przeznaczeniem psa. 
  • Super jest być czyimś przeznaczeniem. 
  • To czego się boją ci ludzie?
  • No przecież już mówiłem. Przeznaczenia. 
  • A co w nim jest takiego strasznego?
  • Nie wiem. 

Dziwny ten język. Serio. Ale fascynuje mnie. Zaczyna mnie to wkurzać. W sensie, że fascynuje. To mnie wkurza. I że nie wiem czemu, też. W ogóle jestem wkurzona. 

Wrr. 

  • Jak to: nie wiesz?! To co ty w ogóle wiesz?
  • Wiem wszystko. Tak ogólnie. Ale pewnych rzeczy nie wiem od razu, muszę pomyśleć. Jak pomyślę, to już potem wiem. 
  • To pomyśl. 
  • O czym?
  • CZEGO CI LUDZIE SIĘ BOJĄ?!
  • No przecież ci powiedziałem: przeznaczenia. Boją się poznać swój los z wyprzedzeniem. To ich przeraża. Boją się tego i już. Ale nie wiem, dlaczego. 
  • A na tej górze można to zobaczyć?
  • Co?
  • Swój los. Jezu. 
  • No tak. Tam wszystko widać. Z tej góry. 
  • Ja tam nic nie wiedziałam. Tylko tego psa wściekłego. 
  • No to twoim przeznaczeniem jest wściekły pies. 
  • Co?! 
  • No tak. 

Jakie zasady są w Nadwymiarze? Można kogoś po kryjomu zabić? Przecież nikt mnie nie widział. Tylko jakaś Nemezis… Chyba. Albo i nie. Bo napisane było tylko. Chyba w krzakach nie siedziała, co? Zabiję go i po zawodach. Uduszę. 

  • Uduszę cię. 
  • Nie sądzę. 
  • A ty skąd wiesz?!
  • Już ci mówiłem. Wiem wszystko. 
  • I to co będzie też?
  • Tak. 
  • To tamci się boją wejść do lasu, a ty po prostu wiesz?
  • Tak. Dlatego też nie boję się wejść, jak mówisz: do lasu. 
  • A. 

Teraz to już nie wiem. Chciałabym się dowiedzieć, ale denerwuje mnie ten introligatorski. Poleżę sobie. Popatrzę na zegar. 

  • A gdzie ja jestem w ogóle!?
  • No tu. 
  • Gdzie: tu?!
  • No w pokoju. 
  • W jakim, do cholery, pokoju?!

I właśnie w tym cudownym momencie zorientowałam się, że widzę rajską komnatę, w czwartym wymiarze mieszkania Wió na własnej kanapie leżąc. 

– CO TY ROBISZ W MOIM MIESZKANIU?!!

Mogłabym tak jeszcze długo opowiadać. Bardzo długo. Ale nie mam czasu. Jestem potwornie zajęta przypominam sobie, co zobaczyłam na Górze Przeznaczenia. Oprócz wściekłego psa oczywiście. Powiem więc w skrócie. Introligatorski zarośnięty to jest szaman. Dlatego wie wszystko. Więcej o nim napiszę niedługo. Pa!

Józefstalina i Wąż

Zanim zacznę pisać na serio, muszę wspomnieć trochę więcej na temat przyczyny mojej śmierci. Chodzi o dwie osoby z mojego poprzedniego życia. Czyli z WW. 

Pierwsza z nich to Wąż. Wąż przyśnił mi się jeszcze w dzieciństwie i według ostrzeżeń tego proroczego snu, miał mnie w przyszłości ukąsić. 

Śmiertelnie. 

Gdy podrosłam, faktycznie poznałam Węża, a nie pomna snu (kto w WW zwraca uwagę na sny?) – nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Więcej. Pokochałam go. 

Niestety, zaczął mnie kąsać. A ja zakochana. Wiecie jak jest. „To tylko raz się zdarzyło”. „To na pewno przypadek”. „On nie chciał”. A to, a tamto, a sramto. I tak długo i dotkliwie mnie podgryzał, aż się rozchorowałam. Jak już wiecie: śmiertelnie.

Zanim jednak umarłam, poznałam pewną kobietę o imieniu Józefstalina. Józefstalina należy do typu, jaki świetnie określa pewien gatunek ptaka, którego widziałam kiedyś na YT. Ten ptak tak doskonale naśladuje dźwięki, że w pewnym momencie człowiek jest kompletnie zdezorientowany, czy stoi przed nim pierzaste zwierzę, czy na przykład przejeżdża wyścigówka. 

Józefstalina też tak umie, tylko lepiej. Potrafi bezbłędnie naśladować całe sekwencje zachowań. Kiedy więc ją poznałam, odetchnęłam z ulgą: wreszcie ktoś inteligentny, na moim poziomie. Błąd. Bo Józefstalina po prostu tak wiernie naśladowała mnie samą, że uległam iluzji „człowieka na własnym poziomie”. I w tej iluzji znalezienia prawdziwej przyjaźni trwałam do momentu, gdy (aby się ratować) postanowiłam opuścić Węża. Zadzwoniłam do Józefstaliny:

– Odchodzę od Węża. 

– Ach! Przekaż mu, że NIE JESTEM po twojej stronie. 

Od tamtej pory zostałam sama. A potem umarłam. A gdy leżałam w rajskiej komnacie i karmiłam się kolorami Nadwymiaru, aby dojść nieco do siebie po tej zdradzie i (bagatela) śmierci, coś mi kazało wreszcie wstać i rozejrzeć się po okolicy. Bo to jednak, umówmy się, kosmos jest. 

Wstałam. Wyszłam z mieszkania Wió (a raczej z jego wyższego wymiaru), przeszłam przez rajski ogród i poszłam w górę, do lasu. 

Las to był, kochani, ABSOLUTNY. 

Mroczny, a jednocześnie kolorowy. 

Gęsty, a jednak przejrzysty. 

Cichy, a przecież pełen szeptów. 

Najpierw zauważyłam motyla. Pazia Królowej. Nie opuszczał mnie na krok. Jakby mnie śledził. Być śledzonym przez motyla to jednak żaden powód do niepokoju. Szłam więc powtarzając wciąż słowa zasłyszane na początku mojej podróży w Nadwymiar: „nie bój się, nie bój się…”. 

Niebo prześwitywało przez korony drzew i przypominało tamto, z zaćmienia słońca. I coś w powietrzu drżało, coś zapowiadało, sama nie wiem: obietnicę, czy grozę?

Szłam. 

Ku górze. Wciąż ku górze. Noga za nogą, choć śmiertelnie wycieńczona, wlokłam swoją duszę w nieznajomym celu. 

Wreszcie doszłam na szczyt. Zamiast się rozjaśnić – las jakby zgęstniał, zabrał mi niebo. Zrobiło się mroczniej i mniej kolorowo. A ja te swoje: „nie bój się, nie bój się” – jak mantrę. Siadam przy tysięcznowiekowym buku odpocząć, wokół mnie chmara komarów. Nie gryźcie, błagam, ja już nawet krwi nie mam. Nie gryzą. Przyglądają się. Ciekawy stanowię wszak obiekt. 

Motyl gdzieś znika. 

Na ziemi leży jagoda kaliny. Podnoszę. Nie jem! Nie wolno! Ale patrzę, a ona taka bezbronna, taka delikatna, taka… sama nie wiem… drażliwa?

Cała na wierzchu z tą swoją czerwienią, tak jak ja, gdy się jeszcze leczyłam i słyszałam od lekarza: „ona ma nerwy na wierzchu”. Tak samo ta. A moje palce na niej. Brr, ostrożnie odkładam jagodę, patrzę wokół. Ale nigdzie nie widzę jej krzewu. Jakby z tego buku spadła. Tysięcznowiekowego. 

I nagle wraca motyl! Ale nie do mnie, pod buk, tylko na ścieżkę, kilka kroków dalej. Nad tą ścieżką lata przez moment i znów znika! 

Jezu, idę zobaczyć. Drogę przecina mi wiewiórka. I znów mrok, jakby ktoś słońce wyłączył, jakby właśnie było tak, jak wtedy, gdy to zaćmienie… 

I widzę ścieżkę. A na niej, jakby patykiem ktoś przed chwilą wyrył jedno słowo:

NEMEZIS. 

Głucho się zrobiło i w głuszy dźwięk tego słowa. To tak, jakbyście przy głośniku stanęli, cisza i nagle: NE-ME-ZIS. A potem to echo w ciszy się roznosi i wam czaszkę rozsadza. 

To tak. 

Stoję więc, rozsadza mi czaszkę i nagle coś białego w kąciku oka błyska. Tylko przez moment zdążyłam spojrzeć, olbrzymi pies w kolorze śnieżnobiałym biegnie, odbija się na tylnych łapach, leci wprost na mnie, ja tylko instynktowny odruch: plecami się odwrócić szybko, jak najprędzej, nie ma mowy o strachu, nie ma mowy o wahaniu, łup, leżę. 

Budzę się, czarno. Zegar tyka. Otwieram powieki. Dwunasta. 

– Północ. 

Głos jest męski. Dorosły. „Nie bój się, nie bój się”- wali mi w głowie. Przenoszę wzrok z zegara na twarz, co do głosu należy… 

 O, Jezu Chryste.

Wilk, czyli Hund

Jestem tu kolejny dzień. Jedyna osoba, którą tu spotkałam to pies. Hm, „spotkałam” to może niewłaściwe określenie. Raczej: stwierdziłam obecność. Tak, stwierdziłam obecność psa. Oczywiście, stwierdziłam obecność jeszcze KOGOŚ, ale to zupełnie inny kaliber. Ten Ktoś to jest absolut, Głos słyszany zewsząd, Prawda widziana wszędzie. No i ten Ktoś powiedział mi o psie. Kurcze. Nie. Nie powiedział. Powiedziała.

Powiedział/powiedziała. Albo: powiedziała/powiedział. Albo jeszcze inaczej. Napisała.

Napisałam.

To było tak. Dostałam pierwsze zadanie w Nadwymiarze. Mówiąc „pierwsze”, też nie jestem zbyt ścisła. Jest to pierwsze i kolejne zarazem zadanie, tak jak liść na łodydze – każdy jest pierwszym i kolejnym.

No więc dostałam zadanie. Napisać wypracowanie. Jak w szkole. Wypracowanie na temat przyjaciół. Coś w rodzaju próbnej matury z polskiego, tylko że nie po polsku. Bo z językiem też kosmos. Może to kogoś zdumiewać, ale tu, w zaświatach wcale nie mówi się po polsku. Język polski nie obowiązuje. A nawet: nie istnieje.

W Nadwymiarze mówi się językiem, który nazwę w skrócie: HOPI. To zupełnie inny rodzaj porozumiewania się, niż znacie z WW. Hopi polega na wymianie informacji pochodzącej z wnętrza. Hopi niczego nie określa i nie ocenia. Hopi jest wyrazem procesu. Wszystko się dzieje. W bezpośrednim tłumaczeniu więc zdanie: „Ja jestem” brzmi: „Ja się dzieję”.

I to dzieję się obrazami.

W języku hopi jest pewna pułapka. Nie da się kłamać. Po prostu nie ma takich narzędzi. Ale do tego jeszcze wrócimy. Tymczasem: wypracowanie. Ja nie znam jeszcze zbyt biegle języka hopi, a mam coś tu napisać o przyjaźni. Biorę więc pióro (krucze! – takie mi dano), oddaję się całkowicie intuicji i piszę, a raczej czytam, co spod pióra się wyłania:

Их хабэ кайн Фройнд. Их хаб’ дас ин Монтаг бекантмахт. Аба их хабэ айн Хунд.

Tak właśnie dowiedziałam się o psie. A może: wilku?