Opcja śmierć

Opcja śmierć bywa, owszem, kusząca, lecz w rzeczywistości jej atrakcyjność stoi pod znakiem zapytania. Bo cóż może być po śmierci? Jeśli nic, co głosi się gdzieniegdzie, czyż to nie wieje nudą? Nic? Można to w ogóle sobie wyobrazić? Absurd i nonsens. Nie ma o czym pisać. 

Załóżmy więc, że coś tam jest. Ale co? Fajnie, czy niefajnie? A może tak samo? Ale na trudniejszych warunkach? Bo przecież nowe. Inne. To jakby nagle wszystko rzucić i pojechać do Finlandii. Język z kosmosu. Zimno. Porąbane jakieś pory dnia i nocy, Najpierw w kółko jasno (koszmar), a potem w kółko ciemno (horror). Drogo. I w ogóle diabli wiedzą, jak. 

Nie znam nikogo, kto mieszka w Finlandii i by mi powiedział. 

W ogóle nie znam nikogo. 

PS. Proszę raczyć zauważyć, że nie biorę pod uwagę żadnych bogów i świętych. Przyczyny są oczywiste. To jest tutaj. 

Kiedy płaczę

Kiedy płaczę, płacze cały świat. Wezbrane rzeki występują z brzegów, zalewają lądy, a zza strug łez widać tylko żal. Gaśnie nadzieja, gaśnie wiara, rozstępują się płyty tektoniczne serca i w przepaściach bezdennych tonie radość. Jej pomarańczowa sukienka nie połyskuje już w słońcu. Nie ma już słońca. Nie ma też pomarańczowej sukienki, zostało po niej ledwie wspomnienie, a i to nie, bo wspomnienie też przecież nie jest wieczne. 

Zapadam się w poduszkę, w materac, w ziemię, a fale czarnego betonu zalewają to wszystko jak zbiorową mogiłę. Pochowana w zbiorowej mogile nie mam tabliczki z kirem, nie mam pogrzebu, na grób nikt nie przychodzi, nikt nawet o nim nie wie, bo nikogo to nie obchodzi. 

Są chwile, są wizje, w których wywożą mnie karetką, bo ze smutku wybucha mi głowa, a ciało waży sto ton i nie sposób drgnąć, wstać, iść, żyć, nie sposób nic, tylko ciężarówką, dźwigiem z wysięgnikiem, jak w Co gryzie Gilberta Grape’a, przez okno trzeba mnie będzie wyciągać. 

Albo budynek runie. Wtedy wyląduję w piwnicy, z pająkami o tysiącu odnóży i one mnie zjedzą.

Jezu.

Kiedy płaczę, noc z dniem się miesza, teraz nie istnieje, jest tylko przeszłość i przyszłość: to co było – ach, jakie okrutne!, i to co będzie – na pewno, kurwa, nie lepsze. Bo przecież, ile można wierzyć, ile można śnić, rzeczywistość to fakty, wartości BEZWZGLĘDNE.

I jeszcze ból, choroby i to, że się ciastka kończą. 

Kiedy płaczę, płaczą chmury. A z każdą kroplą robią się mniejsze. I jeszcze tylko trochę popada i zaraz będzie słońce. Pomarańczowa sukienka zabłyśnie, ciało z mogiły się wygrzebie. I będzie… tańczyć?

Kiedy płaczę, to znaczy, że wkrótce będę miała dobry humor. 

Głęboki granat

Twórczość artystyczna, czyli to, co jest motorem postępu, że jeden z drugim dupę samochodem wozi na przykład, to właśnie jest uważane za rzecz niepoważną.

Jestem w trakcie tworzenia. I choć wszelkie argumenty są za tym, żeby pójść do lasu, bo:

  1. pogoda
  2. ruch na świeżym powietrzu
  3. zatem zdrowie
  4. na którym mi przecież zależy
  5. i wszystko inne.

– nie idę. Siedzę i gapię się zamalowane na głęboki granat płótno i toczę okrutną walkę z niecierpliwością, która każe mi NATYCHMIAST usiać granat srebrnym pyłem gwiazd.

I właśnie wtedy przychodzi mi ta myśl, że to jest niepoważne w ogólnym mniemaniu, a przynajmniej w mniemaniu, z którym miewam do czynienia. 

Nie mogę iść do lasu. Tak po prostu jest. Kiedyś uciekałam z angielskiego, choć:

  1. warto znać ten język
  2. nauczyciel był w cholerę przystojny
  3. wiele fajnych rzeczy się działo

– a ja nie. A ja na jezioro, na lód na jeziorze, daleko, hen.

Powiedzcie, że jestem chora. 

PLAN A

Serio nic dziś nie zrobię? Nie napiszę książki, dzieła nie stworzę? Nie wychowam dzieci? Męża nie znajdę? O Boże?! 

Nie ogłoszę niczego, nie przekonam nikogo? Do swej racji? 

Nie nawiążę relacji?

Nie udzielę wywiadu. 
Nie ugotuję obiadu. 
Nie zrobię nic, żeby mi było „lepiej”.

Jest plan, że nawet się nie zaszczepię. 

Tylko kawę zaparzę, w fotelu osiądę i będę patrzeć na drzewo, jak nanometr po nanometrze pnie się ku rozpalonemu niebu, które przecież nie chce ode mnie żadnych osiągnięć, żadnych sukcesów, nic poza tą chmurą, którą powoli wypuszczam z ust. 

Poza tą chwilą, zanim nacisnę na spust.

Noe na moście

Idę na spacer, na uszach słuchawki, niesie mnie hip-hopowa pieśń patriotyczna, odzyskamy ten kraj, odzyskamy Polskę. Nagle staję na moście, zatrzymuje mnie napis: 

WYJDŹ Z MATRIXA. 

Wskazówek żadnych. Żadnego Morfeusza, żadnej pigułki prawdy. Tylko zbita lufka nieopodal. A więc, co z tą Polską? Co z tym państwem, co to niby jest nasze

Jestem postacią fikcyjną. Składam się z kości i piór. Szkielet to zgliszcza, prawe skrzydło złamane. Ciasny labirynt systemów nie ułatwia ucieczki. Podobno jest spis powszechny. Mimo prawa o ochronie danych, trzeba ujawnić wszystko. I zaufać komuś, komu nie ma podstaw ufać. Bo jak nie, to grzywna. Pięć tysięcy, kurwa. 

WYJDŹ Z MATRIXA. 

Pół życia to sny, ktoś twierdzi, że nieważne. Brak radia, brak telewizji. Zamiast Wiadomości, interesuje mnie świadomość. Nic od nikogo nie chcę, za to oni coś chcą. Chrzest, komunia, podatki, na ZUS bandyckie składki. Siatki, pułapki, koloratki. Pedofilii przypadki. Przychodzę na świat, żeby im płacić?

WYJDŹ Z MATRIXA. 

Mam pieniądze, to je rozpierdalam. 
Palę, jaram, jaram*.

WYJDŹ Z MATRIXA. 

Wolność jest niebezpieczna. Życie grozi śmiercią. 



* Abradab, Kaliber 44, Czerwony Album. 

AWIZO

Jakby kto łamał głowę, po co są na świecie muchy, służę odpowiedzią. Muchy są po to, żeby człowieka obudzić. I nie chodzi tylko o pobudkę w sobotni poranek, ale też o coś więcej: o skuteczne wyjście z życiowego letargu. 

Przez to latanie ze ścierą za muchami mam wypucowaną kuchnię, umyte okna, przemeblowane mieszkanie i wyprane dywany. O gimnastyce nie wspomnę. Rzuciłabym się do pieczenia ciast, lecz to się wiąże z pożyczeniem miksera od Baby. 

W temacie ciast historia jest tego rodzaju, że od jakiegoś czasu wala mi się po kuchni karton z karpatką w proszku. Brak miksera blokuje sprawę. Jedyne wyjście, to spakować karton w ozdobny papier i wysłać komuś w prezencie. 

Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami. 

Ale chyba nie ma takiej muchy, która by mnie na pocztę zagnała. 


AWIZO

Pani Sylwio, prosimy o pilny kontakt.

Już zapierdalam.
Noemi

Morning song

Pustka. Cały świat sobie z nią radzi, poza mną. Tu wieje. Zaciąga. Nawet trochę duje i na nic zamykanie okien. Na nic zatyczki w uszach. 

Pocieszam się, że tak ma być. Nic, co odchodzi, nie jest mi przecież potrzebne. Balast rzeczy, wspomnień, znajomości, przeżyć. Wszystko jest jak woda, jak wiatr. Drąży ślady, formuje kształty, ale przepływa, przemija, znika. Nieważnieje.

Zmiana to proces twórczy, zwłaszcza, gdy jest destrukcją. Czarna farba jest tak samo ważna, jak biała: coś nie zapłonie, dopóki coś się nie zgaśnie. 

Tymczasem punkt zero, pustka, nic. Tylko ta piosenka. Utwór poranka, nuta pobudki. Zwykle poza preferencjami, nieco drażniąca i uparta melodia, kilka słów, diabli wiedzieć czemu tłukących się w kółko po wewnętrznym uchu:

Każdego dnia dziękuję bogu za to, że cię mam.

W pułapce nieskończoności

Z matematycznego punktu widzenia obrany cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Zawsze znajdzie się ułamek dzielący punkt A od punktu B. Między nimi rozciąga się nigdy niepokonana nieskończoność. Droga. I to ona właśnie zasługuje na miano celu. 

Sens życia nie wynika więc z żadnych osiągnięć, ale z faktu samego istnienia. Wędrówki po niekończącej się osi rzędnych. Lub odciętych (pająk). 

Ową matematyczną zawiłość zdają się rozumieć wszystkie gatunki poza tym, który sam siebie nazywa: rozumny.

Jeśli zaś chodzi o moją wędrówkę: niezmiennie, jak co roku, latam ze ścierą za muchami. 

Bohun z Behemotem

Jestem z dziewczynami w pubie, kupujemy piwo, barman żąda okazania dowodu, moja obecność niewiele pomaga, bo „wyglądam najwyżej na siostrę”. Ktoś stoi z boku, patrzy na mnie zbyt długo zatrzymanym wzrokiem, który, wiem przecież doskonale – wcale nie jest przypadkowy. Ten ktoś jest przystojny jak diabeł, mówi po rosyjsku, niegłośno, z kozackim akcentem… Dziwnym zbiegiem okoliczności siada stolik obok. I patrzy dalej. 

Według Wołoskiej taka sytuacja oznacza, że: 

  1. Ktoś chce mnie zabić, albo:
  2. To drugie. 

Śmierci się nie boję.

***

Winnam wam opis. Czarne włosy, śniada cera i wysoki iloraz inteligencji na twarzy. Koszulka z Behemotem! 

Też bym patrzyła. 

YOU ARE NOT ALONE

Cisza! 

Trzęsie mnie po Patointeligencji jak po kawie siekierze z prądem. 

Noc bezsenna, jakby preludium do tego dziś rano. Budzę się sama w domu, to się nie dzieje, to niemożliwe, a jednak. Tylko UFO fruwa żądne przygód, a tak to spokój. I telefon: wyłączone powiadomienia. Wiadomości po cichu jak węże na wyświetlacz pełzną. Szatan chyłkiem wybudza mnie z letargu. 

YOU ARE NOT ALONE. 

Pytacie, czemu Szatan po angielsku włada? 
Tak się po prostu składa. 
Szatana pytajcie. 
Albo Anglików.
LOL. 

No więc przychodzi wiadomość i mnie powala. Boże, jakie to dobre! Boże, jakie trafne! Boże, jakie smutne! Że rozdziera na kawałki, na strzępy ludzkiego mięsa!

Nie mogę oddychać. I teraz już nie zasnę.