Miami

Podróż do Miami wciąż trwa, ponieważ, jak mawiają ludzie oświeceni: droga jest celem, podróż to właśnie Miami.

Wieje tak, że wywiewa z głowy poglądy, człowiek patrzy przez okno w przestrzeń, w której bezładnie latają liście, kot by miał zabawę, ta myśl, jedna z nielicznych, zaczepiona o dendryt jakimś cudem zostaje, reszta znika. Jezu, jaka ulga, jakby ktoś posprzątał, ktoś bardzo bliski… ja?

W puste miejsca po zagładzie wprowadzają się nowe myśli. Jest ich niewiele, ale każda VIP. Lokują się wygodnie jak w pierwszej klasie, ach, przecież lecą do Miami! 

Wśród nich jest złota rybka. Rybka mieszka w żarówce, a celem jej życia jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy jest gdzieś w kosmosie jeszcze więcej światła. Bo coś jej mówi, że tak, choć w telewizji zaprzeczają, mówiąc, że to absurd. Słońce? – drwią. I dodają epitety pod adresem rybki: szur!, foliarz!

Ale gdy rybka zasypia, we śnie opuszcza żarówkę przez odpływ gwintu i tam, pokonując czarne korytarze nicości, z sercem na płetwie i ściśniętymi skrzelami, wreszcie odnajduje upragniony promień. 

Diamentowa podróż

Diamenty to też węgiel. Najpiękniejsze mieszkają we mgle. Zatopione w grafitowe sąsiedztwo tła, wyciągają z siebie pierwiastek. Ich matematyczna regularność aż kłuje w oczy. Wady? Spadają. Wylatują z nieboskłonu i lecą niezauważone gdzieś do umywalki, do oceanu. A przecież nie rozłożą się nigdy. Zmylone ich błyskiem jesiotry gotowe są połknąć każdą zdobycz. Ach, ile jesiotrów zanieczyszczonych! Organizacje alarmują. Diamenty są jednak twarde. I gwiżdżą na jesiotry. 

Piszę to wszystko, robiąc rosół. 

Enjoy the silence

Energia w ciele, energia w umyśle, jakby umysł ciałem nie był, jeszcze raz. Energia w duszy, energia w pamięci. Stop. A po co rozpamiętywać? 

Żadnych minusów, żadnych mroków, żadnych tajemnic, żadnych przemilczeń, żadnych… żadnych. 

Jest jak jest. Za chwilę będzie inaczej. 

Znaki zewnętrzne? Jedzie dziewczyna, na rejestracji 666, na zderzaku ryba. Chwilę potem czarny rower z Sopotu. Wszystko w jednym. Bóg combo. Dobro i zło. Życie i śmierć. A ty labiryntem między jednym a drugim, bez kompasu. Albo raczej: z rozregulowanym kompasem, ale tak rozregulowanym, że pokazuje zupełnie odwrotnie. Północ tam gdzie południe i tak dalej. 

Cud, że żyjesz. 

Mors ze Stogów

Podobno na Ziemi żyje już tylko jeden gatunek morsa. Zrywa się rano, dzwoni do kolegów, stadnie wbiega w lodowate fale, po czym pstryka selfie i rozsyła po świecie. 

Reszta gatunków jest na wymarciu. 

~

Czerwona rękawiczka

Niektóre myśli są nieuchwytne. Nie sposób ich opisać. Pochodzą z korytarza pamięci. Stanowią kod genetyczny. Ślad. Być może kolor, albo zapach. Wzór koronek. Tembr czyjegoś głosu. Czyjego? Nie wiadomo. Prawdopodobnie kogoś zza zasłony wieczności. Stryjecznej babki w grafitowej sukni i czerwonych rękawiczkach. 

Przechadza się po plaży na Stogach. Cóż za zbieg okoliczności! Dzień dobry, babciu, dzień dobry, piękną mamy pogodę. Tymczasem ona tą rękawiczką przecina nadmorskie powietrze, dajmy spokój kurtuazjom, a raczej: weź mi tu nie pitol, nie mam czasu. Święta są. Roboty huk. Co się robi na święta w zaświatach? Jaka potrawa jest wystarczająco boska? 

Żadna. Wiedzą to doskonale gospodynie domowe. Kuchenny maraton kończą bez endorfin, wysiłek pozbawiony satysfakcji, znów mi nie wyszło. Na szczęście po śmierci jest luz. Babka zajęta, jak zwykle, romansem, ani jej w głowie pitrasić, wpada na chwilę na Stogi, zostawia tam ślad i cześć. Kobieta jest jak sen. Wszystkiego się trzeba domyślać. 

Tymczasem niektóre myśli są nieuchwytne…

*

Nemo. Prawdziwa historia Jima Morrisona

Stary, tuż przed śmiercią Jim Morrison śpiewa głosem wuja. Mocno wcięty, bełkotliwie mądraliński. Wiesz, wszystkie kobiety są głupie, dlatego nie umiem bez nich żyć. 

Spóźnia się na próby, o ile w ogóle przychodzi, wszystkich opierdala, a potem wali whisky zero siedem i właściwie nie da się już z nim gadać, trzeba sobie pójść. Bo jest tylko gorzej. 

A było mówione: nie oceniaj. Ocena to pułapka. Mówisz i masz. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że stary Morrison przechodzi obok kariery jak kot, chyłkiem przecina los, po odwyku i terapii ląduje w całkiem przyjemnej sytuacji: żona i dwóch synów, a właściwie nie żona, tylko DZIEWCZYNA, który z was, kapcie, ma dziewczynę? 

Wystarczy nie być sławnym. 

Tymczasem historia podchwytliwa, ukrywa gdzieś inne sedno, bo właściwie wcale nie dotyczy Morrisona, ale jego dziewczyny. Jej bezsilności. 

Albo siły. 

<<

Półwysep Szamana

Co to znaczy: dużo? Albo mało? Tego mało, tamtego dużo. To jest wielkie, tamto maleńkie. Według kogo? W porównaniu z czym? 

Półwysep Szamana powstaje na skutek niszczenia nabrzeża morskiego za pomocą buta, w trakcie patrzenia na statki. 

Ufodyl

Na wschodzie są ostre zimy. Ciepłolubne zwierzęta czują się zagubione. Marzą o podróży w kosmos. Krokodyl, na przykład, jakby go nie próbować złapać – zmienia się w statek kosmiczny. I fru, a raczej: dyl. 

Są ślady obcej cywilizacji. Tymczasem nikt rozsądny przecież ich nie zostawia. Naprawdę nie warto stawiać stóp na śniegu. Chyba że dla zabawy. Żeby napisać: LOL. A potem dyl. Znaczy: fru. 

Podobno ośmiornica wszystko rozumie. Obserwuje. Zbiera dane. Potem wysyła je esemesem na inną planetę, gdzie zespół niewidzialnych gołym okiem specjalistów kombinuje, co dalej. Ostatnio nie pisze. Opadają jej macki. 

Kiedy przychodzi ten czas, że nie masz siły oddychać, musisz… oddychać!

Kończy się noc. Niebo otwiera na oścież swoje okna. Jest którędy pierzchać. 

?

Flota

Pomysł Szamana. Żadne z nas nie pamięta, jaki to pomysł, w jednym się możemy zgodzić: należy do niego. Prawdopodobnie chodzi o skojarzenie z morzem. Rosyjskim admirałem czarnomorskiej żeglugi. Nocującym w hotelu pod Gdańskiem, w maleńkiej miejscowości Lublewo, choć stać go przecież na Sopot. I jedyne, co mu tu nie pasuje: że nie wolno palić w pokoju. Ratuje się ciastkami. 

Wokół czerwone dywany. Pnące się po schodach ku komfortowej przepaści. Kto nie umie na nich latać, czeźnie wraz z przepychem, którego najwyraźniejsza z cech to nuda. 

Pieniądze są nudne. Nudne jest życie bogatych. Admirał o tym wie i wieje. W wełnianym płaszczu z benetona, którego świetność jest dawno ze skóry odarta. 

~ Noemi Susenbach

Fala

Można zagłuszyć własną naturę. Wtedy ciało mówi: ok, nie ma sprawy, nie chcesz mnie, nie chcesz siebie, to cześć. I bach, wyniki w centrum. Onkologicznym. Proszę odebrać. I rozejrzeć się za jakąś kiecką do trumny. Może chociaż to zadowoli. Ale też nie wiadomo. 

Zagłuszyć własną naturę. Czy człowiek jest jej wybrykiem? Elementem wprowadzającym chaos? Życie jest przecież proste. Dopóki się nim człowiek nie zajmie. 

Sama śmierć niestraszna. Straszne są przedśmiertne męczarnie. Stan, w którym każda następna chwila jest gorsza. 

Oddychaj. Najpierw głęboko, szybko, jak fala, rozbujaj w sobie powietrze. A potem stop i czekaj, aż ta fala rozbije się o skałę. Każde uderzenie kruszy kamień. Stopniowo, pomału. Ale też nie tak aż pomału. Zdążymy. Zdążymy przed śmiercią. Zdążymy przed życiem. 

*Noemi Susenbach