Odlot w wersji turbo

Wczoraj była Bella. Nie wiem, czy wystarczająco wyjaśniłam, Bella jest chirurgiem. Plastycznym. To taki lekarz, który zajmuje się składaniem ciał, po których, dajmy na to, przejechał pociąg. Nie mam pojęcia, jak jej się udaje do tych ciał wpompowywać życie, ale tak jest.

Życie płynie. Po zastygniętych z przerażenia żyłach rwą wartkie strumienie krwi. A poszatkowana jak kapusta skóra na nowo przybiera swą całość.

Bella jest Bogiem. Tak jak Leo, który też jest chirurgiem. Nie powiem, kto z nich jest Bogiem bardziej, nie ma skali. Między kobietą a mężczyzną jest taka przepaść, że żaden ranking nie ma sensu.

No więc Bella jest chirurgiem plastycznym i zna się na tak zwanych rysach twarzy. Trudno o lepszego specjalistę. Pokazałam jej zdjęcie. To legitymacyjne, z kotarą w tle. Tak się kiedyś robiło zdjęcia. Delikwent stawał na tle kotary harmonijnie upiętej i słowo daję, wyglądało to lepiej niż obecnie stosowane płaskie, szaro-żadne tło.

Ale chodzi o twarz.

Twarz z tym samym nosem, ustami, a nawet falką grzywki nad czołem. Bella zagłębiła się w analizie. Wzięła pod lupę cały album. Krok po kroku, cecha po cesze brała na warsztat genetyczny kod mojej istoty i paralelę podobieństw do postaci ze zdjęcia. Wzrokiem fachowca prześwietliła czaszki, rozbiła uchwycone na kliszy rysy na atomy. Aż wreszcie wydała werdykt:

TAK.

Szaman pokiwał głową. On te: „tak” wiedział już wcześniej. Tylko inaczej określił:

– Coś jest na rzeczy.

Mówiłam, że między facetem a kobietą jest przepaść. Chociaż różnie bywa. Zdarzają się jednostki wyważone, jak na przykład Ojciec Bio. Ale o nim napiszę kiedy indziej, bo teraz mi czaszka (prześwietlona) dymi.

Mam potwierdzenie lekarza specjalisty. A więc WIEM.

I co teraz?!

Kiedy człowiek WIE, może zrobić różne rzeczy. Może wziąć telefon, zadzwonić i zrobić taką aferę, jakiej jeszcze ta święta rodzina nie widziała.

Spektakularne. Anegdotycznie atrakcyjne. Ma szansę zapisać się w historii. Ale poza spektakularnością, anegdotyczną atrakcyjnością i mglistą wizją nikomu niepotrzebnego pomnika – walorów brak.

Można się upić. To zawsze działa. W końcu okazja. Pieprzyć Maweraszię. Dam sobie z nią radę. Zresztą każdy tak myśli. Ewelement na przykład.

Śniło mi się morze. Siedziałam na pomoście, a coraz bardziej rozszalałe fale darły wprost na mnie.

Boże. Boże. Boże. Żeby tak dało się utulić te fale. Żeby tak uzyskać spokój!

Jest tylko jedna ku temu sposobność*. Biorę płótno, farby i wyłączając się z rzeczywistości, z psychopatycznie laserową dokładnością do jednego milimetra Losu, nasączam płótno kolorami. Zamieniam nicość w kamienie.

Szlachetne.

Proces ten pozbawia emocji, uzyskaną energię kierując na ekscytację. Ciekawość jest składową radości, a ta z kolei ma konotacje w kierunku bardzo interesującego gruczołu zwanego szyszynką. Pobudzona do działania, produkuje serotoninę a także niezwykle fascynującą naukowców cząsteczkę o nazwie DMT.

Niedawno dowiedziałam się, że coś o tej nazwie chodzi po rynku, ale nie wiem. Ja bym tego, co chodzi po rynku, tak nie nazywała. DMT jest najbardziej adekwatna, gdy wydziela ją własna szyszynka. Myślę, że Bella może to potwierdzić.

Leo też.

No więc pobudzona do pracy szyszynka wydziela serotoninę i DMT. Znaczy: masz jazdę gwiezdną na tęczowej chmurze. Jako dygresję dodam, że rozciąganie przy tym mięśni dotlenia płytki krwi, które też produkują serotoninę, co powoduje odlot w wersji turbo.


Noemi Susenbach

*Bella mówi, że jeszcze grzyby.