Kąpiel Kleopatry

Pamiętaj, aby dzień święty święcić!

Owszem, mam parę zastrzeżeń do Dekalogu, sama forma podania jest już dyskusyjna. Każde logicznie myślące dziecko ma w sobie bunt, gdy musi stosować się do zaleceń wygłoszonych przez gorejący krzak. I chętnie poznęcam się nad tematem, ale innym razem. Dziś się nie kłócę. Dziś jest Niedziela. Święto relaksu. Dzień kąpieli w mleku.

Już dwa tysiące lat temu ludzkość znała cudowne działanie mleka na skórę, dlatego gotowa jest zapłacić sto czterdzieści miesięcznych pensji szwaczki z Bangladeszu za pojemnik zero trzydzieści milinanograma kremu z napisem, że ma proteiny mleka. Czy coś tam. Pamięć po mleku? Chyba.

Żadnej babie nie przyjdzie jednak do głowy, żeby pójść do spożywczaka, kupić litr tego cudownego płynu za trzy złote i wlać do wanny. Chyba że na „poradnik zdrowie” przeczyta, ale i to nie wiadomo. Nie ma czasu przecież. Musi zasuwać na trzy etaty jak koń, bo mąż i dzieci oraz WSZYSTKO. Zero trzydzieści milinanograma pamięci po mleku działa przecież „cuda”. Nie trzeba spać, wypoczywać, ani pływać w rozkoszy.

Bo kąpiel w mleku to czysta, obezwładniająca rozkosz.

Więc jak tam sobie chcecie.

Kąpiel Kleopatry. Noemi Susenbach

Pełnia czyli Pokój nocny

Pełnia, Noemi Susenbach

Nie wiem, co jest w tej pełni szczególnego, może to, że nie wiadomo: gdzie lampa, gdzie Księżyc? A może to, że nie wiadomo: dzień to czy noc?

Od rana czuję paniczną potrzebę zniknięcia, dokładnie taką samą, jaką bym czuła na miejscu Księżyca w tym stanie właśnie. Wszak stan bycia totalnego, bycia na maksa wywołuje tęsknotę za niebyciem w ogóle. Pamiętam, jak przed laty po cichu pisząc swe zapiski na blogu, w jednym momencie stałam się sławna.

Od razu zapragnęłam zamknąć blog.

I tak z Księżycem dzisiaj. Wypełniony sobą po brzegi, ostatecznie się schował za chmury. A całą energię z niewidzialnego świecenia wysłał wprost w moje serce. Przeszyta na wylot zimnym światłem, leżę od rana bez tchu wymyślając, kogo by tu sensownie ukatrupić.

W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy ZUS. Albo kościół katolicki. Jedno i drugie! To by było coś. Dużo korzyści dla ludzkości. Dużo pieniędzy, miejsca, przestrzeni – zaoszczędzonych. Nerwów i niegodziwości kres. Ale tak się to rozsiało po globie, że nie wiadomo w kogo celować.

Poza tym nie chce mi się z łóżka wstawać.

Najlepszy jest strzał, który nigdy nie pada. Bezgłośne pif-paf. Zabijam ZUS, kościół i całą resztę. Wszystkich po kolei. Z psychopatyczną satysfakcją słucham błagalnych jęków. Litości nie przejawiam. Łubu-du, lecą głowy ze stołków. Gilotyna jak krajalnica do jaj.

Ajajaj!

MM mnie namówiła na rubrykę. Będzie się nazywała Pokój nocny. Przy okazji wytworzyło się między nami pole elektryczne o wysokim napięciu z powodu notki bio, selfie i różnych innych bzdur. Ostatecznie wysłałam jej serię z karabinu o treści „pierdolę” i tak powstała jedyna w swoim rodzaju charakterystyka podmiotu lirycznego.

NOC

DZIEŃ

NOC.

Na zusowe zwłoki

naciągamy koc.

DZIEŃ

NOC

DZIEŃ.

Kościół katolicki

jest wyrżnięty w pień.

Pipi

Od miesiąca latam w tej samej kiecce, no może w dwóch na krzyż. Czemu? Nie mam czasu wymyślać, co na siebie włożyć.

Obie czarne. Obie piękne. Obie adekwatne. Po co więcej?

Wczoraj byliśmy na rowerach. Ja i Szaman. Jazda z Szamanem (czymkolwiek) to jest turbosurwiwal. Szaman nie stosuje żadnych innych prędkości poza kosmicznymi. Oraz żadnych zasad. No więc lecimy nad morze przez Gdańsk, gdzie są samochody i autobusy i jeszcze inne gorsze rzeczy.

Pociągi.

Tramwaje.

Ok, spokojnie, poczekajmy z dramaturgią, na razie tylko lecimy: czerwone nie czerwone, jadą nie jadą, oraz pod prąd. Prując przez środek skrzyżowania unoszę lewą rękę (prawą trzymam Nemezis, nie jestem debilką), pokazuję przerażonym przechodniom palec mały i wskazujący, a głosem lodowatym syczę: SATAN.

– I nagle tramwaj – zachichotał Bułhakow.

I nagle tramwaj.

Szaman po tamtej stronie. Ja po tej. Między nami metalowy czub, który absolutnie nic nie robi sobie z tego, że człowiek zbudowany jest z aminokwasów, których jedynie uporządkowana sekwencja stanowi życie.

Tymczasem Szaman osiąga prędkość światła. Wieczność przetaczania się tramwaju oddala nas więc o galaktyki. Ale to nic. To akurat nic. Przecież go dogonię. Istotne jest zupełnie co innego. Prędkość światła jest granicą czasu. Kiedy więc on jest TAM, a ja TU, czas mu się cofa. On się robi młodszy! Młodszy o wszystkie kalendarze świata.

Załatwił mnie. Nie, nie mnie. Tych wszystkich facetów z siłowni, co chcą się dosiąść do stolika i niby zapomnieli fajek. Co dylematy mają. Albo piszą wiersze.

Przeszły mi przez serce

promienie Gamma

i fizyka

została

zrozumianna.

Tu pozwolę sobie na dyskretny zwrot akcji, a Czytelnikom zostawię przestrzeń na wyobraźnię, jak to jest być z młodym Szamanem.

A więc Pipi. Bo ostatecznie tak się czyta jej imię. Przyszła wczoraj i namalowała taki obraz, że aż mnie zatkało.

Szaman powiedział, że to prąd.

Bella jeszcze nic nie powiedziała.

Ale wiem, co powie.

I’m a bad guy.

Pipi. Stogi. Chyba

Borderline

Życie we mnie wstąpiło. Wtargnęło! Z ognistym impetem złapało wicher w żagle. Łubu du! Wstaję rano, piszę wiersz, wysyłam go w świat i zanurzam się w Pomarańczowym Oceanie. Woda ma kolor różny. Czasem jest to turkus, czasem złoto, a czasem po prostu nic, jak powietrze. 

Wtedy latam. 

Szaman dostał kręćka z tymi rowerami i już nawet Baba z PP mówi o nim „serwis rowerowy”. Nomen omen – poznałam Pipi. 

To było dokładnie tak, jak w pewnej książce, którą kiedyś napisałam, co stała się bestsellerem i nigdy nie dowiedziałam się, co to znaczy. Ten bestseller. W sensie, ile to książek. A zwłaszcza – ile się za nie należy. Ale wróćmy do Pipi. Historia jak z powieści Kobieta dość doskonała.  

Spotykam ją na imprezie, a ona głosem nieznoszącym sprzeciwu, mianowicie tak przymilnym, że aż się człowiek wije, żeby się wywinąć – proponuje skakanie z Zieleniaka. Określenie to przypisane jest niezwykle stylowemu budynkowi w kolorze zielonym, o szesnastu piętrach rozpiętych nad Starym Gdańskiem. Trzy sekundy potem uciekam z imprezy. Windą. 

Wariatek w moim życiu mam DOŚĆ. 

Mija czas. Któregoś dnia wpadam na nią w Kancelarii. Cholera, myślę, trzeba wiać, a ona do mnie:

– Cześć, głupku. 


Przeszły mi przez serce

Promienie Gamma

i fizyka

została

zrozumiana.

Borderline, Noemi Susenbach

Ile razy jesteś człowiekiem?

Nie mam żadnego powodu, aby utrzymywać to w tajemnicy. Tajemnica jest w ogóle sprawą dyskusyjną. Potrzeba utrzymywania sekretów zwykle służy celom niecnym, takim jak wyprowadzenie kogoś w pole, pozbawienie prawa do wiedzy, podkopy, jątrzenia, tego typu przedsięwzięcia.

Nie żeby zaraz gadać o wszystkim. Jednak ta sraczka z „nie mów nikomu” jest swego rodzaju przemocą. Obarczeniem. Wepchnięciem w ciasną klatkę milczenia bez szans ucieczki od emocji sekretem wywołanych.

Pręgierz.

To ja chrzanię. Dzielę się. Dzielę się odkryciem, które – jak mniemam – ma niebagatelny wpływ na losy ludzkości.

I tu znów pojawia się dylemat: co mnie losy ludzkości obchodzą? Gatunek ten wszak jest jak stonka ziemniaczana, banda żarłocznych mrówek wyżerających planetę do cna i plujących jadem niestrawionych resztek po tej resztce lasu, którą zostawiła. To zagłada ładu natury. To zlepek bezsensu. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent populacji, która robi rzeczy nielogiczne.

A jednak coś nie pozwala milczeć.

Czy to ta turkusowa łuna nadziei, którą budzi radio Nowy Świat? Czy blask komety nad horyzontem, który przypomina uśmiech dziecka? No nie wiem.

Wiem tylko, że nadchodzi czas, gdy lepiej będzie znać języki obce. I tu dochodzimy do sedna. Otóż, drodzy Państwo, odkryłam doskonałą metodę nauki języków obcych w try miga.

Zaczęło się jak zwykle „przypadkiem” i rozkręca w tempie huraganu. Najpierw był rosyjski i na tym by pewnie spoczęło, gdyby nie Eve i kilka pomysłów na przetłumaczenie książek na niemiecki. Potem poleciała piosenka po włosku, a Szaman zaczął się uczyć hiszpańskiego. W przełożeniu na angielski, rzecz jasna. I tak oto przyswajam pięć języków. Naraz.

Rozpatruję szósty.

Klawiatur mam sześć. Przeskakuję wśród nich jak zając i niech nikt się nie dziwi, że nie używam emotów. Nie mam czasu.

Na głupoty.

Może to brzmi zabójczo, ale uczenie się jednego języka nie ma sensu. Zasady z kosmosu, słowa obce, drut kolczasty w gardle. Jakbyś chciał kostkę rubika złożyć z jednej ściany. Nie da się.

Ale już sześciu? Zasady podobne, słowa zbliżone, logika bez zarzutu. I nic się nie myli. Chyba że po pijaku, ale to z każdym tak będzie.

Dziś mi się śniło, że śpiewam po hiszpańsku.

Nie wierzę w sny prorocze.

Wierzę w rzeczywistość.

Noemi Susenbach

Na ławce we Fromborku

Na ławce we Fromborku

Znalazłam książkę

„Słownik symboli” Kopalińskiego

Dobre.

Świetne nawet. Trzyma w napięciu

Nie puszcza


Słowa są czyste, uporządkowane

Stare i twarde

Jak kamienie.


Lecz gdy im się przyjrzeć – pył

na nigdy nie uciszonym wietrze…

Kamienie, Noemi Susenbach

Ziarno

Eligiuszu, ach, Eligiuszu! Zabrałeś mnie na łąkę wśród maków, tę samą, której mi tak brakowało. Jesteś czarnym motylem poezji, zdumionym prozą życia. Tak łatwo poszarpać ci skrzydła!

Nic nie powiem. Nie mogę.

Miałam dziś pisać o niczym. O niczym zupełnie. I pewnie by poszło jak burza, gdyby nie on. Gdyby nie on…

STOP.

O niczym. O niedzielnym popołudniu z nutą Summer in the city w tle. O parzeniu herbaty. O parzeniu herbaty zielonej. O tym, że Szaman fusy wyrzucił, moje święte fusy (!) i o to była poranna awantura. A już prawie Wiłka zaproszona na melanż. Od trzech dni nic tylko świętujemy, spotykamy się, a to z Wiłką-Nadią, a to z Ziarnem, a to z Nataszą.

(Wczoraj na plaży spotykamy Nataszę, która mnie rozpoznaje z poprzedniego życia. Patrzy, patrzy, patrzy i nagle bum, wypala z rakiety, że ona mnie zna. Pamięta. Sprzed śmierci. I że: jak to?!)

Od trzech dni kołyszemy się wśród fal oceanu, na jednostce pływającej o nazwie Arka Noemi. W jednostce mieszczą się podobno (wg producenta) dwie osoby. Uważam to za dyskusyjne. Owszem, Leo z Bellą chwilowo nieobecni. Polują. No wyleciała na biwak. Ewelement w swoim świecie. Amma na wyspie chrześcijańskiej. Czerwony Wędrowiec na wędrówce. Starzy przyjaciele za burtą….

Ale reszta tak. Reszta jak najbardziej tak. Nawet Ziarno się mieści. W weekend, mówi, pierdolę. Nie pracuje. I bach do łodzi. Ze mną. I na przestwór głęboki! I na fale mordercze!

Był raz marynarz, który

Żywił się wyłącznie pieprzem

Sypał pieprz do konfitury

I do zupy mlecznej!

– darłam się na cały akwen. Bo wiało. Burza szła w najlepsze, a Ziarno na środek morza ciągnie. Mówię, debilu, zginiemy, a oprócz nas zginie ten diabeł, twoja córka!

– Jeśli zginie, znaczy słaba! – krzyczy Ziarno, czym mnie od razu koi. A dla komfortu dodaje, że wiatr od lądu, wrócić będzie ciężko, oj, ciężko. I dalej w szanty.

Hej, tam kolejkę nalej!

Hej, tam kielichy wznieście!

Tak było. A dziś poezja ze wschodu, bo raz że Wiłka zaczęła tworzyć, dwa: Eligiusz.

Istnieje.


Latem w mieście drga powietrze

A nuty snują się po wietrze

Ziarno, Noemi Susenbach

420

Zamiast Maweraszii: sen.

Zgadzam się. Nie mieć kaca, a jedynie pamięć po sennym przekazie – choćby i najstraszniejszym – warto.

Rzecz się dzieje u Ziarna. W tym kiosku, kwiaciarni, kantorze, kancelarii. Jak kto chce. No więc jestem u Ziarna i patrzę wokół, na półkach butelki z winem. Pięknie opakowane, zachęcające, kolorowe. Wymyślne, że aż strach. Z alkoholem tak jest. Trzeba go zapakować w senne cuda, żeby oszukać. Żeby przekonać. Żeby ktoś uwierzył.

Wierzą. Wierzą święcie, a te etykietki wiarę uświęcają. Że to wcale nie śmierdzi rozpuszczalnikiem nitro, że to wcale nie trąca osadem z beczki, że to wcale nie wyszło z zepsutej mazi, że to wcale nie jest złe. Przeciwnie. Finezja figur i barw mami. Oto raj się otwiera. Po trzecim kieliszku i owszem. Na chwilę. Ale potem jest już jedynie piekło.

Wróćmy do kancelarii. Patrzę po półkach, jest tego dużo, aż oczy bolą. Ale nie wolno mi tego brać. Nie wolno.

W snach jest zasada. W snach się wie. Jak nie wolno, to nie wolno i koniec. Nie biorę więc żadnej butelki, ale szukam czegoś między nimi, bo tam między niby ukryte jest COŚ.

Herbata. Przyszłam tu się herbaty napić. Ziarno! Ty cholero, jak to czytasz, to się za dupę trzymaj, bo teraz coś ci powiem. Gdy przychodzę do ciebie, do tego twojego kantoru, kwiaciarni, kiosku – zawsze mi proponujesz herbatę! Zawsze! Herbata jest z rodzaju granulat, podana w kubku „Anna Pomaska”. Czy ktoś tam. Nie pamiętam. Z jakiejś partii. Prawdopodobnie z Partii Przyjaciół Herbaty. Granulowanej. Assam.

Granulowana herbata Assam to klasyka gatunku. Marka sama w sobie. Efekt nonszalanckiego zamiatania zardzewiałej łodzi wyciągniętej z dna Mekongu, prawdopodobnie przez samego Ziarno. Coś wspaniałego. Rzecz jest pakowana pospiesznie prawdopodobnie przez wszystkie chińskie dzieci świata do pogniecionej torebki impregnowanej lakierem UV.

Tymczasem we śnie herbaty są inne. Czerwone, egzotyczne, czarne. Przewracam pudełka, szukam. Czegoś szukam. Nie, nie czerwonej, nie owocowej, nie czarnej. Ja szukam herbaty zielonej. Takiej, co się ją nie tylko pije.

Nią się maluje!

A co namalowane – świeci. Srebrną poświatą układa gwiazdozbiory…


Znajduję. Zaparzam. Piję.

Srebrną poświatą układam gwiazdozbiory…

I wcale nie muszę się budzić.

420, Noemi Susenbach

Narodziny Feniksa

Robię to na wyłączną prośbę Szamana. I na wszelką jego odpowiedzialność. Przypomina mi się, jak Stefania gotowała pyzy. Po dwudziestu minutach jej ówczesny facet jął przebąkiwać, że może już starczy. Długo trwała batalia o rację. Wreszcie Stefania uległa. „Ale na twoją odpowiedzialność!” – odgrażała się podchodząc do garnka. W garnku pływała breja. Odpowiedzialność? Wiadomo.

No więc Feniks.

Feniks to poszukiwany od wieków ptak o pomarańczowych piórach, szmaragdowym spojrzeniu oraz ognistej naturze. Mój ulubiony bohater literacki, zaraz po Pippi Langstrumpf. Ma w sobie to coś, co zawsze się plasuje pomiędzy. Między powietrzem a ogniem. Obecnością a brakiem. Określonością a nieistnieniem. Fantazją a realizmem. Magicznym.

Między dwiema puentami w punkt! Między odcieniami Betelgezy! Między kroplami deszczu!

Między pokojem dziennym a nocnym.

Każdy artysta o tym marzy. Niewielu się udaje. Większość ląduje w szufladzie z napisem i tyle ich widzieli. Nie każdy ma odwagę latać bez obstawy. Feniks lata. Ba. Feniks nie tylko lata. Feniks płonie!

Ale zanim napiszę o tych płomieniach, muszę ustalić jedną rzecz. Istotnym jest wszak, gdzie tego Feniksa szukać. Bo takich, co go szukali – jest na pęczki, takich co znaleźli – ze świecą szukać. I jedna i druga metoda do bani.

Feniksa się nie szuka.

Feniks sam się budzi.

Aby obudzić Feniksa trzeba być bardzo cicho. Najlepiej zmienić się w kamień, właściwie – w wiszącą skałę. Ja w tym celu włażę na okrągły taborecik, coś w rodzaju hokera. Kładę się na nim na plecach i w powietrzu prostuję ciało. Te „na plecach” jest nieco na wyrost, bo powierzchnia stołka pozwala oprzeć jakąś niewielką partię kręgosłupa, ot punkt zaczepienia, środek ciężkości. I tak zaczepiona o krawędź, bujam się nad przepaścią jak balonik z helem.

Nie wiem, ile w swoje latanie wkłada balonik, ja wkładam wysiłek tytaniczny. W tętnicach wybucha mi pożar. Fuch! – podpalona krew roznosi po ciele ogień. Mięśnie rozrywa eksplozja. Kości strzelają trzaskiem. Płonę. Płonę. Płonę!

Nie. To właśnie płonie Feniks. Spala się w niemożliwym do pojęcia znoju i w niemożliwej ekstazie. Ekstazie, która zaraz, za chwilę, już za moment, jak tylko zgaśnie ostatnia iskra – zaleje mi całe ciało. Bo gdy po kilku minutach zsuwam się podłogę, pożar gaśnie, a z zaczarowanych zakamarków mózgu wytryska fala rozkoszy. I ulga. I radość. I szum w uszach. I turkusowe rozbłyski nieba. I zapach piwonii.

I tętent rozszalałego serca.

I jakaś mewa za oknem.

I pióro niesione przez wiatr.

A ponad wszystko to zwykłe – niezwykłe, uchwytne – nieuchwytne, realne – nierealne, znów darowane ŻYCIE.

Narodziny Feniksa, Noemi Susenbach

Czelencz Raszia

Kiedy człowiek przychodzi na świat (WW), dostaje pakiet emocji. Cała sztuka polega na tym, żeby nauczyć się korzystać z pakietu, ale nie dać się zapakietować.

Gdy przyszła moja kolej, zamiast wziąć zwykły pakiet, który brali wszyscy, już wtedy zdradzając swój charakter – sięgnęłam po pakiet ekstra.

Bardzo bym nie chciała spotkać osoby, która – jak ja – sięgnęła po pakiet ekstra.

Wyplątanie się z mojego zapakietowania zajęło mi sporo czasu. A i wyplątana nie jestem do końca bezpieczna. Pamiętajmy, mówimy o wersji turbo. Dla lepszego wyjaśnienia posłużę się kotem.

Wszyscy ludzie wokół lubią kotki, nie ma sprawy. Wziąć kota do domu? Zwykła rzecz. Nikt się nie dziwi. Dziwić się zaczynają po trzecim kocie, ale i to przechodzi do normy pod kategorią: „dziwna ciotka”. Koty łażą jej po głowie i stołach, nie czyniąc specjalnego zagrożenia. Najwyżej, gdy umrze, ją zjedzą. Przynajmniej jakiś pożytek. Inaczej sprawy się mają, gdy zamiast kotka, przyprowadza się do domu panterę.

To właśnie mój przykład.

Moja pantera nazywa się Czelencz Raszia. I dopiero niedawno ją oswoiłam. Ale zanim to się stało, omal nie doszło do tragedii. Według niektórych doszło. Co zresztą jest jednym z zagadnień w temacie oswajania Czelencz. Test leci tak:

Co zrobić, gdy twoi znajomi wraz z rodziną twierdzą, że zwariowałaś?

  1. Bardzo się tym przejmować i podejmować nieustające próby przekonywania, że to nieprawda.
  2. Mieć to w dupie.

Pantera jest bezlitosna. Za każdym razem, gdy stosujesz punkt pierwszy, dostajesz pazurami przez łeb. Aż do skutku. Aż do wybicia z głowy choćby mgły po pamięci jednego słowa z punktu pierwszego.

Wtedy z drapieżnej francy zamienia się w plusz i ciepłem swego ciała tuli cię do snu.

Czelencz Raszia, Noemi Susenbach