W co się ubrać

Sukienka na bankiet wciąż pod znakiem zapytania. Próby zakupu kończą się swetrem niedźwiedzim. Sukienka, owszem, zwiewna, tymczasem jednak zima. 

Świat wydaje się być podziemny. Aż trzy podziemne miasta obok siebie. Ludzie w maskach, cichociemni. Niby trzeba, ale nie trzeba, ktoś gdzieś coś każe, nie egzekwuje. Diabli wiedzą, co myśleć. Ten stan. Zgodnie z ruchem Księżyca i planet. Wszystkie dotychczasowe przekonania bledną, topnieją gdzieś w zapomnieniu, w ich miejsce wskakują nowe i są, oczywiście, kompletnie inne. 

To w końcu: tak, czy tak?! 

Jeszcze ten mrok nieustanny, jak woalka Czasu, który się lubi pod koniec roku przebierać w damskie fatałaszki. O Sylwestrze nawet nie wspomnę. I o tych wszystkich karnawałach, szpilkach w śniegu. 

Ostatnio króluje styl oszczędny. Kupować nowe: wstyd. Używane tylko. Albo self made. Sama? Na bankiet? Nie. 

Ze świtą. 

§Noemi Susenbach

Biały rower

Znów śni mi się dom! Tym razem jest to dom przyjaciółki. Przyjaciółki… Oddzielny traktat, a może nawet powieść. Napisałabym, gdybym chciała.

Ale mi się nie chce i w tym domu przyjaciółki też średnio, więc się zbieram cichaczem po angielsku, w głowie plan, tędy, na przystanek, ach, przecież ja mam ze sobą mój ukochany biały rower, jakie to szczęście! Tylko gdzie ten rower stoi? Przed domem, w ogrodzie. Jej (przyjaciółce) nie powiem ani słowa. Albo powiem, jeśli się napatoczy. Że od dwudziestu minut tu kwitnę, a ona lata, nie wiem, odkurza czy projekt robi, a może zabawia koleżanki? Wychodzę. Ale po drodze trafiam na jej męża i tu się zaczynają schody. Mąż przyjaciółki, Jezu. Oddzielny temat, a nawet traktat. Idzie w swojej bańce, nawet nie przypuszcza, że ja właśnie wychodzę. Coś tam pod nosem mamrocze, w ogóle go nie rozumiem, o interesach chyba, że ten dom za inny, tamten poprzedni, natomiast ten jest mniejszy…

Słucham i myślę, gdzie ten rower. Bo przed domem nie ma. Ona gdzieś schowała. Z tego sprzątania. Znam takie numery. Moja matka ze sprzątania wsadza pantofle gości do pralki. Nie, żeby prać. Żeby schować. Jestem wściekła, krzyczę z dworu przez okno, gdzie rower, debilko?! Ona, że na strychu. No zajebiście, świetnie, dobra, idę na ten strych, ale po drodze spotykam jej dziecko. Chce pokazać mi swój pokój. Który stanowi jakąś jedną trzecią poprzedniego w tym poprzednim domu… 

Boże! Przecież ja potrzebuję odpoczynku! Normalnego snu! Czy oni się tam w tym umyśle jeszcze nie połapali?!

Umysł w szafie z UFO przecież. 

Ostatecznie z nią – z PRZYJACIÓŁKĄ po ogrodzie spaceruję, gadamy o sprawach, w sumie dobrze się gada, jak zawsze wesoło…

Szkoda by było wtedy wyjść. 

™Noemi Susenbach

Wiedźma kontrolerka

Z pochodzenia: żmija. Wygląda jak drut kolczasty. Kąsa z furią. Emocje. Wiadomo. Kobieta… 

Bliska znajoma papy Grabka, mieszka w jego piwnicach. Teraz, gdy już go nie ma, króluje na włościach i, jak to się w życiu okazuje, on przy niej to małe miki. 

Nikt nie zadaje bólu jak ona. 

Na zewnątrz pełna luzu, koleżanka z każdym. Udaje, że jej nie ma. A w środku odlicza sekundy. Przenika na wskroś. Laserem przez umysł. Bez przerwy. Nie, nie sprawdza. Nie musi. Wie. 

Czy bagaże, które dźwigam, są aby na pewno moje? Bo jeśli nie są moje, to chyba nie zdążę na ten pociąg. Porzucenie bagażu, zwłaszcza czyjegoś, wymaga… no, właśnie czego? Odwagi. Żeby nikt (mowa o wiedźmie kontrolerce) nie wymierzył za taką samowolę kary. 

Niech szlag trafi wiedźmę kontrolerkę, chciałoby się rzec. Tylko po co? Moment, w którym brakuje energii nawet na takie akty, należy do TYCH momentów. 

Szanowni państwo, jadę pociągiem. Wczoraj złapany, ekspres. Pierwsza klasa. Są wygody. Muzyka, internet. Nawet telewizor filipsa. 

Nie mam biletu. 

Pociąg pod specjalnym nadzorem
Noemi Susenbach

Bajka* o kacie i jego ofierze

Wbrew wszelkim pozorom i utartym opiniom, w układzie kat – ofiara, najniebezpieczniejsze są ofiary. Straszliwy gatunek to ofiara losu. Trujący bluszcz. Morderca. Albo morderczyni. Both. 

Ktoś taki wręcz woła o rozdziobanie. Ciągle się potyka, w oczach przerażenie. Aż korci, żeby się rzucić do gardła. Taki łatwy łup! 

Tymczasem, niespodzianka. Ofiara losu jest ofiarą tylko z nazwy, pod jagnięcą skórą kryje się pantera, kot nie wydzielający zapachu, nie rzucający cienia. Pantera ma wszędzie cętki i język piekielnie giętki. Porusza się bezszelestnie i zawsze zaskakuje. Zaskoczyła mnie!, skarży się potem duch kata, ale nikt go nie słucha, bo wiadomo, że kat (a już zwłaszcza jego duch!) to jest kłamczucha. 

Ha, ha, ha. 


* to nie bajka. 

Krzyk
Noemi Susenbach

mała czarna S/M

Nie chodzi tu tylko o rozmiar. Ale o tym: sza! Aisza-aisza-aisza-sza…

Jestem zniecierpliwieniem. Prądem. Pragnieniem. Płonącym okamgnieniem. 

Wyładowaniem atmosferycznym w atmosferze skandalu. 

Liną okrętową rozwiązaną lalą. 

Łańcuchami. Rozwiąźle… źle… niedobrze… dobrze… hm… najlepiej… kiedy jest źle… 

Oh, yeah. 

S/M
Noemi Susenbach

Diabełek

Mam dziesięć lat, jestem na koloniach. Czas wolny, dzieciaki trwonią pieniądze na bzdury, lizaki, gofry, wiatraczki. Stoję przy drewnianym kiosku z pamiątkami, patrzę na asortyment. Hit sezonu: diabełek. Wysuwa czerwony język, gdy mu się policzki naciśnie. Kupiłabym, ale nie mam pieniędzy. Pozostaje patrzeć. Patrzę więc. Właściwie, po co mi ten diabeł? Żeby się zaraz po zakupie martwić, czy aby na pewno fajny? A jak zgubię? A jak ktoś ukradnie? Będzie się walał po torbach, plecakach, tornistrach, ostatecznie trafi do szuflady, tam w odwiecznym bałaganie utonie.

Małpy też to mają. Gdy jedna dorwie szmatę, oponę, patyk, zaraz się zbiegają inne, kłócą, kradną, walczą. Ewolucyjny atawizm. Chęć posiadania. Bez odpowiedzi na pytanie: po co?

Tymczasem rzeczy są jak pchły, nie można się ich pozbyć, gryzą, swędzą, męczą, niepokoją. Zajmują przestrzeń. Zajmują umysł. Są. Gdyby ich nie było, kto wie, może człowiek zmieniłby się w wiatr? 

A jednak. Diabełek, choć nigdy nie kupiony, przeprowadza mnie przez rzekę wspomnień. Ciągnie się wspólna z diabłem droga i dokucza, owszem, ale czy w ogóle by istniała bez niego? Zamykam oczy i oto czuję zapach świerków nieopodal kiosku. Jest szlak pod górę. Jaka to góra? Nie pamiętam. Coś w Karpatach. W Bieszczadach? W Tatrach? 

Błękit nieba, zieleń lasu, słońce. Powietrze mokre od rzeki. Pulsujące pod spaloną skórą serce. I ten diabeł. 

Kot
Noemi Susenbach

Impreza w tramwaju

Z głośnika radia kierowcy leci I’m in love with the coco. Leo niby pilnuje porządku, ale po pierwsze pozwala pisać po ścianach, po drugie nawet nie ma maski. W tyle spatynowany alkoholem Pasażer wyrywa gąbkę z siedzeń. Są dziewczyny. Jak to zwykle bywa, usiłują wprowadzić organizacyjny dryl. I jak to zwykle bywa: daremnie. Teatralnie zrozpaczone, jednak w głębi duszy rozbawione do łez, kręcą głowami z udawaną dezaprobatą i, cóż począć, rozdają ciasteczka. 

Mnie nie ma. Jadę siódemką do ZOO. Uwolnić lwy. 

PKP
Noemi Susenbach

Ciało doskonale czarne

Im więcej oczekiwań, tym więcej rozczarowań. Wolność to stan pozbawiony obu. Pozostaje ciekawość, nieodłączna emocja widza. Widownia nigdy nie jest pusta. Na aksamitnych fotelach rozsiada się Noc i udaje, że jej nie ma. Tymczasem nie ma nic, czego by nie było. Poza przeszłością, syzyfowym głazem. I poza przyszłością. Syzyfowym głazem. Reszta, jak najbardziej: istnieje. Nawet wampir. Nawet duch. Nawet śmierć, koleżanka ze śmietnika. Kosiarka. Dźwięk pił tarczowych. Chrzęst raczych odnóży. 

Na zewnątrz taka ładna, a w środku zombie. Wciąga się do wewnątrz, zapada. Po cichu, dzień za dniem, uśmiech za uśmiechem, klatka po klatce, skręca się film życia, topi w masę, twardnieje w kulkę, ciało doskonale czarne. Pochłonie każde światło, wessie każdy promień. I oto zaczyna się taniec. Bal u szatana. Przeciąganie liny. Kto kogo pokona? 

Znów wygrywa ciekawość. 

Kosmiczny cymbał

Człowiekowi się wydaje, że istoty kosmiczne są dalece bardziej od niego rozwinięte, mądre, dobre i nie zaśmiecają planet. Nie wiadomo, dlaczego tak jest. Być może winny jest tu kościół katolicki, wśród wielu innych przewinień. Kultura przekonania o wrodzonej nikczemności zobowiązuje. I mimo pomnikowej nazwy, jaką sobie człowiek nadaje określając siebie jako istotę rozumną, tytułowy rozum jest tu raczej domniemany, a rzeczywiste znaczenie, zamiast homo sapiens, brzmi raczej jak: kosmiczny cymbał. 

Tymczasem nie wiadomo. Może tam dalej jest jeszcze gorzej? I zamiast szukać wśród gwiazd…

Pełnia w Baranie
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)