Pantera i lew

Pantera ma na imię Bella. I żeby nie było zbyt łatwo – wcale nie występuje solo. Jej partnerem (Cieniem) jest Leo. Oboje są w cholerę drapieżni, absolutnie, totalnie niebezpieczni.

Gdy kilka tygodni temu stwierdziłam obecność kuguara w Pokoju Nocnym, wpadłam w sidła myślenia tunelowego. Ot, genialna jestem i przenikliwa. AŻ stwierdziłam czyjąś obecność. Ta. Takie rzeczy to najmniejszy Indianin nosem wciąga. Zresztą, nie trzeba być Indianinem, żeby takie rzeczy. Średnio zaawansowana intuicja na poziomie trzy i pół – czyli kretyna* – ogarnia temat.

Tymczasem ja popełniam cały pean na własną cześć, o jeny, wyniuchałam kota.

No więc nie kota, tylko dwa koty. Jeden z nich to lew, drugi – tajemna pantera. Czemu tajemna? Bo choć coś mi się najpierw zdawało, a potem osobiście (TAK!) ją poznałam, nadal nie ustaliłam gatunku, tego ścisłego określenia: jakąż panterą może być?

Coś mi mówi, że mglistą.

Mam ku temu parę wskazówek. Ale o tym potem.

W ogóle wszystko potem. Nie mam siły teraz opowiadać ze szczegółami, jak ich znalazłam. Powiem tylko, że wyszłam do Kancelarii, dokładnie: do Kwiaciarni zwanej Kantorem (która, jak pamiętacie, płynie za Arką Noemi) ch-y-ba rzec Kanclerzowi, czyli Ziarnu, że dobrze sprawuje swoją powinność, jako Anioł Śmierci.

Ale niekoniecznie.

Mogłam tam iść zupełnie z innych powodów, o których teraz nie mam siły pisać…

ONI TAM SIEDZIELI.

Kuźwa, w winiarni. Świątyni demona. Siedzą i piją PPRROSSECCO jak rasowe lemingi, w dodatku, jakby to było zabawne: w maseczkach.

I palą fajki.

Ze starego WW zdążyłam wyrwać tylko Ewelement. O innych nie pytajcie. Przynajmniej nie mnie. To oczywista sugestia, postanowiłam wszak nie stosować trybu rozkazującego w mowie ani w piśmie. Jedno i drugie jest święte. A z pismem to wręcz się cacka.

Na rysunek nie liczcie. Od wczoraj nie wstaję.

DZIEJE SIĘ TERAZ WSZYSTKO.


*czyli to, co obecnie wykazuje ludzkość.

Lajla tow

Jezioro leży przy cmentarzu.

Ale to nie jest zwykły cmentarz. To kamienny krąg dusz, gdzie każdemu kamieniowi odpowiada zatopiona w niebie gwiazda. Cmentarz jest gęsto porośnięty lasem, jednak udaje mi się latać. Może nie tak, jak wtedy z Szamanem na meteorycie – jest to raczej spokojne, pełne skupienia unoszenie się nad ziemią.

Najciekawszy jest Krąg Strażnika. Tu skamieniałe dusze kruków łączą się tajemnym sposobem w jedną, absolutną moc.

Zawsze siadam pośrodku. Czuję ten zabawny dysonans, gdy siadam, a jednocześnie kołyszę się w powietrzu między kamieniami a gwiazdami.

Język, w jakim przemawiają zmarli, nie należy do żadnej grupy językowej. To jakby zestaw slajdów, z których każdy jest symbolem, szyfrem, rebusem. Sygnałem. Sygnał dociera do mojej rozkołysanej w powietrzu świadomości i rozpoczyna kojarzenie. Rozmowę. Już wiem, czuję, że Ktoś chce mi coś powiedzieć. Czekam. Tymczasem przede mną rozciąga się granat nocy, wśród granatu swym jaskrawym światłem kategorycznie wykrzykują do mnie dwie istoty.

Jedna z nich nazywa się Księżyc.

Księżyc jest jak Wenus.

Jak noc.

Wielka noc.

Śniło mi się, że latałam po pokoju. To z całą pewnością był pokój nocny, rozświetlony elektrycznym światłem. A ja pod sufitem w euforii. Z tej radości wpadło mi do głowy, żeby zrobić zdjęcie. Pokazać światu, o proszę, patrzcie: latam. Podfruwam więc do stojącego pośrodku lustra, wyciągam aparat i już, już chcę pstrykać, gdy widzę, że w lustrze STOJĘ. Stoję? Przecież się unoszę! A jednak wyglądam, jakbym stała. Zdjęcie szlag trafił. Nic wam nie pokażę. Wszak zabronione.

Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że znajdzie się wśród was ktoś, kto spyta, co ja właściwie robię nad jeziorem? Czemu opuściłam rozszalałe wody Oceanu Pomarańczowego? Otóż opuściłam rozszalałe wody Oceanu Pomarańczowego, ponieważ na Oceanie Pomarańczowym zbiera się huragan. I jest to huragan potężny, ten z rodzaju totalna destrukcja, amen.

(A propos. Wymyśliliśmy z Ziarnem nowy rytuał: – Ciało wirusa. – Amen.)

Zatem na oceanie wieje. Ale nie będę pisać o huraganie, bo nie o nim jest ten wpis. Nie odmówię sobie jednak wzmianki na temat Ewelin, która mi zarzuca, że piszę jak ujarana, gdyż nie poruszam spraw ważnych typu polityka, feminizm i coś tam. Ewelement zaś zauważyła, że w starym życiu wyprodukowałabym już conajmniej cztery teksty o tym, co w dobie zarazy dzieje się w rządzie i Ministerstwie Srerstwie.

Czuję się namówiona. Księżyc z Wenus mi wybaczą, gdy skorzystam z przysługującego mi prawa i na marginesie popełnię mały felietonik:

Banda baranów (dla moich przyjaciółek)

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów.

Baranów banda.

Banda baranów.


Wystarczy. Lapidarność rzecz święta. W Wysokich Obcasach był wymóg, żeby felieton zawierał maksymalnie dwa tysiące znaków. Zmieściłam się. Ale chodzi mi po głowie, żeby zrobić z tego piosenkę. Wpada w ucho. I ma laserowy przekaz. Totalnie w punkt.


Księżyc jest jak Wenus.

Jak noc.

Wielka noc.

Ktoś przez pomyłkę nadał jej rodzaj męski tylko dlatego, że nie ma końcówki „a”. W tym kraju jest nieustanny problem z końcówkami. Tymczasem: nieporozumienie! To jakby mnie nazwać facetem. A przecież istota Księżyc jest tak kobieca, że trudno znaleźć choćby skrawek argumentu dla tego zdumiewającego lingwistycznego zabiegu, przez który Księżyc to „on”.

Po ulicach WW jeżdżą karetki. Słychać zza wnęki międzywymiarowej. To jedyny możliwy sygnał wysyłany ludziom, żeby WIEDZIELI. Tak. Ludzie nie mówią do siebie słowami. Słowa już dawno straciły sens. Ludzie mówią sygnałem karetek pogotowia. Symbolami. Rebusami. Skojarzeniami.

Jak dusze z Kamiennych Kręgów.

Na soczystym granacie nieba Księżyc krzyczy wraz z Wenus. Dziwne, że krzyczą, bo przecież, choć się skupiam, a wokół cisza – słyszę tylko pożegnanie. Czy pożegnanie jest aż tak ważne?

W pokoju nocnym zaczyna wiać nudą. Obleciałam już sufit, zwiedziłam zakamarki, a lustro nie działa. Chwilę się jeszcze pobawię i lecę. Tam, na zewnątrz jest przestrzeń, tam sobie można poszaleć.

Tam jest jezioro. W jeziorze jest noc. I Wenus. I ONA. Dopełniająca do pełni, wypełniona roztopionym srebrem, magnetyczna, przyciągająca, totalna.

Pożegnania są ważne. Być może najważniejsze. W pożegnaniu można zostawić wszystko, ale można też wszystko zabrać. Pożegnaniem się wskrzesza i zabija. Nadzieją karmi. I głodzi.

Ostatnio sporo apeli. Gdzie nie spojrzeć, apele. Jak na spacerniaku. To wolno, tego nie wolno, zostańmy w domach, bądźmy razem, pomóżcie, do grobu złóżcie.

Nikt się nie żegna. Amen.

Robię ostatnią rundę wokół pokoju. Gdzieś tu, na ścianie musi być wyłącznik. Biały, plastikowy pstryczek elektryczek do gaszenia światła. Podlatuje, znajduję. Pstrykam.

I znikam.

Lajla tow. Noemi Susenbach
Part of painting

Pokój nocny

Łaaał. Chwila. Szukam słów. Międzygalaktyczna wojna gwiezdna? Starcie wszechświatów? Apokalipsa? Wszystko zgrane, zużyte, nieadekwatne. Za mało. Za mało słów, żeby opisać to, co się dzieje. I nieważne, w którym języku. We wszystkich językach świata – nadal za mało słów. Kiedyś pisano na skałach. Dwa symbole i konkret. Teraz całe lasy zamieniają w opasłe tomiszcza i nadal nikt nic nie kuma.

Wracając do sytuacji. Dane są takie: zagłada, wojna, koniec światów. Aby to poczuć, porównajmy do konkretnej katastrofy. Potop. Jest potop. Biegam gorączkowo po brzegu w poszukiwaniu drewna na łódź. O, przewrócony stół! Niech będzie. Ze stołu strugam naprędce arkę (bez instrukcji), (Szaman ogarnia), (Boże)… i w ostatniej chwili zabierają nas fale. Ale tam, w wodzie, rękami trzepią skazani na zagładę przyjaciele.

Ci serdeczni, z listy Zło.

Z przepowiedni pamiętam, że mam ludzkość ocalić. Koszty bycia kimś w rodzaju Noe. A więc działam. Szukam chętnych. Człowiek zawsze sięga po to, co już zna, a że ja znam najdoskonalej Węża i Józefinę (przepra za tamte złośliwości) – rzucam koło. Bez skutku. Właściwie ze skutkiem, ale marnym. Wąż jest tak zajęty wojną, że nie widzi zagrożeń. O Józefinie nic powiedzieć nie mogę, bo nic nie wiem. Brak danych. Nie widzę. Tylko czerń, toń, połyskujące fale.

Kuźwa, wiecie jak trudno takim stołem żeglować?!

Jeszcze jedno wyjaśnienie. Arka to nie tylko przedmiot wystrugany przez Szamana Mako z porzuconego na brzegu stołu w celu osiągnięcia jednostki pływającej. Łódź to symbol. Taki obrazek zamiast czegoś. Arka to tak naprawdę Miejsce – Czas – Sytuacja.

Relacja.

Doświadczenie.

Przeżycie.

No więc na mojej Arce na razie niezbyt tłoczno. Poza Szamanem (który co chwila odpływa w kierunku innych mórz) i Ewelement (która co chwila nura do wody daje, że ona SAMA) jest tu, oczywiście, No. Jest też nieodłączna BaBa z PP oraz jej pies. Raz na wieczność pojawia się też Szatan Kometa, ale on raczej z pozycji lotu, niż pływu. To chyba zrozumiałe.

Od kilku dni jest tu ktoś jeszcze. Ale zanim o tym KIMŚ napiszę, muszę choć wspomnieć, co się ostatnio działo.

No więc wojna, wojna, podkopy i strzelanina, strategia, plany. Nie będę zanudzać szczegółami, to dobre dla amatorów Czterech Pancernych i Psa. Mnie w wojnie najbardziej podobają się szyfry, kody, kryptonimy. Zagadki matematyczne, które rozwiązuje tylko TEN (lub TA), kto zna zasadę.

A zasada jest taka, że nie ma zasad.

Brak zasad nie ma nic wspólnego z brakiem moralności, bo to wiadomo. Pewnych rzeczy się nie robi. A to że przeciwnik łamie tę zasadę, nie oznacza, że wolno.

Zawsze, wszędzie, na każdej wojnie to samo. Mnie zawsze wojny nudziły. Teraz też mnie nudzić zaczęło, nawet kryptonimy spowszedniały. Czekałam już tylko JAKIEGOŚ rozwiązania, w dupie tam, mogę przegrać, byle koniec. Ile można się naparzać? Ale wojna trwa i trwa mać. Komuś na tym zależy. Bez względu jednak na wojenne gry przychodzi apokalipsa i zabiera nas z lądów Nadwymiaru. Jesteśmy więc zanurzeni w wodach wiekuistych i czekamy, aż Słońce łaskawie wyjdzie zza smolistych chmur.

Czarno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie. Noc zlewa się z dniem, nikną horyzonty. Pod dnem oceanu zasypiam szczelnie. Zrywa mnie dwunastometrowa fala, z hukiem wyrzuca na pokład. Czyli blat stołu. Słabo?

Tymczasem pojawia się Ona.

Ale zanim się pojawia, mam rozmowę z No, która w całej swojej wyniosłej obojętności na moje zmagania z odmętem (pamiętacie, No jest skrzydlatym Kosmicznym Orłem), raczy mi czasem rzucić jakiś fragment, ziarno słowa, a robi to tak precyzyjnie, że owo ziarno pada na najdoskonalszą glebę i zaczyna się kiełkowanie mocy.

A trzeba widzieć, że po (Boże, ile to już trwa?) tak długim zmaganiu się z PRZECIWNOŚCIAMI LOSU, padam na twarz.

– Jesteśmy z pokoju dziennego, Nemo.

– Co to: pokój dzienny?

– Pokój dzienny oznacza taki super styl. Czyli że fajne jesteśmy.

– A. A kto tak zdecydował?

– Chyba jakaś blogerka. Widziałam ją w pokoju dziennym właśnie. Na zlocie Ludzi Wystrzelonych w Kosmos z Fajności. Pływają tam, na trzynastej.

– I co ta blogerka?

– Nic. Powiedziała, że kto jej nie lubi na Insta, musi opuścić pokój dzienny.

– Co zrobiłaś?

– Wyszłam.

– Dobrze. Bo my wcale nie jesteśmy żaden pokój dzienny. Pokój dzienny, droga No, może nam ewentualnie nosić taborety. Jeśli pozwolimy. My jesteśmy z pokoju nocnego. A raczej: bywamy.

– Dobrze.

Po tych ustaleniach spotkałam się z Ziarnem. Ziarno doczepił do naszego stolika ten swój kwiaciarnio-kantor i ciągnie ze sobą na przemian: Julię lub Agatę. Jestem mu trochę wdzięczna, bo to jednak żeglarz, w razie czego może pomóc. Natychmiast mu powiedziałam.

– Wiesz, Ziarno, co to pokój nocny?

– Weź nic nie mów, ja na kancelarii siedzę!

Fakt. Ziarno w moim Pałacu Myśli zajął kancelarię. Słowo o Pałacu Myśli. Oczywiście, że wiem, że to jest pałac pamięci. Ale zrozumcie. Mam niesamowitą potrzebę stosowania skrótów. Jeślibym używała zwyczajowej nazwy pałacu, wdarłby mi się konflikt z niejakim PP, który nie powinien reprezentować czegoś tak doniosłego jak mój Pałac Myśli. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno.

PP. Wymyśliłam na niego sposób. Kiedy szczeka, wyobrażam sobie, że robi to w rytm piosenki PP wróć. Budzi to we mnie wyłącznie pozytywne emocje.

Już nie chcę go zabić.

Dobra, wróćmy na ocean. Na Arkę Noemi. Do pokoju nocnego. Pokój nocny ma to do siebie, że nie wystarczy go polubić. Ważniejsze jest to, czy pokój nocny lubi.

Ale najważniejsze, że w pokoju nocnym króluje Ona.

Niewiele jeszcze o niej wiem. Pojawiła się zupełnie nie wiadomo skąd. Według moich ustaleń – wdarła się przez sen. I od razu zajęła cały pokój. Nocny.

Jest czarna. W mroku jej właściwie nie widać, tylko oczy świecą żarem. Na pewno groźna, bo to dziki kot. Puma. Kuguar.

Siedzi i pomrukuje, a z treści pomruków wnioskuję, że interesuje ją głównie zabawa. Ale wymagania co do zabawy: z kosmosu. Nie wystarczy piłeczka pingpongowa, czy jakieś żenujące świecenie laserem. – Wysil się – zdaje się pomrukiwać mrok w niejasnej części pokoju.

NOCNEGO.

Zastanawiam się, czy to nie jest nowe wcielenie ocetolota Nuny, która, jak pamiętacie, uwielbiała znikać. Znów znikła jakiś miesiąc temu i tak oto (tu się domyślam) powędrowała ku małej śmierci. A śmierć, zwłaszcza mała, dokonuje wielkich zmian. Białą przytulankę zamienia w mroczną bestię. Proste.

Albo może to Sechmet, znudzona rzezią, szukając w istnieniu większego sensu niż zabijanie, wskoczyła do sypialni się pobawić?

Nie wiem.

Grunt że mam na pokładzie zblazowanego kuguara, który z pewnością nie przyszedł tylko po to, żeby spać. Kuguar wywraca do góry nogami taborety, zamienia literki, robi totalny bałagan i za nic nie przeprasza.

Chętnie pozuje, pod warunkiem jednak, że pozowanie odbywa się w absolutnej ciemności. Trudno nakarmić kocie ego, gdy można się jedynie domyślać, jak wygląda. A jednak kategorycznie domaga się portretów.

Miałam w życiu do czynienia z narcyzami, ale to już przechodzi ludzkie pojęcie. Kiedyś czytałam Życie Pi – facet w szalupie z lwem bengalskim. Na oceanie. Niespokojnym. Tymczasem ja na oceanie oceanów, na samym Oceanie Pomarańczowym (znikąd lądu), z ewidentnie szukającym zaczepki kuguarem, który jednym ruchem może zedrzeć ze mnie skórę.

Ot, choćby dla upragnionej zabawy. Dla tych siedmiu drańskich sekund frajdy, która przecież może nie przyjść nigdy, jeśli się tej skóry nie zedrze.

Ze mnie.

Pisać nie mam siły. Mogę tylko rysować. W dodatku zmuszona jestem do rysowania wyłącznie jednej postaci, która chyba tylko dlatego że ją rysuję – jeszcze mnie nie zjadła.