Porąbana książka

Nie, żeby się skarżyć. Właściwie jest to powód do dumy. Każdy artysta by marzył. Wzbudzać takie emocje?! Że siekiera?! 

Jeśli ją kiedyś ponownie wydam, zamiast poprzedniego, właśnie taki dam tytuł. Porąbana książka. Zaprzeczenie wszelkich nauk. Żadnego wstępu, rozwinięcia, zakończenia. Tylko „łup” w głowę od pierwszej strony. 

Łatwo jest gadać. A gdybym to ja miała tak rąbać? To co? Ostatnio czytam Zasady rysunku realistycznego. Są podstawy. Jest ich sporo. No, ale… Mały leksykon sztuki współczesnej? Chyba z nudów. Szklanka na pająki? Za cienkie. 

Atlas. Atlas Świata. Jest masa do odparcia ciosów, jest powód. §

I shot the sheriff

I shot the sheriff. I jak mnie jeszcze któryś wkurwi, też zastrzelę. Pytacie, jak? To proste. Wyciągam ramię, prostuję i strzelam. On, oczywiście uzbrojony z pałą, w panice chwyta wszystkiego, co tam mu sterczy. Daremnie. Nie ma takiego oficera, co by mnie wyprzedził. Nie ma takiej funkcji, co przegoni wicher. I’M SORRY. Sorry, sorry, sorry…

SAJK. 

TEN STAN

Co robi artysta, kiedy nie tworzy? – Pije! – powiecie. Nie zawsze. – Pali! Być może. Medytuje! Ha, ha, ha. No tak…

Na pewno się miota. Och, Boże, jak się miota! Miotanie to należy do tych beznadziejnych, niemających przyczyny, pozbawionych celu. Stan emocjonalny spławika w bezwonnej i bezsmakowej cieczy o pH równym zero.

Żadnych obietnic, że będzie lepiej. Żadnych zapewnień, że to chwilowe. Wokół bezkres mokrego horyzontu, a ty po uszy w niczym. Nie powiem, że łapiesz oddech, bo oddechu już nie masz. Właściwie, kto wie, czy nie oddychasz przez skrzela. Tylko czym? Czym?! Bo przecież nie tlenem, skoro tlen wszystek wraz z ostatnim wdechem wciągnięty. 

Deszcz, deszcz, deszcz, jakby wody było mało. Niesłusznie odstawiony na bocznicę wagon zna to najlepiej. On to rozumie. I niechby miał żal do losu. Niechby się pogodził. Ale nie, bo przecież jest jeszcze tyle, tyle, tyle… motyle…

Podczas śmierci człowiek szybko się uczy. Niedużo jest czasu do zmartwychwstania. 

Wszyscy jesteśmy Britney Spears

Żeby się w tym wszystkim połapać. Żeby się jakoś połapać. Ojciec więzi Britney Spears i żyje z jej pieniędzy. Sąd odrzuca prawo do własnego życia. O co tu, kurwa, chodzi? O co chodzi?

Śni mi się ten cyrk. To mi się tylko śni. 

A jednak nie. A jednak to się dzieje. Ktoś chce mnie zaszczepić, ktoś mnie zmusza do leczenia. Ktoś mi każe nosić coś na twarzy, ktoś mi mówi, że wie lepiej. Ktoś mi wciska bzdury, ktoś mnie więzi w domu. I jedyne, co mi wolno, to być posłuszną. Zapierdalać i płacić. 

Brzmi znajomo?

Noe na moście

Idę na spacer, na uszach słuchawki, niesie mnie hip-hopowa pieśń patriotyczna, odzyskamy ten kraj, odzyskamy Polskę. Nagle staję na moście, zatrzymuje mnie napis: 

WYJDŹ Z MATRIXA. 

Wskazówek żadnych. Żadnego Morfeusza, żadnej pigułki prawdy. Tylko zbita lufka nieopodal. A więc, co z tą Polską? Co z tym państwem, co to niby jest nasze

Jestem postacią fikcyjną. Składam się z kości i piór. Szkielet to zgliszcza, prawe skrzydło złamane. Ciasny labirynt systemów nie ułatwia ucieczki. Podobno jest spis powszechny. Mimo prawa o ochronie danych, trzeba ujawnić wszystko. I zaufać komuś, komu nie ma podstaw ufać. Bo jak nie, to grzywna. Pięć tysięcy, kurwa. 

WYJDŹ Z MATRIXA. 

Pół życia to sny, ktoś twierdzi, że nieważne. Brak radia, brak telewizji. Zamiast Wiadomości, interesuje mnie świadomość. Nic od nikogo nie chcę, za to oni coś chcą. Chrzest, komunia, podatki, na ZUS bandyckie składki. Siatki, pułapki, koloratki. Pedofilii przypadki. Przychodzę na świat, żeby im płacić?

WYJDŹ Z MATRIXA. 

Mam pieniądze, to je rozpierdalam. 
Palę, jaram, jaram*.

WYJDŹ Z MATRIXA. 

Wolność jest niebezpieczna. Życie grozi śmiercią. 



* Abradab, Kaliber 44, Czerwony Album. 

Planeta krokodyli

Nie wiadomo, co trudniejsze. Dopasować świat do swoich potrzeb, czy dopasować się do potrzeb świata? Pierwsze ma skutki dyskusyjne. A przynajmniej: ryzykowne. Jeśli bowiem dopasować świat do swoich potrzeb, dajmy na to w średniowieczu (lub współczesnej Polsce), może się okazać, że oto zamiast pędzić po kosmosie elipsoidalną planetą, dryfujemy na skorupie żółwia wśród bezkresu oceanu. Średnia przyjemność, choćby z tego powodu, że ocean zaśmiecony maseczkami.

Dopasować się do potrzeb świata? Też bywa z tym różnie. Jeśliby bowiem dopasować się do potrzeb krokodyla, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Ciężko by też było z ciotką Jadźką. Kogo nie wskazać, każdy wymaga cudów. Ich wypełnienie to herkulesowy heroizm podszyty mitologią. Słowem: bezsens. 

Dopasować się do swoich potrzeb? 

Ha, ha, ha, ha, ha!

Kiedy?

Planeta krokodyli
Noemi Susenbach

Koniec świata

John ostatnio w niełasce. Przy przemeblowaniu lampa się przekręca, John ląduje pod ścianą, zapominam o nim, urywa się więź. A jednak mi go brakuje. Noc zarwana, jeśli w ogóle można tu mówić o nocy. W czerwcu. 

Ale już i czerwiec się kończy. Na szczęście.

Wciąż wyglądam jakiegoś końca. Upodobane stają się mi wszelakie kresy, schyłki, ostateczności. Czy to znak nieuchronnego, na papkę przemielonego w publicystyce, literaturze, filmie oraz memach – końca świata?

Oby. Bo już, kurwa, nie mogę. 

AWIZO

Jakby kto łamał głowę, po co są na świecie muchy, służę odpowiedzią. Muchy są po to, żeby człowieka obudzić. I nie chodzi tylko o pobudkę w sobotni poranek, ale też o coś więcej: o skuteczne wyjście z życiowego letargu. 

Przez to latanie ze ścierą za muchami mam wypucowaną kuchnię, umyte okna, przemeblowane mieszkanie i wyprane dywany. O gimnastyce nie wspomnę. Rzuciłabym się do pieczenia ciast, lecz to się wiąże z pożyczeniem miksera od Baby. 

W temacie ciast historia jest tego rodzaju, że od jakiegoś czasu wala mi się po kuchni karton z karpatką w proszku. Brak miksera blokuje sprawę. Jedyne wyjście, to spakować karton w ozdobny papier i wysłać komuś w prezencie. 

Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami. 

Ale chyba nie ma takiej muchy, która by mnie na pocztę zagnała. 


AWIZO

Pani Sylwio, prosimy o pilny kontakt.

Już zapierdalam.
Noemi

Morning song

Pustka. Cały świat sobie z nią radzi, poza mną. Tu wieje. Zaciąga. Nawet trochę duje i na nic zamykanie okien. Na nic zatyczki w uszach. 

Pocieszam się, że tak ma być. Nic, co odchodzi, nie jest mi przecież potrzebne. Balast rzeczy, wspomnień, znajomości, przeżyć. Wszystko jest jak woda, jak wiatr. Drąży ślady, formuje kształty, ale przepływa, przemija, znika. Nieważnieje.

Zmiana to proces twórczy, zwłaszcza, gdy jest destrukcją. Czarna farba jest tak samo ważna, jak biała: coś nie zapłonie, dopóki coś się nie zgaśnie. 

Tymczasem punkt zero, pustka, nic. Tylko ta piosenka. Utwór poranka, nuta pobudki. Zwykle poza preferencjami, nieco drażniąca i uparta melodia, kilka słów, diabli wiedzieć czemu tłukących się w kółko po wewnętrznym uchu:

Każdego dnia dziękuję bogu za to, że cię mam.

W pułapce nieskończoności

Z matematycznego punktu widzenia obrany cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Zawsze znajdzie się ułamek dzielący punkt A od punktu B. Między nimi rozciąga się nigdy niepokonana nieskończoność. Droga. I to ona właśnie zasługuje na miano celu. 

Sens życia nie wynika więc z żadnych osiągnięć, ale z faktu samego istnienia. Wędrówki po niekończącej się osi rzędnych. Lub odciętych (pająk). 

Ową matematyczną zawiłość zdają się rozumieć wszystkie gatunki poza tym, który sam siebie nazywa: rozumny.

Jeśli zaś chodzi o moją wędrówkę: niezmiennie, jak co roku, latam ze ścierą za muchami.