Nuna

Nemezis nie Nemezis, życie po śmierci toczy się dalej. Nie nadążam go opisywać na bieżąco. W poprzednim życiu pisałam książki i bloga, wcześniej – pamiętniki, a i tak nie opisałam wszystkiego. Dobrze, że istnieje wieczność. To mi daje jakąś gwarancję, że zdążę. Pamiętajmy jednak, wieczność nie składa się z nicości. Owszem, są takie hipotezy w świecie, gdzieś wokół Tybetu powstają, jednak, jak się okazuje, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. 

Klasztory nigdy nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. W sensie: z życiem. Oddalone od prozy, zawieszone w stworzonym przez poetów świecie, faktycznie mogą rozpłynąć się w nirwanie. Tu jednak, gdzie wieją wichry życia, nie ma mowy o nicości. Dlatego: sama nie wiem. Czy zdążę to wszystko opisać. 

Zobaczymy. 

Tymczasem, zaintrygowana znaleziskiem w Księgozbiorze, postanowiłam pójść jeszcze raz na Górę Przeznaczenia i zbadać tamten napis na piasku. Bo było napisane: Nemezis. Pamiętacie. No więc idę. Rozprawię się z zagadką, spotkam kruka, wypytam, przycisnę do muru. Pewnie, możecie powiedzieć, na cholerę iść do lasu, wystarczy przemaglować Krucego i jesteśmy w domu. Tak jednak powie tylko ten, co nie zna realiów. Bo kruk nie siedzi mi na ramieniu w mieszkaniu Wió. Bynajmniej. Kruki mieszkają w lesie, na skraju lasu, na wysokich drzewach. Tam wiją swoje gniazda i tam prowadzą swoje codzienności. A to, że Krucy do mnie przylatuje od czasu do czasu, żeby popisać się jakąś figurą akrobatyczną – nie znaczy, że zaraz wyśpiewa o Nemezis. 

Idę więc do lasu. Wspinam się ścieżką pokrytą listowiem. Liście spadają z drzew jak pomarańczowy deszcz i zaraz mi się przypomina Ewelin z jej niebieską (czy czerwoną?) tabletką oraz Niebiesow, który dał mi ostatnio zakwas do pieczenia psychoplacków. O psychoplackach jednak napiszę kiedy indziej i gdzie indziej, teraz jestem w lesie, zupełnie sama (Szaman pływa!), jestem sama już tak długo, tak długo, że chce mi się płakać… 

I już, już lecą łzy po policzkach, już, już staję się nieszczęśliwa, już, już biedna, w dodatku w lesie straszliwym samiusieńka jak palec…, gdy nagle zza krzaków wybiega coś potwornie hałaśliwego i podbiega bez pardonu wprost pod moje nogi!

Aż podskoczyłam. Wrzasku wiele, ale bawełny mało – powiedział diabeł strzygąc kota. Nie wiem, skąd jest ten cytat, ale pasuje mi tu jak ulał. Bo tak rozdartego stworzenia nie widziałam jak żyję. A żyję już nieraz. 

Tak się to to darło, że musiałam pogłaskać. Kici, kici, podchodzi, łasi się, miauczy, mruczy, gardłuje, Boże ty mój! To kobieta. Kobieta kot, ale kot jest śnieżnobiały aż świeci. No i najważniejsze, że to wcale nie jest zwykły kot. To ocetolot. Nie mylić z ziemskim ocelotem! Gatunek podobny, ale nie tożsamy. Tak egzotyczny, że spotkać go można tylko i wyłącznie w jednym miejscu w Kosmosie i jest to dokładnie Góra Przeznaczenia. 

To, co zobaczysz na Górze Przeznaczenia, jest ci przeznaczone – powiedział Szaman Mako. (Kuźwa, możemy już przestać o Szamanie Mako?!) Czyli, że to rozdarte zwierzę jest mi przeznaczone???

To się okaże. 

Tak, okaże się. Ja mam już Wifi, No (do No zaczęły przychodzić koleżanki!), Szaman bywa (RZADKO), Ewelement, wszyscy na krzywy ryj, bo mieszkanie należy do Wió…

Gdzie mam pomieścić białego ocetolota?! 

A ocetolot się ociera, rozochoca, łazi mi po płaszczu, tupie po plecach, no mówię, cyrk. 

Dobra, jakoś to ogarnę. Będę miała ocetolota. Ocetolotkę. Nazwę ją Nuna. Niech będzie. Damy radę. Już widzę ten wzrok Wifi, gdy przychodzę z Nuną do mieszkania Wió. Już czuję tę krew na pazurach. TRUDNO. 

Idziemy teraz razem przez las, już mi w ogóle smutno nie jest, już mi wesoło jak szczygłowi. I w myślach snuje plan wycieczek po Kosmosie z ocetolotem u nogi. To się nazywa szyk! Psa to każdy głupi może prowadzać. Ale ocetolota? I to NIE NA SMYCZY?! 

Swoją drogą, co trzeba mieć w głowie, żeby prowadzić kogokolwiek na smyczy? Straszne rzeczy, mi się wydaje. Nieważne. Ja na pewno Nuny na smycz nie uwiążę, to się nie godzi i potrzeby brak. 

Po pierwsze Nuna idzie ze mną krok w krok. Po drugie: jeśli nawet da nura w krzaki, to tylko po to, by zaraz z nich wyskoczyć i dołączyć do mojego celu. 

A jakie to ładne! NIKT nie ma takiego pupila. Po pierwsze: kot, który świeci. Słowo honoru. Świeci jak żarówka. Dwa, biel sierści Nuny jest oślepiająca i tylko jakiś prymitywny zwierz o prymitywnie skonstruowanym narządzie wzroku może się tego blasku nie przestraszyć. Człowiek jest bezradny. A przecież sami doskonale wiecie, że w całym Wszechświecie najgroźniejszą istotą jest człowiek, nikt inny. Jestem ocalona. 

Ocetolotem. 

Jupi! Ciekawe, co Szaman powie. Znów ten Szaman. Facet popłynął w świat i ciągle go nie ma, a ja: Szaman i Szaman. Czas się za siebie wziąć. Za swoje życie. Nie po to umierałam, żeby się teraz na kimś uwieszać. Muszę sama sobie radzić. I sama odpowiedzieć sobie na pytanie, co z ocetolotem w związku ja myślę? 

To po introligatorsku chyba było. Ja się od tego Szamana nie uwolnię. 

Ale sami zobaczcie, jak mnie ta Nuna nastroiła! Nagle po introligatorsku gadam! To ze szczęścia. To trzeba wybaczyć. Pokażcie mi śmiałka, co na Górze Przeznaczenia znajduje taki klejnot i nie świruje z radości. Nie ma. Nie ma. Nie ma, bo nikt do tej pory takiego klejnotu na Górze Przeznaczenia nie znalazł. 

OPRÓCZ MNIE. 

Ha, ha, ha! 

Ja pierdzielę, muszę zabrać tę Nunę z lasu. I to szybko, bo się jeszcze rozmyśli i gdzieś ucieknie! Ale nie wygląda, zupełnie nie wygląda, że ucieknie. Idzie tam gdzie, wszędzie tam gdzie ja! 

Być tam, zawsze tam gdzie ty, jeeea… Taka piosenka była. Serio mi odwala, ale mam kota. Na gorącym dachu mojej głowy.

Zabieram Nunę z lasu, idziemy, kici, kici. Nuna podskakuje, bawi się, robi akrobacje niczym Behemot z Bułhakowa. Tylko od Behemota różni się zasadniczo KOLOREM. I zasadniczo, bo płcią.

Idziemy beztrosko, wesoło, szczęśliwie. Nagle jakiś cień zasnuwa las, patrzę na Nunę, stop – klatka, zatrzaśnięta, znieruchomiała nieoczekiwanie, a w oczach przerażenie. Co jest, nie zdążam pomyśleć, bo w tym samym momencie niemy „puff” się rozlega w powietrzu i z Nuny zostaje tylko biały obłok.

A potem mgła. 

Srebrzysto biała mgła. 

Co? Jak to?! Nie zdążam pomyśleć, bo się oglądam za siebie, a tam (TU) stoi potężny na dwa metry w kłębie dzik, zwierzę wysoce prymitywne, a jak u niego ze wzrokiem, sami się domyślcie. 

Pufff! 

Nie mam pojęcia, jaki obłok zostawiłam, brak mi też danych o kolorze mgły. Faktem ustalonym jest tylko to, że znikłam jak Nuna i po chwili znalazłam się w mieszkaniu Wió. 

Ale Nuna przepadła. 

PS. Wiem, co się dzieje z Panią Mroku, Nemocją. W tej wojnie (człowieka z Bogiem) ma to niebagatelne znaczenie. Ale pozwólcie, że najpierw zajmę się Nuną. 

Nagle jakiś cień zasnuwa las, patrzę na Nunę, stop – klatka, zatrzaśnięta, znieruchomiała nieoczekiwanie, a w oczach przerażenie…

Góra Przeznaczenia

– Północ. Zaczął się dzień Oriona. Tak nazywa się ten pies. Orion. Biały Krystaliczny Pies. 

Powiedział to jakoś tak, jakby mówił w innym języku, a przecież wszystko zrozumiałam. Nie wiem, co to za język. Przychodzi mi do głowy tylko jedno określenie: introligatorski. Nie każcie mi tłumaczyć, nie mam czasu. Jestem właśnie NIE WIADOMO GDZIE, nade mną jakiś zarośnięty facet w piórach opowiada coś po INTROLIGATORSKU, nie wiem, czy żyję, czy właśnie umarłam po raz drugi (a już pierwszą śmierć ledwo przeżyłam!), brak słów. 

  • Co ja tu robię?
  • Leżysz. 

Niezły ten język. Muszę się nauczyć. 

  • Ale konkretnie! Skąd się tu wzięłam? 
  • To nie jest konkretnie, ale dobra. Przyniosłem cię z lasu. A właściwie z góry. Z Góry Przeznaczenia. 
  • Co ja tam robiłam?
  • Leżałaś. 

Zaczynam się zakochiwać w tym języku. 

  • Ale skąd ja się tam wzięłam?!
  • A tego to nie wiem. 

O. 

I teraz klatka po klatce, jak faktycznie podczas śmierci: skąd ja się tam wzięłam? Myśleć, myśleć, myśleć. Ten tu na pewno wiem, tylko głupa pali. Ukrywa!

  • Ja się ciebie nie boję, gadaj skąd ja się tam wzięłam! 
  • Nie wiem. Musiałbym chwilę pomyśleć. 
  • To myśl!

Ale jestem zła. Zaraz wstanę i mu dokopię, serio. Albo nie wiem, co zrobię, zabiję chyba. Introligatorski się napatoczył. Zaraz mi tu wszystko wyśpiewa!

– Poszłaś na spacer do lasu. I wlazłaś na górę. Ot i cała tajemnica. Wielka. 

Teraz to już go nienawidzę. Aaaaaa. Wrrrr. Wr. Oddychaj. Oddychaj. Oddychaj. 

Mógłby się ogolić. To by nie zaszkodziło z pewnością. Żebym go nie zabiła. Boże, po jakiemu ja teraz mówię? Po introligatorsku na pewno nie! Ten język to raczej całkowite przeciwieństwo introligatorskiego. Muszę pomyśleć. Jezu, nie mam czasu.

  • Co to za góra?
  • Góra Przeznacze…
  • A JAKIM PRAWEM POGRYZŁ MNIE TEN PIES, DO CHOLERY!?!??!?!?!

No nareszcie. Nareszcie go mam. Teraz mi się nie wywinie. Pełna przemoc. Przekroczenie wszelkich zasad. Na szczuje się ludzi psami. Kobiet zwłaszcza. Po chorobie. I śmierci. 

  • Nie pogryzł.
  • Rzucił się na mnie! Z agresją! 
  • Nie rzucił się, tylko przeskoczył. Ciebie. Przeskoczył cię. 
  • To dlaczego upadłam?! I jak uważasz: LE-ŻA-ŁAM?!
  • A tego nie wiem. Prawdopodobnie się przestraszyłaś i zemdlałaś. 
  • Pięknie. 

Usiadłam w kucki, podparta łokciami po szyję. Ładne klocki. Nadwymiar. A tak samo jak na Ziemi. Nic się nie zmieniło. Tak się traktuje kobiety w całym wszechświecie. 

  • Na Górze Przeznaczenia nie wolno się bać. 
  • A kto mi zabroni? Jak na mnie pies skacze? Wściekły. 
  • Nikt. Tylko jak się ktoś boi to LEŻY. 
  • A. 

Podsunęłam bliżej stopy na wszelki wypadek. Bo z niedźwiedziem mam chyba do czynienia. Nie wiem, czy on w ogóle kiedyś widział żyletkę. Golarkę. Maszynkę… Czy coś. 

  • Nikt tam nie chodzi. 
  • Czemu?
  • Bo ludzie się boją. 
  • Czego?
  • No właśnie tego. Przeznaczenia. 
  • To ten pies to przeznaczenie?
  • Nie. 

I się roześmiał. Po raz pierwszy zobaczyłam jego zęby. Coś jak kły, serio. Ale ładne. Nienawidzę go. 

  • Ten pies to Orion. Tak się nazywa. Ucieszył się, że zobaczył Ciebie, bo to znaczy, że jesteś jego przeznaczeniem. 
  • No super. Jestem przeznaczeniem psa. 
  • Super jest być czyimś przeznaczeniem. 
  • To czego się boją ci ludzie?
  • No przecież już mówiłem. Przeznaczenia. 
  • A co w nim jest takiego strasznego?
  • Nie wiem. 

Dziwny ten język. Serio. Ale fascynuje mnie. Zaczyna mnie to wkurzać. W sensie, że fascynuje. To mnie wkurza. I że nie wiem czemu, też. W ogóle jestem wkurzona. 

Wrr. 

  • Jak to: nie wiesz?! To co ty w ogóle wiesz?
  • Wiem wszystko. Tak ogólnie. Ale pewnych rzeczy nie wiem od razu, muszę pomyśleć. Jak pomyślę, to już potem wiem. 
  • To pomyśl. 
  • O czym?
  • CZEGO CI LUDZIE SIĘ BOJĄ?!
  • No przecież ci powiedziałem: przeznaczenia. Boją się poznać swój los z wyprzedzeniem. To ich przeraża. Boją się tego i już. Ale nie wiem, dlaczego. 
  • A na tej górze można to zobaczyć?
  • Co?
  • Swój los. Jezu. 
  • No tak. Tam wszystko widać. Z tej góry. 
  • Ja tam nic nie wiedziałam. Tylko tego psa wściekłego. 
  • No to twoim przeznaczeniem jest wściekły pies. 
  • Co?! 
  • No tak. 

Jakie zasady są w Nadwymiarze? Można kogoś po kryjomu zabić? Przecież nikt mnie nie widział. Tylko jakaś Nemezis… Chyba. Albo i nie. Bo napisane było tylko. Chyba w krzakach nie siedziała, co? Zabiję go i po zawodach. Uduszę. 

  • Uduszę cię. 
  • Nie sądzę. 
  • A ty skąd wiesz?!
  • Już ci mówiłem. Wiem wszystko. 
  • I to co będzie też?
  • Tak. 
  • To tamci się boją wejść do lasu, a ty po prostu wiesz?
  • Tak. Dlatego też nie boję się wejść, jak mówisz: do lasu. 
  • A. 

Teraz to już nie wiem. Chciałabym się dowiedzieć, ale denerwuje mnie ten introligatorski. Poleżę sobie. Popatrzę na zegar. 

  • A gdzie ja jestem w ogóle!?
  • No tu. 
  • Gdzie: tu?!
  • No w pokoju. 
  • W jakim, do cholery, pokoju?!

I właśnie w tym cudownym momencie zorientowałam się, że widzę rajską komnatę, w czwartym wymiarze mieszkania Wió na własnej kanapie leżąc. 

– CO TY ROBISZ W MOIM MIESZKANIU?!!

Mogłabym tak jeszcze długo opowiadać. Bardzo długo. Ale nie mam czasu. Jestem potwornie zajęta przypominam sobie, co zobaczyłam na Górze Przeznaczenia. Oprócz wściekłego psa oczywiście. Powiem więc w skrócie. Introligatorski zarośnięty to jest szaman. Dlatego wie wszystko. Więcej o nim napiszę niedługo. Pa!