Nieobecność

Śniło mi się, że sprzeciwiłam się autorytetowi i porwałam tłum. Ktoś spytał, jak tego dokonałam. Odparłam:

– To proste. Wystarczy przystawić pistolet do skroni.

Niestety, nic więcej nie zdążyłam wyjaśnić, bo zadzwoniła Bella. I cała w nerwach, że jak to? Wyjechałam, wyjeżdżam, gdzie, co? Ona na melanżu od tygodnia, nie wie, co się dzieje, a tymczasem: MNIE NIE MA?!

Muszę przyznać, że uwielbiam ten stan. Ten, w którym mnie nie ma. Jest to coś absolutnie wybornego. Nieobecność jest wyraźniejsza od obecności. Wie to bodaj każda matka, której dziecko nagle znika z pola widzenia. Jak ona wtedy kocha! Jak dba! Rozstrzęsiona nagłym przypływem miłości zawiadamia wszystkich sąsiadów, może nawet władzę o swym rozpalonym do czerwoności uczuciu. Rzecz się diametralnie zmienia, gdy obecność wraca. Miłość gaśnie, ustępuje miejsca wściekłości, którą przez zaciśnięte zęby słychać: jeszcze raz mi znikniesz…

– …to zabiję – chciałoby się dodać, ale za dużo sąsiadów wokół. No i policja, więc grząsko.

Logika podpowiada, że to nie ma sensu i każde rozumne dziecko znika ponownie. Z powrotem się jednak nie spieszy. Niech się uczucie wzmocni. Niech wzrasta.

Bella mówi, że tak w ogóle to może być problem z tym powrotem, bo znów zamkną granice. Z powodu choroby bezobjawowej. Stwierdzonej na całym świecie, po wszystkich stronach granic. Należy więc zachować ostrożność, bo jeszcze, nie daj Boże, rozniesie się ten brak objawów, który obecny jest wszędzie.

Logika podpowiada, że to nie ma sensu?

Logika, kochani, jest nieobecna, zwinęła swoje dwie kiecki w kolorze czarnym i prysnęła w mrok. Z powrotem się spieszyć nie będzie. Niech się uczucie wzmocni.

Niech wzrasta.

Nieobecność. Noemi Susenbach

Trzy sekundy

Wyjeżdżam. Opuszczam gniazdo No, wypływam z zimnych mórz, wylatuję z ogrodu BaBy z PP. Przez jakiś czas nie będę słyszeć soczystego języka polskiego, co mnie niezwykle cieszy. Mam dość soczystego języka polskiego. Mam dość Polski.

Sorry Polsko, chciałoby się zaśpiewać, gdyby się miało ochotę na teksty czyjegoś autorstwa. Bo tekst mojego autorstwa brzmiałby nieco (jak na język polski przystało) soczyściej. Ale nie po to się uczę języków obcych, żeby na tej soczystości spocząć. W ramach mowy ojczystej trzymam się zasady trzech sekund. Kiedyś trzy pierwsze sekundy rozmowy telefonicznej były za darmo. Człowiek więc nie pytlował bez sensu, jedynie treść skrótowa miała rację bytu.

Kunegunda tak się kłóciła z chłopakiem.

Szanuję to. Kłótnie są wszak zazwyczaj przegadane. Emocje i czas nieokreślony to najgorsi doradcy. Gdyby stosować zasadę trzech sekund – o ileż wzrosłaby jakość dyskusji! Używając jedynie słów niezbędnych, wyrażałoby się samo sedno. Dajmy na to:

– Spie… – i wszystko jasne.

Tymczasem wyjeżdżam. No podpowiada, żebym zrobiła czeklistę. Nawet zaczęłam:

  1. Bikini
  2. Black dress nr 1
  3. Black dress nr 2

Nic więcej mi nie przychodzi do głowy. Bo co więcej potrzeba? Wichry nie noszą walizek.

Ponadto nic więcej nie mam. Wszystko co miałam, zabrał mój były – Wąż. Będę to powtarzać, a z czasem i książkę napiszę, co gorsza: przetłumaczę na sześć języków. Początkowo sześć. A potem się zobaczy.

Jadę! Puściłam do Belli wiadomość, ale ta przysyła mi tylko czarne serca. Nie zdradzę czemu. Ale wiem.

Kiedy byłam dzieckiem, wciąż chciałam wyjechać. Podróżując nieustannie w myślach, nie mogłam doczekać się podróży właściwej. Choć mi ją obiecano. Obiecano mi podróż bajeczną, daleką, na długość całego życia. Amma powinna się orientować. Chyba że i to wyparła.

Nie pojechałam. Obiecanki, cacanki. Dzieci najłatwiej okłamać. Raz, że ufają, dwa: nie zgłaszają pretensji. A nawet jak zgłoszą, to co? Nic. Zero konsekwencji.

Fajnie się dzieciom kłamie. Wiedzą to wszyscy rodzice.

Zrywam więc pępowinę ostatecznym ruchem, zostawiam ich pod własną opieką.

AŻ MNIE CIARY PRZESZŁY.

Szaman szaleje, dopina szczegóły i trochę też załamuje ręce. Ale co zrobić. W ciągu trzech sekund trudno mu coś powiedzieć, a po introligatorsku jeszcze się nie nauczyłam.

Czy przetłumaczę książki na introligatorski?

A może Szaman to zrobi?

Boże, jak się cieszę.

– Arrivederci!

Hm. Za długie…

– Adieu!

Trzy sekundy. Noemi Susenbach

Świat uwielbia drani

Rzucam palenie. Definitywnie. Jest to proces, który ma się zakończyć wygaśnięciem, tymczasem PŁONIE. Płonie Rzym naszych czasów. Włodarze tego świata zastępują Nerona w szaleństwie. Z inteligencją też idą w parze. Tylko im loczki zakręcić, wianek na łeb wsadzić i dać zapałki do ręki.

Fire!

Ogień ma oczyszczającą moc końca. Należy go puszczać na wichrze. A potem śmiać się, śmiać do opętania i patrzeć z góry jak wszyscy biegną we wszystkich kierunkach.

I’m a bad guy. Tak jest. Jestem draniem do potęgi i mówcie sobie co chcecie. Świat uwielbia drani. Bezwględna radość istnienia to powód do dumy. Jestem dumnym draniem i byle kto niech lepiej nie podchodzi.

Fire!

Ale jestem zła. Ale zła! A taka do tej pory byłam dobra. O Boże, co się stało? Co się porobiło? Gdzie ta milutka pacynka, co się tak grzecznie na wszystko zgadzała? Gdzie, ach gdzie? FUCK YOU ALL. Słyszałam ostatnio w piosence, spodobało mi się.

Fire!

Nie zależy mi. Nie zależy mi na niczym, stąd moja wolność. I moje draństwo niewybaczalne, bo jakże wybaczyć coś, czego wybaczenia się nikt nie domaga? Ha, ha, ha? Proszę bardzo. Nawet wolę. Żadnego przebacz.

Fire!

BaBa z PP uratowała życie człowieka. Przyszedł w nocy pobity, cały zakrwawiony, ujrzał ławkę i na niej zemdlał. Inny przechodził, zobaczył, zawołał karetkę. Nietrudno sobie wyobrazić, jak by się sprawy miały, gdyby tam była moja tabliczka „obiekt monitorowany”.

I’m a bad guy.

Idę zapalić.

Fire!

Ogień. Noemi Susenbach

Bum.

Pokłóciłam się z Szamanem. Pierdolę.

Siedzę w gnieździe No i palę. Palę. Jaram, jaram.

Wiecie, co zrobiła Eve, gdy się pokłóciła z facetem? Wstała i wyszła. Niby nic, ale jednak dużo, bo oboje siedzieli w restauracji Grand Hotelu w Sopocie, do którego przyjechali na wakacje. Niby nic, ale jednak sporo, bo wcale w tym Grand Hotelu nie kwaterowali, nie. Mieszkali u Omy, czyli babci Eve (mojej też! ale mnie tam całe szczęście nie było… chociaż może szkoda?) w zupełnie innym mieście. Niby nic, ale jednak wiele, bo on był Niemcem, który polskiego ni w ząb. Adresu też, rzecz jasna, nie pamiętał.

– Wkurwił mnie i wyszłam – wyjaśniła potem Eve.

Wkurwił mnie i wyszłam. Zrobiłabym obrazek, ale mi się płótna skończyły. Siedzę więc i palę, a palę jak nigdy dotąd – na szerokości. Szatan Kometa tak pali. I jego ojciec, Ojciec Bio. W odróżnieniu od ojca Pio, z którym też mam kosę.

Pierdolę. Co za gatunek. Wiecie o co poszło? O BaBę z PP! Jezu, nawet mi się opowiadać nie chce. Ale spróbuję. Na granicy światów, tuż przy wnęce międzywymiarowej, postawili ławkę. Ci z WW. Tak ją przymocowali, że nie sposób wykopać. I na ławeczce od rana do nocy wstawione towarzystwo rezyduje. Z rozmów wynika, że mają do powiedzenia trzy słowa. Kurwa, pierdolę i chuj. Z jakiegoś powodu – w kółko. I z jakiegoś powodu głośno.

Zmieniło się w naszym ogrodzie. Lądują w nim pety i opróżnione puszki. Wymyśliłam więc, żeby przyczepić tabliczkę: obiekt monitorowany. Od razu zadziałało. Minął upragniony cichy wieczór, nadszedł ranek i oto BaBa z PP, uznawszy, że nikt nie będzie czepiał niczego W JEJ OGRÓDKU – tabliczkę zniszczyła.

Dostałam szału i rzuciłam przez okno kilka słów o łącznej treści: debilka. A Szaman nic. Leży, patrzy w komórkę i wygraża pod nosem, co jej powie. I leży. I wygraża.

Wkurwił mnie i wyszłam. Daleko nie poszłam, bo do gniazda No. Ale też pytanie: DLACZEGO TO JA MAM GDZIEŚ ŁAZIĆ?!

Dobrze, że mam co palić. Napisałam do Klaudiusza (moja druga siostra), że się pokłóciłam, a ona, że też się ze swoim pokłóciła. I tu mnie tknęło. Bo za dużo tej kosy wokół. Zaczęło się…

Zaczęło się, dziewczyny.

Bum. Noemi Susenbach

La bambola

Śniły mi się perły.

Sznur nieskończony, płynący wzdłuż dekoltu, przez linię brzucha, aż do kolan. I ten mleczny blask, delikatność blada, czystość, niewinność.

Perła to prawda w muszli pozorów. Prawda jest czysta. Prawda to miłość, zachwyt, pierwszy pocałunek. To nieprzespana noc, wiersz miłosny.

Prawda to głęboko ukryta w zawiłości świata ty. Ta najprawdziwsza, zapłakana, zakochana. W lekkiej sukience, z rozmazanym tuszem, wpatrzona w dal, gotowa rzucić wszystko dla jedynego sensu tego życia – miłości.

Z miłości została ci tylko perła. Święto wśród mozołu codzienności. Święto ma włosy jak anioł i oczy zrobione ze światła. I jest taką tobą, tylko że do potęgi. Płacze nieustannie, jakby zapomniało, że święto nie jest codzień.

Ale ono przecież jest! Jest i jest! Nie ma dnia, co tam dnia – nie ma chwili wytchnienia od tego cholernego święta! Ściskasz swoją małą perłę w dłoni i marzysz o tym życiu sprzed miłości, kiedy byłaś tylko ty od początku do końca, zamknięta w sobie dla siebie, jedyna, najważniejsza.

Też jestem perłą. Świętem. Nie ma dla mnie codzienności. Płaczę w każdej chwili i w każdej chwili śmieję się tak, że chciał, nie chciał – śmieje się ze mną cały świat. Jestem chodzącym obrzędem. Rytuałem, tańcem. Piosenką wyśpiewaną po rosyjsku. Albo po włosku, proszę bardzo:

Tu mi fai girar, tu mi fai girar, come fossi una bambola…

Perła. Autor Nieznany

Pani K.

Znać, że koleżanka Pana Demonium?

Gdybym była Ammą, rzekłabym „po moim trupie”. Ale na szczęście śmierć mnie nie dotyczy.

Chyba że mała.

Wracając do Pana Demonium: nikomu go nie oddam. Koniec tematu. Żadnych wymianek, zamianek na inny klejnot, żadnych tańszych kamieni. Cokolwiek bym na jego miejsce przyjęła, miałoby imię: Pani K.

Nie ulegam. Droga „koleżanka” nigdy więc koleżanką nie będzie, mało tego – w ogóle jej nie będzie. Pamiętacie Enemwu, Nieistniejącego Męża Wifi? Pierwszy bohater literacki, którego nie ma. Pani K. jest pierwszą taką bohaterką. Przywitajmy ją należnym nieistniejącym bohaterom milczeniem. I nie wymagam minuty, wystarczy sekunda. Sekunda milczenia to już coś, zwłaszcza w dzisiejszym świecie.

Diamenty. Dlaczego: are a girl’s best friends? Bo są. Ich istnienie jest prawdą. Prawdą, aczkolwiek mniej korzystną jest także ich brak. Druga sytuacja jest bardzo daleko od OK. Nie wiem, czemu tyle kobiet się na nią zgadza.

Żeby nie było (bo zaraz będzie!): – inne kamienie też się liczą. Szafir jak najbardziej. Rubin. Szmaragd. Rzecz w tym, że są to kamienie drogocenne. A drogocenne, znaczy: DROGIE. Zwłaszcza dla niego.

Dobry przyjaciel to ten, który powie prawdę. A Pan Demonium mówi bezustannie. Gubisz diamenty, gubisz przyjaciół. Fakt. Ale przecież jubiler wyjaśnił. On się czyści. Odrzuca kamienie, które nie pasują. I bardzo dobrze. Czyż można się doszukać sensu w noszeniu nieczystych diamentów? Na cholerę dźwigać kaprawe towarzystwo?

Jeśli bym oddała Pana Demonium, nic więcej bym się nie dowiedziała. Tkwiłabym z Panią K. w brązowej strefie i tylko to widziała, co w brązowej strefie bywa.

Nie diamenty.

Pani K. Noemi Susenbach

Znikające klejnoty

Pan Demonium – wysadzany diamentami zaręczynowy pierścionek z rubinem – wciąż gubi kamienie. Subiekt, który je uzupełnia, tłumaczy, że to normalny proces. Że on się czyści. Być może. Ale moja teoria jest inna.

Od dawna już mam do czynienia z tak rozkapryszonym precjozum. W postaci Ammy. Jest to ten typ charakteru, który gotów wypstrykać się z własnej wartości tylko po to, żeby się z nim nieustannie cackano. I teraz w kółko problem, bo przez wnękę międzywymiarową się trzeba przedzierać, tam zaraz o maseczkę afera, cyrk. Bo przecież nie wystarczy być. Spokojnie sobie lśnić, nic nie robić, trwać, zachwycać? Nuda. Tu potrzebny jest pisk, żal, dramat, epidemia.

Bad, bad news

Universe is gonna lose.

Od kiedy mam Pana Demonium, dzieją się rzeczy wszeteczne. Nikt nie widzi związku? A imię? Nie muszę wszak stałym Czytelnikom tłumaczyć, kiedy się pojawił i co się potem stało. Tymczasem on wciąż się sypie! Wciąż gubi brylanty, jakby wysyłał znaki tajemne, że to jeszcze nie koniec, to jeszcze nie TO.

Przyszedł Szatan Kometa. Obejrzał klejnot i mówi, dajcie spokój. To jakaś klątwa, przekleństwo. Trzeba go oddać subiektowi i w zamian kupić, kochani, bursztyn.

Mnie od razu oczy błysnęły. Plan został więc zatwierdzony, a było to dawno. Podkreślam, że było to dawno, jakiś czas temu. Proszę zwrócić uwagę. Dwa pewniaki. Chęć posiadania nowości i ogólna zgoda co do słuszności decyzji.

I nic.

Pan Demonium nadal się szczerbi z mojego palca. Za cholerę nie mogę się przedrzeć przez wnękę wymiarową, za diabła nie mogę spełnić planu. Powody są różne. Ale największy, najpoważniejszy, najbezwzględniejszy z nich to to, że mi się nie chce. Nie chce mi się łazić po żadnych głupich galeriach, żadnym rozhisteryzowanym ochroniarzom nie chcę odpowiadać na pytanie: gdzie maseczka? Ba. Nie chce mi się nawet palca pokazywać.

Ostatnio wymyśliłam, że będę nosić hidżab. Kultura pokazuje wyraźnie, że to skutkuje dystansem. Nie podejdą, będą się bali ISLAMU. Dla mnie: bomba. Nomen omen. Przez ułamek sekundy nawet kombinowałam, jaki kolor chusty itd. Z rozbawieniem wyobrażałam sobie, co by powiedział Czerwony Wędrowiec widząc mnie w hidżabie.

Ha, ha, ha, ha, ha.

Przepraszam, ale nie mogę.

Ha, ha, ha, ha, ha, ha.

Zrobiłabym sobie selfie, serio. I wysłała.

Ha, ha, ha, ha, ha.

ISLAM.

Fala upałów odwiodła mnie jednak od tego rozwiązania. Wpadłam więc na inne. Ochroniarz już, już chce się dowalić, a ja tymczasem płynnym włoskim odpowiadam, że non capisco, nicht verstanden. Prawdopodobieństwo, że ochroniarz zna jakiś język jest nikłe.

Ale i tak nie poszłam.

Nie ruszę się stąd, dopóki nie zgadnę, o co chodzi tej nieutulonej dzidzi. Może właśnie o to? Może przenikanie zimnym światłem jest celem? Lodowata energia spolaryzowanego węgla mrozi moje emocje, fraktal symetrycznych wiązań zamyka mnie – rozedrganą – w krysztale. A sypiące się kamienie mówią: JESTEM. Bo gdyby się nie sypały, kto wie, może już bym o nich zapomniała? Na umywalce zostawiła w Sopocie, jak tamten dziecięcy pierścionek, co był tak maleńki, że wpadł do zlewu i popłynął hen, daleko w nieodgadniony rejs?

Dostałam go przed laty od Czerwonego Wędrowca. Kupił na straganie przy plaży. Pierścionek miał oczko bursztynowe i srebrne płatki wokół. I kilkuletnią, pyzatą właścicielkę. A potem: rozrywające serce pożegnanie.

Spieszmy się kochać klejnoty, bo tak szybko odchodzą.

Znikające klejnoty. Noemi Susenbach

Biegnij.

Mało komu się udaje. Ofiar jest sporo, sporo jest też takich, co stają pośrodku drogi i sparaliżowani strachem, zastygają w bezruchu. Niektórzy jednak, zaintrygowani majaczącą w oddali obietnicą odpowiedzi – biegną.

Biegną co tchu, choć dech odbiera to i tamto i jeszcze tamto… o Boże, ile tego!? Znikają mgły i dywany, zostaje już tylko to, co pod nimi i to się chyba wije i to chyba krzyczy, a to i tak nic, bo nawet jeśli się wije i nawet jeśli krzyczy to przecież nie jest jeszcze tak czarne i tak straszne jak tamten cichy płacz…

Mogłabym nic nie pisać, mogłabym nic nie robić, mogłabym się zamienić w kamień, najlepiej: w diament, bo to najczystsza forma węgla, który przestał wreszcie być taki zajebiście aktywny i nie wiąże już nic, absolutnie nic poza samym sobą. Mogłabym.

Mogłabym karmić kruki. Szaman gdzieś przeczytał, że to bardzo wdzięczne zwierzęta. W zamian za karmę przynoszą śrubki i wkrętełka. To by się przydało. To by było dobre.

Biegnij.

Sztuka polega na tym, żeby biec tylko tymi drogami, których się nie zna. I nie bać się.

Nie bać.

Biegnij. Noemi Susenbach

Kąpiel Kleopatry

Pamiętaj, aby dzień święty święcić!

Owszem, mam parę zastrzeżeń do Dekalogu, sama forma podania jest już dyskusyjna. Każde logicznie myślące dziecko ma w sobie bunt, gdy musi stosować się do zaleceń wygłoszonych przez gorejący krzak. I chętnie poznęcam się nad tematem, ale innym razem. Dziś się nie kłócę. Dziś jest Niedziela. Święto relaksu. Dzień kąpieli w mleku.

Już dwa tysiące lat temu ludzkość znała cudowne działanie mleka na skórę, dlatego gotowa jest zapłacić sto czterdzieści miesięcznych pensji szwaczki z Bangladeszu za pojemnik zero trzydzieści milinanograma kremu z napisem, że ma proteiny mleka. Czy coś tam. Pamięć po mleku? Chyba.

Żadnej babie nie przyjdzie jednak do głowy, żeby pójść do spożywczaka, kupić litr tego cudownego płynu za trzy złote i wlać do wanny. Chyba że na „poradnik zdrowie” przeczyta, ale i to nie wiadomo. Nie ma czasu przecież. Musi zasuwać na trzy etaty jak koń, bo mąż i dzieci oraz WSZYSTKO. Zero trzydzieści milinanograma pamięci po mleku działa przecież „cuda”. Nie trzeba spać, wypoczywać, ani pływać w rozkoszy.

Bo kąpiel w mleku to czysta, obezwładniająca rozkosz.

Więc jak tam sobie chcecie.

Kąpiel Kleopatry. Noemi Susenbach