List do Białego Psa

Kiedy byłam w szpitalu psychiatrycznym*, wydarzyła się zabawna historia. Po tygodniu spędzonym w pokoju z wariatką alkoholiczką rąbnęłam walizką o podłogę, spakowałam rzeczy i w milczeniu wyszłam. Ona miała jakieś pretensje. Nieważne. Chodzi o to, że wprowadziłam się do pokoju obok, a tam mieszkała piczka zasadniczka. I od razu do mnie, że owszem, mogę z nią mieszkać, ona się zgadza, a nawet, co tu kryć – cieszy!, ale są pewne warunki i należy trzymać się swoistych reguł, mianowicie że są dwie. W tym pokoju bynajmniej.

Reguły lecą tak:

  1. Żadnych imprez, koleżanek, hałasów! Chociaż koleżanki, cóż, niechby i KOLEDZY, czemu nie, ona sama się chętnie dołączy, a imprezy, komu to właściwie przeszkadza; ostatecznie, niech będą!
  2. I to właściwie wszystko.

Trzymam się tych reguł żelaźnie. Tymczasem jest dzień Białego Psa i śnił mi się Biały Pies. I wiem, że anegdotkami z psychiatryka się nie wybronię. Aczkolwiek warto próbować.

Orionie.

Masz w głowie korytarz, w którym tkwi hasło „miś”. To korytarz telepatyczny. Miś ma kolor różowy. Jest skaleczony.

Nazywa się Wrosiaczek.

Opowiem ci o nim więcej, ale musisz się do mnie odezwać.

—————————————————————————————–

* Może jeszcze zrobicie ze mnie wariatkę?

List do Białego Psa. ZK

Dlaczego palę

Dlaczego palę?

Bo pochodzę z piekła.

Nie ma innej drogi, niż ta

przez OGIEŃ.

Żywioły mają swoje kaprysy,

żądają ofiar w substancjach smolistych.

No trudno.

Żeby się tego bać,

trzeba być durną.

*

Ciekawe, czy ludzie widzą,

kiedy latam?

Nikt do mnie nie podchodzi

i dobrze.

Bo jak by kto podszedł

to by zginął.

BUM!

Tarantino.

*

Pięknie mi się leci…

na czerwonym skrzydle smoczym, płonącym pierzem pokrytem…

Ogień jest gotów wystrzelić,

pretekstu pozbawion,

grzeje mnie jeno po białość.

A każdy kolejny trzepot wstrząsa planetą całą!

Jakby mógł wstrząsać połową.

Białogłowo.

*

Achtung, bebe!

Zaczęła się szkoła.

Szkoła zaczyna się Świętem Śmierci.

Nic się tak źle nie kojarzy.

Dlatego tak jest.

Dżembori Dżez.

*

Dlaczego palę?

Bo jestem z piekła.

Pozdrowienia przesyłam.

I uściski gorące!

*

Ze wszystkich swoich wcieleń

Najbardziej lubię być brzdącem.

Brzdąc. Noemi Susenbach

Kąpiel Kleopatry

Pamiętaj, aby dzień święty święcić!

Owszem, mam parę zastrzeżeń do Dekalogu, sama forma podania jest już dyskusyjna. Każde logicznie myślące dziecko ma w sobie bunt, gdy musi stosować się do zaleceń wygłoszonych przez gorejący krzak. I chętnie poznęcam się nad tematem, ale innym razem. Dziś się nie kłócę. Dziś jest Niedziela. Święto relaksu. Dzień kąpieli w mleku.

Już dwa tysiące lat temu ludzkość znała cudowne działanie mleka na skórę, dlatego gotowa jest zapłacić sto czterdzieści miesięcznych pensji szwaczki z Bangladeszu za pojemnik zero trzydzieści milinanograma kremu z napisem, że ma proteiny mleka. Czy coś tam. Pamięć po mleku? Chyba.

Żadnej babie nie przyjdzie jednak do głowy, żeby pójść do spożywczaka, kupić litr tego cudownego płynu za trzy złote i wlać do wanny. Chyba że na „poradnik zdrowie” przeczyta, ale i to nie wiadomo. Nie ma czasu przecież. Musi zasuwać na trzy etaty jak koń, bo mąż i dzieci oraz WSZYSTKO. Zero trzydzieści milinanograma pamięci po mleku działa przecież „cuda”. Nie trzeba spać, wypoczywać, ani pływać w rozkoszy.

Bo kąpiel w mleku to czysta, obezwładniająca rozkosz.

Więc jak tam sobie chcecie.

Kąpiel Kleopatry. Noemi Susenbach

Pełnia czyli Pokój nocny

Pełnia, Noemi Susenbach

Nie wiem, co jest w tej pełni szczególnego, może to, że nie wiadomo: gdzie lampa, gdzie Księżyc? A może to, że nie wiadomo: dzień to czy noc?

Od rana czuję paniczną potrzebę zniknięcia, dokładnie taką samą, jaką bym czuła na miejscu Księżyca w tym stanie właśnie. Wszak stan bycia totalnego, bycia na maksa wywołuje tęsknotę za niebyciem w ogóle. Pamiętam, jak przed laty po cichu pisząc swe zapiski na blogu, w jednym momencie stałam się sławna.

Od razu zapragnęłam zamknąć blog.

I tak z Księżycem dzisiaj. Wypełniony sobą po brzegi, ostatecznie się schował za chmury. A całą energię z niewidzialnego świecenia wysłał wprost w moje serce. Przeszyta na wylot zimnym światłem, leżę od rana bez tchu wymyślając, kogo by tu sensownie ukatrupić.

W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy ZUS. Albo kościół katolicki. Jedno i drugie! To by było coś. Dużo korzyści dla ludzkości. Dużo pieniędzy, miejsca, przestrzeni – zaoszczędzonych. Nerwów i niegodziwości kres. Ale tak się to rozsiało po globie, że nie wiadomo w kogo celować.

Poza tym nie chce mi się z łóżka wstawać.

Najlepszy jest strzał, który nigdy nie pada. Bezgłośne pif-paf. Zabijam ZUS, kościół i całą resztę. Wszystkich po kolei. Z psychopatyczną satysfakcją słucham błagalnych jęków. Litości nie przejawiam. Łubu-du, lecą głowy ze stołków. Gilotyna jak krajalnica do jaj.

Ajajaj!

MM mnie namówiła na rubrykę. Będzie się nazywała Pokój nocny. Przy okazji wytworzyło się między nami pole elektryczne o wysokim napięciu z powodu notki bio, selfie i różnych innych bzdur. Ostatecznie wysłałam jej serię z karabinu o treści „pierdolę” i tak powstała jedyna w swoim rodzaju charakterystyka podmiotu lirycznego.

NOC

DZIEŃ

NOC.

Na zusowe zwłoki

naciągamy koc.

DZIEŃ

NOC

DZIEŃ.

Kościół katolicki

jest wyrżnięty w pień.

Pipi

Od miesiąca latam w tej samej kiecce, no może w dwóch na krzyż. Czemu? Nie mam czasu wymyślać, co na siebie włożyć.

Obie czarne. Obie piękne. Obie adekwatne. Po co więcej?

Wczoraj byliśmy na rowerach. Ja i Szaman. Jazda z Szamanem (czymkolwiek) to jest turbosurwiwal. Szaman nie stosuje żadnych innych prędkości poza kosmicznymi. Oraz żadnych zasad. No więc lecimy nad morze przez Gdańsk, gdzie są samochody i autobusy i jeszcze inne gorsze rzeczy.

Pociągi.

Tramwaje.

Ok, spokojnie, poczekajmy z dramaturgią, na razie tylko lecimy: czerwone nie czerwone, jadą nie jadą, oraz pod prąd. Prując przez środek skrzyżowania unoszę lewą rękę (prawą trzymam Nemezis, nie jestem debilką), pokazuję przerażonym przechodniom palec mały i wskazujący, a głosem lodowatym syczę: SATAN.

– I nagle tramwaj – zachichotał Bułhakow.

I nagle tramwaj.

Szaman po tamtej stronie. Ja po tej. Między nami metalowy czub, który absolutnie nic nie robi sobie z tego, że człowiek zbudowany jest z aminokwasów, których jedynie uporządkowana sekwencja stanowi życie.

Tymczasem Szaman osiąga prędkość światła. Wieczność przetaczania się tramwaju oddala nas więc o galaktyki. Ale to nic. To akurat nic. Przecież go dogonię. Istotne jest zupełnie co innego. Prędkość światła jest granicą czasu. Kiedy więc on jest TAM, a ja TU, czas mu się cofa. On się robi młodszy! Młodszy o wszystkie kalendarze świata.

Załatwił mnie. Nie, nie mnie. Tych wszystkich facetów z siłowni, co chcą się dosiąść do stolika i niby zapomnieli fajek. Co dylematy mają. Albo piszą wiersze.

Przeszły mi przez serce

promienie Gamma

i fizyka

została

zrozumianna.

Tu pozwolę sobie na dyskretny zwrot akcji, a Czytelnikom zostawię przestrzeń na wyobraźnię, jak to jest być z młodym Szamanem.

A więc Pipi. Bo ostatecznie tak się czyta jej imię. Przyszła wczoraj i namalowała taki obraz, że aż mnie zatkało.

Szaman powiedział, że to prąd.

Bella jeszcze nic nie powiedziała.

Ale wiem, co powie.

I’m a bad guy.

Pipi. Stogi. Chyba

Borderline

Życie we mnie wstąpiło. Wtargnęło! Z ognistym impetem złapało wicher w żagle. Łubu du! Wstaję rano, piszę wiersz, wysyłam go w świat i zanurzam się w Pomarańczowym Oceanie. Woda ma kolor różny. Czasem jest to turkus, czasem złoto, a czasem po prostu nic, jak powietrze. 

Wtedy latam. 

Szaman dostał kręćka z tymi rowerami i już nawet Baba z PP mówi o nim „serwis rowerowy”. Nomen omen – poznałam Pipi. 

To było dokładnie tak, jak w pewnej książce, którą kiedyś napisałam, co stała się bestsellerem i nigdy nie dowiedziałam się, co to znaczy. Ten bestseller. W sensie, ile to książek. A zwłaszcza – ile się za nie należy. Ale wróćmy do Pipi. Historia jak z powieści Kobieta dość doskonała.  

Spotykam ją na imprezie, a ona głosem nieznoszącym sprzeciwu, mianowicie tak przymilnym, że aż się człowiek wije, żeby się wywinąć – proponuje skakanie z Zieleniaka. Określenie to przypisane jest niezwykle stylowemu budynkowi w kolorze zielonym, o szesnastu piętrach rozpiętych nad Starym Gdańskiem. Trzy sekundy potem uciekam z imprezy. Windą. 

Wariatek w moim życiu mam DOŚĆ. 

Mija czas. Któregoś dnia wpadam na nią w Kancelarii. Cholera, myślę, trzeba wiać, a ona do mnie:

– Cześć, głupku. 


Przeszły mi przez serce

Promienie Gamma

i fizyka

została

zrozumiana.

Borderline, Noemi Susenbach

Ile razy jesteś człowiekiem?

Nie mam żadnego powodu, aby utrzymywać to w tajemnicy. Tajemnica jest w ogóle sprawą dyskusyjną. Potrzeba utrzymywania sekretów zwykle służy celom niecnym, takim jak wyprowadzenie kogoś w pole, pozbawienie prawa do wiedzy, podkopy, jątrzenia, tego typu przedsięwzięcia.

Nie żeby zaraz gadać o wszystkim. Jednak ta sraczka z „nie mów nikomu” jest swego rodzaju przemocą. Obarczeniem. Wepchnięciem w ciasną klatkę milczenia bez szans ucieczki od emocji sekretem wywołanych.

Pręgierz.

To ja chrzanię. Dzielę się. Dzielę się odkryciem, które – jak mniemam – ma niebagatelny wpływ na losy ludzkości.

I tu znów pojawia się dylemat: co mnie losy ludzkości obchodzą? Gatunek ten wszak jest jak stonka ziemniaczana, banda żarłocznych mrówek wyżerających planetę do cna i plujących jadem niestrawionych resztek po tej resztce lasu, którą zostawiła. To zagłada ładu natury. To zlepek bezsensu. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent populacji, która robi rzeczy nielogiczne.

A jednak coś nie pozwala milczeć.

Czy to ta turkusowa łuna nadziei, którą budzi radio Nowy Świat? Czy blask komety nad horyzontem, który przypomina uśmiech dziecka? No nie wiem.

Wiem tylko, że nadchodzi czas, gdy lepiej będzie znać języki obce. I tu dochodzimy do sedna. Otóż, drodzy Państwo, odkryłam doskonałą metodę nauki języków obcych w try miga.

Zaczęło się jak zwykle „przypadkiem” i rozkręca w tempie huraganu. Najpierw był rosyjski i na tym by pewnie spoczęło, gdyby nie Eve i kilka pomysłów na przetłumaczenie książek na niemiecki. Potem poleciała piosenka po włosku, a Szaman zaczął się uczyć hiszpańskiego. W przełożeniu na angielski, rzecz jasna. I tak oto przyswajam pięć języków. Naraz.

Rozpatruję szósty.

Klawiatur mam sześć. Przeskakuję wśród nich jak zając i niech nikt się nie dziwi, że nie używam emotów. Nie mam czasu.

Na głupoty.

Może to brzmi zabójczo, ale uczenie się jednego języka nie ma sensu. Zasady z kosmosu, słowa obce, drut kolczasty w gardle. Jakbyś chciał kostkę rubika złożyć z jednej ściany. Nie da się.

Ale już sześciu? Zasady podobne, słowa zbliżone, logika bez zarzutu. I nic się nie myli. Chyba że po pijaku, ale to z każdym tak będzie.

Dziś mi się śniło, że śpiewam po hiszpańsku.

Nie wierzę w sny prorocze.

Wierzę w rzeczywistość.

Noemi Susenbach

Na ławce we Fromborku

Na ławce we Fromborku

Znalazłam książkę

„Słownik symboli” Kopalińskiego

Dobre.

Świetne nawet. Trzyma w napięciu

Nie puszcza


Słowa są czyste, uporządkowane

Stare i twarde

Jak kamienie.


Lecz gdy im się przyjrzeć – pył

na nigdy nie uciszonym wietrze…

Kamienie, Noemi Susenbach

Ziarno

Eligiuszu, ach, Eligiuszu! Zabrałeś mnie na łąkę wśród maków, tę samą, której mi tak brakowało. Jesteś czarnym motylem poezji, zdumionym prozą życia. Tak łatwo poszarpać ci skrzydła!

Nic nie powiem. Nie mogę.

Miałam dziś pisać o niczym. O niczym zupełnie. I pewnie by poszło jak burza, gdyby nie on. Gdyby nie on…

STOP.

O niczym. O niedzielnym popołudniu z nutą Summer in the city w tle. O parzeniu herbaty. O parzeniu herbaty zielonej. O tym, że Szaman fusy wyrzucił, moje święte fusy (!) i o to była poranna awantura. A już prawie Wiłka zaproszona na melanż. Od trzech dni nic tylko świętujemy, spotykamy się, a to z Wiłką-Nadią, a to z Ziarnem, a to z Nataszą.

(Wczoraj na plaży spotykamy Nataszę, która mnie rozpoznaje z poprzedniego życia. Patrzy, patrzy, patrzy i nagle bum, wypala z rakiety, że ona mnie zna. Pamięta. Sprzed śmierci. I że: jak to?!)

Od trzech dni kołyszemy się wśród fal oceanu, na jednostce pływającej o nazwie Arka Noemi. W jednostce mieszczą się podobno (wg producenta) dwie osoby. Uważam to za dyskusyjne. Owszem, Leo z Bellą chwilowo nieobecni. Polują. No wyleciała na biwak. Ewelement w swoim świecie. Amma na wyspie chrześcijańskiej. Czerwony Wędrowiec na wędrówce. Starzy przyjaciele za burtą….

Ale reszta tak. Reszta jak najbardziej tak. Nawet Ziarno się mieści. W weekend, mówi, pierdolę. Nie pracuje. I bach do łodzi. Ze mną. I na przestwór głęboki! I na fale mordercze!

Był raz marynarz, który

Żywił się wyłącznie pieprzem

Sypał pieprz do konfitury

I do zupy mlecznej!

– darłam się na cały akwen. Bo wiało. Burza szła w najlepsze, a Ziarno na środek morza ciągnie. Mówię, debilu, zginiemy, a oprócz nas zginie ten diabeł, twoja córka!

– Jeśli zginie, znaczy słaba! – krzyczy Ziarno, czym mnie od razu koi. A dla komfortu dodaje, że wiatr od lądu, wrócić będzie ciężko, oj, ciężko. I dalej w szanty.

Hej, tam kolejkę nalej!

Hej, tam kielichy wznieście!

Tak było. A dziś poezja ze wschodu, bo raz że Wiłka zaczęła tworzyć, dwa: Eligiusz.

Istnieje.


Latem w mieście drga powietrze

A nuty snują się po wietrze

Ziarno, Noemi Susenbach