Wysokie obcasy

Dramatycznie trudny dzień. Poranek w urzędzie i choć wizyta bezbolesna, wręcz przyjemna – łzy i panika.

Panika. Pani K. Znajoma o imieniu Sylwia. Ktoś z delikatną nadwagą, niedobraną fryzurą, zacięciem artystycznym, skłonnością do histerii. Zawsze tam, gdzie impreza. Wiele rzeczy znosi. Jeszcze więcej dźwiga. Na wystrzelonych w kosmos wysokich obcasach.

Żeby było trudniej.

Oda do maseczki

Od rana to pytanie. Namaluję obraz. Po co? Napiszę wiersz. Po co? Pofarbuję włosy. Po co? Język włoski poćwiczę! 
Po co. 

Śni mi się podróż bez biletu, każdy może być kanarem, badam anonimowe twarze, czytam w głuchych myślach. Podróż się dłuży, autobus pędzi w nieznane, martwię się, jestem coraz dalej. Coraz dalej czego? Nagle coś się zmienia, mam inny płaszcz, w kieszeni pieniądze, mogę kupić bilet. Kierowca nie ma maski, uśmiecha się jak człowiek, nowa sytuacja. Zresztą, czyż zakup konieczny? To chyba koniec kursu, wjeżdżamy do teatru, wielkie poruszenie, spektakl kukiełkowy. 

A może: bal maskowy?

Matko boska, niech coś się zmieni, niech się ociepli, niech zazieleni! Jestem jak król Błystek przymarznięty do tronu – zastygnięta w bezczynności, zatrzaśnięta w tym dziwnym pytaniu. I nic nie mogę przez nie zrobić, wszystkiemu ono odbiera sens. Jakby się rzeka zatrzymała, jakby życie ugrzęzło. Świat zasłonił twarz. Tak bardzo boi się choroby, że woli się udusić. 

TYLKO PO CO?!

Bogini obfitości

Czytam o bogini Lakshmi. A jeszcze bardziej, choć nie wiem, czy to aby nie bluźnierstwo: o swojej matce. I widzę ją, włosy rozpuszczone, płaszcz rozpięty, na twarzy uśmiech, stoi w jakiejś żabce, spokojnie czeka aż skończę, ale ja wciąż nie mogę, bo pozuję, dziwnym trafem ktoś mi w tej żabce robi zdjęcia, w sumie mam już tego dość, pierdolę, idziemy do domu, zapalimy, pogadamy, pogadamy, pogadamy. 

Emocja zupełnie nowa. Duma. Inni mają dziwne matki, a ja mam taką fajną. Wystarczy spojrzeć na ten uśmiech. Wystarczy zrozumieć. 

Czarna perła

Kalendarz Majów. Cel na dziś. Poszukać w swym wnętrzu bogactwa. Prawdopodobnie to ono tak chrzęści mi w mostku. Albo też w łokciu uwiera. W panewce stawowej ramienia kości tkwi kamień szlachetny milion karatów, diament być może lub szafir. Zrodzona z tkanek miękkich, męcząca, bolesna – bezcenna czarna perła. 

A ja tymczasem nie mam na ZUS. 

Pętla ewolucji

Tak naprawdę niby moment. Mgnienie. Niepojęte boskie natchnienie. Ułamek procenta sekundy na srebrzystej tarczy kosmosu. Chwila tak krótka, że (chciałoby się rzec!) niezauważalna. A jednak. NIESTETY. Trwa. 

Przydałby się jakiś meteoryt, planetoida, coś spektakularnego i ostatecznego zarazem: trzask, łubudu, koniec. Tymczasem nic się nie zmienia, dzień za dniem kalendarza wciąż to samo. 
Luty. 
Luty. 
Luty.

Przyszłością zajmę się jutro

Jestem u celu. W samiusieńkim centrum siebie. Kto by pomyślał? Wędrówka przez dżunglę, a na końcu, zamiast Szamana z pucharem – ja sama. 
Na jakim końcu?
Na początku. 

Układam myśli na półkach umysłu. W kosteczkę. Kolorami. Porządek jak u rasowej Panny. Przeszłość pakuję do worków, przyszłością zajmę się jutro. Dziś pierwszy dzień bez bólu w ramieniu. Poza rozlanym na dachach słońcu i podniebnym błyskiem piór mew, stanowi to niemożliwy do zlekceważenia powód euforii. 

Owszem, mam plan na życie. Jego doskonałość polega na tym, że może się nie udać. Pozwalam ze wzruszeniem. Ramion.

Krzyk

Dziewiąta trzy. Rodzi się Krzyk. Przybiera postać dziewczynki, która słucha Bauhausu, ma tatuaże na plecach, a na twarzy tusz. 
Rozmazany.
Od łez. 

WSZYSCY WYPIERDALAĆ!!! 

A najbardziej kot. 

Krzyk. Noemi Susenbach

Najbliżej

Przeszłość jest jak alkohol. Podobnie szkodzi i podobnie odurza. Rzeźbi na twarzy bruzdy doświadczeń, męczy nieuleczonym żalem. Można się jeszcze unieść na tej fali, lecz niezbyt wysoko. Pamięć wszak coraz gorsza. I wspomnień dobrych niewiele.

Przyszłość to z kolei narkotyk. Miraż oczekiwań w starciu z rozczarowaniem. Myślisz i myślisz i zawsze jest inaczej. Prawda nazajutrz po emce. Trzy aligatory i znikąd pomocy. A miało być tak super.

Pozostaje nabrzmiałe od faktów, kategorycznie istniejące TERAZ. Co się teraz dzieje? Hałasuje ekspres do kawy. Mewa przecina niebo. Resztki śniegu rozrzedzane przez wiatr, topnieją pod naporem wiosny. W Jeleniej Górze podobno plus dwadzieścia. 

A mnie marzną stopy pod kołdrą. 

I dłonie. 

Końcówki palców. 

Przyglądam się sobie jak naukowiec, jak badacz. Nieodkryte jest blisko. Najbliżej.