Alkohol i narkotyki

Uwielbiam soboty. Cały świat wciąga kreski, żeby przeżyć po wczorajszym, a ja tymczasem leżę w pościeli, kiwam palcem u stopy i słucham Agar Agar. Przywilejem nudziarzy jest dobre samopoczucie. Zero kaca. Zero szwendania się po dusznych lokalach. Nieprzespanych nocy brak.

Alkohol i narkotyki mają dwie drogi. Obie dość odrażające. Albo człowiek wymiotuje i jest to obrzydliwe. Albo nie wymiotuje i to jest jeszcze bardziej obrzydliwe.

Bardzo ciekawe, że ludzie muszą się napić trucizny, żeby ze sobą wytrzymać.

Każdy przychodzi na ten świat z misją. Zadaniem iście herkulesowym. Bella na przykład ma przestać walczyć. Odpuścić. Zważywszy, że jest Planetarnym Wojownikiem, w dodatku lekarzem, chirurgiem, w sensie: pracuje przy stole operacyjnym, na którym leży człowiek, czasem jest to dziecko, no więc leży dziecko i umiera… faktycznie. Jej zadanie jest trudne.

Moje też jest trudne. Nazywa się CIERPLIWOŚĆ. Misja dla Wichru niby niewykonalna. A jednak. Zamiast wiać po klubach, leżę oto w pościeli i jedyną moją aktywnością jest kiwanie palcem u stopy.

Alkohol i narkotyki. Noemi Susenbach

Nieobecność

Śniło mi się, że sprzeciwiłam się autorytetowi i porwałam tłum. Ktoś spytał, jak tego dokonałam. Odparłam:

– To proste. Wystarczy przystawić pistolet do skroni.

Niestety, nic więcej nie zdążyłam wyjaśnić, bo zadzwoniła Bella. I cała w nerwach, że jak to? Wyjechałam, wyjeżdżam, gdzie, co? Ona na melanżu od tygodnia, nie wie, co się dzieje, a tymczasem: MNIE NIE MA?!

Muszę przyznać, że uwielbiam ten stan. Ten, w którym mnie nie ma. Jest to coś absolutnie wybornego. Nieobecność jest wyraźniejsza od obecności. Wie to bodaj każda matka, której dziecko nagle znika z pola widzenia. Jak ona wtedy kocha! Jak dba! Rozstrzęsiona nagłym przypływem miłości zawiadamia wszystkich sąsiadów, może nawet władzę o swym rozpalonym do czerwoności uczuciu. Rzecz się diametralnie zmienia, gdy obecność wraca. Miłość gaśnie, ustępuje miejsca wściekłości, którą przez zaciśnięte zęby słychać: jeszcze raz mi znikniesz…

– …to zabiję – chciałoby się dodać, ale za dużo sąsiadów wokół. No i policja, więc grząsko.

Logika podpowiada, że to nie ma sensu i każde rozumne dziecko znika ponownie. Z powrotem się jednak nie spieszy. Niech się uczucie wzmocni. Niech wzrasta.

Bella mówi, że tak w ogóle to może być problem z tym powrotem, bo znów zamkną granice. Z powodu choroby bezobjawowej. Stwierdzonej na całym świecie, po wszystkich stronach granic. Należy więc zachować ostrożność, bo jeszcze, nie daj Boże, rozniesie się ten brak objawów, który obecny jest wszędzie.

Logika podpowiada, że to nie ma sensu?

Logika, kochani, jest nieobecna, zwinęła swoje dwie kiecki w kolorze czarnym i prysnęła w mrok. Z powrotem się spieszyć nie będzie. Niech się uczucie wzmocni.

Niech wzrasta.

Nieobecność. Noemi Susenbach

O umieraniu z miłości

W życiu mogą przydarzyć się rożne śmierci. Można umrzeć ze śmiechu. Z nudów. Straszliwy zgon. Możliwe jest też umieranie z powodu niepoważnie traktowanej depresji.

Albo z miłości.

Jeśli chodzi o przypadek ostatni, obserwuję pomór. Epidemia pandemiczna ze śmiertelnością sto procent. No, może poza wyjątkami… Wyjątkiem…?

Umrzeć z miłości powinien każdy choć raz w życiu, a właściwie najlepiej raz, bo kolejna śmierć po prostu może zabić.

Mówimy tu o rzeczy turbo poważnej. Szczegóły? Bardzo proszę. Fala rozpalonego izokadmu zalewa serce, z mózgu strzelają potężne dawki halucynogennego koktajlu hormonalno-narkotycznego. I tak oto w miarę rozumny do tej pory człowiek utrzymuje, że zobaczył boga.

Prawdę powiada.

Śmiertelną prawdę. Śmierć z miłości ma bowiem właśnie takie objawy. Problem polega na tym, ze bóg się oddala, ucieka, mami. Nie dzwoni. Albo dzwoni, ale rzadko. Albo jest niemiły. Albo coś tam. Zawsze jest „coś tam”. To coś powoduje, że dotknięta śmiercią z miłości osoba odczuwa dokuczliwe pragnienie tego boga, co go ujrzała. I ciągle jej mało.

Ciągle.

Czy można to przeżyć? Ba. Czasem by się chciało umrzeć! Ale śmierć nie odpuszcza. Trzyma za gardło i dręczy. Konanie jest tym straszliwsze, im dłuższe. A to się ciągnie w nieskończoność.

Przyznaję, zawiły temat. Rozwiązanie? Banalne. I jak we wszystkich chorobach cywilizacyjnych – nie stosowane. Swoją drogą, wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, jak w kwestii medycyny ludzkość splątała najprostsze sprawy. Bella już mnie chciała operować. Operować! Skalpel, krew, znieczulenie. Zatrzymanie akcji serca. A mnie nic nie dolega! Mało tego, jestem nieśmiertelna!

Pytania – do Belli. Tymczasem wracam do śmierci. Bo jest w niej haczyk. Sama śmierć, jak wiecie – przesympatyczna koleżanka. Można konie kraść. Osobiście uwielbiam. I od rana kombinuję, jak ją wyciągnąć z Prossecctorium. Dziś bowiem składamy Nemezis Białego Kruka i chciałabym z nią polatać w przestrzeniach. Ze śmiercią, oczywiście, najlepsza zabawa. No więc, jak zatrzymać ten niekończący się horror męczarni?

Jak uwolnić miłosną śmierć?

Rozwiązanie.

Bóg jest tylko jeden. A jeśli bóg jest tylko jeden – kto jest bogiem? Wystarczy wskazać właściwą osobę.

A potem pójść na rower.

Odlot w wersji turbo

Wczoraj była Bella. Nie wiem, czy wystarczająco wyjaśniłam, Bella jest chirurgiem. Plastycznym. To taki lekarz, który zajmuje się składaniem ciał, po których, dajmy na to, przejechał pociąg. Nie mam pojęcia, jak jej się udaje do tych ciał wpompowywać życie, ale tak jest.

Życie płynie. Po zastygniętych z przerażenia żyłach rwą wartkie strumienie krwi. A poszatkowana jak kapusta skóra na nowo przybiera swą całość.

Bella jest Bogiem. Tak jak Leo, który też jest chirurgiem. Nie powiem, kto z nich jest Bogiem bardziej, nie ma skali. Między kobietą a mężczyzną jest taka przepaść, że żaden ranking nie ma sensu.

No więc Bella jest chirurgiem plastycznym i zna się na tak zwanych rysach twarzy. Trudno o lepszego specjalistę. Pokazałam jej zdjęcie. To legitymacyjne, z kotarą w tle. Tak się kiedyś robiło zdjęcia. Delikwent stawał na tle kotary harmonijnie upiętej i słowo daję, wyglądało to lepiej niż obecnie stosowane płaskie, szaro-żadne tło.

Ale chodzi o twarz.

Twarz z tym samym nosem, ustami, a nawet falką grzywki nad czołem. Bella zagłębiła się w analizie. Wzięła pod lupę cały album. Krok po kroku, cecha po cesze brała na warsztat genetyczny kod mojej istoty i paralelę podobieństw do postaci ze zdjęcia. Wzrokiem fachowca prześwietliła czaszki, rozbiła uchwycone na kliszy rysy na atomy. Aż wreszcie wydała werdykt:

TAK.

Szaman pokiwał głową. On te: „tak” wiedział już wcześniej. Tylko inaczej określił:

– Coś jest na rzeczy.

Mówiłam, że między facetem a kobietą jest przepaść. Chociaż różnie bywa. Zdarzają się jednostki wyważone, jak na przykład Ojciec Bio. Ale o nim napiszę kiedy indziej, bo teraz mi czaszka (prześwietlona) dymi.

Mam potwierdzenie lekarza specjalisty. A więc WIEM.

I co teraz?!

Kiedy człowiek WIE, może zrobić różne rzeczy. Może wziąć telefon, zadzwonić i zrobić taką aferę, jakiej jeszcze ta święta rodzina nie widziała.

Spektakularne. Anegdotycznie atrakcyjne. Ma szansę zapisać się w historii. Ale poza spektakularnością, anegdotyczną atrakcyjnością i mglistą wizją nikomu niepotrzebnego pomnika – walorów brak.

Można się upić. To zawsze działa. W końcu okazja. Pieprzyć Maweraszię. Dam sobie z nią radę. Zresztą każdy tak myśli. Ewelement na przykład.

Śniło mi się morze. Siedziałam na pomoście, a coraz bardziej rozszalałe fale darły wprost na mnie.

Boże. Boże. Boże. Żeby tak dało się utulić te fale. Żeby tak uzyskać spokój!

Jest tylko jedna ku temu sposobność*. Biorę płótno, farby i wyłączając się z rzeczywistości, z psychopatycznie laserową dokładnością do jednego milimetra Losu, nasączam płótno kolorami. Zamieniam nicość w kamienie.

Szlachetne.

Proces ten pozbawia emocji, uzyskaną energię kierując na ekscytację. Ciekawość jest składową radości, a ta z kolei ma konotacje w kierunku bardzo interesującego gruczołu zwanego szyszynką. Pobudzona do działania, produkuje serotoninę a także niezwykle fascynującą naukowców cząsteczkę o nazwie DMT.

Niedawno dowiedziałam się, że coś o tej nazwie chodzi po rynku, ale nie wiem. Ja bym tego, co chodzi po rynku, tak nie nazywała. DMT jest najbardziej adekwatna, gdy wydziela ją własna szyszynka. Myślę, że Bella może to potwierdzić.

Leo też.

No więc pobudzona do pracy szyszynka wydziela serotoninę i DMT. Znaczy: masz jazdę gwiezdną na tęczowej chmurze. Jako dygresję dodam, że rozciąganie przy tym mięśni dotlenia płytki krwi, które też produkują serotoninę, co powoduje odlot w wersji turbo.


Noemi Susenbach

*Bella mówi, że jeszcze grzyby.

Królestwo

dla Magdalin

Ziarno mówi, żeby wyrzucić trupy za burtę. Wiele można powiedzieć o Ziarnie, wszak handluje winem, sam specjalnie od demona nie stroni, ale przecież jest Aniołem, wszelki sprzeciw to bezsens. Tak. Ziarno ma rację. Wyrzucić trupy. Nieważne, co i jak było, trup to zawsze przeszłość, a więc balast. Wyrzucam więc po kolei: Węża, Józefinę, Ewelin i całą resztę towarzystwa, którego się trzymałam kurczowo diabli wiedzą po jaką cholerę.

Uf, jak lekko!

Mam teraz na pokładzie tylko dwa dzikie koty i Wifi. Dziwna sprawa z tymi kotami. Nieważne, jak są duże, nie ważą nic. Ich lekkość przeczy fizyce. Zresztą nie tylko to. Wszystko, co dotyczy kotów, jakoś się z prawami naukowymi nie klei. Przykład: satelity Starlink. Borykająca się z pandemią, głodem, suszą, zmianą klimatu (itd, itp.) ludzkość becaluje czterysta miliardów dolarów w złocie i wysyła w kosmos dwanaście tysięcy obiektów latających – głównie po to, żeby oglądać filmiki o kotach. Logika? Brak.

Kot to zwierzę od logiki oderwane, oderwane od grawitacji, oderwane od systemów, oderwane od wszystkiego. Niby nie lata, a chwyta ptaki spod niebios. Niby nie pływa, a wyciąga ryby z głębin. O nic nie prosi – dostaje wszystko.

I wcale nie zapraszane, króluje na Arce Noemi. I na tej arce robi co chce.

Tak oto Bella i Leo na ostatnim spotkaniu w Kancelarii spili mnie (abstynentkę!) winem, zaciągnęli na imprezę i, przekonując, że stanowią opiekę medyczną, wysadzili w kosmos za pomocą mikrodawkowania*.

Sekundę później stałam się rozśpiewaną po rosyjsku, rozpiętą między wymiarami plazmą.

Klasyka.

Plazma nie plazma, między słowami wyłapałam jednak sens rozmów i już wiem, o co chodzi z wirusem, ile jest naprawdę zgonów oraz to, że moja nowa kompania zajmuje się krojeniem ciał ludzkich za pomocą skalpela. Na oddziale covidowym. Słabo?

Amma już nie chce być na Arce. Ewelement aż nogę zwichnęła. Słusznie, to pozwala zachować dystans. No, jak na orła przystało, szybuje pod niebem, obserwuje pandemię, czasem lodowatym głosem rzuci komentarz o treści: – Lol. Albo: – A.

Szaman, jak w anegdocie o rowerzyście „ma wszystko w pi…”.

Płyniemy. Bez masek. Bez balastu. Na chwilowo łagodnych wodach Oceanu Pomarańczowego, ku błękitom życia.

Wczoraj zgłosiła się do mnie gazeta. Pytali, jakie mam plany na przyszłość. Natknęliśmy się na problem, gdy przyszło ustalić mój wiek. Bo nie wiem. Chodzi o datę urodzenia, czy zmartwychwstania? Przed, czy po śmierci? Życie jest wszak wieczne w obie strony.

Przyszłość. Czyż nie jest balastem, jak przeszłość? Gorzej. To kajdany. Bo jak wygląda żywot? Oto człowiek. Dzielnie toczy pod górę zakurzoną historię zlepioną w kulę gnoju. Jak żuk gnojarek. Przez życie całe, przepełniony żalem. I jakby tego mozołu miał mało, ładuje się w dyby PLANÓW NA PRZYSZŁOŚĆ.

Obarczony wczoraj, spętany jutrem, ucieka od dziś.

Do Królestwa.

Niebieskiego.

Tymczasem wystarczy odrzucić kulę gnoju, zdjąć kajdany i oto jest. Czeka. W każdej jednej chwili TERAŹNIEJSZOŚCI.

Tego jednak nie powiedziałam, podzieliłam się planem napisania książki o tym wszystkim, co nazwałam „mała śmierć”.


*ta, mikro…

Królestwo, Noemi Susenbach

Pantera i lew

Pantera ma na imię Bella. I żeby nie było zbyt łatwo – wcale nie występuje solo. Jej partnerem (Cieniem) jest Leo. Oboje są w cholerę drapieżni, absolutnie, totalnie niebezpieczni.

Gdy kilka tygodni temu stwierdziłam obecność kuguara w Pokoju Nocnym, wpadłam w sidła myślenia tunelowego. Ot, genialna jestem i przenikliwa. AŻ stwierdziłam czyjąś obecność. Ta. Takie rzeczy to najmniejszy Indianin nosem wciąga. Zresztą, nie trzeba być Indianinem, żeby takie rzeczy. Średnio zaawansowana intuicja na poziomie trzy i pół – czyli kretyna* – ogarnia temat.

Tymczasem ja popełniam cały pean na własną cześć, o jeny, wyniuchałam kota.

No więc nie kota, tylko dwa koty. Jeden z nich to lew, drugi – tajemna pantera. Czemu tajemna? Bo choć coś mi się najpierw zdawało, a potem osobiście (TAK!) ją poznałam, nadal nie ustaliłam gatunku, tego ścisłego określenia: jakąż panterą może być?

Coś mi mówi, że mglistą.

Mam ku temu parę wskazówek. Ale o tym potem.

W ogóle wszystko potem. Nie mam siły teraz opowiadać ze szczegółami, jak ich znalazłam. Powiem tylko, że wyszłam do Kancelarii, dokładnie: do Kwiaciarni zwanej Kantorem (która, jak pamiętacie, płynie za Arką Noemi) ch-y-ba rzec Kanclerzowi, czyli Ziarnu, że dobrze sprawuje swoją powinność, jako Anioł Śmierci.

Ale niekoniecznie.

Mogłam tam iść zupełnie z innych powodów, o których teraz nie mam siły pisać…

ONI TAM SIEDZIELI.

Kuźwa, w winiarni. Świątyni demona. Siedzą i piją PPRROSSECCO jak rasowe lemingi, w dodatku, jakby to było zabawne: w maseczkach.

I palą fajki.

Ze starego WW zdążyłam wyrwać tylko Ewelement. O innych nie pytajcie. Przynajmniej nie mnie. To oczywista sugestia, postanowiłam wszak nie stosować trybu rozkazującego w mowie ani w piśmie. Jedno i drugie jest święte. A z pismem to wręcz się cacka.

Na rysunek nie liczcie. Od wczoraj nie wstaję.

DZIEJE SIĘ TERAZ WSZYSTKO.


*czyli to, co obecnie wykazuje ludzkość.