Haps.

„Cierpliwość” skończona. Rzecz ma miejsce dokładnie dziś rano, gdy lśni ostatnie lśnienie na ostatnim zębie w paszczy krokodyla. Krokodyl wpływa na wody planety Ziemia i zżera wszystko, co jeszcze żyje.

Haps.

Wokół kancelarii Ziarna pobojowisko. Lecą drzewa, gałęzie, ofiary. Sam Ziarno cudem ocalały, z wypiekami na policzkach opowiada:

– Milimetry! Milimetry! Jadę, leci drzewo, widzę film z całego życia i jak nie…! O włos, o włos od nieskończoności!

Żyje. Ma plany! Z Pipi na dach się wybiera! Nie wiem, czy Zieleniaka. Może. Pipi ma dziś urodziny. Co gorsze: Szaman też. Co gorsze: Szaman też by na dach poszedł. I najlepiej: skoczył. Problem w tym, że jedynemu urządzeniu, które może (umownie!) służyć za spadochron, wicher druty rwie.

A krokodyl płynie, okiem łypie i łapczywie szuka ofiar. Według moich danych – nie ma ucieczki. No, może, jakby ktoś miał skrzydła. Zjawisko to jednak nie jest popularne.

– Kup mu browar – proponuje Ziarno, gdy łamię głowę, co na prezent. – Albo najlepiej dwa, razem wypijecie.

Ta. Chyba zero. Albo najlepiej: minus. Żeby wyciągnęło, co już wypite. I wypalone. Tak jest. Gdy spotkasz człowieka, który cię naprawdę pokocha, licz się z kosztami. Koszta są pozornie dodatnie. Po pierwsze: troska. Prawdziwa, ojcowska troska, ta, co tak delikatnie, acz kategorycznie drąży podświadomość: ej, alkohol szkodzi, zabija. Ej, palenie szkodzi, zabija. Ej…

– DRUGIE pijesz?!

Nie wiem, co jest drugie, pierwsze mi w zupełności wystarczy. Wracając do krokodyla. Ziarno chce mnie poznać ze strasznie znaną i cenioną artystką. Widziałam jej prace. Są prawdziwe. Pochodzą ze świata, gdzie rodzą się morskie potwory i zżerają ludzkość.

Haps.

Haps. Noemi Susenbach

Cierpliwość Nemezis

Nic nie mówcie. Zaraz mam włoski, tymczasem okazuje się, że kończy się moja Cierpliwość. W dodatku – jak nigdy! – jeszcze nie skończona, jeszcze ranty nie wypacykowane, jeszcze mokra, jeszcze nie opieczętowana (!!!), a już po Kosmosie fruwa. Niebywałe. Za godzinę mam wizytację (cytuję Laseczkę) NAJPRAWDZIWSZEGO WŁOCHA, zeszyty po podłodze rozrzucone, La Bambola w tle, a ja wbita w Ziemię lecę po jej orbicie. Z poważną prędkością.

Bo tak. Jeśli Cierpliwość wyrywa się z obrazu ku światu tak silnie, że nie da się jej zatrzymać, znaczy to, że… NIGDY SIĘ NIE SKOŃCZY. I to jest grubo bardziej niż najprawdziwszy w świecie Włoch i jego Laseczka.

Tak, wiem, ta potrzeba dramatu. Pieprznąć piorunami o Ziemię i obserwować wyniki. Ale po coś jestem Bogiem, prawda? Chyba nie po to, żeby się cackać?!

A tymczasem proszę, wyrwała się, poleciała już nawet w eligiuszowe rejony, nieskończona, niepodpisana, w mokrej sukience, obłęd.

Bez żadnego uderzania piorunami, z miłością. Do literatury rzecz jasna. I sztuki.

Do literatury i sztuki.

Jakby, kuźwa, literatura sztuką nie była.

Cierpliwość Nemezis, Noemi Susenbach