Gwiaździsta zabawa

Niemcy.

Wylądowałam u Eve i jej faceta Sajko. Sajko to Niemiec najczystszej krwi, niezwykle uprzejmy i uczynny człowiek, który – według Eve – może zabić za miód. Po kilku dniach przebywania w zniewalająco cacanej atmosferze, wyrażanej w najwyższych tonach słówka: Hallo! – trafiam do lekarza.

Jest taka książka „Nieznośna lekkość bytu”. Nie mówię, żeby zaraz całą czytać, ale już sam tytuł daje do myślenia.

Do lekarza zabiera mnie Klaudiusz. A że lekarz to jej mąż, jestem u nich trochę jak pacjent, a trochę jak gość.

Herr Doktor po piętnastu latach małżeństwa z Polką w kwestii jej mowy ojczystej zna dwa słowa. Głupia kobieta. I chcąc się popisać – tymi słowami mnie wita.

Fakt. Zbyt długie przebywanie w atmosferze cacanej jest ryzykowne. Czujność zapada w sen. A tu proszę. Pobudka! Byłabym się zwinęła z powrotem, ale to niemożliwe. Galaktyka Herr Doktora jest odległa od Hallo! o Niebieską Rezonansową Noc. To poważna odległość. A mnie coś weszło w serce i boli jak cholera.

Tak, że umieram.

Zamiast się obrazić, wybieram więc wariant drugi: pacyfikację Herr Doktora. I zmuszenie go do przeprosin. Po polsku! Sprawa nie jest aż tak trudna. Niemcy to ludzie, którzy wbrew pozorom uwielbiają jeść z ręki. Tymczasem ból rośnie. Kulę się więc na doktorowej leżance, łzy mi lecą po twarzy, i nagle: bach!, Klaudiusz mówi Herr Doktorowi, że tak naprawdę to ojciec Pio jest moim biologicznym ojcem. Ale on zaprzecza (ojciec Pio), gdyż myśli, że nie udało mi się zrobić testu. W dodatku pieprzy teraz po całej rodzinie, że jestem narkomanką. I pewnie dlatego mi serce pęka.

Psychosomatisch – wyjaśnia.

Herr Doktor, jak na prawdziwego lekarza przystało, bierze temat pod lupę, analizuje, bada. Zapada marmurowa cisza, ale niedługa, bo…

Ale zanim to się dzieje! Zanim to się dzieje! Zanim to się dzieje, muszę się przecież zemścić!

Za tę „głupią kobietę”.

Rewanż na Niemcu to klasyka gatunku. Pamiętacie Grzegorza Brzęczyszczykiewicza? Niedawno chciałam zrobić rysunek: Mieszkam na Strzyży w Gdańsku Wrzeszczu i chciałabym, żeby powiedział to jakiś Niemiec – ale nie mogłam się zebrać. Tymczasem tu, zebrana nagle jak sto złotych, rozochocona tym „przepraszam”, rzucam zadanie:

– Świerszcz!

Herr Doktor już ugrzęźnięty, już spokorniały, język łamie, ale jedyne, co mu się udaje to:

– Sierść.

I tu zabawa robi się gwiaździsta. Klaudiusz leży ze śmiechu i płacze, wyjaśniając mu wśród spazmów, co powiedział. A ten ambitnie i rzeczowo powtarza po sierści:

– Ćwierć.

Teraz już obie leżymy, chociaż śmiech w bólu do łatwych nie należy. Herr Doktor się nie poddaje, po szczebelkach lingwistycznej kariery kroczy i z mozołem najwyższej próby artykułuje ostatnie, jakże do ćwierci przypisane słowo:

– Śmierć.

Gwiaździsta zabawa. Noemi Susenbach

PS. Może i jest inna forma poprawna tego słowa, ale „gwiaździsta” ma w sobie gwóźdź.

Dlaczego palę

Dlaczego palę?

Bo pochodzę z piekła.

Nie ma innej drogi, niż ta

przez OGIEŃ.

Żywioły mają swoje kaprysy,

żądają ofiar w substancjach smolistych.

No trudno.

Żeby się tego bać,

trzeba być durną.

*

Ciekawe, czy ludzie widzą,

kiedy latam?

Nikt do mnie nie podchodzi

i dobrze.

Bo jak by kto podszedł

to by zginął.

BUM!

Tarantino.

*

Pięknie mi się leci…

na czerwonym skrzydle smoczym, płonącym pierzem pokrytem…

Ogień jest gotów wystrzelić,

pretekstu pozbawion,

grzeje mnie jeno po białość.

A każdy kolejny trzepot wstrząsa planetą całą!

Jakby mógł wstrząsać połową.

Białogłowo.

*

Achtung, bebe!

Zaczęła się szkoła.

Szkoła zaczyna się Świętem Śmierci.

Nic się tak źle nie kojarzy.

Dlatego tak jest.

Dżembori Dżez.

*

Dlaczego palę?

Bo jestem z piekła.

Pozdrowienia przesyłam.

I uściski gorące!

*

Ze wszystkich swoich wcieleń

Najbardziej lubię być brzdącem.

Brzdąc. Noemi Susenbach

This Is Poland

– W skrócie TIP – wyjaśnił Leo, gdy zza wnęki międzywymiarowej doleciały nas bluzgi.

Będę ten skrót stosować. Za każdym razem, gdy zabrzmią te wrzaski, gdy usłyszę o pedofilii w Kościele, gdy ZUS będzie mnie ścigał za to, że żyję, gdy kolejny pierdyriald zostanie przepierdyriolony na jakieś ha gie wu co.

TIP.

Wygląda jak stempel, brzmi jak puenta.

TIP.

Dziecko owsik do mamy owsika: – Czemu mieszkamy w dupie? Tu jest tak brzydko i śmierdzi!

– Bo to jest nasza OJCZYZNA.

TIP.

Policja więzi za kwiaty w kieszeni.

Warto się lepiej upić.

TIP.

Na zewnątrz to „Kongres Kobiet”.

A w środku stara baśń.

TIP.

– Mąż rzucał krzesłami o ścianę.

– Lecz w panią nie trafił, więc jaki problem?*

TIP.

– Mówił, że robię „chujowe” spaghetti.

To jak pani gotuje?!*

TIP.

Ach, jaki to piękny kraj! Tu są nasze billboardy, tu jest nasza TĘCZA.

A w lasach śmieci kolorowe.

TIP.

Ten łabędź na nodze ma takie żelastwo, że nie może chodzić. Ale ładnie wygląda. W parku.

Nemezis. Noemi Susenbach

* fragmenty oznaczone gwiazdką pochodzą z rozprawy rozwodowej w Sądzie Okręgowym w Gdańsku.

This Is Poland.

RIP.

Nieobecność

Śniło mi się, że sprzeciwiłam się autorytetowi i porwałam tłum. Ktoś spytał, jak tego dokonałam. Odparłam:

– To proste. Wystarczy przystawić pistolet do skroni.

Niestety, nic więcej nie zdążyłam wyjaśnić, bo zadzwoniła Bella. I cała w nerwach, że jak to? Wyjechałam, wyjeżdżam, gdzie, co? Ona na melanżu od tygodnia, nie wie, co się dzieje, a tymczasem: MNIE NIE MA?!

Muszę przyznać, że uwielbiam ten stan. Ten, w którym mnie nie ma. Jest to coś absolutnie wybornego. Nieobecność jest wyraźniejsza od obecności. Wie to bodaj każda matka, której dziecko nagle znika z pola widzenia. Jak ona wtedy kocha! Jak dba! Rozstrzęsiona nagłym przypływem miłości zawiadamia wszystkich sąsiadów, może nawet władzę o swym rozpalonym do czerwoności uczuciu. Rzecz się diametralnie zmienia, gdy obecność wraca. Miłość gaśnie, ustępuje miejsca wściekłości, którą przez zaciśnięte zęby słychać: jeszcze raz mi znikniesz…

– …to zabiję – chciałoby się dodać, ale za dużo sąsiadów wokół. No i policja, więc grząsko.

Logika podpowiada, że to nie ma sensu i każde rozumne dziecko znika ponownie. Z powrotem się jednak nie spieszy. Niech się uczucie wzmocni. Niech wzrasta.

Bella mówi, że tak w ogóle to może być problem z tym powrotem, bo znów zamkną granice. Z powodu choroby bezobjawowej. Stwierdzonej na całym świecie, po wszystkich stronach granic. Należy więc zachować ostrożność, bo jeszcze, nie daj Boże, rozniesie się ten brak objawów, który obecny jest wszędzie.

Logika podpowiada, że to nie ma sensu?

Logika, kochani, jest nieobecna, zwinęła swoje dwie kiecki w kolorze czarnym i prysnęła w mrok. Z powrotem się spieszyć nie będzie. Niech się uczucie wzmocni.

Niech wzrasta.

Nieobecność. Noemi Susenbach

Trzy sekundy

Wyjeżdżam. Opuszczam gniazdo No, wypływam z zimnych mórz, wylatuję z ogrodu BaBy z PP. Przez jakiś czas nie będę słyszeć soczystego języka polskiego, co mnie niezwykle cieszy. Mam dość soczystego języka polskiego. Mam dość Polski.

Sorry Polsko, chciałoby się zaśpiewać, gdyby się miało ochotę na teksty czyjegoś autorstwa. Bo tekst mojego autorstwa brzmiałby nieco (jak na język polski przystało) soczyściej. Ale nie po to się uczę języków obcych, żeby na tej soczystości spocząć. W ramach mowy ojczystej trzymam się zasady trzech sekund. Kiedyś trzy pierwsze sekundy rozmowy telefonicznej były za darmo. Człowiek więc nie pytlował bez sensu, jedynie treść skrótowa miała rację bytu.

Kunegunda tak się kłóciła z chłopakiem.

Szanuję to. Kłótnie są wszak zazwyczaj przegadane. Emocje i czas nieokreślony to najgorsi doradcy. Gdyby stosować zasadę trzech sekund – o ileż wzrosłaby jakość dyskusji! Używając jedynie słów niezbędnych, wyrażałoby się samo sedno. Dajmy na to:

– Spie… – i wszystko jasne.

Tymczasem wyjeżdżam. No podpowiada, żebym zrobiła czeklistę. Nawet zaczęłam:

  1. Bikini
  2. Black dress nr 1
  3. Black dress nr 2

Nic więcej mi nie przychodzi do głowy. Bo co więcej potrzeba? Wichry nie noszą walizek.

Ponadto nic więcej nie mam. Wszystko co miałam, zabrał mój były – Wąż. Będę to powtarzać, a z czasem i książkę napiszę, co gorsza: przetłumaczę na sześć języków. Początkowo sześć. A potem się zobaczy.

Jadę! Puściłam do Belli wiadomość, ale ta przysyła mi tylko czarne serca. Nie zdradzę czemu. Ale wiem.

Kiedy byłam dzieckiem, wciąż chciałam wyjechać. Podróżując nieustannie w myślach, nie mogłam doczekać się podróży właściwej. Choć mi ją obiecano. Obiecano mi podróż bajeczną, daleką, na długość całego życia. Amma powinna się orientować. Chyba że i to wyparła.

Nie pojechałam. Obiecanki, cacanki. Dzieci najłatwiej okłamać. Raz, że ufają, dwa: nie zgłaszają pretensji. A nawet jak zgłoszą, to co? Nic. Zero konsekwencji.

Fajnie się dzieciom kłamie. Wiedzą to wszyscy rodzice.

Zrywam więc pępowinę ostatecznym ruchem, zostawiam ich pod własną opieką.

AŻ MNIE CIARY PRZESZŁY.

Szaman szaleje, dopina szczegóły i trochę też załamuje ręce. Ale co zrobić. W ciągu trzech sekund trudno mu coś powiedzieć, a po introligatorsku jeszcze się nie nauczyłam.

Czy przetłumaczę książki na introligatorski?

A może Szaman to zrobi?

Boże, jak się cieszę.

– Arrivederci!

Hm. Za długie…

– Adieu!

Trzy sekundy. Noemi Susenbach

Świat uwielbia drani

Rzucam palenie. Definitywnie. Jest to proces, który ma się zakończyć wygaśnięciem, tymczasem PŁONIE. Płonie Rzym naszych czasów. Włodarze tego świata zastępują Nerona w szaleństwie. Z inteligencją też idą w parze. Tylko im loczki zakręcić, wianek na łeb wsadzić i dać zapałki do ręki.

Fire!

Ogień ma oczyszczającą moc końca. Należy go puszczać na wichrze. A potem śmiać się, śmiać do opętania i patrzeć z góry jak wszyscy biegną we wszystkich kierunkach.

I’m a bad guy. Tak jest. Jestem draniem do potęgi i mówcie sobie co chcecie. Świat uwielbia drani. Bezwględna radość istnienia to powód do dumy. Jestem dumnym draniem i byle kto niech lepiej nie podchodzi.

Fire!

Ale jestem zła. Ale zła! A taka do tej pory byłam dobra. O Boże, co się stało? Co się porobiło? Gdzie ta milutka pacynka, co się tak grzecznie na wszystko zgadzała? Gdzie, ach gdzie? FUCK YOU ALL. Słyszałam ostatnio w piosence, spodobało mi się.

Fire!

Nie zależy mi. Nie zależy mi na niczym, stąd moja wolność. I moje draństwo niewybaczalne, bo jakże wybaczyć coś, czego wybaczenia się nikt nie domaga? Ha, ha, ha? Proszę bardzo. Nawet wolę. Żadnego przebacz.

Fire!

BaBa z PP uratowała życie człowieka. Przyszedł w nocy pobity, cały zakrwawiony, ujrzał ławkę i na niej zemdlał. Inny przechodził, zobaczył, zawołał karetkę. Nietrudno sobie wyobrazić, jak by się sprawy miały, gdyby tam była moja tabliczka „obiekt monitorowany”.

I’m a bad guy.

Idę zapalić.

Fire!

Ogień. Noemi Susenbach

Bum.

Pokłóciłam się z Szamanem. Pierdolę.

Siedzę w gnieździe No i palę. Palę. Jaram, jaram.

Wiecie, co zrobiła Eve, gdy się pokłóciła z facetem? Wstała i wyszła. Niby nic, ale jednak dużo, bo oboje siedzieli w restauracji Grand Hotelu w Sopocie, do którego przyjechali na wakacje. Niby nic, ale jednak sporo, bo wcale w tym Grand Hotelu nie kwaterowali, nie. Mieszkali u Omy, czyli babci Eve (mojej też! ale mnie tam całe szczęście nie było… chociaż może szkoda?) w zupełnie innym mieście. Niby nic, ale jednak wiele, bo on był Niemcem, który polskiego ni w ząb. Adresu też, rzecz jasna, nie pamiętał.

– Wkurwił mnie i wyszłam – wyjaśniła potem Eve.

Wkurwił mnie i wyszłam. Zrobiłabym obrazek, ale mi się płótna skończyły. Siedzę więc i palę, a palę jak nigdy dotąd – na szerokości. Szatan Kometa tak pali. I jego ojciec, Ojciec Bio. W odróżnieniu od ojca Pio, z którym też mam kosę.

Pierdolę. Co za gatunek. Wiecie o co poszło? O BaBę z PP! Jezu, nawet mi się opowiadać nie chce. Ale spróbuję. Na granicy światów, tuż przy wnęce międzywymiarowej, postawili ławkę. Ci z WW. Tak ją przymocowali, że nie sposób wykopać. I na ławeczce od rana do nocy wstawione towarzystwo rezyduje. Z rozmów wynika, że mają do powiedzenia trzy słowa. Kurwa, pierdolę i chuj. Z jakiegoś powodu – w kółko. I z jakiegoś powodu głośno.

Zmieniło się w naszym ogrodzie. Lądują w nim pety i opróżnione puszki. Wymyśliłam więc, żeby przyczepić tabliczkę: obiekt monitorowany. Od razu zadziałało. Minął upragniony cichy wieczór, nadszedł ranek i oto BaBa z PP, uznawszy, że nikt nie będzie czepiał niczego W JEJ OGRÓDKU – tabliczkę zniszczyła.

Dostałam szału i rzuciłam przez okno kilka słów o łącznej treści: debilka. A Szaman nic. Leży, patrzy w komórkę i wygraża pod nosem, co jej powie. I leży. I wygraża.

Wkurwił mnie i wyszłam. Daleko nie poszłam, bo do gniazda No. Ale też pytanie: DLACZEGO TO JA MAM GDZIEŚ ŁAZIĆ?!

Dobrze, że mam co palić. Napisałam do Klaudiusza (moja druga siostra), że się pokłóciłam, a ona, że też się ze swoim pokłóciła. I tu mnie tknęło. Bo za dużo tej kosy wokół. Zaczęło się…

Zaczęło się, dziewczyny.

Bum. Noemi Susenbach

La bambola

Śniły mi się perły.

Sznur nieskończony, płynący wzdłuż dekoltu, przez linię brzucha, aż do kolan. I ten mleczny blask, delikatność blada, czystość, niewinność.

Perła to prawda w muszli pozorów. Prawda jest czysta. Prawda to miłość, zachwyt, pierwszy pocałunek. To nieprzespana noc, wiersz miłosny.

Prawda to głęboko ukryta w zawiłości świata ty. Ta najprawdziwsza, zapłakana, zakochana. W lekkiej sukience, z rozmazanym tuszem, wpatrzona w dal, gotowa rzucić wszystko dla jedynego sensu tego życia – miłości.

Z miłości została ci tylko perła. Święto wśród mozołu codzienności. Święto ma włosy jak anioł i oczy zrobione ze światła. I jest taką tobą, tylko że do potęgi. Płacze nieustannie, jakby zapomniało, że święto nie jest codzień.

Ale ono przecież jest! Jest i jest! Nie ma dnia, co tam dnia – nie ma chwili wytchnienia od tego cholernego święta! Ściskasz swoją małą perłę w dłoni i marzysz o tym życiu sprzed miłości, kiedy byłaś tylko ty od początku do końca, zamknięta w sobie dla siebie, jedyna, najważniejsza.

Też jestem perłą. Świętem. Nie ma dla mnie codzienności. Płaczę w każdej chwili i w każdej chwili śmieję się tak, że chciał, nie chciał – śmieje się ze mną cały świat. Jestem chodzącym obrzędem. Rytuałem, tańcem. Piosenką wyśpiewaną po rosyjsku. Albo po włosku, proszę bardzo:

Tu mi fai girar, tu mi fai girar, come fossi una bambola…

Perła. Autor Nieznany

Pani K.

Znać, że koleżanka Pana Demonium?

Gdybym była Ammą, rzekłabym „po moim trupie”. Ale na szczęście śmierć mnie nie dotyczy.

Chyba że mała.

Wracając do Pana Demonium: nikomu go nie oddam. Koniec tematu. Żadnych wymianek, zamianek na inny klejnot, żadnych tańszych kamieni. Cokolwiek bym na jego miejsce przyjęła, miałoby imię: Pani K.

Nie ulegam. Droga „koleżanka” nigdy więc koleżanką nie będzie, mało tego – w ogóle jej nie będzie. Pamiętacie Enemwu, Nieistniejącego Męża Wifi? Pierwszy bohater literacki, którego nie ma. Pani K. jest pierwszą taką bohaterką. Przywitajmy ją należnym nieistniejącym bohaterom milczeniem. I nie wymagam minuty, wystarczy sekunda. Sekunda milczenia to już coś, zwłaszcza w dzisiejszym świecie.

Diamenty. Dlaczego: are a girl’s best friends? Bo są. Ich istnienie jest prawdą. Prawdą, aczkolwiek mniej korzystną jest także ich brak. Druga sytuacja jest bardzo daleko od OK. Nie wiem, czemu tyle kobiet się na nią zgadza.

Żeby nie było (bo zaraz będzie!): – inne kamienie też się liczą. Szafir jak najbardziej. Rubin. Szmaragd. Rzecz w tym, że są to kamienie drogocenne. A drogocenne, znaczy: DROGIE. Zwłaszcza dla niego.

Dobry przyjaciel to ten, który powie prawdę. A Pan Demonium mówi bezustannie. Gubisz diamenty, gubisz przyjaciół. Fakt. Ale przecież jubiler wyjaśnił. On się czyści. Odrzuca kamienie, które nie pasują. I bardzo dobrze. Czyż można się doszukać sensu w noszeniu nieczystych diamentów? Na cholerę dźwigać kaprawe towarzystwo?

Jeśli bym oddała Pana Demonium, nic więcej bym się nie dowiedziała. Tkwiłabym z Panią K. w brązowej strefie i tylko to widziała, co w brązowej strefie bywa.

Nie diamenty.

Pani K. Noemi Susenbach