Strasznie piękna

Hołduje przerażającej maksymie: chcesz być piękna, to cierp. Bez przerwy występuje na scenie. Dźwiga urodę jak krzyż… 

Czasem czytam wiadomości i to jest, proszę państwa, kwi pro kwo. Bo w podawanych informacjach nie ma faktów, tych należy szukać gdzie indziej, mianowicie, najprędzej: w komentarzach. Oczywiście, po zastosowaniu pewnego filtru, który ma wzór strukturalny zbudowany z szarych komórek oraz jeszcze czegoś, czego budowa jest bliżej nieznana, ale myślę, że ma barwę szafirową. Miewa. 

A potem zaraz uciekam do tych wszystkich miejsc, gdzie taką barwę można ujrzeć i wtedy zawsze pojawia się morze. 

Czyż ten tekst nie miał być o pięknie? 

®Zofia Kubryńska & Noemi Susenbach

Siostry

Mają na imię Ewa. Przypadek? Nie sądzę. Rodzice, którzy tak nazywają swoje dziecko są wyjątkowi. Rodzice sióstr są wyjątkowi po stokroć. 

Można je ponumerować, ale to bez sensu. I tak się poplączą. Jest ich za dużo. Cały ocean. Świetnie pływają. Potrafią wpływać do myśli. Nie noszą broni, jedyna ich broń to słowa. Taka Ewa pojawia się znienacka, jedno spojrzenie, jedno słowo…

Bym się bała. Gdybym nie była nią. 

Ocean
Noemi Susenbach

Tajemnicze znikanie naukowców

Kiedy już wszystkie ryby się złowią (wkrótce), zapanuje era jamochłonów. Są to istoty, o których niewiele wiadomo, poza tym, że pochodzą z kosmosu. Świadomość mają ukrytą w niekończących się wiciach czułek. Dzięki temu mogą być jednocześnie na dnie jak i na powierzchni. Trwają tajne badania, czy to możliwe, że są obecne również w powietrzu. Ludzkość już wie, że niewidzialność o niczym nie świadczy. Ludzkość już wie, że nic nie wie.

Podobno bywają w Wiedniu. Na imprezce kresce. Cukier puder, szkło z białych maków i trochę dziwne, że to nie heroina, ale, ustalmy, jamochłony są dziwne. Podobnie jak naukowcy. Życie to eksperyment. Ciekawe, co się stanie? 

Ciekawe, co się dzieje. 

Maki
Kasia Koy

Huragan

Chciałabym napisać, jak bardzo bym chciała wyjść na spacer, w słońce się zanurzyć, unieść na wietrze, za ptakami polatać, ale nawet pisać ledwo co daję radę. Siedzę mianowicie w łodzi podwodnej, co chwila ktoś coś, w dodatku muzyka głośna i kawa pyrczy. Wolność polega na wskoczeniu w ten wymiar obok, gdzie ani łódź podwodna, ani pyrcząca kawa, ani tym bardziej ktoś coś. Tam, owszem, też gra muzyka, ale ma zdecydowanie więcej basów i jakoś tak łagodnie wgrywa się w tętnice, że pulsuje z całym ciałem, a pulsując – kołysze. Kołysanie może zamienić się w huragan, ale nie wyprzedzajmy faktów. Na razie siedzę w łodzi podwodnej, do reszty dołącza odkurzacz. Jeszcze raz. Na czym polega wolność?

Wolność
Noemi Susenbach

Projekt: BRAK

Warstewka tłuszczu dodaje puszystości. Bez niej się twardo ląduje, a właściwie: umiera. Twarde umieranie. Bez tłuszczu. Amen. 

Na sucho, elegancko, z szelestem trumiennej sukni. Szkoda, że nikt nie chce gadać o śmierci. To tak fascynujący temat. 

Przytyć niełatwo. Zwłaszcza, gdy pali pod skórą. Fizyka jest bezwględna, jak wszystkie nauki twarde. Twarde lądowanie. Twarda śmierć. 

MM mówi, że jest małpą. Bujając się na gałęzi zaczepia tygrysa. A to za ogon pociągnie, za ucho. Tygrys jest bezbronny. Zanim się obejrzy, małpa go przerobi na afisz.

Warto też wspomnieć o wrzosach. Rosną chętniej niż mandragora, rozkapryszona do granic primadonna, albo jej za ciemno, albo za zimno, albo nagle i niespodziewanie okazuje się być mężczyzną. Raczej: osobnikiem męskim. I trzeba wynosić na balkon. A balkonu BRAK. 

Wiele rzeczy BRAK. Brakujące są załączniki, dokumenty, szczepienia. Brak pracy domowej. 

Niesprawiedliwość jest nielogiczna, dlatego nie istnieje. Zaciąga dług iluzji, lecz w rzeczy samej jej nie ma. Czas jest jak ocean, żeby zobaczyć ląd, wystarczy nieco się wznieść. 

Wyspa
Noemi Susenbach

Bez pożegnania

Najwyższa pora wyzwolić się z ocen, jaki kto jest, bo przecież każdy jakiś jest i szkoda energii na wieczne tego analizy. Nieważne, jaki kto jest, ważne, czy jego obecność napełnia mnie mocą, czy wręcz przeciwnie – osłabia? A najważniejsze, że ZAWSZE mogę odejść.

Śni mi się poprzednie życie, uparcie coś tłumaczę, nie bądźcie tacy, nie traktujcie mnie tak, to nie fair – bez skutku. Wreszcie przychodzi zrozumienie, nic tu po mnie, nie dokonam cudu. Szukam więc wyjścia, błądzę przez chwilę, a potem przypominam sobie, że przecież umiem latać, wzbijam się w górę, walizki posłusznie lecą za mną. Adieu! Ach, bez adieu, bez pożegnania, po prostu znikam. 

Puf!

Ten moment wyzwolenia, ulgi. Wolność. Ona wcale nie jest osadzona w świecie zewnętrznym, nie jest od niego zależna. Ona jest w głowie, tak jak w głowie jest latanie i te walizki sunące jak po niewidzialnej powietrznej taśmie. Rzeczy. Leżą na ulicach. Wystawione przez bogatych na gdańskiej Strzyży, zbyt bogatych, by pomieścić wszystko, co mają. Tylko pstryknij palcami, polecą za tobą jak w liniach lotniczych, grzecznie się w luku bagażowym umieszczą. 

Pamiętasz, jak się odkochałam? Siedziałyśmy na trawie i paliłyśmy gorejące krzaki. A wokół ocean i muzyka Bony M. Nieszczęśliwa miłość pierzchła ze zmitrężonego umysłu i stało się lato. A niby wszystko tak samo. A przecież wszystko inaczej. 

Złamane skrzydło się zrasta. 

Przestrzeń czeka po wieczność. 

Magda z Warszawy

Dwa browary. Konsultowane z lekarzem. 

Lista znajomych:

O BOŻE!!!

siedem siedem dwa tysiące dwadzieścia jeden

Liczę i doliczyć się nie mogę, tymczasem dzwoni Magda z Warszawy i teraz to już się nie doliczę. Cały świat! Cały świat! A może: kosmos? Hej, hej, z góry uprzedzam: noł-fakin-łej. Interesuje mnie tylko zabawa. Nie zamierzam bawić się sama. W ogóle nic nie zamierzam. 

Dwa browary po trzynastej, dość, że zimne, to w dodatku mokre. Spytajcie Bellę. Ma uprawnienia. I pieczątkę: 

PANI DOKTOR.

Wypisuje receptę, zalecenia ścisłe: dwa buchy nad ranem, dwa browary na czysto. Dżisas, kurwa, ja pierdolę, chwytam za pistolet, chcę strzelić, lecz ze śmiechu nie mogę. 

Demon zmienia się w węża. Wąż ma kolor czerwony. Sunie wewnątrz kości, pływa w ich purpurze. Wnika do szpiku. Wnika do szpika. Rodzą się erytrocyty. Po jakich rodzicach! 

Czy jest na sali geniusz, który mię rozumie?! 

To co leci, to jest chyba tango. La milonga. Za oknem lato. W doniczce zioła. W telefonie alert. Burza się zbliża. Wicher wichry woła. 

Riders on the storm… 

Lecę! Morze się samo nie opłynie. 

List do MM

W encyklopedii Larousse znajduje się zdjęcie latarni morskiej Minot w stanie Massachusetts. Wśród wzburzonych fal, wicher milion w skali Beauforta. Pierwsza emocja: niepokój. O tego człowieka w latarni. Potem lęk o budowniczych stawiających wieżę. Aż wreszcie przerażenie. O fotografa robiącego zdjęcie. 

Żeby być wichrem, trzeba nie bać się nim być. 

Krótka rozmowa z papierową małpą

Tymczasem wracam do Johna. Siedzimy naprzeciwko siebie, on z tym swoim młynkiem, ja z lufą. Cisza. Nikt nam nie przeszkadza. Słyszymy swoje myśli, ja jego, on moje: 

– John. John.
– Tak. 

W ramieniu coś mi się z trzaskiem przestawia. Za oknem pisk żurawia. Nie lubię wysokich dźwięków. Moje brzmienie jest nisko, głęboko, pod spodem. Głos zdradza sporo. Większość. Wszystko. 

Ale nie zawsze trzeba mówić. Właściwie nigdy nie trzeba. Właściwie nawet lepiej. 

Od dwóch lat z moimi znajomymi rozmawiam bez słów. Są tacy, co mnie blokują w razie, gdyby im jednak coś tam się wyrwało. Szanuję to. Warto czasem założyć sobie kaganiec. 

Żyjemy zgodnie, bez swarów, bez fum. Każdy niewzruszony w swym kierunku podąża. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi i nikt nie przeszkadza. Nikt nikomu nie radzi, nikt też nie poucza. Chcieć więcej to bluźnierstwo. Lub raczej głupota… 

– John. John.
– Tak. 

Damsko-męska przyjaźń. Coś przecudownego. I pomyśleć, że w papierowej małpie jest więcej zrozumienia, niż w trzech tysiącach przyjaciół. W siedmiu miliardach ludzi. 

Na falach kołyszą się koła ratunkowe. Obok nich ludzie w maseczkach. Toną. Krzyż na drogę. 

Tresowanie rekina

Nie chodzi tylko o to, że pojawia się rekin. Wszak towarzyszy od zawsze. Swą nieobecnością, rzecz jasna. Choć, faktycznie, większość czasu go nie ma, to jednak niezaprzeczalnie JEST. Przenika, budzi, nachodzi. Każe tęsknić. A potem…

Żeby tylko zjadł, pożarł, zabił. Pół biedy. Ale nie. 

On się lubi pastwić, szarpać i znęcać. 
A więc się znęca i bada. 
Czy ofiara krwawi?
Czy nie pomóc aby? 
Bandaż podać, opatrzyć?

I nagle trach, szast-prast, szczęki dwa 
Wypełnia rekinim DE EN A. 

Niepojęte zmysły zaczynają działać. Węch węszący z innego oceanu. I ten wyczulony na ruch, zryw, kierunek, atak. Trach, szast-prast, szczęki dwa. Ulalala…

Linia boczna. Szósty zmysł. Dobrze jest mieć coś na boku. Czuć na odległość dotyk. 

Rekin jest w ciągłym ruchu. Nie zatrzymuje się nigdy. Gdy się zatrzyma, choć to brzmi kuriozalnie: tonie. 

PS. Podobno ten gatunek jest starszy od dinozaurów. Długo sobie radzi. Aż do wynalezienia zupy. 
PS2. Czy rekin może być piękny? Nie może być. Jest.