Lost

Można zachłystnąć się życiem. Warto wtedy mieć świeże powietrze i kota. Albo chociaż słonia, choć to zupełnie inne zwierzę. Różnica polega na tym, że nie wypada mieć tylko jednego słonia, a jednego kota: owszem. Koty są samotnikami, słonie bynajmniej. Jak ludzie. 

Jeśli jednak słoń (człowiek) jest sam, to nie powinien być sam. 

W ogóle nic nie powinien. 

Zawiłość prostych rzeczy bierze się z zawiłości zwojów mózgowych, które przecież, jak je rozprostować, są zupełnie proste, tak proste jak miłość: dwa przedsionki, dwie komory. Plus rytm. Plus nieskończoność. 

Diamentowa podróż

Diamenty to też węgiel. Najpiękniejsze mieszkają we mgle. Zatopione w grafitowe sąsiedztwo tła, wyciągają z siebie pierwiastek. Ich matematyczna regularność aż kłuje w oczy. Wady? Spadają. Wylatują z nieboskłonu i lecą niezauważone gdzieś do umywalki, do oceanu. A przecież nie rozłożą się nigdy. Zmylone ich błyskiem jesiotry gotowe są połknąć każdą zdobycz. Ach, ile jesiotrów zanieczyszczonych! Organizacje alarmują. Diamenty są jednak twarde. I gwiżdżą na jesiotry. 

Piszę to wszystko, robiąc rosół. 

Cząstka Boga

Węgiel ma cztery wiązania, a jest w stanie związać wszystko. Nawet papę Grabka. Takie bondage natury. Papa Grabek, rozłożony na atomy, dogorywa pod łopatką. Śmierć? Śmierć, kochani, trzeba przytulić. I dać jej do czytania Pippi Langstrumpf. Biedna ofiara papy Grabka cała się trzęsie z samotności. Z braku ciepła. Z nie-miłości. 

Węgiel, pierwiastek z nieskończoności, cząstka Boga. Magia, której się nie dostrzega, ponieważ jest zbyt blisko. W środku. W rozpalonym piecu serca. 

Ja pierdolę, papa Grabek, wypierdalaj, albowiem zbyt długo to trwa i mówię to bynajmniej bez emocji. Po prostu rzucam zaklęcie w ogień, a właściwie zaklęcie samo się rzuca, usta się układają w taką właśnie frazę. 

Edukacja przydaje się do tego, aby naprawić szkody, jakie wyrządza. 

Follow me

Rozwój nie polega na gromadzeniu czegokolwiek, wręcz odwrotnie. To proces pozbywania się. Rzeczy, przyzwyczajeń. Wspomnień. Emocji. Wszystkiego, co nagromadzone, wrośnięte, zastygłe, zgniecione w zakamarkach psychiki i ciała. 

Panta rhei. Wszystko płynie. Zatrzymane: umiera. Jeszcze trochę pulsuje, jeszcze chwilę tętni, ale już nie ma prądu, nie ma tlenu. Dusza nie może się dusić, ucieka więc z zapchanego układu, pędzi w górę przez okno, w kosmos. Stamtąd widać więcej. Aha. Więc to tak… 

Jak?

Droga do prawdy prowadzi po okręgu. Od początku istnienia wiadomo. Że nic nie wiadomo. 

Noe

Tylko spokój. Cisza. Mgła, w której się trzeba zanurzyć, przeczekać. A myśli niech płyną jak kry na rzece. A słowa niech brzmią jak rozmowa kaczek. Fiu, fiu, fiu, fiu. Gęg. Gęg. Co mnie to wszystko obchodzi? Naprawdę nie wiem. 

© Noemi Susenbach

Spotkamy się w przyszłym roku

Pojawia się jak duch i tak samo dręczy. Wizja siebie w jakiejś tam przyszłości. Kiedyś. Jak się zapiszę na ten kurs. Jak zrobię karierę. Jak dostanę awans. Już niedługo, w nowym roku.

Tymczasem, wzgardzony w niedostrzeżonym TERAZ stary rok, choćby piruety robił, nie dogoni nigdy swojego ideału. Zawsze będzie coś, co nie pozwoli wizji stać się rzeczywistością. Choćby tafla lustra. Nieprzekraczalna bariera marzeń.

Po co?

Ktoś ci mówi, w co wierzyć, ale aż się trzęsie przy tym, musi przekonać, bo jak nie przekona, to może, o boże, jednak nie ma racji?!

Zdziwić się można, jak zabałaganione są korytarze świątyni. W piwnicach poćwiartowane zwłoki, sadzawki krwi i fetor. Bóg się nie ma gdzie podziać, trochę tu przycupnie, trochę tam, ale właściwie coraz mniej wygodnie, coraz bardziej straszno. 

Złożone ofiary gniją. Nikt ich nie chce. Jak tej sarny z pierwszego dnia świąt. Upolowana, wyrwana z życia, tymczasem wszyscy wege. Bóg też jest wege, przecież nie będzie padliny jeść. Patrzy tylko ze smutkiem, jak kolejne stworzenia giną w imię BOGA. 

Matrix

Facet zadaje osobiste pytanie, ale tak osobiste, że ciary na plecach. Coś, co poza umysł nie wychodzi, bo jest tylko snem i to snem nieopowiedzianym nikomu. A on wie. Kilka sekund konsternacji, patrzenia prosto w oczy. Nie wygląda na kolegę. Sprawdza. Bada. 

Agent Smith? Przypadkowy nieznajomy? Anioł z czwartego wymiaru? A może szatan, ciemna strona wszechświata? Bo przecież nie Bóg. 

Odpowiedź musi być prosta. I jednocześnie zawiła. Na tyle zawiła, żeby się agent-szatan pogubił. Ważne jest ostatnie zdanie, z pytaniem w domyśle, coś w rodzaju: nieprawdaż? Co o tym myślisz, agencie Smith? Zamiana ról jest jak brak śladów. Nic skuteczniej nie zatrzymuje pogoni. 

Ta rozmowa jest poza światem. Tak jak poza światem jest tamto spotkanie w markecie. Ułamek sekundy, przelotne spojrzenie, dwa dni później w gazetach piszą, że to ktoś sławny. Nie żyje. Poznajesz na zdjęciu. Ma twarz anioła. Włosy półdługie. Blond. 

Wymiana myśli. Czy do tego potrzeba słów? A może jest coś poza umysłem, przenika sny i szepce, pulsuje, wybija rytm, kod, do którego dostęp masz tylko ty? 

I agent Smith. 

Planeta pszczół

No mercy

Taki łup zdarza się rzadko. Zwykle są to ptaki, najczęściej orły. Albo ważki. Ważka ma oczy dookoła głowy i leci z prędkością światła. W każdą stronę. W jednym czasie. Podobno helikopter jest nią inspirowany. Dobrze, że ważka o tym nie wie, bo by chyba ze śmiechu umarła. 

A tak honorowo pada ofiarą kota. Gdyby człowiek chciał coś skonstruować na kształt kota, musiałby porzucić zasady fizyki i astronomii, skupić się na molekułach mgły, w której by ukrył mordercze pazury. Wszystko to poruszałoby się bezszelestnie, robiło miny i skoki. 

UFO z kolei poluje na liście. Odnosi sukcesy. Dopóki nie spadnie śnieg, przynosi do domu te jeszcze przed chwilą rozbujane na wietrze, teraz bezradne, pokonane, smutne ofiary polowania. 

Ale gdy sypie, tylko patrzy przez okno i burczy pod nosem do wron. 

Wifi