Biały pies i czarny lew

Nikt nie pyta, co się stało z Orionem?

Tacy koledzy.

A więc zgubiłam psa. Zdarzyło mi się to już kiedyś, dawno, gdy byłam w wieku No. W podobny sposób widziałam świat. Jak wyjaśnić tę perspektywę? Właśnie tak. Wychodzisz z domu z psem, idziesz przez miasto, wchodzisz do sklepiku, pies zostaje na zewnątrz, wychodzisz ze sklepiku i wracasz do domu, na śmierć zapomniawszy komendy: – Dragon, idziemy.

Żołnierz nie ma prawa drgnąć bez rozkazu „drgnij”. Tak więc Dragon został pod sklepem, a ja zdumiona na widok niezmąconej przestrzeni – oto jestem sama w domu.

Wtedy wystarczyło wrócić pod sklepik. A gdzie ja mam dziś wrócić? Kiedy i jak przepadł Orion, w którym momencie i pod jakim sklepem siedzi?! Zabijcie mnie, nie powiem.

Bo nie wiem.

Zresztą Orion to nie był (Boże, mówię o nim w czasie przeszłym!) pies, który przy nodze chadza. Biegał po lesie bez żadnej smyczy, wychodził na ulicę, robił co i kiedy chciał. Jego biała sylwetka zawsze majaczyła na horyzoncie. Tymczasem ja, pochłonięta końcem świata, budowaniem arki, odzyskiwaniem i wyrzucaniem za burtę przyjaciół, wreszcie: zaaferowana kotami – nie zauważyłam, że od jakiegoś czasu nie majaczy.

Może to przez Ewelement? Ten księżycowy wilk mógł mnie wytrącić z czujności, wypełnić lukę po psie. Od kiedy jednak Bella włamała się do mojej głowy i zaczęła śnić obrazki z mojego życia, wzmożyłam uważność. Przyjrzałam się, kto jest kim. Tak naprawdę. I tak naprawdę nie ma nigdzie Oriona.

Owszem, był. Był, bo jego obecność stwierdziłam ponad wszelką wątpliwość w okolicy połowy stycznia, gdy rozsypałam brokat.

Już tłumaczę.

Rozgorzała wojna, zdobyłam listę ZŁO. I niby nastała cisza, ale coś mówiło, że pozorna. Żaden wyrok żadnego sądu jeszcze nie zapadł, rzecz będzie się ciągnąć jak epidemia, a póki się będzie ciągnąć, póty będę miała swój bonus w postaci przedstawienia pod tytułem: NUDY BRAK.

Któregoś styczniowego poranka postanowiliśmy z Szamanem wybrać się na wycieczkę. Przeczucie, a może senne ostrzeżenie kazało mi rozsypać brokat w szufladzie. W kolorze żółtym. Nikomu nic nie mówiąc, zostawiłam więc tę finezyjną pułapkę na dokumentach sądowych, czyli dokładnie tam, gdzie najciekawiej.

Czy muszę mówić, że po powrocie ujrzałam mieszkanie Wió całe w brokacie?

Pozostało teraz tylko zgadnąć KTO. Kto zwędził pod nieuwagę i dorobił klucze bez wiedzy i zgody mojej, a co najbardziej wstrząsające – bez wiedzy i zgody prawowitej właścicielki mieszkania, mianowicie ostrej jak brzytew formalistki, chodzącej encyklopedii paragrafów, samej Wió?!

I dalej. Kim jest ten ktoś, kto:

  • nie zauważył brokatu w kolorze żółtym?
  • zostawił ślad w postaci mapy Berlina?!
  • że o połowie grama* nie wspomnę?!

Nie trzeba być Sherlockiem. A ja Sherlockiem nie jestem. Mnie Sherlock może najwyżej browara potrzymać. O ile ewentualnie bym chciała go pić. No, może koronę. Espania serveza. Albo lepiej wodę święconą. Pokój nocny browarów nie pija, pokój nocny pije wodę święconą. Przepis na wodę święconą podam kiedy indziej, mam teraz urwanie głowy, zgubiłam psa.

Właśnie wtedy! Tego tajemnego dnia, gdy zwęszył mi mieszkanie – ślad po Orionie zaginął. Przypadek? Nie sądzę.

Mapa Berlina trafiła do śmierci. Zostawiłam ją u Belli i Leo w pamiętny dzień mikrodawkowania. Nazajutrz afera, jakby zginął milion dolarów. Leo uznał, że to bardzo ciekawe, co w tej śmierci być może, jak na chirurga przystało, wypatroszył Zarę Li…

I dupa mu ze śmiechu odpadła.

Leo jest czarnym lwem. Widzieliście kiedyś czarnego lwa? Pisałam o czarnych lwach w jednej ze swoich książek (tej ostatniej, za którą mi nie zapłacono), miałam więc do czynienia z ich szalonymi, głodnymi duszami.

Czarny lew stoi na straży emocji. Im jest potężniejszy, tym trudniej się do nich dostać. Zdarza się, że zwierzę dostaje kręćka na punkcie swojego zadania. Tak jak Dragon. Dostał rozkaz i koniec. Wrósł na schodkach spożywczaka.

Straż to niejedyne zadanie czarnego lwa. Jest jeszcze coś straszniejszego. Coś, co zmusza lwa do jeszcze pilniejszego strzeżenia emocji, zaciśnięcia pętli wokół własnej szyi.

To skakanie przez płonącą obręcz.

Widziałam to. Widziałam płomienie, słyszałam huk ognia, czułam zwierzęcy strach. I ten zgrzyt kości, ten opór ścięgien, krzyk ze środka trzewi, z samego serca: NIE!

NIE.

NIE.

NIE.

Lew nie powinien skakać w środek ognia. A jednak skacze. Skacze, bo sobie serce zakratował ołowiem tak gęsto, że sam już do tego serca zajrzeć nie może.


*czemu tak mało?!

Wrony, Noemi Susenbach

Królestwo

dla Magdalin

Ziarno mówi, żeby wyrzucić trupy za burtę. Wiele można powiedzieć o Ziarnie, wszak handluje winem, sam specjalnie od demona nie stroni, ale przecież jest Aniołem, wszelki sprzeciw to bezsens. Tak. Ziarno ma rację. Wyrzucić trupy. Nieważne, co i jak było, trup to zawsze przeszłość, a więc balast. Wyrzucam więc po kolei: Węża, Józefinę, Ewelin i całą resztę towarzystwa, którego się trzymałam kurczowo diabli wiedzą po jaką cholerę.

Uf, jak lekko!

Mam teraz na pokładzie tylko dwa dzikie koty i Wifi. Dziwna sprawa z tymi kotami. Nieważne, jak są duże, nie ważą nic. Ich lekkość przeczy fizyce. Zresztą nie tylko to. Wszystko, co dotyczy kotów, jakoś się z prawami naukowymi nie klei. Przykład: satelity Starlink. Borykająca się z pandemią, głodem, suszą, zmianą klimatu (itd, itp.) ludzkość becaluje czterysta miliardów dolarów w złocie i wysyła w kosmos dwanaście tysięcy obiektów latających – głównie po to, żeby oglądać filmiki o kotach. Logika? Brak.

Kot to zwierzę od logiki oderwane, oderwane od grawitacji, oderwane od systemów, oderwane od wszystkiego. Niby nie lata, a chwyta ptaki spod niebios. Niby nie pływa, a wyciąga ryby z głębin. O nic nie prosi – dostaje wszystko.

I wcale nie zapraszane, króluje na Arce Noemi. I na tej arce robi co chce.

Tak oto Bella i Leo na ostatnim spotkaniu w Kancelarii spili mnie (abstynentkę!) winem, zaciągnęli na imprezę i, przekonując, że stanowią opiekę medyczną, wysadzili w kosmos za pomocą mikrodawkowania*.

Sekundę później stałam się rozśpiewaną po rosyjsku, rozpiętą między wymiarami plazmą.

Klasyka.

Plazma nie plazma, między słowami wyłapałam jednak sens rozmów i już wiem, o co chodzi z wirusem, ile jest naprawdę zgonów oraz to, że moja nowa kompania zajmuje się krojeniem ciał ludzkich za pomocą skalpela. Na oddziale covidowym. Słabo?

Amma już nie chce być na Arce. Ewelement aż nogę zwichnęła. Słusznie, to pozwala zachować dystans. No, jak na orła przystało, szybuje pod niebem, obserwuje pandemię, czasem lodowatym głosem rzuci komentarz o treści: – Lol. Albo: – A.

Szaman, jak w anegdocie o rowerzyście „ma wszystko w pi…”.

Płyniemy. Bez masek. Bez balastu. Na chwilowo łagodnych wodach Oceanu Pomarańczowego, ku błękitom życia.

Wczoraj zgłosiła się do mnie gazeta. Pytali, jakie mam plany na przyszłość. Natknęliśmy się na problem, gdy przyszło ustalić mój wiek. Bo nie wiem. Chodzi o datę urodzenia, czy zmartwychwstania? Przed, czy po śmierci? Życie jest wszak wieczne w obie strony.

Przyszłość. Czyż nie jest balastem, jak przeszłość? Gorzej. To kajdany. Bo jak wygląda żywot? Oto człowiek. Dzielnie toczy pod górę zakurzoną historię zlepioną w kulę gnoju. Jak żuk gnojarek. Przez życie całe, przepełniony żalem. I jakby tego mozołu miał mało, ładuje się w dyby PLANÓW NA PRZYSZŁOŚĆ.

Obarczony wczoraj, spętany jutrem, ucieka od dziś.

Do Królestwa.

Niebieskiego.

Tymczasem wystarczy odrzucić kulę gnoju, zdjąć kajdany i oto jest. Czeka. W każdej jednej chwili TERAŹNIEJSZOŚCI.

Tego jednak nie powiedziałam, podzieliłam się planem napisania książki o tym wszystkim, co nazwałam „mała śmierć”.


*ta, mikro…

Królestwo, Noemi Susenbach

Pantera i lew

Pantera ma na imię Bella. I żeby nie było zbyt łatwo – wcale nie występuje solo. Jej partnerem (Cieniem) jest Leo. Oboje są w cholerę drapieżni, absolutnie, totalnie niebezpieczni.

Gdy kilka tygodni temu stwierdziłam obecność kuguara w Pokoju Nocnym, wpadłam w sidła myślenia tunelowego. Ot, genialna jestem i przenikliwa. AŻ stwierdziłam czyjąś obecność. Ta. Takie rzeczy to najmniejszy Indianin nosem wciąga. Zresztą, nie trzeba być Indianinem, żeby takie rzeczy. Średnio zaawansowana intuicja na poziomie trzy i pół – czyli kretyna* – ogarnia temat.

Tymczasem ja popełniam cały pean na własną cześć, o jeny, wyniuchałam kota.

No więc nie kota, tylko dwa koty. Jeden z nich to lew, drugi – tajemna pantera. Czemu tajemna? Bo choć coś mi się najpierw zdawało, a potem osobiście (TAK!) ją poznałam, nadal nie ustaliłam gatunku, tego ścisłego określenia: jakąż panterą może być?

Coś mi mówi, że mglistą.

Mam ku temu parę wskazówek. Ale o tym potem.

W ogóle wszystko potem. Nie mam siły teraz opowiadać ze szczegółami, jak ich znalazłam. Powiem tylko, że wyszłam do Kancelarii, dokładnie: do Kwiaciarni zwanej Kantorem (która, jak pamiętacie, płynie za Arką Noemi) ch-y-ba rzec Kanclerzowi, czyli Ziarnu, że dobrze sprawuje swoją powinność, jako Anioł Śmierci.

Ale niekoniecznie.

Mogłam tam iść zupełnie z innych powodów, o których teraz nie mam siły pisać…

ONI TAM SIEDZIELI.

Kuźwa, w winiarni. Świątyni demona. Siedzą i piją PPRROSSECCO jak rasowe lemingi, w dodatku, jakby to było zabawne: w maseczkach.

I palą fajki.

Ze starego WW zdążyłam wyrwać tylko Ewelement. O innych nie pytajcie. Przynajmniej nie mnie. To oczywista sugestia, postanowiłam wszak nie stosować trybu rozkazującego w mowie ani w piśmie. Jedno i drugie jest święte. A z pismem to wręcz się cacka.

Na rysunek nie liczcie. Od wczoraj nie wstaję.

DZIEJE SIĘ TERAZ WSZYSTKO.


*czyli to, co obecnie wykazuje ludzkość.