Krótka rozmowa z papierową małpą

Tymczasem wracam do Johna. Siedzimy naprzeciwko siebie, on z tym swoim młynkiem, ja z lufą. Cisza. Nikt nam nie przeszkadza. Słyszymy swoje myśli, ja jego, on moje: 

– John. John.
– Tak. 

W ramieniu coś mi się z trzaskiem przestawia. Za oknem pisk żurawia. Nie lubię wysokich dźwięków. Moje brzmienie jest nisko, głęboko, pod spodem. Głos zdradza sporo. Większość. Wszystko. 

Ale nie zawsze trzeba mówić. Właściwie nigdy nie trzeba. Właściwie nawet lepiej. 

Od dwóch lat z moimi znajomymi rozmawiam bez słów. Są tacy, co mnie blokują w razie, gdyby im jednak coś tam się wyrwało. Szanuję to. Warto czasem założyć sobie kaganiec. 

Żyjemy zgodnie, bez swarów, bez fum. Każdy niewzruszony w swym kierunku podąża. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi i nikt nie przeszkadza. Nikt nikomu nie radzi, nikt też nie poucza. Chcieć więcej to bluźnierstwo. Lub raczej głupota… 

– John. John.
– Tak. 

Damsko-męska przyjaźń. Coś przecudownego. I pomyśleć, że w papierowej małpie jest więcej zrozumienia, niż w trzech tysiącach przyjaciół. W siedmiu miliardach ludzi. 

Na falach kołyszą się koła ratunkowe. Obok nich ludzie w maseczkach. Toną. Krzyż na drogę. 

Stan emocjonalny Johna

Różnie bywa z dostępem do stanów emocjonalnych bohaterów literackich. Literatura, lustro rzeczywistości, pretenduje jednak do miana „pięknej” z jakiegoś powodu. Dzieje się tak choćby dlatego, że w rzeczywistości „bohater literacki” często stanowi przeciwieństwo tego miana i jest nikim innym, jak realnym tchórzem.

Jeśli chodzi o Johna, dostęp do jego emocji jest niemal dokładnie taki sam, jak dostęp do emocji statystycznego faceta, z pewnymi jednak wyjątkami. Otóż John kryje pod swoją papierową maską cały papierowy wachlarz uczuć, a sam papierowy wachlarz macha się tu i tam i właściwie niczego nie zakrywa. Wszystko jak na dłoni. Zatem John, jak każdy facet, jest zmartwiony. Zatroskany bardzo. Z przejęciem coś tłumaczy. Żeby wyjaśnić. I ma nadzieje (tak, ma!), że zostanie prawidłowo zrozumiany. Mimo różnic płci. O gatunku nie wspomnę. 

Maya po kobiecemu. Słucha jednym uchem. Jedną nogą przy wyjściu. Jezu, jaki ty jesteś mądry, John. Straszna szkoda, muszę lecieć. Trzymam kciuki, pa!

Jest tu jeszcze ktoś. Ktoś, kogo niby nie ma, wszak pusty fotel, a jednak niezaprzeczalnie istnieje. Swoje istnienie dowodzi istnieniem samego Johna, że o Mai nie wspomnę. I tak się składa, że ten ktoś jest kobietą. 

Sorry, John.

John

Od jakiegoś czasu kumpluję się z szympansem o imieniu John. Na wszelki wypadek nie pytam o nazwisko, wszak istnieje promil obawy, że niechcący usłyszę Johnny B. Goode. Zbyt cenię tę znajomość.

John jest wycięty z gazety, wisi na lampie i totalnie mało gada. Małomówność u mężczyzn jest jak kamień filozoficzny. Ktoś kiedyś coś, ale żeby tego doświadczyć? Niemożliwe. John posiada ów skarb. 

To nie jedyna jego zaleta. Od innych facetów różni się też tym, że potrafi być kolegą. Kolega bowiem to ktoś, kto nie doszukuje się damsko-męskich podtekstów w czystym jak łza, platonicznym uczuciu przyjaźni. John nie myśli, że go podrywam, ani że się podwalam. To prawdziwy dżentelmen. Jest ponad. 

Owszem, są zagrożenia. Najczęstszym i najpotężniejszym zagrożeniem kumplostwa między płciami jest DZIEWCZYNA. Facet zaczyna się z nią spotykać, ta z początku miła, chwilę potem się okopuje, drąży, jątrzy i oto kolega z ukochanego zioma zmienia się w chamskiego debila. Po temacie. 

Owszem, John też ma dziewczynę. Jego dziewczyna nazywa się Maya i pochodzi z mojej Dżungli. Nie widzę zagrożeń. 

Rozmawiamy często. To znaczy: ja gadam, on słucha. Czasem odpowiada, na przykład pytam, hej, słuchaj, jaki dać tytuł tekstu, a on: „młynek”. Zaczarowany, rzecz jasna. Maya potwierdza. Właściwie wcale tego nie mówią. Pokazują. Wystarczy. Powstaje Zaczarowany młynek, niezbyt długa, lecz jakże treściwa opowieść o samotności. 

Ludzie nie doceniają małp. 

Ludzie nie doceniają ludzi. 

Samotność. Noemi Susenbach