Baby pamięci żałobnej rapsod

Wczoraj pełne wrażeń. Spotkanie z Bellą i Leo, konferencja medyczna, spacer po lesie. A potem dom się zaludnia, rozmowy do trzeciej nad ranem. Ledwie zasypiam, Baba z góry wali młotkiem. 

Przybija się do krzyża. 

Chwytam kij od szczotki, w odwecie walę w sufit, w suficie robią się dziury, stukanie nie ustaje. Wiadomości o treści: Jest niedziela, debilko! – odbijają się tylko od ściany. 

Nagle cisza. Czyżby koniec męki? Baba rozpięta na krzyżu kona? Płacze odkurzacz, płacze pralka. Pies nie płacze, bo zdechł. Żywot miał długi, wypełniony mozołem, drogą krzyżową polskiej kobiety: krzątaniną domową. Ale teraz już cisza, ostatni gwóźdź wbity, oko przez kruka wykolone, słowo w ciało (nieżywe) zmienione. 

A, nie! Czekajcie! Co tam się znów odpierdala?!

To Baba. 

Zmartwychwstała. 

Eschilo

Znam dobrze ten stan. Muszę coś zrobić. MUSZĘ. Czemu muszę? Bo TRZEBA. 

Z tej logiki wynika dużo spraw. Czasem całe, zagrzebane w drobnych obowiązkach, życie. Baba z góry w kółko odkurza. Albo pierze. Albo coś tłucze w kuchni. Nie można powiedzieć, żeby nic nie robiła. Doskonale wpisana w tryb MUSZĘ, aktywnie popycha kolejne dni swojego życia wstecz. Bo przecież nie do przodu. 

Czarownice latają na miotle, Baba na odkurzaczu. Prawdopodobnie nigdy nie spłonie na stosie. Po prostu się zredukuje do kurzu i puf! – stary, jakże wysłużony odkurzacz wciągnie ją w swe trzewia. 

Muszę coś zrobić. Muszę. Ach, gdybym tylko mogła być Babą! Wzięłabym się za naczynia, okna, podłogi. Albo prasowanie. Ileż to roboty! Do siedemnastej by zeszło. A potem już tylko kotlety i z głowy. Jeszcze telewizja wieczorem i można spokojnie odhaczyć ten dzień. 

Na szczęście jesteśmy coraz bliżej śmierci. Bo przecież nie ma takiej maseczki, która by tę śmierć zniszczyła. Nawet jak się założy na oczy. Nie działa. 

10:39

Może namaluję obraz? Mam płótno, farby. Czas. 

11:04

Zdrapuję naklejki z laptopa… 

Eschilo. Noemi Susenbach