Jezus-20.

Coś jak COVID-19, tylko z postępem. Sami przyznajcie, zbieżność niecodzienna. Już na początku epidemii, gdy pewien zakażony szafarz rozdawał wiernym hostię, skojarzeń było aż nadto.

Ciało wirusa. Amen.

Czemu Jezus-20? Bo właśnie nadszedł rok, w którym nie zmartwychwstał. Żadne rezurekcje się nie odbyły, na cmentarzach zakaz. Nikt nie może wejść, a tym bardziej: wyjść. Zwłaszcza z grobu! Za to ja – proszę bardzo. Bez żadnego trybu. Umarłam w piątek o piętnastej, zmartwychwstałam w niedzielę. W niedzielę były moje urodziny. Narodziny. Zmartwychwstanie.

Odbyło się bez pompy, po prostu zwykłe barłożenie w łóżku, a trzeba wiedzieć, że zwykłe barłożenie w łóżku w kwestii przyjemności niczym nie różni się od wniebowstąpienia.

Tymczasem nasz Jezus-20 w grobie zatrzaśnięty i żadnymi naukami (że trzeba się poświęcić, żyć dla innych itp.) głowy nie zawraca. Jeśli komuś brakuje, zawsze może sobie poszukać aforyzmu z rodzaju te myśli. Albo umrzeć na krzyżu, wolna wola. Choćby w piątek o piętnastej. Warto jednak pamiętać, że ze zmartwychwstaniem nie tak hop.

A więc Jezus-20. Brzmi jak statek kosmiczny. Wielki Wybuch, na którego pokładzie znajduje się szalupa zwana Ziemią. I leci sobie w kółko nieskończone, bo kółko jest zawsze nieskończone, nie ma początku, nie ma końca, wieczność boska wyznaczona algorytmem liczby Pi, częstotliwością Fibonacciego. W matematyce nie ma dobra i zła, jest jednak coś takiego jak poprawność oraz błąd. Nasz statek kosmiczny leci w zasadzie poprawnie, tylko na wspomnianej szalupie coś się popierniczyło. Tam aż czerwono od błędów. Bardzo czerwono. Zwłaszcza w okolicach (o ironio!) – centrum.

Pytacie, gdzie jest centrum? Szkoła podstawowa się kłania. Lekcje patriotyzmu, apele i kotyliony. Składanie kwiatów pod pomnikiem. JAK TO: GDZIE JEST CENTRUM?! Na tak oczywiste pytania trudno odpowiedzieć bez zniecierpliwienia. Centrum wszechświata znajduje się przecież, moi drodzy, na TEJ ZIEMI.

Kto nie pamięta, gdzie jest TA ZIEMIA (nie mylić z Ziemią) i do kogo należy określenie, niech sprawdzi z czyjego powodu pedofilia w kościele jest spoko i dlaczego Afryka umarła na HIV.

Też wirus. Jezus. Zakałapućkać się można.

Dla ułatwienia dodam, że na TEJ ZIEMI króluje właśnie tytułowy bohater rozbrykany do granic możliwości, w roku pańskim 2020, w którym to przyszedł koniec jego brykania.

Gdyż na TEJ ZIEMI od tego PANOWANIA powstał istny cyrk.

Nic dziwnego, gdy na boga obiera się faceta. Jest to błąd (nomen omen) kardynalny, absolutnie podstawowy, którego wynikiem może być tylko kolejna seria zakreślonych na czerwono błędów w samym CENTRUM.

Dlaczego bogiem nie może być facet? To proste, aczkolwiek z jakiegoś powodu nierozumiane. Żeby to zrozumieć, nie trzeba wkuwać niczego z obecnością liczby Pi. Wystarczy obserwować, w czym się znajdujemy, z czego się wywodzimy, co jest naszą częścią, a czego częścią jesteśmy. Mówię tu o Wszechświecie mając na myśli również jego słynne CENTRUM. Otóż nigdy, powtarzam, absolutnie nigdy nie zdarzyło się, żeby facet kogokolwiek stworzył i wydał na świat.

Owszem, bywają wypadki spłodzenia jakichś dzieł – udanych lub nie. Owszem, zdarzają się nawet sukcesy. Nagrody. Wszak trzeba tę płeć pocieszyć. Ale najlepsze choćby dzieło nigdy nie ożyło, nie nauczyło się chodzić ani mówić i co najważniejsze: niczego już dalej samo nie stworzyło. Daremnie wciskane w kanon lektur – tylko zanudza patosem kolejne pokolenia. Uwięzione w złocone ramy – nie robi nic poza tym, że wisi.

Rozumiem, że przy takim obrocie spraw pojawia się paniczna potrzeba zagłuszenia prawdy. Odwrócenia ról. Prężenia muskułów. Okrzyknięcia bogiem kogoś, kto nie tylko nikogo nie stworzył, ale w dodatku nie żyje – martwy wszak nie zaprzeczy. To wszystko w efekcie przyniosło ludzkości niezliczoną ilość penisopodobnych wież kościelnych. Monumentalnych pomników olbrzymiego prącia, z którego poza kilkoma kroplami półproduktu, w żaden sposób nie da się wycisnąć życia.

Aby rzecz wyglądała wiarygodnie, piewcy absurdu odziali się w majestatyczne, acz – przyznajcie – dość zabawne szaty zakrywające przepastne brzuchy, w których bynajmniej nie pływa nic ze stworzenia, jeno kiełbasa i liturgiczne wino.

Rozumiem ich obsesję. Gdy się samemu nie może, trzeba udawać, że ma się wpływ. Zakazy, nakazy, regulacje poczęć i narodzin. Któż inny jest lepszy w branży, niż wspomniana frakcja brzuchatej niemoty? Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje.

Wół* nie daje nawet kropli.

W moim tytule jest pocieszenie, nie chwała. Nie zmartwychwstał, jaka szkoda. Tymczasem Kosmos nadal się kręci, bez mszy, bez rezurekcji, bez objawień. Na placu w Watykanie pusto, nikt się nie modli, a świat, zobaczcie – ISTNIEJE. Leci po swojej orbicie według niewzruszonych matematycznych zasad. Nie ma dobra i zła. Jest natura. Matka.

ONA.

I polecam się od NIEJ odp…ć, bo ten wirus to dopiero początek.


*Wół – wykastrowany samiec bydła domowego.

Ona.
Noemi Susenbach

Tabula rasa

Ledwo żyję. Przez cały dzień lataliśmy z Szamanem Mako po kosmosie i muszę przyznać, jest to po prostu sport ekstremalny level hard. Szaman Mako od dawna namawiał mnie na tę eskapadę, zapewniał, że super się na meteorytach lata, ale wykręcałam się tym i owym. A że zmęczona jestem po chorobie i śmierci (rekonwalescentka tak zwana), a że hałas źle znoszę (zaburzenia integracji sensorycznej) i, co najważniejsze: nie mam się w co ubrać. 

Czyli typowe tłumaczenia ciotki Fredzi. 

Tymczasem przyśnił mi się sen, w którym Ktoś mi powiedział, że jestem tabula rasa. Dla niewtajemniczonych: czysta kartka. Jak mi trzeba, to mogę użyć kryształowego pudru (???!!!).

Amen. 

Obudziłam się w takim nastroju, jakbym dotychczasowe wszystkie doświadczenia z poprzedniego życia zrzuciła z siebie w jakąś nieskończoną przepaść i oto właśnie ważyła pół grama. Albo i to nie. Ile waży kartka papieru? Niezapisana?

Długo leżałam w pościeli przewalając się z tym swoim nowym stanem nieważkości. Szaman Mako powiedział mi kiedyś, że mam stopy jakbym nigdy nie chodziła po Ziemi. Przyjrzałam się nim. Może faktycznie nigdy po tej Ziemi nie chodziłam? Może stąd te moje problemy? Takie oderwanie od rzeczywistości niesie za sobą pewne niezrozumienie. Niektórzy przywarci do podłoża jak Wąż, czy Józefstalina mogą tego nie zrozumieć. Z drugiej strony: co mnie Józefstalina obchodzi? Jest tak zajęta knuciem, że nawet nie zauważyła mojej śmierci. A po jaką cholerę knuć przeciwko komuś, kto nie żyje? Czyż nie szkoda energii? Właściwie kto jest bliżej rzeczywistości?

Fru! 

Nie ważę nic, więc mogę latać. Mogę latać między wymiarami sypiąc wokół kryształowym pudrem. 

Tymczasem wpada Ewelement (nie mam czasu nawet wyjaśnić, skąd się wzięła w Nadwymiarze Ewelement, grunt że poza Zarą Li mam jeszcze jedną koleżankę) i mówi, że po jej szafie walał się tajemniczy kostium czarny skórzany typu kobieta kot, specjalnie przeznaczony do jazdy na meteorycie. I ona ogólnie nie wie, co z nim zrobić, a tak na oko wygląda, że na mnie szyty. 

Powiem tak. Kostium jest faktycznie na mnie uszyty, nie ma w nim ani jednego centymetra zapasu, nie ma też mowy o ciasnocie. I tylko pozostaje zagadką, skąd się taki bieg wypadków wziął? Skąd ten kostium u Ewelement? I czemu akurat ja, nie ona? Bo na nią kostium w ogóle nie pasował. Na nikogo by nie pasował. On jest mój. 

Tak jak Pan Demonium. Z tą różnicą, że kostium już jest u mnie a Pana Demonium muszę zdobyć jakoś. Może na meteorycie?!

Reasumując. Jestem rasową oblatywaczką meteorytów. Jazda na meteorycie jest absolutnie genialnie wspaniała. To jest coś WOW, aaa!, i w ogóle. Już nie jestem ciotką Fredzią. Powiem więcej. Cień po ciotce Fredzi zniknął bezpowrotnie. Jak się ciocia raczy zapałętać w nasze strony: jedną noc możemy przekimać. A potem ciocię odwieziemy. METEORYTEM. 

Ha! 

Najlepsze przede mną. Bo ja mam, moi drodzy, niedawno odkrytą zdolność strzelania z broni palnej, kiedy tylko zechcę. Nie muszę tej broni ze sobą nosić, po prostu ją mam. Nie muszę ładować – zawsze jest naładowana. Strzelam z ramienia na odległość, a strzały mam, jak się okazuje, niezwykle celne. 

A na celu tak:

  1. Katedra Notre Damme – już zastrzelona, szczegóły przy okazji. 
  2. PP. 
  3. Jeszcze parę kościołów. W sensie: wszystkie.
  4. Kilka szkół (w niedzielę, żeby dzieci nie było). 
  5. Urzędy. Wszystkie. Wszystko jedno kiedy. 
  6. Prokuratura. Policja. Kongres Kobiet. 
  7. Koła łowieckie i nadleśnictwa państwowe. 
  8. Telewizja i gazety dla pierdzieli (czyli wszystkie) oraz biura poselskie. 
  9. Jeszcze kilka szkół. 
  10. Sejm.

I jak starczy energii, to jeszcze ten parlament w Brukseli. 

Listę będę uzupełniać w trakcje wykonywania zadań. Obawiam się, że jak się rozpędzę, to rozpryskując tłuczone szkło niczym kryształowy puder, zastrzelę cały świat. Dziś wprawdzie załatwiłam tylko jeden oddział firmy handlującej kradzionymi dziełami o wdzięcznej nazwie Srempik. Ale dopiero się uczę.

Wchodzenie do WW, zwłaszcza rozpędzonym meteorytem – do najłatwiejszych zadań nie należy. Pamiętajcie o atmosferze i spalaniu tlenowym. Może jestem z papieru, ale nie z azbestu. No i koordynacja, kiedy muszę utrzymać się okrakiem na rozpalonej sztuce, wrzeszcząc do Szamana Mako: „kieruj, ja strzelam!” unieść się nieco na napiętych udach (coś jak jazda konna), odwrócić w kierunku celu, wyciągnąć ramię i wypalić salwę tak, żeby siła odrzutu nie zrzuciła mnie z pojazdu. Mocna rzecz. 

PS. Padam na twarz, ale jutro znów lecę. 

PS 2. Chyba, że nie wstanę.

Podpisane: ciocia Fredzia

Jutro znów lecę. Chyba że nie wstanę…