Lucek na moście

Idę, patrzę: kość. Kość Lucka. Lucek składa się już z siedmiu kości, dokładnie jak szyja żyrafy. Krąg jest jeden. Reszta to golenie i piszcze. Jest też coś, co udaje czaszkę, to mostek, a więc łączy półkule serca, o którym chodzą legendy, że go nie ma. Oczywisty błąd. Każdy posiada serce, nawet sam Lucyfer, w przeciwnym razie w ogóle by nie istniał i takie też krążą pogłoski. Reasumując: nie ma szatana bez serca. Ale jest z kościami. 

Nie opłaca się podpisywać cyrografów! Druga strona natychmiast przestaje się starać. 

Rodzą się pytania, zostają same, błąkają się jak sieroty. A takie opiekuńcze państwo. Wszystko na głowie Lucka. Na mostku. Lucek na moście, taki tytuł filmu, trzyma w napięciu, a nie wiadomo o czym. Pewnie o miłości. I śmierci. 

Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, problem w tym, że nie znam ludzkiego języka. Mówię, jakbym mówiła do kogoś, a tak naprawdę gadam do Jolki. Jolka ostatnio wiosennie, włosy zaplecione, sukienka zwiewna, zamiast strachów żarty, a trzeba przyznać, poczucie humoru diabelskie. Lepsze. Sorry, Lucek. Ile jest ludzi na świecie, którzy kłamią? Wszyscy. Ok, a którzy mówią prawdę? Pytanie jak na maturze. WSZYSCY.

Za dwa tysiące lat, mówi Jolka, będzie wiało nudą odkopalisk robotów, oklepane wierzchy zwrotów, grzeczno-niegrzeczne niedorzeczności, smoltokowe papki płatki, wygładzone babki i cmentarne grabki. Po czym zaczyna śpiewać:

Twarzą szły zakonnice…

Wystarczy jeden człowiek mówiący tylko prawdę i żeś, Lucek, przepierdolił. 

A może być duch?

Like a prayer

Czym jest choroba, jeśli nie inną wersją? Ciemna strona księżyca jest również jego częścią. Papa Grabek to ja sama, poskręcana, poplątana, bolesna, ale ja. To czego, przepraszam, kogo tu się bać?

Tańczę przy Like a prayer jak nastolatka i gdyby nie ten błękit we włosach, mogłabym samą siebie pomylić z Sylwią Strączewską. 

No i śpiewam. 

Follow me

Rozwój nie polega na gromadzeniu czegokolwiek, wręcz odwrotnie. To proces pozbywania się. Rzeczy, przyzwyczajeń. Wspomnień. Emocji. Wszystkiego, co nagromadzone, wrośnięte, zastygłe, zgniecione w zakamarkach psychiki i ciała. 

Panta rhei. Wszystko płynie. Zatrzymane: umiera. Jeszcze trochę pulsuje, jeszcze chwilę tętni, ale już nie ma prądu, nie ma tlenu. Dusza nie może się dusić, ucieka więc z zapchanego układu, pędzi w górę przez okno, w kosmos. Stamtąd widać więcej. Aha. Więc to tak… 

Jak?

Droga do prawdy prowadzi po okręgu. Od początku istnienia wiadomo. Że nic nie wiadomo. 

One

Jedyne, co czuję do ciebie to czułość. Przytulam przez sen twoje nieistnienie i, cóż za niedorzeczność, w odpowiedzi delikatnie głaszczesz moją twarz. Mówisz, zobacz. Niby nas nie ma, a jesteśmy. Oboje czujemy tę czułość.

Jedyną.

#Marry Christmas

Chaman Imana

Porządek w szafie. Różne są pomysły, co robić z ciuchami, sprzedać, oddać, w worku pod biurkiem trzymać? Spódnica z atłasu rozgląda się za księżniczką, w tę rolę najchętniej wchodzi pantera, co z czarnej się zmienia w różową (kultowa rola) i od tej pory: wszelkie skojarzenia na swoją odpowiedzialność poproszę. 

Historia księżniczki jest zawiła i pełna zasadzek, chętnie bym opowiedziała, ale jej, niestety, nie znam, gdyż księżniczka nic nie mówi. Wykupiona z haremu na lumpach we Wrzeszczu, milczy jak zaklęta, a teraz, zza tych atlasów już nawet nie mruczy. Wbita w dumę jak pluszowy posąg króluje niepodzielnie, wzrokiem tylko za mną wodząc, by mi do głowy nie przyszło tej spódnicy sprzedawać.

∆ Noemi Susenbach

Szafirowy diabeł

Nasypało mi się tego brokatu do oczu. Z czarami trzeba ostrożnie. Tymczasem wyskakuje diabełek, dobrze go znamy z Karpacza, czy z innych Bieszczad. 

I domaga się szczęścia! Nic go, mówi, nie obchodzą ludzie, rzuca robotę, po dziurki w nosie ma tych dusz. Piekło to korporacja. A jego już żadne rankingi, żadne wyścigi szczurów nie bawią. Wyjebane, mówi. To cytat, ja bym tak nie przeklęła. Ale, pamiętajmy, diabeł jest diabeł, ma swoje za rogami. No więc ten ordynarny bumelant wyskakuje mi dziś rano zza szafki, akurat wtedy, gdy szukam szafirów. 

Leo wyklucza schizofrenię. Powołuje się na logikę. Nie będę dyskutować z lekarzem. Diabeł więc jak żywy, żywszy od wszystkich diabłów. 

Mam z kim iść na bal. 

% Emka Blant

W co się ubrać

Sukienka na bankiet wciąż pod znakiem zapytania. Próby zakupu kończą się swetrem niedźwiedzim. Sukienka, owszem, zwiewna, tymczasem jednak zima. 

Świat wydaje się być podziemny. Aż trzy podziemne miasta obok siebie. Ludzie w maskach, cichociemni. Niby trzeba, ale nie trzeba, ktoś gdzieś coś każe, nie egzekwuje. Diabli wiedzą, co myśleć. Ten stan. Zgodnie z ruchem Księżyca i planet. Wszystkie dotychczasowe przekonania bledną, topnieją gdzieś w zapomnieniu, w ich miejsce wskakują nowe i są, oczywiście, kompletnie inne. 

To w końcu: tak, czy tak?! 

Jeszcze ten mrok nieustanny, jak woalka Czasu, który się lubi pod koniec roku przebierać w damskie fatałaszki. O Sylwestrze nawet nie wspomnę. I o tych wszystkich karnawałach, szpilkach w śniegu. 

Ostatnio króluje styl oszczędny. Kupować nowe: wstyd. Używane tylko. Albo self made. Sama? Na bankiet? Nie. 

Ze świtą. 

§Noemi Susenbach

Biały rower

Znów śni mi się dom! Tym razem jest to dom przyjaciółki. Przyjaciółki… Oddzielny traktat, a może nawet powieść. Napisałabym, gdybym chciała.

Ale mi się nie chce i w tym domu przyjaciółki też średnio, więc się zbieram cichaczem po angielsku, w głowie plan, tędy, na przystanek, ach, przecież ja mam ze sobą mój ukochany biały rower, jakie to szczęście! Tylko gdzie ten rower stoi? Przed domem, w ogrodzie. Jej (przyjaciółce) nie powiem ani słowa. Albo powiem, jeśli się napatoczy. Że od dwudziestu minut tu kwitnę, a ona lata, nie wiem, odkurza czy projekt robi, a może zabawia koleżanki? Wychodzę. Ale po drodze trafiam na jej męża i tu się zaczynają schody. Mąż przyjaciółki, Jezu. Oddzielny temat, a nawet traktat. Idzie w swojej bańce, nawet nie przypuszcza, że ja właśnie wychodzę. Coś tam pod nosem mamrocze, w ogóle go nie rozumiem, o interesach chyba, że ten dom za inny, tamten poprzedni, natomiast ten jest mniejszy…

Słucham i myślę, gdzie ten rower. Bo przed domem nie ma. Ona gdzieś schowała. Z tego sprzątania. Znam takie numery. Moja matka ze sprzątania wsadza pantofle gości do pralki. Nie, żeby prać. Żeby schować. Jestem wściekła, krzyczę z dworu przez okno, gdzie rower, debilko?! Ona, że na strychu. No zajebiście, świetnie, dobra, idę na ten strych, ale po drodze spotykam jej dziecko. Chce pokazać mi swój pokój. Który stanowi jakąś jedną trzecią poprzedniego w tym poprzednim domu… 

Boże! Przecież ja potrzebuję odpoczynku! Normalnego snu! Czy oni się tam w tym umyśle jeszcze nie połapali?!

Umysł w szafie z UFO przecież. 

Ostatecznie z nią – z PRZYJACIÓŁKĄ po ogrodzie spaceruję, gadamy o sprawach, w sumie dobrze się gada, jak zawsze wesoło…

Szkoda by było wtedy wyjść. 

™Noemi Susenbach