Powiedzcie, że mnie nie ma

Nie można nie myśleć. Umysł jest tak skonstruowany, że myśli nieustannie, tak jak nieustannie czuje. Wszelkie próby niemyślenia, mozolne starania „medytacji” spełzają na wiecznych rozczarowaniach. Nie umiem nie myśleć. Nie umiesz, bo to niemożliwe. To tak, jakby żądać od oceanu, by stał się nieruchomy. Nie falował. Nie burzył się. Nie chlupotał. Zastygł.

Zamarzł.

Znikł.

***

Powiedzcie, że mnie nie ma. Po prostu. Nie urodziłam się. Świetna sprawa. Prywatki dalej grają, nikt po nocach nie płacze, nikomu nie jest przykro. 

Na angielski nie trzeba chodzić.

Dzieci nie trzeba rodzić. 

Nie trzeba ich wychowywać, po nocach nie spać – nie trzeba, nie ma co się w ogóle martwić. Tylko w przestworzach próżni latać i niczym pustkę w niezliczoną bezczasem nieskończoność nie sobie wypełniać. 

Nieistnienie. Całkiem znośna lekkość niebytu. 

***

Planeta w ogniu

Szatan Kometa budzi się, gdy poduszka mu płonie. 
Ja się budzę, gdy płonie mi ręka. 

A kiedy ty się obudzisz, Ziemio?

Bez pożegnania

Najwyższa pora wyzwolić się z ocen, jaki kto jest, bo przecież każdy jakiś jest i szkoda energii na wieczne tego analizy. Nieważne, jaki kto jest, ważne, czy jego obecność napełnia mnie mocą, czy wręcz przeciwnie – osłabia? A najważniejsze, że ZAWSZE mogę odejść.

Śni mi się poprzednie życie, uparcie coś tłumaczę, nie bądźcie tacy, nie traktujcie mnie tak, to nie fair – bez skutku. Wreszcie przychodzi zrozumienie, nic tu po mnie, nie dokonam cudu. Szukam więc wyjścia, błądzę przez chwilę, a potem przypominam sobie, że przecież umiem latać, wzbijam się w górę, walizki posłusznie lecą za mną. Adieu! Ach, bez adieu, bez pożegnania, po prostu znikam. 

Puf!

Ten moment wyzwolenia, ulgi. Wolność. Ona wcale nie jest osadzona w świecie zewnętrznym, nie jest od niego zależna. Ona jest w głowie, tak jak w głowie jest latanie i te walizki sunące jak po niewidzialnej powietrznej taśmie. Rzeczy. Leżą na ulicach. Wystawione przez bogatych na gdańskiej Strzyży, zbyt bogatych, by pomieścić wszystko, co mają. Tylko pstryknij palcami, polecą za tobą jak w liniach lotniczych, grzecznie się w luku bagażowym umieszczą. 

Pamiętasz, jak się odkochałam? Siedziałyśmy na trawie i paliłyśmy gorejące krzaki. A wokół ocean i muzyka Bony M. Nieszczęśliwa miłość pierzchła ze zmitrężonego umysłu i stało się lato. A niby wszystko tak samo. A przecież wszystko inaczej. 

Złamane skrzydło się zrasta. 

Przestrzeń czeka po wieczność. 

Magda z Warszawy

Dwa browary. Konsultowane z lekarzem. 

Lista znajomych:

O BOŻE!!!

siedem siedem dwa tysiące dwadzieścia jeden

Liczę i doliczyć się nie mogę, tymczasem dzwoni Magda z Warszawy i teraz to już się nie doliczę. Cały świat! Cały świat! A może: kosmos? Hej, hej, z góry uprzedzam: noł-fakin-łej. Interesuje mnie tylko zabawa. Nie zamierzam bawić się sama. W ogóle nic nie zamierzam. 

Dwa browary po trzynastej, dość, że zimne, to w dodatku mokre. Spytajcie Bellę. Ma uprawnienia. I pieczątkę: 

PANI DOKTOR.

Wypisuje receptę, zalecenia ścisłe: dwa buchy nad ranem, dwa browary na czysto. Dżisas, kurwa, ja pierdolę, chwytam za pistolet, chcę strzelić, lecz ze śmiechu nie mogę. 

Demon zmienia się w węża. Wąż ma kolor czerwony. Sunie wewnątrz kości, pływa w ich purpurze. Wnika do szpiku. Wnika do szpika. Rodzą się erytrocyty. Po jakich rodzicach! 

Czy jest na sali geniusz, który mię rozumie?! 

To co leci, to jest chyba tango. La milonga. Za oknem lato. W doniczce zioła. W telefonie alert. Burza się zbliża. Wicher wichry woła. 

Riders on the storm… 

Lecę! Morze się samo nie opłynie. 

Tsunami

Miłość wisi w powietrzu. Ach, cóż za określenie! Ona nie wisi, ona fruwa, lata, wiruje, wznosi się piruetami, opada z gracją niczym baletnica – by znów się wzbić w przestworza. Wśród cząsteczek tlenu, azotu oraz pary wodnej miga jej sukienka. 

Kilka słów o sukience. Trudno doszukać się jednej w niej barwy. Złożoność promieni mami i zwodzi. A to się wydaje być koralowa, a za chwilę – szkarłat. Nie wiadomo. Kto patrzy, mruży oczy. I, rzecz jasna: nie wie. Nie wie i to jak!

Uczucie niewiedzy jest jak bańka mydlana. W głowie. Jeśli więc ktoś w tej głowie chwilę temu dźwigał potężne paragrafy, szuflady ksiąg i akt, specjalizacje, fąforyzacje, kilka ton ciekawostek z dziedziny poza profesją, system oświetleń własnej wiedzy, aby niczyjej wiedzy nie umknęła wiedza o niej – może (wybaczcie kolokwializm!) lekko zgłupieć. I chcieć prędko bańki z głowy się pozbyć. 

I teraz, zależy. Bo nic nie wiedzieć to też wyjątkowa ulga. Lekkość ponadpowietrzna. No nie wiem, oesu! Za to widzę brzeg sukienki. Na JEJ ciele.

Nie ma, że wybór. Wszystko robi się, co chce. Jakby samo. Bo to niby ciamciaramcia, serduszka i inne pierdoły, a tak naprawdę: wielka siła. Totalna. Jak tornado. Bardziej. Nie wiem. Orkan? 

Tsunami. 

List do MM

W encyklopedii Larousse znajduje się zdjęcie latarni morskiej Minot w stanie Massachusetts. Wśród wzburzonych fal, wicher milion w skali Beauforta. Pierwsza emocja: niepokój. O tego człowieka w latarni. Potem lęk o budowniczych stawiających wieżę. Aż wreszcie przerażenie. O fotografa robiącego zdjęcie. 

Żeby być wichrem, trzeba nie bać się nim być. 

Krótka rozmowa z papierową małpą

Tymczasem wracam do Johna. Siedzimy naprzeciwko siebie, on z tym swoim młynkiem, ja z lufą. Cisza. Nikt nam nie przeszkadza. Słyszymy swoje myśli, ja jego, on moje: 

– John. John.
– Tak. 

W ramieniu coś mi się z trzaskiem przestawia. Za oknem pisk żurawia. Nie lubię wysokich dźwięków. Moje brzmienie jest nisko, głęboko, pod spodem. Głos zdradza sporo. Większość. Wszystko. 

Ale nie zawsze trzeba mówić. Właściwie nigdy nie trzeba. Właściwie nawet lepiej. 

Od dwóch lat z moimi znajomymi rozmawiam bez słów. Są tacy, co mnie blokują w razie, gdyby im jednak coś tam się wyrwało. Szanuję to. Warto czasem założyć sobie kaganiec. 

Żyjemy zgodnie, bez swarów, bez fum. Każdy niewzruszony w swym kierunku podąża. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi i nikt nie przeszkadza. Nikt nikomu nie radzi, nikt też nie poucza. Chcieć więcej to bluźnierstwo. Lub raczej głupota… 

– John. John.
– Tak. 

Damsko-męska przyjaźń. Coś przecudownego. I pomyśleć, że w papierowej małpie jest więcej zrozumienia, niż w trzech tysiącach przyjaciół. W siedmiu miliardach ludzi. 

Na falach kołyszą się koła ratunkowe. Obok nich ludzie w maseczkach. Toną. Krzyż na drogę. 

KAJA KING.

Biały ślad na czarnej sukience. Narodziny Alegorii. Słońce. Z mroku powstaje światło. 

Tak się osadzam w TERAZ, że nie mogę palcem ruszyć. Najdrobniejsza akcja jest burzącym idealny ład wyjściem z TERAZ. 

Na kajak. 

Oto trzeba wstać, założyć sandałki, wsiąść do samochodu, jechać, wysiąść, napompować kajak, wziąć wiosło do ręki, wiosłować. Ani jednego przystanku! Ani jednej szczeliny! A tak by się chciało zwinąć gdzieś w kłębek i znów zdematerializować w przecudowną nicość! 

Życie wymaga aktywności. Światło nie śpi. Światło świeci. W każdym ze swych fotonów wybucha bombą jądrową. A ja z tych kąpieli, z pian, z pieleszy snu, spóźniona, nieprzygotowana, bez tarczy. I bez kanapek na przerwę. Serio to już?! 

Mijają żywoty, zmieniają się wymiary, a człowiek wciąż ten sam. 

KAJA KING. Noemi Susenbach

Tresowanie rekina

Nie chodzi tylko o to, że pojawia się rekin. Wszak towarzyszy od zawsze. Swą nieobecnością, rzecz jasna. Choć, faktycznie, większość czasu go nie ma, to jednak niezaprzeczalnie JEST. Przenika, budzi, nachodzi. Każe tęsknić. A potem…

Żeby tylko zjadł, pożarł, zabił. Pół biedy. Ale nie. 

On się lubi pastwić, szarpać i znęcać. 
A więc się znęca i bada. 
Czy ofiara krwawi?
Czy nie pomóc aby? 
Bandaż podać, opatrzyć?

I nagle trach, szast-prast, szczęki dwa 
Wypełnia rekinim DE EN A. 

Niepojęte zmysły zaczynają działać. Węch węszący z innego oceanu. I ten wyczulony na ruch, zryw, kierunek, atak. Trach, szast-prast, szczęki dwa. Ulalala…

Linia boczna. Szósty zmysł. Dobrze jest mieć coś na boku. Czuć na odległość dotyk. 

Rekin jest w ciągłym ruchu. Nie zatrzymuje się nigdy. Gdy się zatrzyma, choć to brzmi kuriozalnie: tonie. 

PS. Podobno ten gatunek jest starszy od dinozaurów. Długo sobie radzi. Aż do wynalezienia zupy. 
PS2. Czy rekin może być piękny? Nie może być. Jest.