W pułapce nieskończoności

Z matematycznego punktu widzenia obrany cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Zawsze znajdzie się ułamek dzielący punkt A od punktu B. Między nimi rozciąga się nigdy niepokonana nieskończoność. Droga. I to ona właśnie zasługuje na miano celu. 

Sens życia nie wynika więc z żadnych osiągnięć, ale z faktu samego istnienia. Wędrówki po niekończącej się osi rzędnych. Lub odciętych (pająk). 

Ową matematyczną zawiłość zdają się rozumieć wszystkie gatunki poza tym, który sam siebie nazywa: rozumny.

Jeśli zaś chodzi o moją wędrówkę: niezmiennie, jak co roku, latam ze ścierą za muchami. 

Jeźdźcy Apokalipsy

Największe pierepałki człowiek ma z czasem. W każdym kontekście. Jako młody chce być starszy, jako starszy młodnieje. Uwięziony w przyjemnym wspomnieniu, bądź w szczytnym celu, nie może nawet trafić w kalendarz, a co dopiero się w nim poruszać. Ta podróż ma wiele skrótów. Żaden nie prowadzi do celu. 

Leci Lana del Rey. Doin’ time. Oż kurde, a teraz The Doors. Riders on the storm. 

Jestem wichrem. 
Burzą.
Blondyneczką niedużą
Mówią, że mam go kochać
Mówią, że mam z nim być
Na drodze jest morderca
Pozwól tym dzieciom śnić

W przydrożnym rowie leży but
Opadam na ziemię jak deszcz 
nut.

13:51

Wiersze bywają straszne. A przecież to tylko wiersze. Tak samo nierzeczywiste jak sny. Które też bywają straszne. A przecież to tylko sny. 

Tsunami

Miłość wisi w powietrzu. Ach, cóż za określenie! Ona nie wisi, ona fruwa, lata, wiruje, wznosi się piruetami, opada z gracją niczym baletnica – by znów się wzbić w przestworza. Wśród cząsteczek tlenu, azotu oraz pary wodnej miga jej sukienka. 

Kilka słów o sukience. Trudno doszukać się jednej w niej barwy. Złożoność promieni mami i zwodzi. A to się wydaje być koralowa, a za chwilę – szkarłat. Nie wiadomo. Kto patrzy, mruży oczy. I, rzecz jasna: nie wie. Nie wie i to jak!

Uczucie niewiedzy jest jak bańka mydlana. W głowie. Jeśli więc ktoś w tej głowie chwilę temu dźwigał potężne paragrafy, szuflady ksiąg i akt, specjalizacje, fąforyzacje, kilka ton ciekawostek z dziedziny poza profesją, system oświetleń własnej wiedzy, aby niczyjej wiedzy nie umknęła wiedza o niej – może (wybaczcie kolokwializm!) lekko zgłupieć. I chcieć prędko bańki z głowy się pozbyć. 

I teraz, zależy. Bo nic nie wiedzieć to też wyjątkowa ulga. Lekkość ponadpowietrzna. No nie wiem, oesu! Za to widzę brzeg sukienki. Na JEJ ciele.

Nie ma, że wybór. Wszystko robi się, co chce. Jakby samo. Bo to niby ciamciaramcia, serduszka i inne pierdoły, a tak naprawdę: wielka siła. Totalna. Jak tornado. Bardziej. Nie wiem. Orkan? 

Tsunami. 

List do MM

W encyklopedii Larousse znajduje się zdjęcie latarni morskiej Minot w stanie Massachusetts. Wśród wzburzonych fal, wicher milion w skali Beauforta. Pierwsza emocja: niepokój. O tego człowieka w latarni. Potem lęk o budowniczych stawiających wieżę. Aż wreszcie przerażenie. O fotografa robiącego zdjęcie. 

Żeby być wichrem, trzeba nie bać się nim być. 

mały lęk

Czasem przychodzi mały lęk. Ma fryzurę rozczochraną, włosy czarne. Cały jest czarny i to bynajmniej nie jest elegancka czerń. 

Zatruwa każdą myśl, aż człowiek żałuje, że w ogóle myśli. Żeby go nie widzieć: nie patrzy. A ten rośnie. Jeszcze sekundę temu mały, teraz wypełnia pokój, przyszłość, nieskończoność. Przepaść. Zguba. Czarna dziura. Smolista nicość szepcze miliardem syków… 

No jasne, najlepiej zamknąć oczy! 

To oczywista ironia, zamknąć oczy: najgorzej. Bo gdy się je otworzy, lęk migiem znów maleje. A kiedy jest już naprawdę malutki, wskakuje na kolana, smarka nos w koszulkę, a z jego lewej stópki zsuwa się czarny bucik. 

Krótka rozmowa z papierową małpą

Tymczasem wracam do Johna. Siedzimy naprzeciwko siebie, on z tym swoim młynkiem, ja z lufą. Cisza. Nikt nam nie przeszkadza. Słyszymy swoje myśli, ja jego, on moje: 

– John. John.
– Tak. 

W ramieniu coś mi się z trzaskiem przestawia. Za oknem pisk żurawia. Nie lubię wysokich dźwięków. Moje brzmienie jest nisko, głęboko, pod spodem. Głos zdradza sporo. Większość. Wszystko. 

Ale nie zawsze trzeba mówić. Właściwie nigdy nie trzeba. Właściwie nawet lepiej. 

Od dwóch lat z moimi znajomymi rozmawiam bez słów. Są tacy, co mnie blokują w razie, gdyby im jednak coś tam się wyrwało. Szanuję to. Warto czasem założyć sobie kaganiec. 

Żyjemy zgodnie, bez swarów, bez fum. Każdy niewzruszony w swym kierunku podąża. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi i nikt nie przeszkadza. Nikt nikomu nie radzi, nikt też nie poucza. Chcieć więcej to bluźnierstwo. Lub raczej głupota… 

– John. John.
– Tak. 

Damsko-męska przyjaźń. Coś przecudownego. I pomyśleć, że w papierowej małpie jest więcej zrozumienia, niż w trzech tysiącach przyjaciół. W siedmiu miliardach ludzi. 

Na falach kołyszą się koła ratunkowe. Obok nich ludzie w maseczkach. Toną. Krzyż na drogę. 

Bohun z Behemotem

Jestem z dziewczynami w pubie, kupujemy piwo, barman żąda okazania dowodu, moja obecność niewiele pomaga, bo „wyglądam najwyżej na siostrę”. Ktoś stoi z boku, patrzy na mnie zbyt długo zatrzymanym wzrokiem, który, wiem przecież doskonale – wcale nie jest przypadkowy. Ten ktoś jest przystojny jak diabeł, mówi po rosyjsku, niegłośno, z kozackim akcentem… Dziwnym zbiegiem okoliczności siada stolik obok. I patrzy dalej. 

Według Wołoskiej taka sytuacja oznacza, że: 

  1. Ktoś chce mnie zabić, albo:
  2. To drugie. 

Śmierci się nie boję.

***

Winnam wam opis. Czarne włosy, śniada cera i wysoki iloraz inteligencji na twarzy. Koszulka z Behemotem! 

Też bym patrzyła. 

Alegoria

Jaki jest cel przeskakiwania wskazówek zegara? Kolejnych wschodów i zachodów słońca? Wyzierania z nicości Księżyca oraz ponowne zapadanie się w mrok? 

Nieskończony jest strumień wydarzeń. Niewyczerpana jest rzeka emocji. Życie to wszechświat, wielki wybuch, którego gwałtowny proces istnienia jest tak samo krótki, jak długi. Pojęcie czasu jak pojęcie koloru – dla każdego względne. Tylko droga podobna, mapa nieba. Z punktu A do punktu A. Z czerni w czerń. Z nowiu w nów.

Światłem, którym mi dane jest płonąć, maluję wśród nocy swój dzień. 

Alegoria. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Baby pamięci żałobnej rapsod

Wczoraj pełne wrażeń. Spotkanie z Bellą i Leo, konferencja medyczna, spacer po lesie. A potem dom się zaludnia, rozmowy do trzeciej nad ranem. Ledwie zasypiam, Baba z góry wali młotkiem. 

Przybija się do krzyża. 

Chwytam kij od szczotki, w odwecie walę w sufit, w suficie robią się dziury, stukanie nie ustaje. Wiadomości o treści: Jest niedziela, debilko! – odbijają się tylko od ściany. 

Nagle cisza. Czyżby koniec męki? Baba rozpięta na krzyżu kona? Płacze odkurzacz, płacze pralka. Pies nie płacze, bo zdechł. Żywot miał długi, wypełniony mozołem, drogą krzyżową polskiej kobiety: krzątaniną domową. Ale teraz już cisza, ostatni gwóźdź wbity, oko przez kruka wykolone, słowo w ciało (nieżywe) zmienione. 

A, nie! Czekajcie! Co tam się znów odpierdala?!

To Baba. 

Zmartwychwstała.