Komunikat z planety Ziemia

6.6

Niedziela. Msza święta. W centralnym miejscu, na podwyższeniu, obwieszony błyskotkami mężczyzna z nadwagą pije alkohol. Przed nim wszyscy klęczą. Są dzieci. Jest ich dużo. Podobno składa się dzieci w ofierze. 

Albo gorzej… 

6.6

Nadaję z bazy. UFO gotowe odlecieć w każdej chwili. Gęstnieje Czarna Magia.

6.6

GORZEJ. 

Czarna Magia. Noemi Susenbach

Johnny B. Goode

Wysłane w kosmos w poszukiwaniu życia pozaziemskiego próbniki Pioneer są wyposażone w płytki aluminiowe, na których umieszczono schemat Układu Słonecznego, rysunki kobiety i mężczyzny oraz trasę dotarcia do Ziemi. Natomiast statki Voyager 1 i 2 niosą przesłanie dźwiękowe: piosenkę Chucka Berry’ego Johnny B. Goode

Obawiam się, że czeka nas zagłada. 

Piesdemona

Delikatność płótna umyka przed migawką. Indianie mówią, że zdjęcie zabiera duszę. Mają rację. Obrazy na zdjęciach zawsze ją gdzieś chowają; za ramę, za ścianę, za drżącą kreską pędzla? Ukryta wstydliwie, a może raczej: dumnie – śpi skulona z pieskiem, psem demona. Pies demona ma parwowirozę, bardzo cierpi. W dodatku sam na strychu, w komórce, z daleka od matki, a to przecież szczenię, w gorączce, w konwulsjach, umiera. I jedyne pocieszenie to ta mała dusza, co ze szkoły wraca i do niego biegnie i patrzy na tę małą śmierć bezradna, bo cóż może zrobić? Umrzeć razem z nim? 

Nie. Nie może. 

Życie jest jak dziecko, trzeba się nim zająć. 

Piesdemona. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Mała Księżniczka

Pochodzi z planety o nazwie Purpura. Jej historia nie kończy się ukąszeniem przez żmiję, przeciwnie. Jej historia zaczyna się ukąszeniem przez węża. I prawdopodobnie nie kończy się nigdy, tak jak nie kończy się droga biegnąca po okręgu. 

Czym wszakże różni się koniec od początku? Czy jeden i drugi nie stanowi siebie nawzajem? Cóż, Mała Księżniczka jest dziewczynką, a dziewczynki są z natury silniejsze, co pozwala im przetrwać niejedno ukąszenie, co z kolei pozwala koniec nazywać początkiem. A dopóki koniec jest początkiem, dopóty droga biegnąca po okręgu tonie w kwiatach. Nie są to żadne róże, ale stokrotki, niezapominajki i mlecze. Mniszki lekarskie. Babki lancetowate. I szałwiodziurawce. 

Podróże zakazane! Od kiedy na Ziemi wybucha panika z powodu bliżej niezdiagnozowanej choroby, statki kosmiczne przestają latać. Purpura oddycha bez maski. Oddychałaby jeszcze lżej, gdyby nie ziemskie kosiarki spalinowe, piły łańcuchowe oraz ciężarówki wywożące tony śmieci każdego dnia bez wyjątku po sześć na placówkę z czterema kubłami. Nie wiem zresztą dokładnie, musiałabym policzyć, ale nie chce mi się wychylać głowy z atmosfery. 

Atmosfera Purpury ma barwę turkusu. 

Baobabów nie stwierdzono. Wiadomo jednak z całą pewnością, że rosną tu gorejące krzaki. Gdyby zarosły całą planetę, pewnie by spłonęła i cześć. Ale nie zarosną, bo rządy sprawuje kobieta. I niech ten argument wystarczy. 

Czy Mała Księżniczka ma jakichś przyjaciół? Całe mnóstwo. Nie mają profilów w internecie, milczą niezapytani, a zapytani – też milczą. Są zbudowani z kamieni, szmatek lub sierści. Od tych w internecie różnią się tym, że mają duszę. Duszę ma bowiem ten, kto z niej się nie odarł. 

Czasem na Purpurze pada deszcz. Nie jest to zwykła ulewa, nie jest to żadna mżawka. To burza. Z piorunami. Z zsynchronizowanym wybuchem wulkanów. Trzęsieniem płyt tektonicznych. Apokaliptycznym huraganem o barwie niebieskiej, rytmiczną zagładą. Giną wtedy wszystkie żale, umierają w rozpaczy smutki. Przytwierdzone do skał drabiny lecą w bezdenne przepaście. A potem zapada cisza. I znowu, od nowa, po drodze – teraz już innej – w nieskończoność okręgu mknie nigdy nie znudzone sobą życie.

Zaczarowany młynek

Śni mi się purpura w kolorze turkusowym. Jakkolwiek to brzmi, stanowi tajemnicę. Bo nie wiem. 

Z rzeczy przyziemnych: przydałoby się posprzątać. Może by się znalazł młynek, w którym na pewno jest trochę zioła, akurat na jednego buszka. Ale nie chce mi się. Znaczy, zapalić: owszem, bardzo poproszę. Ale sprzątać nie. Jestem leniwa jak zodiakalna krowa, leżę i zbieram pyłki z powietrza, wzbudzony porankiem srebrny kurz wdycham zamiast marihuany i mam katatoniczny odlot. 

Oto lecę w kosmos. W tym kosmosie tworzę świat, planetę bez ludzi, bez śmieci, bez kosiarek, bez alarmów i bez masek. Wśród zieleni turkusowej, w samym sercu dżungli lśni w słońcu purpurowy zamek, a tam, na balkonie podniebnym, w jedwabiach, aksamitach: ja. Bujam się w hamaku i palę fajkę, której zawartość nie kończy się nigdy, gdyż odnaleziony młynek jest zaczarowany i mieli w nieskończoność kosmiczne THC. 

O żadnych królewiczach, rzecz jasna, nie ma mowy! A jeśli by się cudem jakiś przybłąkał – z balkonu zastrzelę, z łuku. Konia sobie zostawię. Białym galopem będę mknąć przez knieję planetarną. Do jeziora! W turkusie się zanurzę, w wodzie się rozpuszczę, w potoku się rozszemrzę. 

A potem wyparuję.
A potem spadnę burzą.
Aż wreszcie zniknie wszystko.

Nawet Księżyc. 

W aksamit się zawinę
i zasnę. 

Przyśni mi się maleńka planeta. W kolorze purpurowym. Z okiem jeziora o barwie turkusu.

Tresowanie rekina

Nie chodzi tylko o to, że pojawia się rekin. Wszak towarzyszy od zawsze. Swą nieobecnością, rzecz jasna. Choć, faktycznie, większość czasu go nie ma, to jednak niezaprzeczalnie JEST. Przenika, budzi, nachodzi. Każe tęsknić. A potem…

Żeby tylko zjadł, pożarł, zabił. Pół biedy. Ale nie. 

On się lubi pastwić, szarpać i znęcać. 
A więc się znęca i bada. 
Czy ofiara krwawi?
Czy nie pomóc aby? 
Bandaż podać, opatrzyć?

I nagle trach, szast-prast, szczęki dwa 
Wypełnia rekinim DE EN A. 

Niepojęte zmysły zaczynają działać. Węch węszący z innego oceanu. I ten wyczulony na ruch, zryw, kierunek, atak. Trach, szast-prast, szczęki dwa. Ulalala…

Linia boczna. Szósty zmysł. Dobrze jest mieć coś na boku. Czuć na odległość dotyk. 

Rekin jest w ciągłym ruchu. Nie zatrzymuje się nigdy. Gdy się zatrzyma, choć to brzmi kuriozalnie: tonie. 

PS. Podobno ten gatunek jest starszy od dinozaurów. Długo sobie radzi. Aż do wynalezienia zupy. 
PS2. Czy rekin może być piękny? Nie może być. Jest.

Trzepot

Dzisiejszy sen każe nie robić nic. Żadnych walk, żadnego mozołu. Żadnych starań, wspinaczek, wysiłków. Tylko słońce, łóżko, leżak w ogrodzie, herbatka, kawałek ciasta, najlepiej makowiec, bo usypia. A z herbatek: melisa. I buszek na uspokojenie. 

Ludzie

Ludzie biegają we wszystkich kierunkach
bez celu
jak przestraszone żuki

PS. Lubię u ptaków ten ledwo słyszalny trzepot. Wydobywa się tylko z aksamitnej ciszy lotu. 

Kruki. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Przepraszam

A więc przepraszam. Za każdą krzywdę, każde słowo, każdą dręczącą mnie myśl. Za każdą chwilę, którą poświęcam nie sobie. Za smycz na swojej szyi, za własną niewolę. Za żal, którego wyrwać z siebie nie umiem, bo wnika zbyt głęboko – do mikrootworów w kościach, do ich gąbczastej tkanki. 

A więc przepraszam. Za pretensje. Za zbyt niską ocenę. Za ocenę w ogóle. Za ustępstwa i na wszystko zgodę. Cztery browary wieczorem. Pół paczki fajek. I wysokie obcasy rujnujące mi zdrowie. 

Przepraszam. Że wybaczyć nie mogę. Chłodu, dumy, milczenia. I przełkniętych łez.

Niedźwiadek. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)