Powrót z Bambuko

Dostaję prezent. Bożonarodzeniowy. W październiku. Prezent jest zapakowany starannie w elegancki papier z nadrukiem choinkowym. Zostaje mi przekazany przez matkę darczyńcy, która w momencie wręczania zakazuje: – Nie otwierać przed Gwiazdką!

Jej ton nie znosi sprzeciwu. 

Mogę ustalić kilka faktów. Darczyńcą jest mężczyzna. Więcej. Darczyńcą jest BRAT Szamana. Zatrzymajmy się na chwilę. 

Kim dla kobiety jest brat jej faceta? W dodatku: brat faceta, który wszelkie cechy ewentualnego (starszego!) brata posiada? Dlaczego starszego, skoro brat faceta jest młodszy? Bo tak się składa, że każdy facet ma być starszy, młodsi: do widzenia. Do osiągnięcia wieku mężczyzny. 

Tymczasem brat Szamana jest młodszy. Od Szamana. Bo przecież nie ode mnie. Ma na imię Brasza. Jest profesorem chemii, co powoduję, że zawsze chcę go o coś turbo intrygującego z dziedziny chemii spytać, ale gdy rozmawiamy, okazuje się, że to on mnie pyta. I jakoś odpowiadam. I to całkiem z sensem. Chyba, że się mylę, ale wątpię, bo z tego, co zauważyłam, Brasza uwielbia besztać studentki. Więc by mnie zbeształ. A tego assolutamente nie robi. 

I teraz sytuacja. Braszy nie ma, nieobecny. Zajmuje się wykładem. Szaman też nieobecny. Tymczasem ich matka cichaczem wręcza mi prezent zapakowany w choinki i zakazuje otwierać. 

Nie ma takiej możliwości, żebym jej posłuchała. 

Rozszarpuję więc papier, a trzeba przyznać, że jest złożony równiusieńko jak spod igły fabrycznej i tak sklejony (jeśli w ogóle), że za cholerę nie znajdziesz, gdzie. 

Rwę wszystko w cholerę. 

I wyjmuję. Książkę. Którą chwilę później rzucam po ścianach z wyrazami najwyższego oburzenia: 

– O! Następna mądralińska! Powie mi, co mam myśleć! Ha! Widać klony nie wyschły! Odcinamy kupony! Pewnie!

Następnie: 

– O! To już druga jej książka! Za mało się wymądrzyła w pierwszej! Której, NA SZCZEŚCIE, nie czytałam! Cudem mi jej nie kupił! Profesorek, mądrolek.

I takich jeszcze kilka.

Mijają dwa dni. Coś mnie jednak wciąga. A potem przypomina ważną rzecz:

 – O! To nie są tylko dwie książki. Ona pisze teksty piosenek. Od lat. W czasie, gdy ja sprzedaję trzydzieści sekund czasu antenowego radia, którego najwyższym osiągnięciem autorskim jest audycja oparta na niskim seksizmie. Że niby śmieszna. A poza tym leci umc, umc.

Autorka książki, którą dostaję od profesorka mądrolka (wie, że prezent otwarty, afera!) nazywa się Katarzyna Nosowska. Tytuł książki to Powrót z Bambuko.

Dzięki, Brasza. 

Powrót. Noemi Susenbach

NoFear

Wypuszczam pająki na wolność. Niech biegają. Niech świecą. W ciemnościach tak jest mało światła.

Wirus to jeden organizm. By go pokonać, trzeba się zmienić. W jeden organizm. 

Leci w świat wiersz, czytają go miliony, lecz w całym tym szerowaniu ktoś zapomina podpisać. Nazwisko?! Autor?! Brak. 

Ego wyciąga dłoń. Dłoń się obraca, zaciska w pięść. Wysuwa jeden palec. Tyle daje ci sława. I jeszcze parę przykrości. Na koszt firmy, gratis. 

Co jest ważniejsze: ego czy życie? Co jest pilniejsze: pomnik czy krew? Krew tworzy i chroni, ratuje i karmi. Na pomnik sika pies. 

Podobno już można rezerwować groby. Kosztuje to spore pieniądze. Ludzie biorą. Krzywa stała się prostą. Pionową. 

  • Mówią, że dramat w szpitalach.
  • DRAMAT DOPIERO BĘDZIE. 

Wypuszczam pająki na wolność. 

Pająki świecą w ciemnościach. 

Pająki są zawsze, bo

Pająków się nie zabija

NoFear. Noemi Susenbach

Pudełko Szamana

Kończę cykl twórczy tuż przed jesiennym nowiem. Ostatnie krople farby, ostatnie frazy tekstu. Ufo chodzi po stole i nawet już się nie kłócę. Odwołane spotkania, zaniechane podróże. Mgła epidemii spowija mały świat. Noc rozkłada swą suknię na zegarze Czasu.

W maniakalnej fazie noc nie istnieje. Cóż z tego, że przychodzi, skoro sen jest pracą? Bóg nie odpoczywa. W godzinie duchów światło świeci, po mieszkaniu się tłucze, muzykę puszcza. Pali. Palenie rzuca. Znów pali. Kawę pije. Kawę z pieprzem. Wrzątek z pieprzem. Miód z papryką.

Aaa!!!

Lecz wreszcie nadchodzi czerń, gaśnie Księżyc, staje zegar i zapada cisza.

Nagle hałas? Szaman strąca pudełko. W sekundę rozsypują się śrubki, śrubeczki, wtyczki, krążki. Milimetrowe zatrzaski, łebki od szpilek, gwinty. Wszystko to leci w przestrzeń na wszystkie strony wszechświata. Ufo nie wie gdzie gonić.

Odkrywam szczęście w bezruchu. W pokornym poddaniu się fali. Kołyszę się i patrzę, jak za pomocą magnesu galaktyka śrubkogwoździ trafia do swego pudełka. Zegar cofa wskazówki. Kosmos się zwija do środka.

We włoskim języku jest przepiękny zwrot. Fraza z działu: odmowa. Podrozdział: asertywność. Wystarczy zrozumienie. Wcale nie trzeba mówić. Mówienie to wysiłek, mówienie to relacja. Relacja to ryzyko. Nadstawianie karku.

Assolutamente no.

Brzmi jak kołysanka. Melodia z miękką pauzą. Nucę ją i płynę, daleko, hen, przed siebie, niesiona falą Losu, na łupinie szczęścia, bez żadnego balastu, wprost w ramiona snu.

Pudełko Szamana. Noemi Susenbach

Wenuś

Nie zdradzę nazwy, żeby nie zapeszyć. Podpowiem jedynie, że jest w kolorze czarnym i nie ma męża. Miała.

Teraz żyje z Salwadorem, który, co zrozumiałe, nie pali się do ślubu. Salwador jest mądry. Gdy tylko widzi nadchodzącą falę gniewu, czmycha do jaskini. Nie sposób go znaleźć. Trzeba czekać, aż sam wyjdzie. A wyjdzie tylko wtedy, gdy będzie spokój.

Nie tylko człowiek ma emocje. Rzecz znana jest każdemu stworzeniu, bez względu na inkarnację. A Wenuś nie zawsze jest pająkiem. Bywa, że zajmuje wysokie miejsce w inkarnacyjnym szyku i jak większość żeńskiej części jej gatunku, cierpi na arachnofobię.

Los jej robi numer.

Jakby było mało, obdarowuje talentem. Wenuś tka najpiękniejsze sieci świata. Muchy, zamiast w nie wpadać, podziwiają! Zbierają się w kupki, dyskutują, czasem któraś w przypływie zazdrości złośliwie coś sarknie w komentarzu. Jednak się trzyma z daleka.

Wenuś chudnie. Ambicja jednak nie pozwala spocząć. Przędzie więc od świtu przez noc. Ze skutkiem wiadomym.

Któraż artystka nie lubi chodzić po knajpach? Wenuś uwielbia. Ciągnie więc biednego Salwadora od baru do baru i zmusza. Tym razem piją piwo i nagle, bach!, rozkojarzona pięknem pajęczyny, odurzona zapachem alkoholu mucha o imieniu Flaja – wpada do wychylanej przez Wenuś szklanki.

Salwador nie ma szans zareagować. Pozostaje mu tylko z zazdrością przełknąć ślinę i oddać hołd tej niezwykłej chwili, w której jego wygłodniała partnerka łowi pierwszą ofiarę.

Wenuś. Noemi Susenbach

UFO

Ląduje na Arkę bez pardonu. Bo prostu płacz i afera, kot nie chce być sam, a potem nagle leży na pufie Wifi i próbuje ją trafić łapą.

Wifi ze wszech miar zachowuje godność.

UFO to Kot Prosiaczka. Płeć, uwaga: kobieta. Jak na kobiece umaszczenie: unikat.

Prosiaczek lata z No po przestrzeni kosmicznej i nie ma czasu. Jasna sprawa. Maturalna klasa. Kto przez to przechodził, wie doskonale, że się wtedy nie ma czasu. Owszem, sama niedawno napisałam, że każdy ma tyle samo czasu, zapomniałam dodać erratę.

KAŻDY OPRÓCZ NASTOLATKI.

Czas nastolatki jest zjawiskiem nienormowanym, wyłamuje się z praw fizycznych, skraca i wydłuża bez kontroli, a w okresie okołomaturalnym wykonuje akrobacje. Wśród tych akrobacji pojawia się nagle UFO, osamotniona plamka życia w wielkim pustym domu. I oto jadę w nocy uberem na pomoc, UFO wciska mi maleńką głowę w płaszcz i płacze, płacze, płacze.

A teraz łazi po stole. Gdy tłumaczę, że nie wolno, zmienia temat. Szaman zamienił się w Szamamę i się z UFO nie rozstaje. Całą swoją czułość skierował w stronę tego postrzelonego kłębka i serio, nie wiem, co myśleć. Zrobiłam im zdjęcie, jak śpią. Wielki Szaman i zwinięta w błogi paragraf ruda ociupinka na jego ramieniu. Trzymam to zdjęcie na czarną godzinę, gdy już nie będzie co jeść (wszystko zje UFO), sprzedam za milion dolarów.

UFO. Noemi Susenbach

Mrożone maliny w gorącej czekoladzie

Nie używam czasu przeszłego. Darmo używać coś, co nie istnieje. Ale zanim to pojmę, muszę przenieść się w czasie.

Siedzimy z Bellą w ogrodzie, patrzę na zegarek, wskazówki na tarczy biegną odwrotnie. Grom wie, co się dzieje, mówię do Belli, ja spadam. Wszelkie tripy są jednak za bardzo, dopadła mnie tęsknota za rzeczywistością, KIEDY WRÓCI TERAŹNIEJSZOŚĆ?!

Człowiek jej nie docenia. Czasem musi zajść aż tam, do mroków przeszłości, do wrót śmierci – by wreszcie zrozumieć jej wartość.

Opuszczam taras Belli, ale od podróży w czasie nie uciekniesz, trafiam więc do jakiejś szkoły, wchodzę do klasy, spóźniona jak zwykle, patrzę: piszą sprawdzian. Już, już chcę się wycofać, gdy mnie zauważają. A ja nawet kartki nie mam. Ani długopisu. I zaczyna się mozolne, dobrze znane szukanie czegokolwiek, by napisać cokolwiek, by jakkolwiek wypaść. Wreszcie znajduję jakiś fragment (kolorowego) papieru, mam też coś do pisania, nie wiem tylko jaki temat pracy…?

– Wszystkie przewinienia w roku.

Jezus. Nie pamiętam. Może ściągnę? Inni piszą. Dużo piszą. Co by tu… Spóźnienie! Ok, co dalej? Rok! Wiem, jaki jest rok, zacznę od niego. Zaraz, zaraz. Czy na pewno ten? Raz, kozie, usiłuję stawiać cyfry, ale i to nie wychodzi. Tusz w tym samym kolorze co kartka, śladu nie zostawia.

NIE MOGĘ NAPISAĆ ABSOLUTNIE NIC.

I bach, dzwonek, koniec lekcji, przerwa. Wokół wyciągają kanapki, w właściwie torty piętrowe, stawiają na stołach. Chętnie po nie sięgam, ale torty jakby z powietrza. Rozpływają się w dłoniach, rozmywają na talerzu, nie ma, nie ma. Znów próbuję coś zjeść, gdy ktoś mnie pyta: – to twoje ciasto?

– Nie. Nie mam swojego – odpowiadam.

– Dlaczego?

Znam odpowiedź*. Jednak w teleturnieju, gdzie stawką jest powrót do TERAZ, nie chodzi tylko o to, żeby znać odpowiedź. Najwyższą trudność stanowi jej wykrztuszenie.

Mrożone maliny w gorącej czekoladzie. Noemi Susenbach

* BO MNIE NIE BYŁO.

Bad trip mojej mamy

A może wiersz?
Zamiast pikantnych szczegółów
jak to dzwoni telefon
w środku nocy

I mówi:
Twój Syn na oiomie,
a właściwie w piekle
przegrywa *teleturniej*
bo źle trafił
KWAS.

W karetce przestaje oddychać
Cud, że go znajdują
gdy on wysyła
Gołębia.

To twój pogrzeb, mówi Roman.
Twój i twojej mamy.
Dlatego tam siedzi
wśród zmarłych

Wkurwiona, jak zwykle
i napięta w sobie
tylko czeka
żeby powiedzieć:
WRACAJ.

Bad trip mojej mamy. Noemi Susenbach


Kobieta w kuchni

Wąż kiedyś powiedział, że robię „chujowe” spaghetti. Dokładnie tak się wyraził. Było to moje ostatnie spaghetti w życiu. I w ogóle ostatnie wszystko. Teraz gotuje mi Szaman i muszę przyznać, że w sztuce kulinarnej jest niepokonany.

Szaman robi doskonałe szamano.

Kultura patriarchalna polega miedzy innymi na tym, że mężczyzna pragnie mieć kobietę w kuchni. Pierwsza kobieta to matka, a niemal każda matka jest przykuta do garów niczym galernik. Tymczasem się okazuje, że facet ma całkiem sprawne ręce, koncertowo radzi sobie z czymś tak nieokiełznanym jak patelnia i żadnej kucharki do szczęścia nie potrzebuje.

No chyba że chce do mamy.

Jak widać powszechnie, większość mężczyzn chce do mamy i rości pretensje, by jego partnerka się w nią zamieniła. Gdy to się nie dzieje, protest. I że „chujowe”.

Chciałam narysować to spaghetti. Miałam taki pomysł, że aż mnie samą rozśmieszył. Ale nie mam czasu. Piszę książkę.

W kuchni.

Kobieta w kuchni
fot. Eva Patzelt

Alkohol i narkotyki

Uwielbiam soboty. Cały świat wciąga kreski, żeby przeżyć po wczorajszym, a ja tymczasem leżę w pościeli, kiwam palcem u stopy i słucham Agar Agar. Przywilejem nudziarzy jest dobre samopoczucie. Zero kaca. Zero szwendania się po dusznych lokalach. Nieprzespanych nocy brak.

Alkohol i narkotyki mają dwie drogi. Obie dość odrażające. Albo człowiek wymiotuje i jest to obrzydliwe. Albo nie wymiotuje i to jest jeszcze bardziej obrzydliwe.

Bardzo ciekawe, że ludzie muszą się napić trucizny, żeby ze sobą wytrzymać.

Każdy przychodzi na ten świat z misją. Zadaniem iście herkulesowym. Bella na przykład ma przestać walczyć. Odpuścić. Zważywszy, że jest Planetarnym Wojownikiem, w dodatku lekarzem, chirurgiem, w sensie: pracuje przy stole operacyjnym, na którym leży człowiek, czasem jest to dziecko, no więc leży dziecko i umiera… faktycznie. Jej zadanie jest trudne.

Moje też jest trudne. Nazywa się CIERPLIWOŚĆ. Misja dla Wichru niby niewykonalna. A jednak. Zamiast wiać po klubach, leżę oto w pościeli i jedyną moją aktywnością jest kiwanie palcem u stopy.

Alkohol i narkotyki. Noemi Susenbach

List do Białego Psa

Kiedy byłam w szpitalu psychiatrycznym*, wydarzyła się zabawna historia. Po tygodniu spędzonym w pokoju z wariatką alkoholiczką rąbnęłam walizką o podłogę, spakowałam rzeczy i w milczeniu wyszłam. Ona miała jakieś pretensje. Nieważne. Chodzi o to, że wprowadziłam się do pokoju obok, a tam mieszkała piczka zasadniczka. I od razu do mnie, że owszem, mogę z nią mieszkać, ona się zgadza, a nawet, co tu kryć – cieszy!, ale są pewne warunki i należy trzymać się swoistych reguł, mianowicie że są dwie. W tym pokoju bynajmniej.

Reguły lecą tak:

  1. Żadnych imprez, koleżanek, hałasów! Chociaż koleżanki, cóż, niechby i KOLEDZY, czemu nie, ona sama się chętnie dołączy, a imprezy, komu to właściwie przeszkadza; ostatecznie, niech będą!
  2. I to właściwie wszystko.

Trzymam się tych reguł żelaźnie. Tymczasem jest dzień Białego Psa i śnił mi się Biały Pies. I wiem, że anegdotkami z psychiatryka się nie wybronię. Aczkolwiek warto próbować.

Orionie.

Masz w głowie korytarz, w którym tkwi hasło „miś”. To korytarz telepatyczny. Miś ma kolor różowy. Jest skaleczony.

Nazywa się Wrosiaczek.

Opowiem ci o nim więcej, ale musisz się do mnie odezwać.

—————————————————————————————–

* Może jeszcze zrobicie ze mnie wariatkę?

List do Białego Psa. ZK