Grzeczna dziewczynka

Uczę się włoskiego. Wiem już jak jest „serce”. I błękit czysty jak sen niemowlęcia.

Nietoperz zgubiony we włosach.

Albo też: zło.

Albo: wendeta.

Słowo „wendeta” ma oczywiste konotacje, ale mimo oczywistych zasług – warto poczekać z wbijaniem dzid w plecy. Nauka mówi: zemsta, jak bigos, musi się przegryźć. Tymczasem we mnie kipi pakiet ekstra, tymczasem pantera żąda krwi.

Widzieliście kiedyś wściekłego kota? No właśnie. Koty tego nie mają. Koty wiedzą, że gdy ich nerwy tłuką, niezwłocznie należy się zwinąć w kłębek.

Ale mnie, kuźwa, wszyscy oszukali!

Owszem, należałoby wziąć kartkę, długopis i zmierzyć się z zagadnieniem: co to znaczy „wszyscy”? Kto: wszyscy? Kto, poza najlepiej poinformowaną wiedział?

Kuźwa, wszyscy.

Tylko nie ja.

I znów sprężyste pazury Czelencz wbijają się lekko w mą dłoń.

SIEDŹ.

Siedź i myśl. Albo jeszcze lepiej: nie myśl. To doskonały sposób. Słyszałam od dzieciństwa. Co ty wymyślasz? Czego się doszukujesz? Grzeczna dziewczynka nie myśli. Grzeczna dziewczynka kombinuje, jak tu się dopasować do:

  1. Mamy
  2. Taty (?)
  3. Pani
  4. Ciotki Jadźki
  5. Nie chce mi się dalej wymieniać.

SIEDŹ!

Znajdź środek ciężkości. Środek ciężkości wypada gdzieś w środku. W sam punkt. Przecież to oczywiste! Snów mam tyle, że się opędzić nie mogę. Mówią do mnie kwadratami. Nie? Nie rozumiesz? Nie widzisz, że coś, co jest okrągłe, nie jest kwadratowe? To bach: kwadrat. Przekreślony. Dalej nie rozumiesz? Chyba Nobla dostaniesz.

Bo białe jest czarne i odwrotnie. Motto minionych pokoleń. Wszyscy udają, że nic nie widzą, a gdy ktoś zobaczy: w łeb.

Siedź. Siedź i patrz. Obserwuj, jak nitki DNA plączą się pod skórą. Czujny wzrok i potężny umysł może wyłapać ich kod. Zaszyfrowany przed sobą samym, bezlitośnie replikujący w nieskończoność jak mantrę, jak różaniec do Matki Boskiej, pierwszej w historii nowożytnej Nemezis.

SIEDŹ!!!

Muzyczkę sobie puść. Dżezik. Zajaraj. Wyluzuj. Jesteś. Piszesz. Na jeziorach pływasz. Po rzekach. Czasem wzbijasz się w przestworza. Z góry lepiej widać. TO też.

Wczoraj odszukałam pamiętniki z dzieciństwa. Mocne są w nich kawałki. Bardzo mocne. Bardzo, bardzo mocne. Nie chcę pisać o przemocy domowej, bo to nie ma sensu. Jak powiedziała pewna papuga: „Nie chodź na policję, oni są znieczuleni”. Nie dodała, że znieczuleni są wszyscy. I nikogo to nie obchodzi. I nigdy nie obchodziło. Nikogo.

NIKOGO.

Pierdolę. SIEDŹ!

Co za sprzeczność, o rany. Boją się, że napiszę książkę, a ja już napisałam. Dawno temu. Zanim ktokolwiek się połapał, że pisać umiem. A potem, zanim ktokolwiek się połapał, że umiem liczyć – obliczyłam kod. Swój własny zapis DNA. Trochę to trwało, przyznaję.

A wy, kurwa, co?! Kiedy zamierzaliście powiedzieć? Na łożu śmierci? Na pewno nie na moim, bo już tam leżałam i nikogo, nikogo, nikogo, NIKOGO z was tam nie było.

Gdy umierała Oma, złapała mnie za kurtkę i powiedziała. Krzyknęła z całej mocy ledwo tlącego się życia. Krzyk leciał długo, przez całą wieczność czarnej jak smoła depresji. Aż doleciał. Otrzepał piórka z rozpaczy i zmienił się oto w feniksa.

Pantera zmrużyła oczy. Pazury schowała w pluszu.

A obok ja

Spuchnięta od płaczu

Pomarańczowa od światła

Zawsze taka sama

Niepodobna do mamy

Niepodobna do taty

Grzeczna dziewczynka.

Pamięć genów

Gdy się okazało, że piszę książkę, od razu powaga w arce. Leo z Bellą jak myszy pod miotłą. Ewelement się wyprowadza. No poleciała do gniazda Węża. Szaman milczy, albo odmiany gada jak najęty, a mówi takie rzeczy:

Miernik.

Przelotki.

Napięcie dwufazowe.

Zestaw kluczy płasko-oczkowych.

Ta. Kosmos jest na zakręcie. Wenus zrobiła trzy kroki w tył. Ukryta na dnie oceanu, wiem doskonale, że zaraz trzeba będzie wypłynąć. A że na dnie leżałam długo, jest energia. Rzecz nieunikniona. Zabawne, że ludzie myślą inaczej.

Nie wierzą w energię.

Idą do podstawówki, uczą się, potem średnia, na fizyce, chemii, w kółko ten sam przekaz – bez skutku. Nie dociera. Beton. Energia nie istnieje. Albo: bierze się znikąd, a potem przepada. W nicość. Logiczne, że świadomość też w nicość zapada. Przyszedł, odszedł. Nie wiadomo, po co przyszedł. Nie dowiedział się. Potem trzeba mu pomnik postawić. Tak był „niezbędny”, że można zapomnieć.

Jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł, żeby mi pomnik postawić, osobiście będę się pastwić nad nim do końca wieczności.

Straszenie mam opanowane. Podchodzę do śpiącego delikwenta na palcach (o ile wichry mają palce), skradam się, nachylam tuż nad uchem, otwieram usta i z otwartego gardła powoli, powolutku wypuszczając powietrze, nisko uwalniam głoskę:

– Aaaa…

Kobiecy demon pchnął drzwiami sypialni. I rozsiadł się po kątach. Rozlał.

Piszę! Nie przeszkadzać! Embrion małej śmierci rośnie w siłę z każdym dniem. Wiecie jak to przebiega? Jak na dyskotece w szkole. Dyskoteka trwa dwie godziny, nie ma czasu. Zadanie polega na znalezieniu partnera. Jak nie znajdziesz: przepadasz. Latasz jak elektron przez kolejne wieczności, dopóki facetka nie zezwoli na następną dyskotekę.

Tak więc gamety łączą się w pary, a łączą się według klucza, który doskonale znają. Na dyskotece też obowiązuje klucz. Coś, co pasuje. Zawsze ktoś do kogoś pasuje. No chyba, że jest się Aniołem, jak Ziarno, wolny elektron Kosmosu.

Gdy się już połączą, zaraz muszą mieszać. Wskoczyć do miksera marki crossing over, który potnie ich DNA na kawałki, a potem scali w homogeniczną całość.

Ta homogeniczna całość to właśnie nasz śpiący na dnie oceanu embrion. Nicniewiedzący, niepoinformowany kto na tej dyskotece z kim – niewinny jak lilia, kwiat „dzieci kwiatów”.

Śniło mi się, że w domu mojej babki znalazłam brudy w łazience. Chciałam je zetrzeć, a potem wyprać szmatę. Jednak nie było pralki. Tylko zamrażarka.

Tam się brudów nie prało. Tam się je zamrażało.

Sny opowiadają o stanie obecnym. Złego czasu użyłam.

Tam się brudów nie pierze. Tam się je zamraża.

Zamraża się embriony jak w tym całym, oburzającym in vitro. Zamraża się ich pamięć, pamięć genów i niweczy najważniejszą zdolność ludzkiego ciała. Pojęcie sensu istnienia.

Kurwa!

Rzadko przeklinam. Ale czasem nie daję rady. Wtedy po prostu… sobie wybaczam.