BaB trip

Piwo bezalkoholowe i śrut. Zestaw jak dla duchów. Wszystko wystrzelone. Jest ze mną Magda, Natasza, Śmierć i Wifi. Myślę, że piwa wystarczy. Są aż dwa. Śrutu wystarczy na pewno. Dziewczyny nie palą, zwłaszcza z broni palnej. W razie czego jest dużo żarówek. Oraz palo santo. Z mocnych rzeczy: serotonina. Po trzech seriach oddechów. 

Magda w komórce, Natasza w szufladzie. Śmierć w woalce, a Wifi w ogrodzie. Jolka była, ale umarła. Teraz tańcuje wokół Śmierci, taka boginka, drugi poziom trzeciego wymiaru. Żeby z nią pogadać, trzeba zrobić to, co robią duchy, gdy chcą wywołać człowieka. 

Serio? Madżenta?! Ona tylko oknem, właściwie oknami, wszystkimi naraz. A potem znów do okna, żeby nie było, że siedzi i nic nie robi. Na wpół przewieszona między światami pali, ale własne. Smoki mają swój ogień. 

Otwieram drugie piwo. Podobno alkoholik robi zapasy. A bezalkoholik? Zapierdala do żabki, podpowiada Natasza. Natasza jest ocalałą przed publikacją powieścią, jedyną, co nie daje się robić w trąbę. Słowo publikacja jest blisko słowa ubikacja. Gówno z tego masz. 

W kółko czyszczę lufę. Jeden strzał i znów czarna. Brakuje Stasia. Mógłby skoczyć do żabki. Śmierć ma trzy wcielenia, jedno z nich jest lalą, drugie obrazem, a trzecie obrazkiem. Małoobrazkowym. Plus Jolka. A raczej: minus. 

Leci Bajm. Wszystkie babki płaczą. Małpa i ja. Mamy dziesięć lat i zdzieramy kasetę na magnetofonie Wilga. Nagrane z Trójki. Z Listy Przebojów. Teraz ten krzyk, coś się dzieje z gardłem, prawdopodobnie rozszarpują je łzy. I samotność. 

Tylko Magda niewzruszona. Uprawia jogę oraz przemawia z ekranu. 

Możesz być szczęśliwa. Albo nie. Wybór należy do ciebie. 

Wifi nie słucha. Nie musi. Jest kotem.