Pies demona

To było dawno temu. Przeczytawszy w gazecie wywiad z egzorcystą, dowiedziałam się, że podczas wyganiania demona z opętanego, ten ostatni wypluwa ciekawe rzeczy. Gwoździe, śruby, tasaki, tłuki.

A także, nie wiedzieć czemu: pieski.

Wywiad nie wyczerpał tematu. Bo choć opowiadał o sukcesach księdza na tym polu (nie pamiętam już, co było sukcesem: demon czy koperta?) – absolutnie nie zajął się sprawą psa. I uważam, że jest to, delikatnie mówiąc, skandal.

Niezależnie, skąd pies pochodzi, psem należy się zająć. I powinien to, rzecz jasna, uczynić ksiądz, on bowiem psa z jego prawowitego domu wygnał. Nieważne, jakiego. Macierzy się nie wybiera. W gazecie jednak nic na ten temat nie piszą. A szkoda. Mieliby szansę się nieco wybielić z tej czerni, którą wszak też kalają.

Pies demona wlókł się za mną od czasu feralnej lektury. Niezaopiekowany, chory już, bo nieszczepiony, zgaszony, choć wciąż piękny, jakże kiedyś obiecujący wilczur, absolutnie czystej, najczystszej krwi owczarek niemiecki o imieniu Hekto.

Nie pytajcie, skąd znam jego imię. Gdy się tyle czasu spędza razem, śledzie z beczki można zacząć jeść. W przypadku braku śledzi: sól.

Nie miałam czasu dla tego psa, do szkoły musiałam chodzić. Potem lekcje robić. A on na strychu sam, w komórce, bo matka nie pozwalała psa w domu.

Dopiero co mi ojciec wyjechał.

I znikł.


Na plaży, o której pisałam ostatnio, nie umierałam sama. Byłam tam z kimś, kto ciągle żartował i tak mnie tym wkurzył, że wstałam i poszłam gniewnie, i wymyśliłam takie pytanie:

Po co robisz rzeczy, które nie wiesz po co robisz?

Już nawet rysunek zaczęłam z tego kombinować. I wszystko szło gładko, dopóki nie zrozumiałam, że nie ma sensu robić rysunku z pytania, na które znam odpowiedź.

Zanim to się jednak stało, minęły trzy dni, podczas których powiedziałam może siedem słów. Metoda jest prosta. Zamieniasz się w kamień. I gdy wszystko w tobie drze się w niebogłosy – pozostajesz jak kamień.

Cała energia życiowa wycelowana jest teraz w potężne od żalu, niewypowiedziane DOMYŚL SIĘ.

Ćwiczenie wzmacnia mięśnie twarzy, które zastygłe w zawzięciu, nie mają prawa drgnąć. Hartuje to ducha tak mocno, że przestajesz pojmować, co to w ogóle jest gniew. Jaki gniew? Stalowa obręcz wokół brzucha! Medytacja! Joga! Jestem Bogiem! Pierdolę!

Ziarno od razu ogłosił protest. Mam gadać.

Ewelement, przeciwnie. Mam milczeć.

Tymczasem po trzech dniach słuszna lawa wezbrała i klasyczną, zupełnie niereformowalną erupcją rozerwała stalową obręcz na strzępy oraz wybuchła milionem stopni Kawalkajta*.

Okazało się, że milczę od trzech dni konkretnie z powodu psa demona. Naprawdę tak trudno się domyśleć?! Owszem, ja też się dopiero teraz dowiedziałam. Ok. Myślałam, że chodzi o to, że coś tam na tej plaży powiedziałeś. W jakiś sposób. Nie taki. Coś.

Tymczasem Hekto, niemal uduszony wymiocinami (to jest egzorcyzm turbo.) – znalazł do mnie drogę. I najpierw zamienił mnie w słup soli z przerażenia, po czym napinając strunę lęku do ostateczności, wybuchł lawiną łez.

Ciężkich jak kamienie.


Piesek miał parwowirozę chyba. Sam na strychu umierał, przerażony, bo nie rozumiał, dlaczego ktoś go od mamy zabrał i w komórce chorego trzyma. Ja też nie rozumiałam. A dopiero co mi tata znikł.

A dopiero co mi życie runęło.

Wyprowadzałam go po lekcjach, ale potem już nie miał siły chodzić. Mały był, bo to szczenię, dziecko, tak jak ja.

Nie jadł.

Nie pił.

Tylko płakał.


Od dawna czułam jego obecność. Pojawiał się w ciemnych miejscach, straszył.

Przepędzałam.

I tak mam sporo na głowie. Poza tym: nie wszystko naraz. Tata wyjechał i znikł na zawsze.

A ten piesek, najpiękniejszy na świecie, mój wymarzony, umiera na strychu, a ja nie umiem mu pomóc.

Może jak będę się lepiej uczyła? Może?

Może jak będę grzeczna?

Może?

Może jak się tak bardzo postaram, żeby nie sprawiać kłopotu, ale jak tu nie sprawiać kłopotu, kiedy w pakiecie ze mną został jeszcze ten chory pies?!


Wtedy postanowiłam, że pójdę na weterynarię. Ale nie poszłam, bo zobaczyłam w prosektorium zwłoki psa i mi przeszło.


Ile razy można umierać?

Tylko raz. Właśnie wtedy, gdy wpuszczasz rozszalałą z tęsknoty duszę psa z dzieciństwa, pozwalasz mu wskoczyć na siebie, rozdeptać wielki łapami, gdy zdaje się, już nie złapiesz tchu, już nie zobaczysz nieba, już nie wyjrzysz zza własnych łez… ten odskakuje i proszę bardzo, oddychaj ile chcesz, a najlepiej: chodź na spacer!


Odpowiedź na nienarysowane pytanie wysmarkałam razem z psem demona w koszulę osoby, która w takich wypadkach zwykle zaczyna się śmiać.

Po co robisz rzeczy, które nie wiesz po co robisz?

NIE WIEM.

I to dzieje się teraz.


*albo Kawalcjusza, nie pamiętam.