Eve

Prawda, że brzmi jak święto? To niezwykle proste i piękne w swojej prostocie imię. Pierwsza. Jedyna. Niepowtarzalna.

Zanim pojawiła się na mojej arce, przychodziła w snach. Nie, nie tylko w snach. Przychodziła ot tak, we wspomnieniach, w myślach, w codziennym życiu. Przynosiła ze sobą zapach i smak tych krótkich, ulotnych chwil dzieciństwa, które były szczęśliwe.

Ciemne oczy Eve uspokajały moje przerażone światem serce. I choć była (nadal jest) nieco młodsza ode mnie, czułam się w jej obecności bezpieczna.

Eve to moja siostra. Najprawdziwsza, pierwsza, jedyna.

Dawno temu, gdy byłyśmy dziewczynkami, rozdzielono nas brutalnie. A potem, gdy Los nas ze sobą połączył – zabroniono nam się spotykać. Nieustraszona dusza Eve kazała jej się przedrzeć przez rozdzielający nas mur. „Jak będziesz duża, przyjedziesz do mnie i znajdziemy razem mieszkanie!” – planowała z przejęciem, a jej rozpalone policzki błyszczały w słońcu. Patrzyłam jak urzeczona, po cichu zazdroszcząc urody, nie zdając sobie sprawy, że przecież wyglądam tak samo.

Człowiek siebie nie widzi. Człowiek siebie nie zna. Owszem, wie wszystko o innych, ale o sobie nic. To największa strata ludzkości. Żyć w oddaleniu, w nieświadomości, kim naprawdę się jest.

Śniły mi się lustra. Cała komnata zwierciadeł. Z nich właśnie składa się fraktal relacji. Ja jestem tobą. Ty jesteś mną. Jaka cudowna podpowiedź! Wystarczy spojrzeć w lustro i wiesz. Nie tylko znasz siebie, znasz także całą rodzinę. Przyjaciół. Znajomych.

Nie chowaj się za lustrem, jest ich za dużo. Przed prawdą nie ma ucieczki. Kto na kim stawia znaki, sam taki. Każde słowo, każdy gest, każdy zarzut wobec mnie – zdradza twoje zamiary. Najskrytsza tajemnica lśni w tafli mojego zwierciadła.

Przeciwieństwa się przyciągają, ale podobieństwa wiążą. Szukamy się według klucza, jak atomy. Mikroświat to maleńka ściąga z życia. Wystarczy rozłożyć ściśniętą w pięść dłoń. Spojrzeć na linie papilarne. Kim jestem? Dzieckiem? TAKIM dzieckiem? A gdzież są te dzieci? Na innej planecie? Nie. One są tutaj. Tu, w naszej rodzinie. I w waszej. Mojej, twojej. Spójrz w lustro. A potem się przyjrzyj starej fotografii z albumu rodzinnego.

Amma słyszała w jakimś filmie, że po depresji widzi się tylko prawdę. Pocieszała mnie tym, gdy byłam chora. Nie wiem, czy wierzyła w słowa pocieszenia. Nie wiem, czy zdawała sobie sprawę.

A może tak? Może właśnie tak? Może tego pragnie? Może chce się uwolnić? Przecież każdego dnia ta tajemnica boleśnie ryje jej serce.

A co wy się tak gorszycie?! Czemu was tak szokuje? Zdrada? Czymże jest zdrada?

Decyzją o własnym ciele.

Nie, nie mam żalu. Mogłam na to wpaść wcześniej. Mogłam się skupić na sprawach ważnych, zamiast…

Nie, nie mam żalu. Nawet do samej siebie. Merkury tańczy w odwrotną stronę, wraz z nim tańczy Wenus. Cofamy się, zwijamy do siebie, do własnych trzewi. Moje ciało jest moje, jedyne, niezastąpione. Drzemią w nim setki pokoleń, gotowe się zbudzić i opowiadać, opowiadać, opowiadać. Tak dużo do opowiedzenia, tak dużo do wysłuchania. Tak dużo do znalezienia.

Tak dużo do odzyskania.

Eve się uśmiecha w lusterku. Nie musi forsować murów. Mamy swoje życia. Mamy siebie. Odnalezione po latach dwie krople rozpryśniętej po wszechświecie wody.

Eve, Noemi Susenbach

PS. Kuźwa! Dziś mam włoski, a pitolę z Eve po niemiecku! Laseczka zapowiedziała sprawdzian ze słówek dotyczących garderoby. Ogólnie: mebli i rzeczy. Widelec. Szafka. Krzesło. Taki temat. Wszystko inne – spoko. Ogarniam. Czasy, tryby, rodzajniki, odmiany. Luźno. Ale najgorsze są właśnie takie RZECZY, które są w cholerę przydatne, a nie wiem, jak lecą.

I tylko w życiu codziennym można się tego nauczyć.

A ja już dawno nie miałam życia codziennego.

Po polsku nie pamiętam.

Po rusku się domyślam. Działa. W ruskim wystarczy, że się domyślasz i gadasz.

Po niemiecku – nie pytajcie. Wiem, jak jest stół. Do tej pory wystarcza.

Po angielsku? Wiem, jak jest finger.

Będę ściągać.

Mała śmierć

Najbardziej lubię siedzieć na dnie oceanu. Na górze szaleją huragany, tymczasem u mnie cisza jak makiem zasiał, nawet BaBa z PP nie pierze, chyba umarła. PP też umarł. Na dnie oceanu nie ma nikogo, jest doskonale czarno i cicho. Istny raj.

Ten sam, który był kiedyś piekłem.

Szaman opowiedział mi przypowieść o długich łyżkach. W piekle – mówił – jest wszystko, stoły suto zastawione. Można jeść pod jednym warunkiem. Trzeba posługiwać się łyżką. Do dyspozycji są jednak łyżki z bardzo długimi trzonkami. Tak długimi, że w żaden sposób nie da się nimi trafić do ust. Jedzenie na stołach pachnie, kusi, dręczy. A wszyscy cierpią potworny głód. Przez te piekielne łyżki…

– A w Niebie? – pytam. – Jak jest?

– Dokładnie tak samo. Jedzenie na stołach i długie łyżki. Różnica polega na tym, że tam się karmią nawzajem.

Z moim dnem oceanu jest podobnie. Gdy się tam znalazłam po raz pierwszy, wpadłam w straszliwą panikę. Przygnieciona, sparaliżowana, samotna – zaplątywałam się coraz głębiej w wodorosty i macki ośmiornic. Depresja ma swoje prawa. Poniżej poziomu morza.

Wreszcie, gdy zjadłam już chyba całe psycho-ścierwo, które wyprodukowały koncerny farmaceutyczne, terapeutka kazała mi narysować raj.

Bez namysłu wzięłam kartkę i zamalowałam ją na czarno. Tylko tego pragnęłam. Mroku i ciszy. Nic więcej.

Mrok i cisza.

No to, proszę bardzo! Mówisz i masz. Zanurzaj się choćby codziennie, siedź ile pragniesz. Tylko tam dowiesz się prawdy. Takiej prawdy, od której cierpnie skóra. Takiej prawdy, od której ściska gardło.

I nie, nie chodzi tu bynajmniej o innych. Tu chodzi o mnie, dokładnie o MOJĄ OSOBĘ, jaka jest, czego pragnie, po co przyszła na świat i z KOGO tak naprawdę się składa.

Tu, na dnie oceanu opadają zasłony. Milkną słowa, gaśnie świat. Siedzę u stóp potęgi, w samym oku cyklonu. Mogę suchą stopą przejść przez osławione Morze Czerwone, a nawet przez mój własny Ocean Pomarańczowy. Więc idę.

Pies demona prowadzi.

Najpierw do albumu ze starymi zdjęciami. Ale zanim to się stanie, śni mi się sen. Indianie amazońscy podczas inicjacji szli samotnie w dżunglę, a jedyną ich wskazówką były sny. Ze mną podobnie.

No więc sen. Przychodzą do mnie rodzice. Nie wiem, czy to na pewno jest Amma z Czerwonym Wędrowcem, bo oboje jacyś nieswoi. Mówią mi miłe słowa, są dla mnie dobrzy. Hm. Coś tu nie gra. Ale nic, przyjmuję wszystko z uśmiechem. Tylko zauważam, że byli u mnie już jacyś rodzice wcześniej. Jacyś inni. Jak to? To niemożliwe!

– A jednak. Przyszli we śnie – wyjaśniam.

– We śnie się nie liczy! – mówi Amma, a ja przyglądam się jej coraz baczniej, bo przecież właśnie śnię, to co, teraz też się nie liczy?!

Ona się reflektuje, robi miny i pyta, czy zostawili jakiś kontakt. Owszem, zostawili, odpowiadam. Mam tu gdzieś… – i wyciągam karteluszek z odręcznym pismem. Pismo formuje się coraz wyraźniej, aż czytam na głos takie oto słowo: WENDETA.

Wendeta, powtarzam dwa, może trzy razy, a Amma teraz na starej fotografii – kurczy się, jakby ją ogień trawił. Gdy otwieram usta i chucham w jej stronę, płonie. Gdy się budzę, słyszę własny, kategoryczny, mocny głos: mój oddech zabija.

Jestem małą śmiercią. Mała śmierć to dziecko, którego się nie chce. Dziecko, które swym przyjściem na świat popełnia zbrodnię na życiu matki. I dopóki oddycha, odbiera jej oddech, bo przecież każdy kolejny dzień kosztuje tak wiele, każdy kolejny dzień jest zagrożeniem, że prawda wyjdzie na jaw.

Tymczasem prawda już wyszła, bo to dziecko jest prawdą! Świadectwem, bezwstydnym afiszem skrzętnie ukrywanej hańby! Nikt nie może się dowiedzieć, tymczasem wszyscy wiedzą, bo wszyscy widzą, bo ono żyje, chodzi dziwnie i dużo płacze, a paznokcie ma pokrzywiane.

Budzę się, wertuję stare fotografie. Ciotki, wujkowie… I nagle zastygam w bezruchu nad zdjęciem legitymacyjnym, zdjęciem które znam od zawsze, a które z niewiadomych przyczyn przewraca się po moim życiu od lat.

Nos. Usta. Kości policzkowe. Włosy. Nawet grzywka tak samo faluje nad czołem…

I nagle: łubu, du, lawina wspomnień, strzępów rozmów z dzieciństwa. Wszystko tak nagle, bez znieczulenia, bez wyjaśnienia, jedno za drugim. I to, i tamto. I jeszcze tamto. I jeszcze…

Co to za świat, na który przychodzą „małe śmierci”? Co za życie w niedopasowaniu, w niewiedzy, w nieustającym zdumieniu? Małe śmierci zbierają całe zło i choć są niewinne – wina jest zawsze po ich stronie.

Bo są.

Bo są.

Bo uparcie są i jakby się zmówiły, są WŁAŚNIE TAKIE.

Nie mogę spać. Jednak zasypiam. I znów sen. Śni mi się książka, lektura naukowa. Stoi na półce, nie trzeba daleko szukać. Biologia molekularna, dział Genetyka, rozdział Dziedziczenie. Czarno na białym, bez żadnych odlotów, nieznośnych nadinterpretacji, ot, po prostu: punkt po punkcie leci w przepaść biała wieża.

A na dnie przepaści mrok. I pustka. Nie ma już nic. Nie ma znajomych, przyjaciół. Nie ma też rodziny. Depresja prowadzi przez odmęty, na sam koniuszek oszukanego świata, gdzie, skręcona w embrion, budzi się do życia mała śmierć.


Mała śmierć, Noemi Susenbach (fragment)

Mała śmierć, Noemi Susenbach

Małe życie

Pamiętacie, jak mówiłam, że Pan Demonium się sypie? Zgubił w sumie cztery diamenty. Subiekt kulił się, jak kolejny raz wchodziłam z reklamacją (to było jeszcze grubo przed zarazą), ale zachował zimną krew. W tej chwili jest ze mną (Pan Demonium, nie subiekt) i milczy. Nic więcej nie chce powiedzieć. Rozumiem go. Najważniejsze już wiadomo. Chociaż czuję, że to nie wszystko. Że to dopiero początek.

Preludium.

Tymczasem na mojej Arce nadal wieje pustką. Owszem, mam dobre informacje: dwie osoby dołączyły do mojego kursu. Jedna z nich, Czerwony Wędrowiec, w ogóle mnie nie zaskoczyła. No, może trochę. Czerwony Wędrowiec zwykle przejawiał nietłumioną histerię wobec wirusów i bakterii, miałam więc lekkie obawy, że w obecnej sytuacji zwariował i przepadł w odmętach. Ale nie. Jest na stanowisku, trzyma ster i wygląda na ocalonego. Zajada się czosnkiem i mówi tak:

– Dajcie mi no tu tego wirusa! Czekam! Doczekać się nie mogę! Ha!

Druga postać jest kontrowersyjna. Trudno mi o niej pisać. Zdradzę tylko, że jest nią kobieta. Kobieta tak samo mi bliska jak daleka. Nazywa się Amma.

W chwili, gdy do mojej Arki dotarły wysyłane przez bezkres Oceanu Pomarańczowego sygnały, Amma była w rozsypce panicznej. Usłyszałam, że na mapie świata pojawiły się dwie dodatkowe czerwone kropki i jedną z tych kropek, według Ammy, stanowię ja. To się nazywa wiara w człowieka.

– Spokojnie, Amma, ja już dawno nie jestem człowiekiem. Nic mi nie grozi.

– Chlip, chlip!

Tego rodzaju rozmowa. Tymczasem dziś rano o piątej (!!!) budzi mnie Wifi, a budzi, kochani, łażąc mi po głowie, więc sprawa musi być poważna. Otwieram oczy i stwierdzam dwa fakty. Pierwszy jest taki, że leżę w kałuży gorączkowego potu. Drugi: mam powiększone węzły chłonne.

I teraz analiza. Bo przecież od miesięcy jestem sama jak palec, a raczej: jak trup. Nikt mnie nie odwiedza, z nikim się nie spotykam! Arka pływa samotnie po oceanie, a najbliższe sąsiedztwo pokoju dziennego oddalone jest o conajmniej jedno pokolenie. Jak więc do tego doszło!? Ten niespokojny orzeł: No? Wifi? Szaman? Wszystko wykluczone. Orzeł lata w górze, nie schodzi w rejony ludzkie, z nikim się nie brata, rzadko się odzywa. Do szkoły nie chodzi. Wifi to z kolei kot, zwierzę samotnicze, jeszcze bardziej wyobcowane. Jedyne żywe stworzenia, z którymi ma kontakt to świeżo wyklute sroki. I No.

Szaman z ludzkością ma niewiele wspólnego. Więc kto?

Ziarno! Ziarno się rozsypał, tak jak Pan Demonium się pogubił!

Ale Ziarno też się trzyma z daleka. Pisałam już, doczepił swój kantor do mojej Arki, pływa na dystans i wszelkie drogi kropelkowe między nami toną w Pomarańczowym Oceanie.

Czyżbym stanowiła to zarzewie, które tak trudno jest pojąć? Zarzewie wzięte znikąd? To jak kwestia stworzenia, ta odwieczna zawiłość powtarzana często przez dzieci: „ok, świat stworzył Bóg, ale kto, u diabła, stworzył Boga?!”.

Rzecz prosta, choć niepojęta. A wystarczy narysować koło. Bóg, a raczej świat się stworzył sam z siebie, tak jak ja teraz tworzę sama z siebie nie tylko tę baśń, ale także wirusa, który mnie w nocy atakuje naiwnie i ślepo, bo z motyką na Słońce się porwał.

Niemniej sprawy się komplikują. Bo teraz za cholerę na Arkę nikogo nie ściągnę. Teraz to już nawet nie chcę. Wszak nie lubię tłumów. A do samotności naprawdę da się przyzwyczaić. Tym bardziej, że ludzkość stanowi towarzystwo, jak obserwuję, mało wymagające intelektualnie. A towarzystwo mało wymagające intelektualnie to gwarancja nie tylko potężnej nudy, ale też mozołu. Bo trzeba to ZNIEŚĆ.

Dziękuję bardzo.

A te Chiny to też wiadomo było. Pan Demonium mi powiedział. Zresztą, Ameryki nie odkrył. A potem zaczął się gubić. Zgubił cztery diamenty. Co to oznacza? Na razie nie wiem. Ale się dowiem. Przy okazji, ktoś napisał na Facebooku, że coś tam skandal, bo jakaś baba w tramwaju jechała i zarażała. Rzecz jasna, ten kto to pisał również jechał tym tramwajem, ale za żadne skarby świata przecież nie zarażał, bo jest fajowym użytkownikiem Facebooka, a nie jakąś okropną babą. Najgorsze jest jednak to, że teraz nie wie, czy od baby nie złapał.

Pocieszające jest to, że się dowie.

Ale zanim się dowie, czas stanie. Ten marazm nie potrwa długo. Wkrótce nastąpi wybuch. To dobra wiadomość dla wszystkich żon, które z całego serca codziennie kombinują małą ucieczkę z domu do koleżanki (fitness, depilację, gdziekolwiek!), ale teraz nie mogą, bo kwarantanna.

To też świetna wiadomość dla wszystkich mężów, którzy za każde pieniądze wolą pracować, biegać maratony, trymować brody, niż pobyć z dzieciakami. Tym bardziej, że słowo „pobyć” nie jest niestety równoważne z wypowiedzeniem zdania: „Co w szkole?”

Można by utyskiwać teraz, że straszna szkoda, że nie zauważają, co jest ważne i tak dalej. Bez przesady. Zauważają. Nikt nie ośmieli się przecież podważyć ważności zarostu na twarzy w czasach, gdy osobnik tego samego gatunku depiluje całe ciało do ostatniego włoska. I to JEST ważne.

Niech sobie będzie. Bo małe życie, jak powszechnie wiadomo od kilku dni – samo się obroni.

LOL.

PS. Jeśli chodzi o przepowiednię, chętnie się podzielę. Będzie jak będzie.

PS2. Ewelement! Na śmierć zapomniałam!