Szelest

Sny mówią, co robić. Dzisiejszy sen każe nie robić nic. Odpoczywaj, szepcze wśród nocy, odpoczywaj, powtarza nad ranem. Żadnych walk, żadnego mozołu. Żadnych starań, wspinaczek, wysiłków. Tylko słońce, łóżko, leżak w ogrodzie, herbatka, kawałek ciasta, najlepiej makowiec, bo usypia. A z herbatek: melisa. I buszek na uspokojenie. 

Ludzie

Ludzie biegają we wszystkich kierunkach
Bez celu
Jak przestraszone żuki

PS. Lubię u ptaków ten ledwo słyszalny szelest piór. Wydobywa się tylko z aksamitnej ciszy lotu. 

Szelest. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Ocena niedostateczna

Znów śni mi się szkoła, praca domowa w holu, szybko, zaraz lekcje, ledwo brnę przez pierwsze zadania, jakieś tłumaczenia z rosyjskiego na angielski, siedem milionów stron plus matma, wykresy, funkcje, nic nie rozumiem, pół książki zadane, sprawdzam, nie mam książki, jest tylko polski, opasły tom bzdur sprzed wieków, komu to potrzebne, po co to wszystko, już nie mogę, nie dam rady i znów ta myśl, déjà vu, znikąd pomocy, donikąd droga, jedyne wyjście: ucieczka.

Coś mi jednak każe zostać. Posłuchać. Popatrzeć. Najwyżej mnie ocenią

No i co?

Koty pod łóżkiem

Sława to takie zjawisko, które polega na tym, że non stop napierdala telefon. Nie, nie dzwoni, dzisiaj telefony mają dużo więcej funkcji niż samo dzwonienie, samo dzwonienie jest właściwie tylko retro dodatkiem do wielopoziomowości komunikacji werbalno-wizualnej z nowoczesnym wszechświatem. A więc sławnemu człowiekowi telefon, powtarzam: napierdala ze wszystkich stron i na wszystkich kanałach i nie ma od tego ucieczki. 

Niesławnych ludzi telefony milczą. Śpią bezgłośnie jak koty pod łóżkiem. Czasem miaukną zbłąkanym esemesem, wymruczą jakiś horoskop. A potem znów zwijają się w sen, obdarowując świat cudem błogości ciszy. 

To kto się lepiej bawi?

Komnata tajemnic

Na pewno nie dziś! Dziś Bóg odpoczywa. Święty czas oddechu jest krótki, proces twórczy nie kończy się nigdy. No więc na pewno dziś niczego nie zrobię, po nic nie pójdę, nic nie załatwię, do nikogo nie zadzwonię, podmuchem swego istnienia powietrza nie zmącę. Inna rzecz, że i tak się zbyt wiele dzieje. Samo. Beze mnie. Szok. 

Śni mi się komnata. Wiele komnat. Coś jak zamek, hotel w zamku. Komnaty się otwierają, mijam je wraz z tłumem wesołych panien, które w panieńskim stylu wołają: zamawiam! Zamawiam ten pokój! A ja ten! Najlepsze zajmują, muszę się spieszyć. I nagle kolejne drzwi na oścież, widzę komnatę z wykuszem, w wykuszu balkon jak u Draculi. Zamawiam! – krzyczę. 

Z komnaty jest przejście do innych pokoi, jest tego dużo, jakby apartament. Ale ja chcę tylko ten z balkonem, nic więcej. Dla mnie i dla mojej przyjaciółki. Gdzie się ona podziała? Zaraz przyjdzie, podaję w recepcji jej dane, imię, nazwisko dobrze mi znane. 

Przychodzi. Ja pod sufit skaczę, zobacz jaki wypas, a ona jakby nie do końca przekonana, coś jej nie pasuje. Co jest nie tak?!

– Zbyt tajemniczo – mówi. – Tu jest NIE WIADOMO JAK.


Komnata tajemnic. Noemi Susenbach

Pierdolę

Trudny czas. Stagnacja, przeciwieństwo mojej natury plus, a raczej minus arktyczny, przymarznięta do tronu zima w przededniu wiosny, hałaśliwa sąsiadka z jeszcze hałaśliwszym psem, nigdzie mi się nie chce jechać, a tym bardziej iść, w ogóle nic mi się nie chce, pierdolę. 

Coś na końcu tego zdania błyska, jak ząb dinozaura ze starego emota, własnoręcznie narysowanego i sfotografowanego niegdyś telefonem, który już, niestety, ma historię wypadkową i doesn’t exist. Enymoor. 

PIERDOLĘ. Słowo jak światło w tunelu tej niekończącej się zimowej komedii pandemicznej. Słabej. Bardzo słabej. Choć miałam nie oceniać. 

Owszem, trudno o dobrą komedię, zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza ostatnio. Czekam na błysk geniuszu wśród adeptów sztuki reżyserskiej, czekam na dobry scenariusz. Może sama go napiszę? Tymczasem, jak słowo się rzekło: PIERDOLĘ. 

PS. Jeszcze kot mnie wkurwia. 

Pętla ewolucji

Tak naprawdę niby moment. Mgnienie. Niepojęte boskie natchnienie. Ułamek procenta sekundy na srebrzystej tarczy kosmosu. Chwila tak krótka, że (chciałoby się rzec!) niezauważalna. A jednak. NIESTETY. Trwa. 

Przydałby się jakiś meteoryt, planetoida, coś spektakularnego i ostatecznego zarazem: trzask, łubudu, koniec. Tymczasem nic się nie zmienia, dzień za dniem kalendarza wciąż to samo. 
Luty. 
Luty. 
Luty.

Śliwka w czekoladzie

Fajna chwila. Gdy się zgadzam na to, żeby nic nie robić. Owszem, jest protest, ale bezskuteczny. Jedyne co, to nawałnica myśli: a może to, a może tamto?!

Ciało niewzruszone jednak ani drgnie, więc sorry. Śliwka w czekoladzie najwyżej.
A to akurat pod ręką. 

Śliwka w czekoladzie. Noemi Susenbach

Może Narodzenie

Wicher się składa z powietrza. Ta właściwość pozwala się wciskać w najciaśniejsze zakamarki. Siłę wichru trudno przewidzieć. Można się domyślać na podstawie skąpych danych. Wynik i tak jest przybliżony. Albo, co prędzej, oddalony. 

Charakter wichru: uparty. Tym uporem, co nie znosi odmowy, a jeśli nawet, to pozornie. Nie spocznie, dopóki każdych drzwi nie otworzy. Dopóki każdej zapchanej, zapomnianej dawno dziurki od klucza do ostatniego paproszka z kurzu nie przedmucha. 

Wwieje się na opłatek, na toast, na chwilę, przycupnąć, zbłąkany talerzyk ledwo święconką napełnić. Symbolicznie, rzecz jasna, bez zobowiązań. I takiego bałaganu narobi, że wujek z dziadkiem w grobie leży. Któż pobieży? Nikt, wszyscy na pasterce. Zdystansowani społecznie, na osobnych biegunach po zero siedem – rozbujani. 

Tak, tak 
Przekażmy sobie znak
Pokoju nocnego 
Taboret nogami do przodu
Wujek z dziadkiem do grobu 
W imię ojca
Naszego
Świętego

Wicher to zmiana. Dziecko śmierci. Może Narodzenie?

Może Narodzenie. Noemi Susenbach