21 gramów

Pod skórą mam sweterek z żył, poplątana włóczka, strasznie drapie. Żeby go spruć, muszę przeskoczyć przez drut kolczasty, zahaczyć i poleci. Ja wtedy też polecę i nie wiem, czy wrócę. Na wszelki wypadek zamówcie mi dwadzieścia jeden gramów. 

®Noemi Susenbach

Breath

Tlen, jedyne lekarstwo. Trzy razy dziennie po trzy serie. Trzydzieści oddechów, zatrzymanie na minutę, głęboki wdech na piętnaście sekund, znów trzydzieści, zatrzymanie, wdech. I jeszcze raz. I jeszcze. Pod koniec trzeciej serii jest faza z kategorii DMT, rezyduję w świątyni wszechświata i zarządzam kosmosem. Zalewa mnie fala empatii, kocham cały świat, ludzie to anioły, a ja jestem bogiem.

Czyli wszystko w porządku. 

®Noemi Susenbach

DO NOT PANIC

Jedyne, co mam do zaproponowania. A jeśli już, to bezruch. Żadnych decyzji. Przeczekać. Schować się pod kocem z gwiazd. Niech się samo zadzieje. Proszę bardzo. W sumie nawet jestem ciekawa. Uciec zawsze zdążę. Wichry poruszają się szybko. Szybszy jest prąd i światło. A tym akurat jestem. 

Tymczasem wcale nie uciekam. Raczej gonię. Wiedźmę kontrolerkę. Robię jej testy. Głęboko do nosa. Mówię, że to konieczne, choć jest szczepiona osiem razy. Za każdym razem boleśnie. Z powikłaniami. 

Papa Grabek w magmie pływa. 

®Zofia Kubryńska & Noemi Susenbach

Strasznie piękna

Hołduje przerażającej maksymie: chcesz być piękna, to cierp. Bez przerwy występuje na scenie. Dźwiga urodę jak krzyż… 

Czasem czytam wiadomości i to jest, proszę państwa, kwi pro kwo. Bo w podawanych informacjach nie ma faktów, tych należy szukać gdzie indziej, mianowicie, najprędzej: w komentarzach. Oczywiście, po zastosowaniu pewnego filtru, który ma wzór strukturalny zbudowany z szarych komórek oraz jeszcze czegoś, czego budowa jest bliżej nieznana, ale myślę, że ma barwę szafirową. Miewa. 

A potem zaraz uciekam do tych wszystkich miejsc, gdzie taką barwę można ujrzeć i wtedy zawsze pojawia się morze. 

Czyż ten tekst nie miał być o pięknie? 

®Zofia Kubryńska & Noemi Susenbach

Magma

Krew jest łatwopalna jak benzyna. Wystarczy ją podgrzać do temperatury zmiennocieplnej. I wybucha. Tymczasem wicher wieje, roznosi pożary po świecie. Próżny alert. 

Najłatwiej płoną twardziele. Ich zbity w gęstą masę smutek ma ładunek milion ton trotylu. Drzemie jak magma w zakamarkach żył, czeka na iskrę. I nagle bum, wyzwala się stłamszona energia i najlepiej by było, gdyby dźwięk przestał istnieć, bo przecież zaraz rozniesie ten świat. 

Płacz w parku Kuźniczki. Twoje rany krzyczą. Leje się płonąca krew po ulicach Wrzeszcza. Ciszej, policja, szepczę ci do ucha. NO I CHUJ, NO I CHUJ, JEBAĆ ICH!, eksplodują słowa. Rozpacz opowiada wszystko, nic mi więcej nie trzeba. Tulę, uspokajam, kocham. 

Niech płonie. 

®Noemi Susenbach

Kulminacja pełni

Moment, w którym zderzam się z własnym ciałem. Kulminacja pełni. Ta moc może przerazić. I nie chodzi tylko o efekt wielomiesięcznego, a nawet dwuletniego siłowania się z papą Grabkiem. No tak, teraz czas na wspomnienia. Dwa lata wstecz. Zaczynam ćwiczyć jogę, stawać na głowie i nagle: trach. Pęka coś w klatce piersiowej. 

Serce papy Grabka. 

Problem w tym, że papa Grabek doskonale funkcjonuje bez serca. Ba, wtedy się uaktywnia. I zaczyna się walka. Dzień po dniu trening. Trenerem jestem ja sama, moja podświadoma wiedza, który mięsień napiąć, żeby dotrzeć do bólu, żeby go rozszarpać. I ta zaciekłość, tak, to też trening. Mięśni twarzy. Bo (tego jeszcze nie wiem) macki obcego (a przecież starego znajomego) docierają do oka. Mam wrażenie, że są wszędzie. Pieką i swędzą. Wolę, żeby bolały. Ale na ból trzeba będzie poczekać. Są tacy, co płaczą z tęsknoty za bólem…

Magiczny moment. Zderzenia z ciałem o mocy dwuletniego napinania mięśni, żeby wyrzucić obcego. A przecież starego znajomego. 

Ciało jest bardzo silne. Ktoś po mefedronie rzuca pielęgniarzami po ścianach. Mnie mefedron niepotrzebny. Rzucam papą Grabkiem po ścianach swojego ciała. I wiedźmą kontrolerką też, choć to kobieta. Odrzucam wszystko, co szkodzi. Mysz się nie przeciśnie. Ciało to twierdza, nie wpuszcza intruzów. Każe się cieszyć z tego, że jest. 

Samowystarczalną, produkującą wszystko co potrzebne do największego odlotu apteką, sex drugs rock and roll ful opcja. 

Największy odlot to życie. 

®Noemi Susenbach

Serce papy Grabka

Sala operacyjna. Nad pacjentem pochyleni chirurdzy, pielęgniarki. Szczęk narzędzi, ciche komendy. Skalpel, jeden, siedem, zacisk, szczypce, nożyce. Nagle łomot za drzwiami, krzyk, z hukiem wpadają terroryści. Napad, wojna, powstanie warszawskie. Uzbrojeni mężczyźni. Bez słowa, po prostu drzwi, kopniak, strzały. Cały personel we krwi leży na podłodze. Terroryści wybiegają z sali. Na stole zostaje jedyny ocalały z masakry, podłączony pod aparaturę, rozcięty, uśpiony, ale żywy: pacjent. 

Ten pacjent to ja. 

***

Coś mi mówi, że sobie poradzę. Co? Logika. Po stronie logiki są sny i intuicja. Brak danych, co zabijają przedwcześnie. Samotność jaskiniowa, asceza. Cisza, w której słychać rytm serca. Szum krwi.

Papa Grabek to twardziel. Kruszeje, jak oni wszyscy. Własne pomniki. Kamienie bez serc. 

***

Mam dziesięć lat, jestem w szpitalu. Coś mi przy obojczyku rośnie i strasznie boli. Dwie młode pielęgniarki wycinają na żywca, ja się drę, tak strasznie się drę, ale nic, świat wiruje dalej. 

Nie do końca mi to wycinają. Zostawiają serce. Serce zamienia się w pocisk. Pif paf. To z kolei ja. Po latach. Z obcym w piersi i plastikowym gnatem w dłoni. Kogo zastrzelić? Służbę zdrowia? Boga? Siebie? 

***

Logika. Po jednej stronie. Po drugiej zaś stronie, tak, tak, znamy już, znamy: wiedźma kontrolerka. Tańczy. 

Noemi Susenbach
fot. Ula Krojec

Deszcz

Wiedźma kontrolerka jest żałobą po papie Grabku. Wszystko musi mieć swój porządek. A zwłaszcza obrządek. 

Żałoba to taki stan, który mnie fascynuje. Bo niby nie trzeba, a trzeba. Coś od góry przygniata do ziemi. I nie puszcza, a jak się zerwać, szamotać: dociska. 

Za oknem pada deszcz. Kolejny twardziel umiera. Bywają tacy, co płaczą z tęsknoty za bólem. Bo ból to przecież życie. 

Wiedźma kontrolerka kombinuje, czym by mnie tu załatwić. To się zdarza. Można doczekać się śmierci kata, a nie przeżyć żałoby. 

Park Oliwski
Noemi Susenbach

Wiedźma kontrolerka

Z pochodzenia: żmija. Wygląda jak drut kolczasty. Kąsa z furią. Emocje. Wiadomo. Kobieta… 

Bliska znajoma papy Grabka, mieszka w jego piwnicach. Teraz, gdy już go nie ma, króluje na włościach i, jak to się w życiu okazuje, on przy niej to małe miki. 

Nikt nie zadaje bólu jak ona. 

Na zewnątrz pełna luzu, koleżanka z każdym. Udaje, że jej nie ma. A w środku odlicza sekundy. Przenika na wskroś. Laserem przez umysł. Bez przerwy. Nie, nie sprawdza. Nie musi. Wie. 

Czy bagaże, które dźwigam, są aby na pewno moje? Bo jeśli nie są moje, to chyba nie zdążę na ten pociąg. Porzucenie bagażu, zwłaszcza czyjegoś, wymaga… no, właśnie czego? Odwagi. Żeby nikt (mowa o wiedźmie kontrolerce) nie wymierzył za taką samowolę kary. 

Niech szlag trafi wiedźmę kontrolerkę, chciałoby się rzec. Tylko po co? Moment, w którym brakuje energii nawet na takie akty, należy do TYCH momentów. 

Szanowni państwo, jadę pociągiem. Wczoraj złapany, ekspres. Pierwsza klasa. Są wygody. Muzyka, internet. Nawet telewizor filipsa. 

Nie mam biletu. 

Pociąg pod specjalnym nadzorem
Noemi Susenbach

Sukces

Nie ma zgody na deszcz. Na płacz. Na porażkę. Nie ma zgody na ciszę, ukrycie, zniknięcie. Nie ma zgody na przerwę. Na oddech bezgłośny. Na sen. 

Wściekle obecna czujność żąda sukcesu. Tymczasem sukces, ten mały rudy kotek, schowany pod kocykiem, w przedziwną figurę zwinięty, drzemie bez pośpiechu czekając, aż się we śnie spotkamy. 

Ewolucja
Noemi Susenbach