ZŁO

Jak się nie domyślacie (bo w ogóle o tym nie myślicie) – przeszłam załamanie nerwowe. Kto by pomyślał? Załamanie nerwowe po śmierci. To coś jak migrena za życia. Każdy na ciebie patrzy jak na ucieleśnienie fanaberii. Ale takie są fakty.

Przeszłam takie załamanie, że przestałam pisać. A to już poważna sprawa, bo ja, kochani, pisałam zawsze od kiedy pamiętam bez postoju, żadnych ulg. Non-toper.

Tymczasem przyszła wojna, zostałam rozstrzelana, rozstrzelali mnie skurwysyny. Najgorsze, że nie przypominam sobie za co. Mówią, że jest coś takiego jak karma, musiałam zatem w poprzednich życiach nieźle nawywijać. A trzeba wiedzieć, że jak za życia cię nie dopadnie ten bezlitosny rachunek, jeśli nie odrobisz tej swojej pańszczyzny, śmierć będzie straszna. A bywa, że i po śmierci dalej demony.

No i u mnie, proszę bardzo, pełna wersja. Tak mnie rozwaliło, że nie wierzę. Wiara po prostu przestała istnieć. Jeśli się o moją świadomość rozchodzi.

Boże, ledwo żyję. Kuźwa, z tym Bogiem to też wyskoczyłam. Dopiero co przekreśliłam wiarę. No nic, ledwo żyję. Właściwie – nie żyję. Z pewnością nie żyję już na tamtym świecie. W sensie: na tym.

Aaaa!!!

Dobra. Do rzeczy. Miałam pisać o czymś takim jak ZŁO. Kawał tematu. Temat: rzeka. A ja padam na twarz…

ZŁO to skrót od Złota Lista Osobista. Czym jest Złota Lista Osobista? Ano niczym innym jak lista ŚWIADKÓW. Tych, których złotymi zgłoskami wypisał sędzia niesprawiedliwy na dokumencie sądowym najwyższej instancji, sygnowanym ręką samego Lucyfera.

Pięć osób. Pięć osób jest na mojej ZŁO. Pięć osób, serdecznych przyjaciół, którzy uznali, że poświadczą moją wyłączną winę. Że widziały moje życie, mogą spokojnie zaręczyć, że straszliwa ze mnie łajza.

ZŁO to jest skarb. Warto było dostać wpierdol, żeby odejść z rulonem takiej wiedzy.

To na razie tyle. Literacko się nie nalatałam, ale naprawdę nie mam siły.

PS. Tym razem bez rysunku. Prosiłam No, żeby mi narysowała ZŁO, ale powiedziała, że nie wie, jak to wygląda.

Gwiazda, której nikt nie widział

Śmierć to tabu, przemilczany temat. Albo odwrotnie: woda na młyn. Można ją przehandlować na tekst w gazecie, albo rozmienić na drobne rzucone księdzu. Użyć. Wykorzystać. Wybory wygrać. Płytę sprzedać. Lajka dostać. Pohisteryzować na tyle, na ile się opłaci. A potem zużytą wyrzucić, wzgardzić. Przykryć foliową plandeką. Zakopać. Zapomnieć. 

A co z poezją śmierci? Co z jej magią?!

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure? Pamiętacie ten mrok, który nikogo nie przerażał, nikomu nie szarzał życia, przeciwnie: nadawał koloryt?

Co z tego, że czarny! Czy ktoś odmówi czerni elegancji? Czy ktoś zarzuci czerni jakikolwiek brak? 

Nie bez powodu istnieje pojęcie ciała doskonale czarnego. W czerni bowiem tkwi perfekcja, tajemnica domknięcia wszystkich barw świata. Czarny to jednocześnie wszystko i nic. Największa gęstość i najmniejsza powierzchnia. Kategoryczność grawitacji. Totalna niewidzialność.

Niedościgniony paradoks słynnego zdania: „ciemność widzę!” do dziś nie został pokonany w dialogach. Każdy by chciał. Każdy by marzył. Być ujrzanym i nie istnieć. Istnieć i być niewidzialnym. Do wyboru, do koloru. Jedynego. Najlepszego. Czarnego. 

Podobno jest taka gwiazda, której nikt nie widział. Nazywa się Nemezis. Jej potężna grawitacja wyrywa z orbit ciała niebieskie, które krążą gdzieś poza naszą świadomością, dopóki wyrwane ze swojego toru nie zmienią kierunku. Być może to właśnie jej znudziło się panowanie gadów i postanowiła zmieść ich z powierzchni Ziemi jednym niedostrzegalnym ruchem woli wyrywając z toru pokaźny meteoryt. 

Czerń Nemezis ma niezwykłą moc. 

Czerń Nemezis ma moc śmierci. 

Hałaśliwa pstrokacizna tandety wyparła z życia szlachetność śmierci. Ludzkość o niej zapomniała. Jakby jej nie było, jakby nie istniała – niczym kolor czarny. A przecież jest. Na każdym kroku. Codziennie. 

Wczoraj, dziś, jutro. 

Byliśmy, jesteśmy, będziemy. 

Umieraliśmy, umieramy, umrzemy. 

Czy ktoś odmówi jej elegancji?