Ciało doskonale czarne

Im więcej oczekiwań, tym więcej rozczarowań. Wolność to stan pozbawiony obu. Pozostaje ciekawość, nieodłączna emocja widza. Widownia nigdy nie jest pusta. Na aksamitnych fotelach rozsiada się Noc i udaje, że jej nie ma. Tymczasem nie ma nic, czego by nie było. Poza przeszłością, syzyfowym głazem. I poza przyszłością. Syzyfowym głazem. Reszta, jak najbardziej: istnieje. Nawet wampir. Nawet duch. Nawet śmierć, koleżanka ze śmietnika. Kosiarka. Dźwięk pił tarczowych. Chrzęst raczych odnóży. 

Na zewnątrz taka ładna, a w środku zombie. Wciąga się do wewnątrz, zapada. Po cichu, dzień za dniem, uśmiech za uśmiechem, klatka po klatce, skręca się film życia, topi w masę, twardnieje w kulkę, ciało doskonale czarne. Pochłonie każde światło, wessie każdy promień. I oto zaczyna się taniec. Bal u szatana. Przeciąganie liny. Kto kogo pokona? 

Znów wygrywa ciekawość. 

Kosmiczny cymbał

Człowiekowi się wydaje, że istoty kosmiczne są dalece bardziej od niego rozwinięte, mądre, dobre i nie zaśmiecają planet. Nie wiadomo, dlaczego tak jest. Być może winny jest tu kościół katolicki, wśród wielu innych przewinień. Kultura przekonania o wrodzonej nikczemności zobowiązuje. I mimo pomnikowej nazwy, jaką sobie człowiek nadaje określając siebie jako istotę rozumną, tytułowy rozum jest tu raczej domniemany, a rzeczywiste znaczenie, zamiast homo sapiens, brzmi raczej jak: kosmiczny cymbał. 

Tymczasem nie wiadomo. Może tam dalej jest jeszcze gorzej? I zamiast szukać wśród gwiazd…

Pełnia w Baranie
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Opcja śmierć

Opcja śmierć bywa, owszem, kusząca, lecz w rzeczywistości jej atrakcyjność stoi pod znakiem zapytania. Bo cóż może być po śmierci? Jeśli nic, co głosi się gdzieniegdzie, czyż to nie wieje nudą? Nic? Można to w ogóle sobie wyobrazić? Absurd i nonsens. Nie ma o czym pisać. 

Załóżmy więc, że coś tam jest. Ale co? Fajnie, czy niefajnie? A może tak samo? Ale na trudniejszych warunkach? Bo przecież nowe. Inne. To jakby nagle wszystko rzucić i pojechać do Finlandii. Język z kosmosu. Zimno. Porąbane jakieś pory dnia i nocy, Najpierw w kółko jasno (koszmar), a potem w kółko ciemno (horror). Drogo. I w ogóle diabli wiedzą, jak. 

Nie znam nikogo, kto mieszka w Finlandii i by mi powiedział. 

W ogóle nie znam nikogo.  

Kiedy płaczę

Kiedy płaczę, płacze cały świat. Wezbrane rzeki występują z brzegów, zalewają lądy, a zza strug łez widać tylko żal. Gaśnie nadzieja, gaśnie wiara, rozstępują się płyty tektoniczne serca i w przepaściach bezdennych tonie radość. Jej pomarańczowa sukienka nie połyskuje już w słońcu. Nie ma już słońca. Nie ma też pomarańczowej sukienki, zostało po niej ledwie wspomnienie, a i to nie, bo wspomnienie też przecież nie jest wieczne. 

Zapadam się w poduszkę, w materac, w ziemię, a fale czarnego betonu zalewają to wszystko jak zbiorową mogiłę. Pochowana w zbiorowej mogile nie mam tabliczki z kirem, nie mam pogrzebu, na grób nikt nie przychodzi, nikt nawet o nim nie wie, bo nikogo to nie obchodzi. 

Są chwile, są wizje, w których wywożą mnie karetką, bo ze smutku wybucha mi głowa, a ciało waży sto ton i nie sposób drgnąć, wstać, iść, żyć, nie sposób nic, tylko ciężarówką, dźwigiem z wysięgnikiem, jak w Co gryzie Gilberta Grape’a, przez okno trzeba mnie będzie wyciągać. 

Albo budynek runie. Wtedy wyląduję w piwnicy, z pająkami o tysiącu odnóży i one mnie zjedzą.

Jezu.

Kiedy płaczę, noc z dniem się miesza, teraz nie istnieje, jest tylko przeszłość i przyszłość: to co było – ach, jakie okrutne!, i to co będzie – na pewno, kurwa, nie lepsze. Bo przecież, ile można wierzyć, ile można śnić, rzeczywistość to fakty, wartości BEZWZGLĘDNE.

I jeszcze ból, choroby i to, że się ciastka kończą. 

Kiedy płaczę, płaczą chmury. A z każdą kroplą robią się mniejsze. I jeszcze tylko trochę popada i zaraz będzie słońce. Pomarańczowa sukienka zabłyśnie, ciało z mogiły się wygrzebie. I będzie… tańczyć?

Kiedy płaczę, to znaczy, że wkrótce będę miała dobry humor. 

PLAN A

Serio nic dziś nie zrobię? Nie napiszę książki, dzieła nie stworzę? Nie wychowam dzieci? Męża nie znajdę? O Boże?! 

Nie ogłoszę niczego, nie przekonam nikogo? Do swej racji? 

Nie nawiążę relacji?

Nie udzielę wywiadu. 
Nie ugotuję obiadu. 
Nie zrobię nic, żeby mi było „lepiej”.

Jest plan, że nawet się nie zaszczepię. 

Tylko kawę zaparzę, w fotelu osiądę i będę patrzeć na drzewo, jak nanometr po nanometrze pnie się ku rozpalonemu niebu, które przecież nie chce ode mnie żadnych osiągnięć, żadnych sukcesów, nic poza tą chmurą, którą powoli wypuszczam z ust. 

Poza tą chwilą, zanim nacisnę na spust.

Morning song

Pustka. Cały świat sobie z nią radzi, poza mną. Tu wieje. Zaciąga. Nawet trochę duje i na nic zamykanie okien. Na nic zatyczki w uszach. 

Pocieszam się, że tak ma być. Nic, co odchodzi, nie jest mi przecież potrzebne. Balast rzeczy, wspomnień, znajomości, przeżyć. Wszystko jest jak woda, jak wiatr. Drąży ślady, formuje kształty, ale przepływa, przemija, znika. Nieważnieje.

Zmiana to proces twórczy, zwłaszcza, gdy jest destrukcją. Czarna farba jest tak samo ważna, jak biała: coś nie zapłonie, dopóki coś się nie zgaśnie. 

Tymczasem punkt zero, pustka, nic. Tylko ta piosenka. Utwór poranka, nuta pobudki. Zwykle poza preferencjami, nieco drażniąca i uparta melodia, kilka słów, diabli wiedzieć czemu tłukących się w kółko po wewnętrznym uchu:

Każdego dnia dziękuję bogu za to, że cię mam.

W pułapce nieskończoności

Z matematycznego punktu widzenia obrany cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Zawsze znajdzie się ułamek dzielący punkt A od punktu B. Między nimi rozciąga się nigdy niepokonana nieskończoność. Droga. I to ona właśnie zasługuje na miano celu. 

Sens życia nie wynika więc z żadnych osiągnięć, ale z faktu samego istnienia. Wędrówki po niekończącej się osi rzędnych. Lub odciętych (pająk). 

Ową matematyczną zawiłość zdają się rozumieć wszystkie gatunki poza tym, który sam siebie nazywa: rozumny.

Jeśli zaś chodzi o moją wędrówkę: niezmiennie, jak co roku, latam ze ścierą za muchami. 

Trzepot

Dzisiejszy sen każe nie robić nic. Żadnych walk, żadnego mozołu. Żadnych starań, wspinaczek, wysiłków. Tylko słońce, łóżko, leżak w ogrodzie, herbatka, kawałek ciasta, najlepiej makowiec, bo usypia. A z herbatek: melisa. I buszek na uspokojenie. 

Ludzie

Ludzie biegają we wszystkich kierunkach
bez celu
jak przestraszone żuki

PS. Lubię u ptaków ten ledwo słyszalny trzepot. Wydobywa się tylko z aksamitnej ciszy lotu. 

Kruki. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Ocena niedostateczna

Znów śni mi się szkoła, praca domowa w holu, szybko, zaraz lekcje, ledwo brnę przez pierwsze zadania, jakieś tłumaczenia z rosyjskiego na angielski, siedem milionów stron plus matma, wykresy, funkcje, nic nie rozumiem, pół książki zadane, sprawdzam, nie mam książki, jest tylko polski, opasły tom bzdur sprzed wieków, komu to potrzebne, po co to wszystko, już nie mogę, nie dam rady i znów ta myśl, déjà vu, znikąd pomocy, donikąd droga, jedyne wyjście: ucieczka.

Coś mi jednak każe zostać. Posłuchać. Popatrzeć. Najwyżej mnie ocenią

No i co?