UFO

Kot urodzinowy. Porusza się z prędkością światła w zasięgu międzygalaktycznym. Pali sporo, średnia 420. Ale biernie. I tylko biopaliwo.

Stanowi obiekt niezidentyfikowany, gdyż nie sposób go złapać. A właściwie ją. Chyba.

Transportuje gwiezdne pająki, przesadza rośliny, bierze udział w dyskusji. Dysponuje inteligencją do końca niezbadaną. Wiadomo jednak, że nie nosi maseczki, co plasuje ją wyraźnie powyżej gatunku ludzkiego. 

No i jest piękna. 

UFO. Noemi Susenbach

Pętla ewolucji

Tak naprawdę niby moment. Mgnienie. Niepojęte boskie natchnienie. Ułamek procenta sekundy na srebrzystej tarczy kosmosu. Chwila tak krótka, że (chciałoby się rzec!) niezauważalna. A jednak. NIESTETY. Trwa. 

Przydałby się jakiś meteoryt, planetoida, coś spektakularnego i ostatecznego zarazem: trzask, łubudu, koniec. Tymczasem nic się nie zmienia, dzień za dniem kalendarza wciąż to samo. 
Luty. 
Luty. 
Luty.

Może Narodzenie

Wicher się składa z powietrza. Ta właściwość pozwala się wciskać w najciaśniejsze zakamarki. Siłę wichru trudno przewidzieć. Można się domyślać na podstawie skąpych danych. Wynik i tak jest przybliżony. Albo, co prędzej, oddalony. 

Charakter wichru: uparty. Tym uporem, co nie znosi odmowy, a jeśli nawet, to pozornie. Nie spocznie, dopóki każdych drzwi nie otworzy. Dopóki każdej zapchanej, zapomnianej dawno dziurki od klucza do ostatniego paproszka z kurzu nie przedmucha. 

Wwieje się na opłatek, na toast, na chwilę, przycupnąć, zbłąkany talerzyk ledwo święconką napełnić. Symbolicznie, rzecz jasna, bez zobowiązań. I takiego bałaganu narobi, że wujek z dziadkiem w grobie leży. Któż pobieży? Nikt, wszyscy na pasterce. Zdystansowani społecznie, na osobnych biegunach po zero siedem – rozbujani. 

Tak, tak 
Przekażmy sobie znak
Pokoju nocnego 
Taboret nogami do przodu
Wujek z dziadkiem do grobu 
W imię ojca
Naszego
Świętego

Wicher to zmiana. Dziecko śmierci. Może Narodzenie?

Może Narodzenie. Noemi Susenbach

Nife, jądro Ziemi

Serce. Rytm miarowy, częstotliwość niska. Każde drgnienie daje następnemu sił. Życie się życiem napędza. Ale wystarczy na chwilę przestać oddychać. 

Im dalej, tym trudniej. Śmierć jest jak rzeka, nieskończony nurt. Płynę wzdłuż kajakiem, wiosłem odpycham ciała. Woda ma kolor czerwony. 

Poruszam się z prędkością trzydziestu kilometrów na sekundę. Zwykle więc jestem daleko. W tym wymiarze światło ma kolor pomarańczy. A czas nie zatacza koła. Płynie po elipsie. Każdy dzień rozkręca kolejny, większy, mocniejszy. Raz, dwa, cztery, szesnaście…

Splątane kości bolą. Ból to wołanie ciała. Informacja. Matematyczna łza. Napinam więc mięśnie, wyszarpuję kości. Mozolnie osadzam je w stawach. 

Czeka mnie podróż wgłąb Ziemi. Przez sam jej płynny środek. Podobno ciepło. Rzeczy raczej zbędne. O kryształ nietrudno. Wolno palić. Raj. 

Lubię ogniste krzewy. Płoną zakazami. NIE I NIE, TAK I TAK! A JAK NIE TO TAK! A JAK TAK TO NIE! Prawdziwe bungee jumping, żal tylko, że na żadnym opakowaniu nie można przestrzec: Uwaga! Strasznie ten krzaczek klepie. 
Nie umiesz, to nie pal lepiej. 

Mam kilkanaście lat
Oto przychodzę na świat
Oddycham coraz lżej 
Ważę coraz mniej 

To znak 

Że zmieniam się w diabelski wiatr

Nife. Noemi Susenbach

Galaxy

Szczęście ma kolor pomarańczy. Jest złożone z ciszy. Zaczyna się śniadaniem w łóżku, przekształca w kąpiel przydługą, ponowny nur w pościel, przerzucenie kanałów, by wreszcie zawisnąć w trwaniu po wieczność, jaką stanowi TERAZ. 
Nirwana. 
Spokój. 
Assolutamente niente

Duchy, owszem, obecne. Karmią się nicością. Przemykają, mruczą. Któryś nadepnie pilot, włączy komunikat. Ekran ciekłokrystaliczny kosmicznym światłem płonie. Pod kołdrę chowam dłonie. 

Ciało to też temat. Niewyczerpany. Między kością strzałkową ramienia a duszą pakującą plecak jest co najmniej sto tysięcy wierszy. 

Wysoko, widać dachy. Jeden ma kształt kopuły, nazywa się Galaxy. Z obiektu wypadają ludzie. Trzymają w dłoniach torby. W torbach są dzieci z Bangladeszu. Ich dzieciństwo. Na święta. 
W głośniku ryczy piosenka. 
Dobrze, że nie słyszę. 

Nie pamiętam.