Pełnia czyli Pokój nocny

Pełnia, Noemi Susenbach

Nie wiem, co jest w tej pełni szczególnego, może to, że nie wiadomo: gdzie lampa, gdzie Księżyc? A może to, że nie wiadomo: dzień to czy noc?

Od rana czuję paniczną potrzebę zniknięcia, dokładnie taką samą, jaką bym czuła na miejscu Księżyca w tym stanie właśnie. Wszak stan bycia totalnego, bycia na maksa wywołuje tęsknotę za niebyciem w ogóle. Pamiętam, jak przed laty po cichu pisząc swe zapiski na blogu, w jednym momencie stałam się sławna.

Od razu zapragnęłam zamknąć blog.

I tak z Księżycem dzisiaj. Wypełniony sobą po brzegi, ostatecznie się schował za chmury. A całą energię z niewidzialnego świecenia wysłał wprost w moje serce. Przeszyta na wylot zimnym światłem, leżę od rana bez tchu wymyślając, kogo by tu sensownie ukatrupić.

W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy ZUS. Albo kościół katolicki. Jedno i drugie! To by było coś. Dużo korzyści dla ludzkości. Dużo pieniędzy, miejsca, przestrzeni – zaoszczędzonych. Nerwów i niegodziwości kres. Ale tak się to rozsiało po globie, że nie wiadomo w kogo celować.

Poza tym nie chce mi się z łóżka wstawać.

Najlepszy jest strzał, który nigdy nie pada. Bezgłośne pif-paf. Zabijam ZUS, kościół i całą resztę. Wszystkich po kolei. Z psychopatyczną satysfakcją słucham błagalnych jęków. Litości nie przejawiam. Łubu-du, lecą głowy ze stołków. Gilotyna jak krajalnica do jaj.

Ajajaj!

MM mnie namówiła na rubrykę. Będzie się nazywała Pokój nocny. Przy okazji wytworzyło się między nami pole elektryczne o wysokim napięciu z powodu notki bio, selfie i różnych innych bzdur. Ostatecznie wysłałam jej serię z karabinu o treści „pierdolę” i tak powstała jedyna w swoim rodzaju charakterystyka podmiotu lirycznego.

NOC

DZIEŃ

NOC.

Na zusowe zwłoki

naciągamy koc.

DZIEŃ

NOC

DZIEŃ.

Kościół katolicki

jest wyrżnięty w pień.

Lajla tow

Jezioro leży przy cmentarzu.

Ale to nie jest zwykły cmentarz. To kamienny krąg dusz, gdzie każdemu kamieniowi odpowiada zatopiona w niebie gwiazda. Cmentarz jest gęsto porośnięty lasem, jednak udaje mi się latać. Może nie tak, jak wtedy z Szamanem na meteorycie – jest to raczej spokojne, pełne skupienia unoszenie się nad ziemią.

Najciekawszy jest Krąg Strażnika. Tu skamieniałe dusze kruków łączą się tajemnym sposobem w jedną, absolutną moc.

Zawsze siadam pośrodku. Czuję ten zabawny dysonans, gdy siadam, a jednocześnie kołyszę się w powietrzu między kamieniami a gwiazdami.

Język, w jakim przemawiają zmarli, nie należy do żadnej grupy językowej. To jakby zestaw slajdów, z których każdy jest symbolem, szyfrem, rebusem. Sygnałem. Sygnał dociera do mojej rozkołysanej w powietrzu świadomości i rozpoczyna kojarzenie. Rozmowę. Już wiem, czuję, że Ktoś chce mi coś powiedzieć. Czekam. Tymczasem przede mną rozciąga się granat nocy, wśród granatu swym jaskrawym światłem kategorycznie wykrzykują do mnie dwie istoty.

Jedna z nich nazywa się Księżyc.

Księżyc jest jak Wenus.

Jak noc.

Wielka noc.

Śniło mi się, że latałam po pokoju. To z całą pewnością był pokój nocny, rozświetlony elektrycznym światłem. A ja pod sufitem w euforii. Z tej radości wpadło mi do głowy, żeby zrobić zdjęcie. Pokazać światu, o proszę, patrzcie: latam. Podfruwam więc do stojącego pośrodku lustra, wyciągam aparat i już, już chcę pstrykać, gdy widzę, że w lustrze STOJĘ. Stoję? Przecież się unoszę! A jednak wyglądam, jakbym stała. Zdjęcie szlag trafił. Nic wam nie pokażę. Wszak zabronione.

Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że znajdzie się wśród was ktoś, kto spyta, co ja właściwie robię nad jeziorem? Czemu opuściłam rozszalałe wody Oceanu Pomarańczowego? Otóż opuściłam rozszalałe wody Oceanu Pomarańczowego, ponieważ na Oceanie Pomarańczowym zbiera się huragan. I jest to huragan potężny, ten z rodzaju totalna destrukcja, amen.

(A propos. Wymyśliliśmy z Ziarnem nowy rytuał: – Ciało wirusa. – Amen.)

Zatem na oceanie wieje. Ale nie będę pisać o huraganie, bo nie o nim jest ten wpis. Nie odmówię sobie jednak wzmianki na temat Ewelin, która mi zarzuca, że piszę jak ujarana, gdyż nie poruszam spraw ważnych typu polityka, feminizm i coś tam. Ewelement zaś zauważyła, że w starym życiu wyprodukowałabym już conajmniej cztery teksty o tym, co w dobie zarazy dzieje się w rządzie i Ministerstwie Srerstwie.

Czuję się namówiona. Księżyc z Wenus mi wybaczą, gdy skorzystam z przysługującego mi prawa i na marginesie popełnię mały felietonik:

Banda baranów (dla moich przyjaciółek)

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów.

Baranów banda.

Banda baranów.


Wystarczy. Lapidarność rzecz święta. W Wysokich Obcasach był wymóg, żeby felieton zawierał maksymalnie dwa tysiące znaków. Zmieściłam się. Ale chodzi mi po głowie, żeby zrobić z tego piosenkę. Wpada w ucho. I ma laserowy przekaz. Totalnie w punkt.


Księżyc jest jak Wenus.

Jak noc.

Wielka noc.

Ktoś przez pomyłkę nadał jej rodzaj męski tylko dlatego, że nie ma końcówki „a”. W tym kraju jest nieustanny problem z końcówkami. Tymczasem: nieporozumienie! To jakby mnie nazwać facetem. A przecież istota Księżyc jest tak kobieca, że trudno znaleźć choćby skrawek argumentu dla tego zdumiewającego lingwistycznego zabiegu, przez który Księżyc to „on”.

Po ulicach WW jeżdżą karetki. Słychać zza wnęki międzywymiarowej. To jedyny możliwy sygnał wysyłany ludziom, żeby WIEDZIELI. Tak. Ludzie nie mówią do siebie słowami. Słowa już dawno straciły sens. Ludzie mówią sygnałem karetek pogotowia. Symbolami. Rebusami. Skojarzeniami.

Jak dusze z Kamiennych Kręgów.

Na soczystym granacie nieba Księżyc krzyczy wraz z Wenus. Dziwne, że krzyczą, bo przecież, choć się skupiam, a wokół cisza – słyszę tylko pożegnanie. Czy pożegnanie jest aż tak ważne?

W pokoju nocnym zaczyna wiać nudą. Obleciałam już sufit, zwiedziłam zakamarki, a lustro nie działa. Chwilę się jeszcze pobawię i lecę. Tam, na zewnątrz jest przestrzeń, tam sobie można poszaleć.

Tam jest jezioro. W jeziorze jest noc. I Wenus. I ONA. Dopełniająca do pełni, wypełniona roztopionym srebrem, magnetyczna, przyciągająca, totalna.

Pożegnania są ważne. Być może najważniejsze. W pożegnaniu można zostawić wszystko, ale można też wszystko zabrać. Pożegnaniem się wskrzesza i zabija. Nadzieją karmi. I głodzi.

Ostatnio sporo apeli. Gdzie nie spojrzeć, apele. Jak na spacerniaku. To wolno, tego nie wolno, zostańmy w domach, bądźmy razem, pomóżcie, do grobu złóżcie.

Nikt się nie żegna. Amen.

Robię ostatnią rundę wokół pokoju. Gdzieś tu, na ścianie musi być wyłącznik. Biały, plastikowy pstryczek elektryczek do gaszenia światła. Podlatuje, znajduję. Pstrykam.

I znikam.

Lajla tow. Noemi Susenbach
Part of painting