Niebieskie ptaki

Niebieskie ptaki rodzą się po cichu. Śpią ukryte w gniazdach nie zważając na gniew boży. A potem, dziwnym lecz nieprzypadkowym zrządzeniem losu następuje zaćmienie słońca, potajemnie dostają skrzydeł i fru!

Na spokojnie płonącej planecie zrywa się wiatr. 

Gdy mnie tak niesie, owijam się szczelnie w purpurowy koc. Pióra nie schronią przed zerem absolutnym. Pozwolą jednak być ponad. 

Niebieskie ptaki. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Mała Księżniczka

Pochodzi z planety o nazwie Purpura. Jej historia nie kończy się ukąszeniem przez żmiję, przeciwnie. Jej historia zaczyna się ukąszeniem przez węża. I prawdopodobnie nie kończy się nigdy, tak jak nie kończy się droga biegnąca po okręgu. 

Czym wszakże różni się koniec od początku? Czy jeden i drugi nie stanowi siebie nawzajem? Cóż, Mała Księżniczka jest dziewczynką, a dziewczynki są z natury silniejsze, co pozwala im przetrwać niejedno ukąszenie, co z kolei pozwala koniec nazywać początkiem. A dopóki koniec jest początkiem, dopóty droga biegnąca po okręgu tonie w kwiatach. Nie są to żadne róże, ale stokrotki, niezapominajki i mlecze. Mniszki lekarskie. Babki lancetowate. I szałwiodziurawce. 

Podróże zakazane! Od kiedy na Ziemi wybucha panika z powodu bliżej niezdiagnozowanej choroby, statki kosmiczne przestają latać. Purpura oddycha bez maski. Oddychałaby jeszcze lżej, gdyby nie ziemskie kosiarki spalinowe, piły łańcuchowe oraz ciężarówki wywożące tony śmieci każdego dnia bez wyjątku po sześć na placówkę z czterema kubłami. Nie wiem zresztą dokładnie, musiałabym policzyć, ale nie chce mi się wychylać głowy z atmosfery. 

Atmosfera Purpury ma barwę turkusu. 

Baobabów nie stwierdzono. Wiadomo jednak z całą pewnością, że rosną tu gorejące krzaki. Gdyby zarosły całą planetę, pewnie by spłonęła i cześć. Ale nie zarosną, bo rządy sprawuje kobieta. I niech ten argument wystarczy. 

Czy Mała Księżniczka ma jakichś przyjaciół? Całe mnóstwo. Nie mają profilów w internecie, milczą niezapytani, a zapytani – też milczą. Są zbudowani z kamieni, szmatek lub sierści. Od tych w internecie różnią się tym, że mają duszę. Duszę ma bowiem ten, kto z niej się nie odarł. 

Czasem na Purpurze pada deszcz. Nie jest to zwykła ulewa, nie jest to żadna mżawka. To burza. Z piorunami. Z zsynchronizowanym wybuchem wulkanów. Trzęsieniem płyt tektonicznych. Apokaliptycznym huraganem o barwie niebieskiej, rytmiczną zagładą. Giną wtedy wszystkie żale, umierają w rozpaczy smutki. Przytwierdzone do skał drabiny lecą w bezdenne przepaście. A potem zapada cisza. I znowu, od nowa, po drodze – teraz już innej – w nieskończoność okręgu mknie nigdy nie znudzone sobą życie.