Komnata tajemnic

Na pewno nie dziś! Dziś Bóg odpoczywa. Święty czas oddechu jest krótki, proces twórczy nie kończy się nigdy. No więc na pewno dziś niczego nie zrobię, po nic nie pójdę, nic nie załatwię, do nikogo nie zadzwonię, podmuchem swego istnienia powietrza nie zmącę. Inna rzecz, że i tak się zbyt wiele dzieje. Samo. Beze mnie. Szok. 

Śni mi się komnata. Wiele komnat. Coś jak zamek, hotel w zamku. Komnaty się otwierają, mijam je wraz z tłumem wesołych panien, które w panieńskim stylu wołają: zamawiam! Zamawiam ten pokój! A ja ten! Najlepsze zajmują, muszę się spieszyć. I nagle kolejne drzwi na oścież, widzę komnatę z wykuszem, w wykuszu balkon jak u Draculi. Zamawiam! – krzyczę. 

Z komnaty jest przejście do innych pokoi, jest tego dużo, jakby apartament. Ale ja chcę tylko ten z balkonem, nic więcej. Dla mnie i dla mojej przyjaciółki. Gdzie się ona podziała? Zaraz przyjdzie, podaję w recepcji jej dane, imię, nazwisko dobrze mi znane. 

Przychodzi. Ja pod sufit skaczę, zobacz jaki wypas, a ona jakby nie do końca przekonana, coś jej nie pasuje. Co jest nie tak?!

– Zbyt tajemniczo – mówi. – Tu jest NIE WIADOMO JAK.


Komnata tajemnic. Noemi Susenbach

Łzy Czerwonego Smoka

Pragnienie samotności bywa tak silne, że pokonuje największe demony. Nawet lęk przed stratą ustępuje wobec potrzeby oddechu w zamkniętym przed światem pokoju, w ciszy, przy najpiękniejszej muzyce świata: biciu własnego serca. 

Samotność. Świątynia Istnienia. W powietrzu biały dym drży od drgania ciszy. Rozmowa ze sobą. Bezgłośne pytania, nieme odpowiedzi. Brak pośpiechu. Brak w ogóle. Rozkoszny, błogi stan absolutnej nicości, tym pustej, że absolutnej, tym pełnej, że właśnie czegokolwiek pozbawionej. 

W głowie otwierają się wrota. Światło przenika ściany. Z zapomnianych zakamarków duszy słychać pomruk smoka. Smok otwiera oczy. Spod powiek lśni. Purpurowy blask. 

Skrzydła rozpościera powoli. Zanim się wzbije do lotu, musi mieć pewność. Że działają. Że w żadnym stawie, w żadnym zgięciu łokcia nic nie łupie, nic nie uwiera. Źe nic nie boli. 

Że niczego nie żal. 

Nikt nie wspomina o smoczych łzach, a przecież smoki też płaczą. Płaczą nad ranem, wtedy gdy nie chcą, gdy się wstydzą, gdy najbardziej w świecie chcą pobyć same. 

Smocze łzy mają kolor krwi, wyobraźcie sobie tylko, jak wygląda poduszka. 

Masakra. 

Rada jaguara

Rodzaj utworu: dramat 
Pora roku: wiosna (!!!)
Muzyka: dowód na istnienie Boga 

Bohaterami opowiadania są dwie postaci: pszczoła i motyl. Pszczoła ma oczywiście na imię Czo, tymczasem motyl, jak to motyl, nie przestawia się wcale. W całej historii chodzi o to, że Czo żądli w łapę kota o imieniu UFO. 

Kot zdumiony. 

Żeby wiedzieć, kim jesteś, musisz doświadczyć tego, kim nie jesteś. 

Rada jaguara brzmi: uważaj, co przyjmujesz, i lepiej niech to nie będzie żądło! To nie wszystko, moi drodzy, nie wszystko. Jest jeszcze druga rada, być może ważniejsza: uważaj, co oddajesz. I niech to lepiej nie będzie żądło. 

Pszczoło. 

Wata cukrowa

Mam za swoje. Oprócz psioczenia na nieustępujące chłody, od trzech dni budzę się z bólem głowy. I to jest dopiero Dzień Świstaka. 

Marudzenie. Niby ma swoje zalety. Można nim sprawnie wypełnić lukę w rozmowie, szybko sprowadza do może niezbyt odkrywczych, ale ochoczo zgodnych wniosków, że do dupy wszystko. Jest jak papieros: zbliża nawet obcych, pozwala na przerwę w życiu, pozornie daje oddech. Pozornie, bo oddech jest to czarny, smolisty, toksyczny i śmierdzi. I jedyne, czego się można po nim spodziewać, to rak. 

Bliskim krewnym marudzenia jest martwienie się. W tej dyscyplinie przoduje martwienie się o kogoś, cudowny sposób na pomnożenie zła. Martwię się o ciebie, czyli w mojej ocenie idzie ci fatalnie (lub niechybnie pójdzie!), lecz zamiast pomóc, wolę spieprzyć ci humor.

I teraz ty też się martw.

Tymczasem słońce świeci, ptaki śpiewają, na błękitnym niebie formuje się chmurka, co wygląda jak wata cukrowa, dziecięcy prezent na pierwszy dzień wiosny. 

Pierdolę

Trudny czas. Stagnacja, przeciwieństwo mojej natury plus, a raczej minus arktyczny, przymarznięta do tronu zima w przededniu wiosny, hałaśliwa sąsiadka z jeszcze hałaśliwszym psem, nigdzie mi się nie chce jechać, a tym bardziej iść, w ogóle nic mi się nie chce, pierdolę. 

Coś na końcu tego zdania błyska, jak ząb dinozaura ze starego emota, własnoręcznie narysowanego i sfotografowanego niegdyś telefonem, który już, niestety, ma historię wypadkową i doesn’t exist. Enymoor. 

PIERDOLĘ. Słowo jak światło w tunelu tej niekończącej się zimowej komedii pandemicznej. Słabej. Bardzo słabej. Choć miałam nie oceniać. 

Owszem, trudno o dobrą komedię, zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza ostatnio. Czekam na błysk geniuszu wśród adeptów sztuki reżyserskiej, czekam na dobry scenariusz. Może sama go napiszę? Tymczasem, jak słowo się rzekło: PIERDOLĘ. 

PS. Jeszcze kot mnie wkurwia. 

DŁUGO JESZCZE

Zima nie odpuszcza. Na zewnątrz arktyczny minus. Wieje. Nie ma gdzie się schować. Wszystko zamknięte. Ludzie w maskach na brodach. Zawsze to jakieś zabezpieczenie… 

Gdzieś zza ściany słychać śpiew nastolatek. Hello from the other side. To chyba o mnie. 

Jak wyglądam?
Dobrze.
Dobrze wyglądam?
Tak.
Serio?!


Świat zamarznięty. I mimo bezsprzecznego upływu czasu, ani myśli odtajać. 

Racja sracja

Czasem słyszę te opinie opinii, gdzie kto co pisze, co mówi, co myśli, będzie, nie będzie, dobrze, niedobrze, słusznie, niesłusznie, racja sracja. Czuję wtedy zmęczenie, takie przeogromne, ołowiane znużenie w mięśniach, w żyłach, w szpiku kostnym – że aż muszę się położyć i leżeć bez ruchu. Jakbym za tych wszystkich opiniotwórców musiała odpocząć od tego dźwigania wiedzy, od tego ich autorytarnego znoju. 

Mądrzy, że się uduś. 

Teraz

Śni mi się symbol z zegarem. Mój pokazuje godzinę dwunastą, innych – godzinę do przodu. Być może chodzi o czas letni, ale chyba raczej o przeszłość, w której, według snu utknęłam. I nic tu nie da unikanie czasu przeszłego, jeśli nie wygrzebię się z jego perspektywy. 

Ciało mnie ratuje. Wyciąga z siebie igły i haki, każe się odżywiać, spać i śnić jak najwięcej, wiosna, półpiętro, balkon, słońce. Deski na tarasie. Przylaszczka w ogrodzie. Morela w dłoni. 

Nie dostrzegam atrakcyjności w życiu towarzyskim.
TERAZ. 

Lubię samotność.
TERAZ. 

Pragnę latać.
TERAZ. 

Więc zawsze.