UFO

Ląduje na Arkę bez pardonu. Bo prostu płacz i afera, kot nie chce być sam, a potem nagle leży na pufie Wifi i próbuje ją trafić łapą.

Wifi ze wszech miar zachowuje godność.

UFO to Kot Prosiaczka. Płeć, uwaga: kobieta. Jak na kobiece umaszczenie: unikat.

Prosiaczek lata z No po przestrzeni kosmicznej i nie ma czasu. Jasna sprawa. Maturalna klasa. Kto przez to przechodził, wie doskonale, że się wtedy nie ma czasu. Owszem, sama niedawno napisałam, że każdy ma tyle samo czasu, zapomniałam dodać erratę.

KAŻDY OPRÓCZ NASTOLATKI.

Czas nastolatki jest zjawiskiem nienormowanym, wyłamuje się z praw fizycznych, skraca i wydłuża bez kontroli, a w okresie okołomaturalnym wykonuje akrobacje. Wśród tych akrobacji pojawia się nagle UFO, osamotniona plamka życia w wielkim pustym domu. I oto jadę w nocy uberem na pomoc, UFO wciska mi maleńką głowę w płaszcz i płacze, płacze, płacze.

A teraz łazi po stole. Gdy tłumaczę, że nie wolno, zmienia temat. Szaman zamienił się w Szamamę i się z UFO nie rozstaje. Całą swoją czułość skierował w stronę tego postrzelonego kłębka i serio, nie wiem, co myśleć. Zrobiłam im zdjęcie, jak śpią. Wielki Szaman i zwinięta w błogi paragraf ruda ociupinka na jego ramieniu. Trzymam to zdjęcie na czarną godzinę, gdy już nie będzie co jeść (wszystko zje UFO), sprzedam za milion dolarów.

UFO. Noemi Susenbach

Mrożone maliny w gorącej czekoladzie

Nie używam czasu przeszłego. Darmo używać coś, co nie istnieje. Ale zanim to pojmę, muszę przenieść się w czasie.

Siedzimy z Bellą w ogrodzie, patrzę na zegarek, wskazówki na tarczy biegną odwrotnie. Grom wie, co się dzieje, mówię do Belli, ja spadam. Wszelkie tripy są jednak za bardzo, dopadła mnie tęsknota za rzeczywistością, KIEDY WRÓCI TERAŹNIEJSZOŚĆ?!

Człowiek jej nie docenia. Czasem musi zajść aż tam, do mroków przeszłości, do wrót śmierci – by wreszcie zrozumieć jej wartość.

Opuszczam taras Belli, ale od podróży w czasie nie uciekniesz, trafiam więc do jakiejś szkoły, wchodzę do klasy, spóźniona jak zwykle, patrzę: piszą sprawdzian. Już, już chcę się wycofać, gdy mnie zauważają. A ja nawet kartki nie mam. Ani długopisu. I zaczyna się mozolne, dobrze znane szukanie czegokolwiek, by napisać cokolwiek, by jakkolwiek wypaść. Wreszcie znajduję jakiś fragment (kolorowego) papieru, mam też coś do pisania, nie wiem tylko jaki temat pracy…?

– Wszystkie przewinienia w roku.

Jezus. Nie pamiętam. Może ściągnę? Inni piszą. Dużo piszą. Co by tu… Spóźnienie! Ok, co dalej? Rok! Wiem, jaki jest rok, zacznę od niego. Zaraz, zaraz. Czy na pewno ten? Raz, kozie, usiłuję stawiać cyfry, ale i to nie wychodzi. Tusz w tym samym kolorze co kartka, śladu nie zostawia.

NIE MOGĘ NAPISAĆ ABSOLUTNIE NIC.

I bach, dzwonek, koniec lekcji, przerwa. Wokół wyciągają kanapki, w właściwie torty piętrowe, stawiają na stołach. Chętnie po nie sięgam, ale torty jakby z powietrza. Rozpływają się w dłoniach, rozmywają na talerzu, nie ma, nie ma. Znów próbuję coś zjeść, gdy ktoś mnie pyta: – to twoje ciasto?

– Nie. Nie mam swojego – odpowiadam.

– Dlaczego?

Znam odpowiedź*. Jednak w teleturnieju, gdzie stawką jest powrót do TERAZ, nie chodzi tylko o to, żeby znać odpowiedź. Najwyższą trudność stanowi jej wykrztuszenie.

Mrożone maliny w gorącej czekoladzie. Noemi Susenbach

* BO MNIE NIE BYŁO.

Bad trip mojej mamy

A może wiersz?
Zamiast pikantnych szczegółów
jak to dzwoni telefon
w środku nocy

I mówi:
Twój Syn na oiomie,
a właściwie w piekle
przegrywa *teleturniej*
bo źle trafił
KWAS.

W karetce przestaje oddychać
Cud, że go znajdują
gdy on wysyła
Gołębia.

To twój pogrzeb, mówi Roman.
Twój i twojej mamy.
Dlatego tam siedzi
wśród zmarłych

Wkurwiona, jak zwykle
i napięta w sobie
tylko czeka
żeby powiedzieć:
WRACAJ.

Bad trip mojej mamy. Noemi Susenbach


Kobieta w kuchni

Wąż kiedyś powiedział, że robię „chujowe” spaghetti. Dokładnie tak się wyraził. Było to moje ostatnie spaghetti w życiu. I w ogóle ostatnie wszystko. Teraz gotuje mi Szaman i muszę przyznać, że w sztuce kulinarnej jest niepokonany.

Szaman robi doskonałe szamano.

Kultura patriarchalna polega miedzy innymi na tym, że mężczyzna pragnie mieć kobietę w kuchni. Pierwsza kobieta to matka, a niemal każda matka jest przykuta do garów niczym galernik. Tymczasem się okazuje, że facet ma całkiem sprawne ręce, koncertowo radzi sobie z czymś tak nieokiełznanym jak patelnia i żadnej kucharki do szczęścia nie potrzebuje.

No chyba że chce do mamy.

Jak widać powszechnie, większość mężczyzn chce do mamy i rości pretensje, by jego partnerka się w nią zamieniła. Gdy to się nie dzieje, protest. I że „chujowe”.

Chciałam narysować to spaghetti. Miałam taki pomysł, że aż mnie samą rozśmieszył. Ale nie mam czasu. Piszę książkę.

W kuchni.

Kobieta w kuchni
fot. Eva Patzelt

Alkohol i narkotyki

Uwielbiam soboty. Cały świat wciąga kreski, żeby przeżyć po wczorajszym, a ja tymczasem leżę w pościeli, kiwam palcem u stopy i słucham Agar Agar. Przywilejem nudziarzy jest dobre samopoczucie. Zero kaca. Zero szwendania się po dusznych lokalach. Nieprzespanych nocy brak.

Alkohol i narkotyki mają dwie drogi. Obie dość odrażające. Albo człowiek wymiotuje i jest to obrzydliwe. Albo nie wymiotuje i to jest jeszcze bardziej obrzydliwe.

Bardzo ciekawe, że ludzie muszą się napić trucizny, żeby ze sobą wytrzymać.

Każdy przychodzi na ten świat z misją. Zadaniem iście herkulesowym. Bella na przykład ma przestać walczyć. Odpuścić. Zważywszy, że jest Planetarnym Wojownikiem, w dodatku lekarzem, chirurgiem, w sensie: pracuje przy stole operacyjnym, na którym leży człowiek, czasem jest to dziecko, no więc leży dziecko i umiera… faktycznie. Jej zadanie jest trudne.

Moje też jest trudne. Nazywa się CIERPLIWOŚĆ. Misja dla Wichru niby niewykonalna. A jednak. Zamiast wiać po klubach, leżę oto w pościeli i jedyną moją aktywnością jest kiwanie palcem u stopy.

Alkohol i narkotyki. Noemi Susenbach

List do Białego Psa

Kiedy byłam w szpitalu psychiatrycznym*, wydarzyła się zabawna historia. Po tygodniu spędzonym w pokoju z wariatką alkoholiczką rąbnęłam walizką o podłogę, spakowałam rzeczy i w milczeniu wyszłam. Ona miała jakieś pretensje. Nieważne. Chodzi o to, że wprowadziłam się do pokoju obok, a tam mieszkała piczka zasadniczka. I od razu do mnie, że owszem, mogę z nią mieszkać, ona się zgadza, a nawet, co tu kryć – cieszy!, ale są pewne warunki i należy trzymać się swoistych reguł, mianowicie że są dwie. W tym pokoju bynajmniej.

Reguły lecą tak:

  1. Żadnych imprez, koleżanek, hałasów! Chociaż koleżanki, cóż, niechby i KOLEDZY, czemu nie, ona sama się chętnie dołączy, a imprezy, komu to właściwie przeszkadza; ostatecznie, niech będą!
  2. I to właściwie wszystko.

Trzymam się tych reguł żelaźnie. Tymczasem jest dzień Białego Psa i śnił mi się Biały Pies. I wiem, że anegdotkami z psychiatryka się nie wybronię. Aczkolwiek warto próbować.

Orionie.

Masz w głowie korytarz, w którym tkwi hasło „miś”. To korytarz telepatyczny. Miś ma kolor różowy. Jest skaleczony.

Nazywa się Wrosiaczek.

Opowiem ci o nim więcej, ale musisz się do mnie odezwać.

—————————————————————————————–

* Może jeszcze zrobicie ze mnie wariatkę?

List do Białego Psa. ZK

Dlaczego palę

Dlaczego palę?

Bo pochodzę z piekła.

Nie ma innej drogi, niż ta

przez OGIEŃ.

Żywioły mają swoje kaprysy,

żądają ofiar w substancjach smolistych.

No trudno.

Żeby się tego bać,

trzeba być durną.

*

Ciekawe, czy ludzie widzą,

kiedy latam?

Nikt do mnie nie podchodzi

i dobrze.

Bo jak by kto podszedł

to by zginął.

BUM!

Tarantino.

*

Pięknie mi się leci…

na czerwonym skrzydle smoczym, płonącym pierzem pokrytem…

Ogień jest gotów wystrzelić,

pretekstu pozbawion,

grzeje mnie jeno po białość.

A każdy kolejny trzepot wstrząsa planetą całą!

Jakby mógł wstrząsać połową.

Białogłowo.

*

Achtung, bebe!

Zaczęła się szkoła.

Szkoła zaczyna się Świętem Śmierci.

Nic się tak źle nie kojarzy.

Dlatego tak jest.

Dżembori Dżez.

*

Dlaczego palę?

Bo jestem z piekła.

Pozdrowienia przesyłam.

I uściski gorące!

*

Ze wszystkich swoich wcieleń

Najbardziej lubię być brzdącem.

Brzdąc. Noemi Susenbach

Kąpiel Kleopatry

Pamiętaj, aby dzień święty święcić!

Owszem, mam parę zastrzeżeń do Dekalogu, sama forma podania jest już dyskusyjna. Każde logicznie myślące dziecko ma w sobie bunt, gdy musi stosować się do zaleceń wygłoszonych przez gorejący krzak. I chętnie poznęcam się nad tematem, ale innym razem. Dziś się nie kłócę. Dziś jest Niedziela. Święto relaksu. Dzień kąpieli w mleku.

Już dwa tysiące lat temu ludzkość znała cudowne działanie mleka na skórę, dlatego gotowa jest zapłacić sto czterdzieści miesięcznych pensji szwaczki z Bangladeszu za pojemnik zero trzydzieści milinanograma kremu z napisem, że ma proteiny mleka. Czy coś tam. Pamięć po mleku? Chyba.

Żadnej babie nie przyjdzie jednak do głowy, żeby pójść do spożywczaka, kupić litr tego cudownego płynu za trzy złote i wlać do wanny. Chyba że na „poradnik zdrowie” przeczyta, ale i to nie wiadomo. Nie ma czasu przecież. Musi zasuwać na trzy etaty jak koń, bo mąż i dzieci oraz WSZYSTKO. Zero trzydzieści milinanograma pamięci po mleku działa przecież „cuda”. Nie trzeba spać, wypoczywać, ani pływać w rozkoszy.

Bo kąpiel w mleku to czysta, obezwładniająca rozkosz.

Więc jak tam sobie chcecie.

Kąpiel Kleopatry. Noemi Susenbach

Pełnia czyli Pokój nocny

Pełnia, Noemi Susenbach

Nie wiem, co jest w tej pełni szczególnego, może to, że nie wiadomo: gdzie lampa, gdzie Księżyc? A może to, że nie wiadomo: dzień to czy noc?

Od rana czuję paniczną potrzebę zniknięcia, dokładnie taką samą, jaką bym czuła na miejscu Księżyca w tym stanie właśnie. Wszak stan bycia totalnego, bycia na maksa wywołuje tęsknotę za niebyciem w ogóle. Pamiętam, jak przed laty po cichu pisząc swe zapiski na blogu, w jednym momencie stałam się sławna.

Od razu zapragnęłam zamknąć blog.

I tak z Księżycem dzisiaj. Wypełniony sobą po brzegi, ostatecznie się schował za chmury. A całą energię z niewidzialnego świecenia wysłał wprost w moje serce. Przeszyta na wylot zimnym światłem, leżę od rana bez tchu wymyślając, kogo by tu sensownie ukatrupić.

W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy ZUS. Albo kościół katolicki. Jedno i drugie! To by było coś. Dużo korzyści dla ludzkości. Dużo pieniędzy, miejsca, przestrzeni – zaoszczędzonych. Nerwów i niegodziwości kres. Ale tak się to rozsiało po globie, że nie wiadomo w kogo celować.

Poza tym nie chce mi się z łóżka wstawać.

Najlepszy jest strzał, który nigdy nie pada. Bezgłośne pif-paf. Zabijam ZUS, kościół i całą resztę. Wszystkich po kolei. Z psychopatyczną satysfakcją słucham błagalnych jęków. Litości nie przejawiam. Łubu-du, lecą głowy ze stołków. Gilotyna jak krajalnica do jaj.

Ajajaj!

MM mnie namówiła na rubrykę. Będzie się nazywała Pokój nocny. Przy okazji wytworzyło się między nami pole elektryczne o wysokim napięciu z powodu notki bio, selfie i różnych innych bzdur. Ostatecznie wysłałam jej serię z karabinu o treści „pierdolę” i tak powstała jedyna w swoim rodzaju charakterystyka podmiotu lirycznego.

NOC

DZIEŃ

NOC.

Na zusowe zwłoki

naciągamy koc.

DZIEŃ

NOC

DZIEŃ.

Kościół katolicki

jest wyrżnięty w pień.