Krótka rozmowa z papierową małpą

Tymczasem wracam do Johna. Siedzimy naprzeciwko siebie, on z tym swoim młynkiem, ja z lufą. Cisza. Nikt nam nie przeszkadza. Słyszymy swoje myśli, ja jego, on moje: 

– John. John.
– Tak. 

W ramieniu coś mi się z trzaskiem przestawia. Za oknem pisk żurawia. Nie lubię wysokich dźwięków. Moje brzmienie jest nisko, głęboko, pod spodem. Głos zdradza sporo. Większość. Wszystko. 

Ale nie zawsze trzeba mówić. Właściwie nigdy nie trzeba. Właściwie nawet lepiej. 

Od dwóch lat z moimi znajomymi rozmawiam bez słów. Są tacy, co mnie blokują w razie, gdyby im jednak coś tam się wyrwało. Szanuję to. Warto czasem założyć sobie kaganiec. 

Żyjemy zgodnie, bez swarów, bez fum. Każdy niewzruszony w swym kierunku podąża. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi i nikt nie przeszkadza. Nikt nikomu nie radzi, nikt też nie poucza. Chcieć więcej to bluźnierstwo. Lub raczej głupota… 

– John. John.
– Tak. 

Damsko-męska przyjaźń. Coś przecudownego. I pomyśleć, że w papierowej małpie jest więcej zrozumienia, niż w trzech tysiącach przyjaciół. W siedmiu miliardach ludzi. 

Na falach kołyszą się koła ratunkowe. Obok nich ludzie w maseczkach. Toną. Krzyż na drogę. 

KAJA KING.

Biały ślad na czarnej sukience. Narodziny Alegorii. Słońce. Z mroku powstaje światło. 

Tak się osadzam w TERAZ, że nie mogę palcem ruszyć. Najdrobniejsza akcja jest burzącym idealny ład wyjściem z TERAZ. 

Na kajak. 

Oto trzeba wstać, założyć sandałki, wsiąść do samochodu, jechać, wysiąść, napompować kajak, wziąć wiosło do ręki, wiosłować. Ani jednego przystanku! Ani jednej szczeliny! A tak by się chciało zwinąć gdzieś w kłębek i znów zdematerializować w przecudowną nicość! 

Życie wymaga aktywności. Światło nie śpi. Światło świeci. W każdym ze swych fotonów wybucha bombą jądrową. A ja z tych kąpieli, z pian, z pieleszy snu, spóźniona, nieprzygotowana, bez tarczy. I bez kanapek na przerwę. Serio to już?! 

Mijają żywoty, zmieniają się wymiary, a człowiek wciąż ten sam. 

KAJA KING. Noemi Susenbach

Tresowanie rekina

Nie chodzi tylko o to, że pojawia się rekin. Wszak towarzyszy od zawsze. Swą nieobecnością, rzecz jasna. Choć, faktycznie, większość czasu go nie ma, to jednak niezaprzeczalnie JEST. Przenika, budzi, nachodzi. Każe tęsknić. A potem…

Żeby tylko zjadł, pożarł, zabił. Pół biedy. Ale nie. 

On się lubi pastwić, szarpać i znęcać. 
A więc się znęca i bada. 
Czy ofiara krwawi?
Czy nie pomóc aby? 
Bandaż podać, opatrzyć?

I nagle trach, szast-prast, szczęki dwa 
Wypełnia rekinim DE EN A. 

Niepojęte zmysły zaczynają działać. Węch węszący z innego oceanu. I ten wyczulony na ruch, zryw, kierunek, atak. Trach, szast-prast, szczęki dwa. Ulalala…

Linia boczna. Szósty zmysł. Dobrze jest mieć coś na boku. Czuć na odległość dotyk. 

Rekin jest w ciągłym ruchu. Nie zatrzymuje się nigdy. Gdy się zatrzyma, choć to brzmi kuriozalnie: tonie. 

PS. Podobno ten gatunek jest starszy od dinozaurów. Długo sobie radzi. Aż do wynalezienia zupy. 
PS2. Czy rekin może być piękny? Nie może być. Jest.