Mroczna przepowiednia

Powiedziałam Ewelement o mojej wizji. Od razu zaczęła węszyć podstępy. Na pierwszy ogień poszła, rzecz jasna, Nemocja. Że to przez nią, że to ona winna, coś tam. 

– Ona cię zabije! Pamiętasz, jak rozbiła talerz, przysłała mroczną kobietę, cały zastęp demonów?! Ona cię zabije…

– Nie. Taki plan by się nie realizował, gdyby miał się tak głupio skończyć. 

– Hm… To jak pokonasz Nemocję?

– Nie pokonam jej. Nawet nie zamierzam. Z demonem się nie walczy. Z demonem się tańczy. Warunek jest tylko jeden: nie wolno się bać.

– Jak można nie bać się demona? 

– Można. Wszystko można. 

– Sama słyszałaś: myślisz, że ludziom wszystko wolno? Bóg zapowiada ludziom zagładę!

– Mnie to nie dotyczy. 

– Jak to możliwe?

– Tak. 

Ewelement zamilkła na chwilę, ale wciąż była poruszona. Uznałam, że to dobry moment na włączenie muzyki. W Nadwymiarze jest muzyka i to bardzo dobra. Wybrałam płytę „Aenima” zespołu TOOL. Stare, ale świetne. No i straszliwie straszne. Można jeszcze bardziej nastraszyć tego zabawnego „Prosiaczka”, jaki tkwi w Ewelement. Uwielbiam ludzi, którzy się boją. To takie słodkie, dziecięce. Sama chciałabym się czasem trochę bać. Ale nie mogę. Wolfgang mi zabroniła. 

– Kim jest Nemocja?

– Nocą. 

– A ty?

Tym razem ja zamilkłam. Od pewnego czasu prowadzę bardzo poważne śledztwo w tej sprawie, a wnioski wciąż stoją pod znakami zapytania. Owszem, mogłabym udzielić odpowiedzi. Problem polega na tym, że nie wiem, którą wybrać. 

– Jestem Noemi. NOEMI. Rozumiesz?! 

– Noe to tylko skrót…

– Na razie wystarczy i to aż nadto.

Nienawidzę mieć misji. W ogóle nie znoszę zadań. Gdy jeszcze żyłam, pracowałam w urzędzie gminy. Gruba historia. Na szczęście skończona. Warto umrzeć, żeby nie pracować w urzędzie gminy, jak Boga kocham. Napisałam kiedyś książkę o tym. Pewnie gdzieś krąży w WW, można przeczytać. MA-SA-KRA. Gdy więc przeszłam przez Bramę Raju, na serio odetchnęłam.  

Misja Ocean z kolei mnie nie przerażała, bo była całkiem przyjemna. Dzielić się z ludźmi szczęściem – super. Ocean Pomarańczowy jest nieskończony, starczy dla wszystkich. Nie spodziewałam się jednak, że jest druga strona medalu. Nie spodziewałam się, że szczęście można odrzucić. A kiedy odrzuca się szczęście – ono się odwraca. Kiedy zamyka się Trzecie Oko, powstaje czarny oczodół. Ocean Pomarańczowy jest ciepły i piękny, ale gdy się nim wzgardzi – zrywają się potężne fale gniewu. 

– Ewelement…

– No?

– Co mnie to wszystko obchodzi? 

– W sensie?

– Dawno już umarłam, pływam sobie na pompowanym flamingu po Oceanie Pomarańczowym, rozmawiam z drzewami. Szaman wraca z mórz i kradnie dla mnie diamenty…

– Diamenty się gubią. 

– Ludzie też…

Teraz zamilkłyśmy obie. Chwilę to trwało, w końcu całkiem już przerażona Ewelement wykrztusiła:

– Przeciwstawisz się Słońcu?

Wiedziałam, że o to zapyta. Wiedziałam też, co mam odpowiedzieć. Klasycznie, wbrew wszelkim naukom, pytaniem na pytanie:

– A co zrobiła Sechmet?

Sechmet – wyjaśniam raz jeszcze – zbuntowała się bogu Ra. Bóg wysłał ją na Ziemię, by przywróciła porządek wśród ludzi, którym już całkiem odbiło. Sytuacja jakby współczesna. Sechmet pod postacią lwicy zstąpiła na ziemski padół i jęła przegryzać ludziom gardła. Spodobało się jej to zajęcie. I choć ludzie obiecali poprawę, a bóg Ra dał znak na zakończenie akcji – Sechmet wcale nie zaprzestała rzezania. Padł dziki strach zarówno na ludzkość, jak i na bezradnego boga. Tylko Sechmet bawiła się setnie. A potem została… 

Ewelement zbladła. 

– Chcesz zostać bogiem?

Czasem ludzie zadają takie pytania, że łeb urywa. Nie, nie chcę. Nie chcę być bogiem, a ty nie chcesz być przyjaciółką boga. LOL. 

Porzuciłam jednak sarkazm i zmieniłam temat. 

– Śniły mi się statki. Puste, stare, zardzewiałe, dryfujące bezpańsko po morzu. I dzieci. Same dzieci, bez rodziców, bez dorosłych… 

– Kryształowe dzieci?

– Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza, na którego brzegu stał kontener ze śmieciami. 

– Ludzie w chwili apokalipsy wykombinowali, że pozbędą się śmieci, które zabierze woda?

– Bez komentarza. 

– I co ten dzieciak?

– Pokazał mi to. 

– Co?

– To było jakby za siatką, za ogrodzeniem… w tym morzu, staliśmy na płyciźnie. 

– Co było za siatką?

– Za siatką skończyła się płycizna. 

– Co było dalej?

– Otchłań. 

– Koniec?

– Śmierć…

Ucichła płyta TOOL-a, powietrze wypełnił potężny szum wiatru. Huraganu. I nagle usłyszałam brzęczenie owada, nieznośny, metaliczny bzyk jakiegoś obrzydliwego insekta. Rozejrzałyśmy się po mieszkaniu Wió. Nie, to nie owad. Spojrzałam na Zarę Li. Leżała nieruchomo. Nagle zrozumiałam. To dźwięk przeskakujących iskier wysokiego napięcia, dochodzący nie wiadomo skąd. Huragan się wzmagał, szum zamienił się w huk. Powietrze dziwnym zrządzeniem niejasnych sił jednak stało. 

– To tylko dźwięk… – szepnęłam do przyjaciółki. – To tylko mroczna przepowiednia.

Gdy tylko to powiedziałam, huk przepadł. Z kakofonii wydobyło się teraz basowe, wszechpotężne, cyfrowo rytmiczne bicie olbrzymiego serca. 

– Czy wśród tych dzieci była Kalinka?

Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza…

Perpetuum mobile

Największy mój problem wcale nie dotyczy żadnej wojny. Ani z Wężem, ani z ludzkością. Największy mój problem to mój własny osobisty obóz koncentracyjny w mojej głowie. Od chwili śmierci, gdy już NIC nie muszę, każdego dnia walczę z samą sobą, żeby pozwolić sobie na to, żeby właśnie nic nie musieć. 

Każdego dnia coś mnie zrywa z sarkofagu i każe zapieprzać grom wie dokąd. 

A że nie mam dokąd i po co (wszystko już przecież zrobiłam, wszystko!) – leżę drżąc w poczuciu winy, że nigdzie nie zapieprzam. 

Bo zaraz, za chwilę, dziś, jutro, przyjdzie jakieś absolutnie kategoryczne pismo, że coś gdzieś jednak jest nie zrobione i zapłacę za to, oj, jak ja za to zapłacę! 

Przyjdzie kurator sądowy, policja z milicją, dyrektorka szkoły z matką przyjdą i będę miała za swoje. A przecież wszystko, wszystko, rodzina, dzieci, praca, kariera, siedem książek, dom, nominacja do nagrody, podłoga w kuchni, naczynia, obiad, wywiadówka, bigos na święta, remont, porządek w szafie, nauka języków obcych, korepetycje z matematyki, depresja i terapia, WSZYSTKO MAM ZROBIONE. 

To czego jeszcze od siebie chcę?!

Oczywiście, leżąc tak w bezruchu, starając się po tym ZROBIENIU WSZYSTKIEGO odpocząć, wszak obiecano, że po śmierci będzie spokój – gówno odpoczywam, bo mięśnie napięte do granic możliwości męczą mnie straszliwiej, niżli bym w polu robiła. 

Czemu jestem taka zmęczona, pytam Ewelement, a ona mi mówi, że w blokach startowych zawodnicy męczą się najbardziej. Napięcie. Napięcie sięgające zenitu. 

Napięcie przed nie wiadomo czym. 

– Na terapii mówią… – zaczyna Ewelement, czym mnie doprowadza do furii, bo czy ona myśli, że ja nie wiem?! Nie wiem niby, co mówią na terapii?! Ja z terapii mogę zrobić profesurę, przewodnik terapeutyczny napisać mogę, co zresztą już dawno MAM ZROBIONE. W kilku tomach.

Tylko nie wiem nic o odpoczywaniu.

Odpocząć – rzecz to niemodna, niewłaściwa, naganna. Zwłaszcza dla kobiet. Kobieta to taki instrument, który zaprzecza prawom fizyki. Perpetuum mobile. Chora nie chora, umarła nie umarła, dryd-dryt, dryt-dryt, kręcą się koła zębate niezmordowanej maszyny. Chciałabym zalać świat Oceanem Pomarańczowym, a sama się nawet w kostium nie przebrałam. Nie mam czasu. Muszę zapieprzać. Muszę myśleć, że muszę zapieprzać. Muszę myśleć, że jak nie zapieprzam, to jestem WINNA. Wypełnić napięte ciało poczuciem winy za to, że JEST. Człowiek przecież nie może po prostu być, człowiek musi coś robić, usprawiedliwić się przed światem, po jaką cholerę na niego przyszedł. 

Wytłumaczyć się z istnienia. 

Zapłacić za życie. 

A przecież sama w sobie jestem życiem! Nieskończonością istnień! Jeśli tylko chcę… 

– Pewnie że chcę! Chcę zamienić się w wicher, być zorzą polarną, światłem! Z wielką ochotą! Tylko czemu tak uparcie wyrywam się z tamtej świadomości, czemu schodzę z chmur i sama sobie dokręcam tę psychopatyczną śrubę? Czemu katuję się z powodu wymyślonych przez siebie, nikomu nie potrzebnych zadań? Czemu więżę się za tą bramą z napisem ”Arbeit macht frei?!” 

Ewelement słucha mnie w milczeniu, ogląda jakieś fotki, a gdy wreszcie stawiam poprzedzony długim i pełnym emocji monologiem znak zapytania, odpowiada głucho:

– To nie był dobry pomysł. Robić zdjęcia mojej siostrze. 

Bardzo ciekawe uczucie

Oprócz tego, że jestem krukiem i panterą, przyjęłam za oczywistą jaźń zorzy polarnej. Tym bardziej, że już o tym wspominałam. Szaman narzeka, że niewiele z tego rozumie, ale facet zawsze niewiele rozumie, zwłaszcza gdy go wiecznie nie ma, bo jest na biegunie północnym*. 

Wracając do schizofrenii mojej świadomości – można rzec, że ona się pogłębia, multiplikuje, a nawet nawiązuje nowe połączenia z jaźniami innych, przez co staje się nieobliczalna. 

Jak matematyka. 

Zapytałam Ewelement, co o tym myśli. Czy można być jednocześnie Noemi, Sechmet, Guovssahas oraz częścią wspólną zorzy polarnej należącej do kogoś innego? Bo to już na pewno nie jest żadne zwykłe rozdwojenie jaźni, ale jaźń podniesiona do potęgi którejś tam. Ewelement uznała, że owszem, to jest możliwe. A na pytanie, ile tego jest (jaźni?) – obliczyła błyskawicznie, że nieskończoność. 

Poraziło mnie, ale tylko na moment. Miało to miejsce akurat tego wieczoru, gdy przypłynęłam do niej pociągiem (tu są pływające pociągi) przez Ocean Pomarańczowy. Opowiadałam, że gdy czekałam na peronie, nagle bez żadnego ostrzeżenia (to się zawsze dzieje bez ostrzeżenia) – uniosłam się nad torami i zawisłam na niebie, nie zdążywszy się nawet zorientować, jaki rodzaj bytu przybrałam. Gdy pociąg przyjechał, wciągnęło mnie do środka, miękko posadziło na fotel pasażera i oto znów byłam człowiekiem. Obejrzałam dłonie, rzuciłam okiem na odbicie w szybie. Tak, to ja. Ale co się działo przed chwilą?

Mogłyśmy spekulować. Czy na ten moment stałam się chmurą, czy wiatrem? Ostatecznie nie ustaliłyśmy. Nic dziwnego, że Ewelement tak z tego wybrnęła. Natychmiast uznała, że mogę być wszystkim, a skoro mogę być wszystkim to jest mnie nieskończoność. Proste. 

Jak to jest być kimś innym niż człowiek? 

To bardzo ciekawe uczucie. I to jest właśnie introligatorska fraza. Nie znoszę takich fraz, bo zabierają całą temperaturę kolejnych słów, które mają oddać to, jak ciekawe jest to uczucie. 

Ale nie jesteśmy na warsztatach literackich. Na warsztatach poznałam Nemocję i wystarczy. Cel osiągnięty. Poznać Panią Mroku to największy wygryw. Nie zgadzacie się ze mną? Macie prawo. Ale prawda jest taka, że dopóki nie zawrzecie znajomości z demonem – dopóty jesteście w czarciej zapadce. Demon szaleje w waszym życiu, robi totalny bardak, a wy nawet nie wiecie jak wygląda. Nie wiecie, gdzie jest. Nie wiecie, co knuje. Nic nie wiecie. Trzęsiecie portkami, żeby go nie spotkać. Nic bardziej zgubnego. 

Demona trzeba nie tylko spotkać, ale wręcz za rękę złapać, przyciągnąć do siebie i zatańczyć! I potem tylko patrzeć, jak jego lodowate oczy topnieją pod waszym spojrzeniem. 

Jednak nie mam czasu na Nemocję. Szukam Nuny. Znów poszłam do lasu. Nawet jakąś kobietę z wózkiem pytałam. Czy nie widziała ocetolota? Nie. Co dalej? No co. Chrzanić dzika. Niechże go spotkam. Powiem mu. Powiem mu: Za mały las?! Trzeba ryć akurat tu, gdzie ja chodzę?! Ocetolota szukam?! Straszyć się zachciewa. Walnij się lepiej w ryja. Tak powiem, jak tylko spotkam bestię. 

Ale nie spotkałam. 

Nuny też nie spotkałam. 

Wróciłam do domu i opowiedziałam o wszystkim No. A ona wzruszyła ramionami nie uznając straty i to właściwie była cała jej reakcja na moje przygody. Ma rację, dziewczyna. Z kotem jest dokładnie tak, jak z facetem. Kota się nie szuka. Na kota się czeka. 

A czekając żyje się, żyje, ŻYJE!

Nieskończonością żyć. 

Tymczasem miałam wam opowiedzieć, jak to jest. Jakie to uczucie żyć nieskończonością żyć? 

TO BARDZO CIEKAWE UCZUCIE. 


* Zorza polarna występuje na biegunie północnym i południowym jednocześnie. Jedno i drugie halo stanowi wzajemne odbicie lustrzane. To jedność, ale oddalona od siebie totalnie. 

Dzień proroczy

Nie mówiłam wam jeszcze, że Ewelement spotkała Kalinkę! Tę dziewczynkę z Góry Przeznaczenia! Strasznie dużo rzeczy nie opowiedziałam, a powinnam! Jest jednak pewien problem. Co bowiem znaczy: powinnam? Jaka to część mowy? Że co? 

Sami zrozumiecie po własnej śmierci – w tym wymiarze coś takiego jak „powinnam” nie istnieje. Chyba że w takim wydaniu:

– Która godzina? Czternasta?! Trzeba wstawać!

– Powinnaś jeszcze pospać. Nie pali się. 

To EWENTUALNIE. Tymczasem siedzę w mieszkaniu Wió, do którego poza duchami lgną wszelkie nieprzyjacielskie siły, w tym Wąż. Serio. Siedzę w samotności, palę świece, odganiam zjawy, a tu nagle ktoś wali w drzwi. Nie domofon, tylko od razu: łubu-du!, bezpośrednio z prokuraturą i nagrywaniem rozmów włącznie. 

Pamiętacie ostatnią wizytę Wió? Pamiętacie jak zamieniłam się w marmurową posągowość z zimnym jak sztylet wzrokiem? A pamiętacie moją wizję z nożem? Że noża: nie?

Wzrok. 

To moja jedyna broń. Ta broń działa. Tym razem przynajmniej zadziałała. Choć pewnie wersja Węża będzie inna, zdaję sobie sprawę. 

Grunt że mieszkania nie sforsował. Prokuratura: też nie. Tyle mogę powiedzieć. Dałam radę. W sumie nic wielkiego. Jak się ktoś od kilku dni (zmarłych) zmaga z potęgą duchów, to wizyta Węża, choćby nie wiem jak jadowitego, nie robi. 

Kiedyś bałam się pająków. Raz przyśnił mi się sen, że łażą po mnie w piwnicy, do ust mi wchodzą, do uszu. Obudziłam się, z impetem wyszłam z domu (wtedy jeszcze strasznie się wszędzie spieszyłam), na ganku rozpięta pajęczyna, centralnie rozparty na niej pająk jak pięść ląduje prosto na moim czole. Leniwym ruchem zdejmuję delikwenta z głowy i puszczam wolno w jemu tylko znane rewiry. A potem pomału zaczyna do mnie dochodzić, że coś jest INACZEJ. 

Bo faktycznie czegoś zabrakło w tej scenie. Czego? Wysokiej częstotliwości przeraźliwego pisku i szarpania przestrzeni powietrznej gwałtownie rozrzucanymi dłońmi. 

Miałam w poprzednim życiu znajomych różnych. Kwadratowych i podłużnych. Był taki, co mawiał, że najlepszym sposobem na problem jest drugi problem. Większy. Jest w tym niezaprzeczalna logika. Większy problem wybawia cię całkowicie z frasunku nad problemem mniejszym. 

Tak i teraz. Jeśli ktoś ma do czynienia z najazdem duchów, nie piszczy przed najazdem Tatarów. Swoją drogą, muszę uważać, co piszę, bo zdradzam, że Szaman wypłynął, nikogo tu nie mam do obrony. Jestem bezbronna jak motyl w szkatułce. I jedyne, co mogę zrobić, to dzielnie odpierać ataki. 

Jak Sechmet. 

PS. Pojawiła się No i z miejsca zakomunikowała, że wychodzi. W sensie: wylatuje. Odkryła właśnie nową pasję. Fotografia. Tak, wiem, zaraz się pojawią głosy, że w Nadwymiarze fotografia jest zabroniona. Owszem. Zapomniałam jednak o pewnym wyjątku. Fotografia ANALOGOWA. To można. 

PS2. Zapomniałam też powiedzieć najważniejszego. Według Kalendarza Majów dzisiejszy dzień jest dniem proroczym. Wszystko, co dziś się wydarzy będzie miało dalszy ciąg w kolejnym roku. To jak sen proroczy, tylko że na jawie. Ma jednak tę wyższość nad proroczym snem, że ma się wpływ. 

Tak tylko mówię, jakby ktoś był zainteresowany swoją przyszłością… 

Sechmet

Wojna

Fakinszit, nie wiem, co myśleć. Szumi mi w głowie. Nie wiem, kim jest Nemocja. Wiem tylko, że jestem w jakimś niepojętym niebezpieczeństwie i to wcale nie chodzi o tę wojnę, o której myślałam. 

To nie ta wojna. 

WYOBRAŻACIE SOBIE?! Jestem. Na. Wojnie. O. Której. Nic. Nie wiem. 

Myśląc, że jestem na wojnie, o której coś wiem. 

I TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ. 

Ja w każdym razie jeszcze nie ogarniam. 

Dobra. Myślałam, że jestem na wojnie wywołanej przez Węża jakimiś osobistymi rozterkami z rodzaju „być albo nie być” i ewentualnie za co. Prosta sprawa. Umarłam, nie ma mnie, nie pomogę – to może kogoś wkurzyć. I ten wkurzony ktoś wywołuje wojnę. Zrozumiałe. To znaczy niezrozumiałe, ale da się rozłupać. 

Tymczasem dzieją się rzeczy w ogóle PONAD kwestię rozgoryczonego ego i kto zapłaci za prąd. Dzieją się rzeczy nie tylko PONAD, ale PONADWIEKUISTE. 

I ja to widzę. I nic nie panimaju. 

Po kolei. Jak wiecie, wczoraj napisała do mnie Nemocja. Poznałam ją dawno temu, w poprzednim życiu, kiedy jeszcze byłam „gwiazdą” i dawałam ludziom rady. Ktoś zorganizował warsztaty literackie, przyszło kilka osób, a ja się mądralowałam. I tam właśnie była ona. Zapłaciła za kurs (niemało!) I przyszła. I nawet trochę pochodziła. A jak zobaczyłam jej pierwszy tekst, to już wiedziałam, że to ściema. 

Ona nie przyszła się niczego uczyć. 

Ona jest za dobra. 

Ona jest świetna. 

Znacie to? Gdy człowiek ma wrodzony talent i każda nauka go tylko psuje? Kunegunda tak ma. Kunegunda (dziewczyna Szatana Komety) śpiewa. Śpiewa tak doskonale, że każda uczelnia zamyka ze strachu przed nią drzwi. I całe szczęście. Bo gdyby jakakolwiek Uczelnia Akademicka Muzycznego Śpiewu i Wokalu ją przyjęła i jeszcze próbowała czegoś nauczyć – świat straciłby niepojęty w cenie klejnot. 

Z Nemocją to samo. No, ale wiecie. Dostałam wynagrodzenie, muszę się jakoś odnaleźć. Coś tam muszę z siebie wymądrzyć. Nauczam więc Nemocję, a ona taktownie kiwa głową i wcale się ze mnie nie śmieje. 

Nemocja ma ciemne okulary. Tłumaczy to jaskrą. Wiem, że nie o jaskrę chodzi. Bo gdy zdejmuje w pewnej chwili okulary, by je przetrzeć – widzę to. Widzę oczy demona. 

I paraliż elektryczny przepływa mi po rdzeniu kręgowym. Lodowaty paraliż nerwów. Nawet teraz, gdy to piszę, czuję lód w palcach. 

Nemocja nagle zniknęła. Przestała przychodzić na zajęcia, nie pojawiła się na rozdaniu dyplomów. Normalna sprawa. Ja też nie chodziłam na takie imprezy. No, chyba że kroiło się after party. A tu żadnego afterka nie było, nuda straszna, parę osób nadętych i tyle. 

Minęło parę lat. Potem umarłam. Znalazłam się w Nadwymiarze, polatałam na meteorytach, zdążyłam się chyba nawet zakochać – i nagle ona się odzywa! 

Dobra. Przyznam się. W tej wczorajszej samotności trafiłam na jej książkę. Znalazła się w Księgozbiorze, nie pytajcie jak. Otwieram czarną okładkę z napisem: „Dzieje Quantum” i zastygam w spiorunowaniu. 

Bo tam, precyzyjnym jak laser jubilera językiem opisany jest obrazek, w którym siedzę na lotnisku i maluję portret Nogiłóżki. Czyli Całun Wiedeński. 

Siedzę na krawędzi stożka. W czerni. Z daleka wyglądam jak ptak. Czarny ptak. Kruk. 

Jak ma na imię ten kruk?

Zamknęłam książkę z trzaskiem. Wysłałam jej wiadomość. I gdy pisałam wam o skrzydłach Nemezis – przyszła odpowiedź. 

Nie mam siły pisać. A jednocześnie wiem, że przeprowadzę się przez tę wojnę tylko za pomocą prawdy. Zwierciadła prawdy. Opisując wszytko po kolei JAK JEST – wygram. Demon rozbije się o własne oblicze. 

I nie ma znaczenia, że nie wiem, o co tu chodzi!

Jednak opuszczają mnie moce. Coś mi je zabiera. Wczoraj przyszedł do mnie duch. Ten duch miał pretensje. Zaatakował mnie. Duch jest potężny, ma moc huraganu. Człowiek go nie pokona. 

Wiem to. 

Ale ja go pokonałam. Przegnałam precz tak skutecznie, że z pewnością ten jeden konkretny duch (a właściwie: jedna, bo to ona była) nie wróci. 

Ale. 

Przyszło ich więcej. 

Przyszła cała Noc. 

W moim śnie. 

Nie miałam szans. 

I nie stanęłam do walki. 

Uciekłam.

Wpłynęłam ze snu do rzeki życia. Woda to życie. Od zera. Woda to zero. W zerze nie ma wartości. Ani dodatnich, ani ujemnych. 

Woda mnie chroni. 

Ktoś mnie goni. 

Kim ja jestem?

Jak pokonuję duchy?

Czy ja nie jestem człowiekiem?

Tabula rasa

Ledwo żyję. Przez cały dzień lataliśmy z Szamanem Mako po kosmosie i muszę przyznać, jest to po prostu sport ekstremalny level hard. Szaman Mako od dawna namawiał mnie na tę eskapadę, zapewniał, że super się na meteorytach lata, ale wykręcałam się tym i owym. A że zmęczona jestem po chorobie i śmierci (rekonwalescentka tak zwana), a że hałas źle znoszę (zaburzenia integracji sensorycznej) i, co najważniejsze: nie mam się w co ubrać. 

Czyli typowe tłumaczenia ciotki Fredzi. 

Tymczasem przyśnił mi się sen, w którym Ktoś mi powiedział, że jestem tabula rasa. Dla niewtajemniczonych: czysta kartka. Jak mi trzeba, to mogę użyć kryształowego pudru (???!!!).

Amen. 

Obudziłam się w takim nastroju, jakbym dotychczasowe wszystkie doświadczenia z poprzedniego życia zrzuciła z siebie w jakąś nieskończoną przepaść i oto właśnie ważyła pół grama. Albo i to nie. Ile waży kartka papieru? Niezapisana?

Długo leżałam w pościeli przewalając się z tym swoim nowym stanem nieważkości. Szaman Mako powiedział mi kiedyś, że mam stopy jakbym nigdy nie chodziła po Ziemi. Przyjrzałam się nim. Może faktycznie nigdy po tej Ziemi nie chodziłam? Może stąd te moje problemy? Takie oderwanie od rzeczywistości niesie za sobą pewne niezrozumienie. Niektórzy przywarci do podłoża jak Wąż, czy Józefstalina mogą tego nie zrozumieć. Z drugiej strony: co mnie Józefstalina obchodzi? Jest tak zajęta knuciem, że nawet nie zauważyła mojej śmierci. A po jaką cholerę knuć przeciwko komuś, kto nie żyje? Czyż nie szkoda energii? Właściwie kto jest bliżej rzeczywistości?

Fru! 

Nie ważę nic, więc mogę latać. Mogę latać między wymiarami sypiąc wokół kryształowym pudrem. 

Tymczasem wpada Ewelement (nie mam czasu nawet wyjaśnić, skąd się wzięła w Nadwymiarze Ewelement, grunt że poza Zarą Li mam jeszcze jedną koleżankę) i mówi, że po jej szafie walał się tajemniczy kostium czarny skórzany typu kobieta kot, specjalnie przeznaczony do jazdy na meteorycie. I ona ogólnie nie wie, co z nim zrobić, a tak na oko wygląda, że na mnie szyty. 

Powiem tak. Kostium jest faktycznie na mnie uszyty, nie ma w nim ani jednego centymetra zapasu, nie ma też mowy o ciasnocie. I tylko pozostaje zagadką, skąd się taki bieg wypadków wziął? Skąd ten kostium u Ewelement? I czemu akurat ja, nie ona? Bo na nią kostium w ogóle nie pasował. Na nikogo by nie pasował. On jest mój. 

Tak jak Pan Demonium. Z tą różnicą, że kostium już jest u mnie a Pana Demonium muszę zdobyć jakoś. Może na meteorycie?!

Reasumując. Jestem rasową oblatywaczką meteorytów. Jazda na meteorycie jest absolutnie genialnie wspaniała. To jest coś WOW, aaa!, i w ogóle. Już nie jestem ciotką Fredzią. Powiem więcej. Cień po ciotce Fredzi zniknął bezpowrotnie. Jak się ciocia raczy zapałętać w nasze strony: jedną noc możemy przekimać. A potem ciocię odwieziemy. METEORYTEM. 

Ha! 

Najlepsze przede mną. Bo ja mam, moi drodzy, niedawno odkrytą zdolność strzelania z broni palnej, kiedy tylko zechcę. Nie muszę tej broni ze sobą nosić, po prostu ją mam. Nie muszę ładować – zawsze jest naładowana. Strzelam z ramienia na odległość, a strzały mam, jak się okazuje, niezwykle celne. 

A na celu tak:

  1. Katedra Notre Damme – już zastrzelona, szczegóły przy okazji. 
  2. PP. 
  3. Jeszcze parę kościołów. W sensie: wszystkie.
  4. Kilka szkół (w niedzielę, żeby dzieci nie było). 
  5. Urzędy. Wszystkie. Wszystko jedno kiedy. 
  6. Prokuratura. Policja. Kongres Kobiet. 
  7. Koła łowieckie i nadleśnictwa państwowe. 
  8. Telewizja i gazety dla pierdzieli (czyli wszystkie) oraz biura poselskie. 
  9. Jeszcze kilka szkół. 
  10. Sejm.

I jak starczy energii, to jeszcze ten parlament w Brukseli. 

Listę będę uzupełniać w trakcje wykonywania zadań. Obawiam się, że jak się rozpędzę, to rozpryskując tłuczone szkło niczym kryształowy puder, zastrzelę cały świat. Dziś wprawdzie załatwiłam tylko jeden oddział firmy handlującej kradzionymi dziełami o wdzięcznej nazwie Srempik. Ale dopiero się uczę.

Wchodzenie do WW, zwłaszcza rozpędzonym meteorytem – do najłatwiejszych zadań nie należy. Pamiętajcie o atmosferze i spalaniu tlenowym. Może jestem z papieru, ale nie z azbestu. No i koordynacja, kiedy muszę utrzymać się okrakiem na rozpalonej sztuce, wrzeszcząc do Szamana Mako: „kieruj, ja strzelam!” unieść się nieco na napiętych udach (coś jak jazda konna), odwrócić w kierunku celu, wyciągnąć ramię i wypalić salwę tak, żeby siła odrzutu nie zrzuciła mnie z pojazdu. Mocna rzecz. 

PS. Padam na twarz, ale jutro znów lecę. 

PS 2. Chyba, że nie wstanę.

Podpisane: ciocia Fredzia

Jutro znów lecę. Chyba że nie wstanę…