This Is Poland

– W skrócie TIP – wyjaśnił Leo, gdy zza wnęki międzywymiarowej doleciały nas bluzgi.

Będę ten skrót stosować. Za każdym razem, gdy zabrzmią te wrzaski, gdy usłyszę o pedofilii w Kościele, gdy ZUS będzie mnie ścigał za to, że żyję, gdy kolejny pierdyriald zostanie przepierdyriolony na jakieś ha gie wu co.

TIP.

Wygląda jak stempel, brzmi jak puenta.

TIP.

Dziecko owsik do mamy owsika: – Czemu mieszkamy w dupie? Tu jest tak brzydko i śmierdzi!

– Bo to jest nasza OJCZYZNA.

TIP.

Policja więzi za kwiaty w kieszeni.

Warto się lepiej upić.

TIP.

Na zewnątrz to „Kongres Kobiet”.

A w środku stara baśń.

TIP.

– Mąż rzucał krzesłami o ścianę.

– Lecz w panią nie trafił, więc jaki problem?*

TIP.

– Mówił, że robię „chujowe” spaghetti.

To jak pani gotuje?!*

TIP.

Ach, jaki to piękny kraj! Tu są nasze billboardy, tu jest nasza TĘCZA.

A w lasach śmieci kolorowe.

TIP.

Ten łabędź na nodze ma takie żelastwo, że nie może chodzić. Ale ładnie wygląda. W parku.

Nemezis. Noemi Susenbach

* fragmenty oznaczone gwiazdką pochodzą z rozprawy rozwodowej w Sądzie Okręgowym w Gdańsku.

This Is Poland.

RIP.

Biegnij.

Mało komu się udaje. Ofiar jest sporo, sporo jest też takich, co stają pośrodku drogi i sparaliżowani strachem, zastygają w bezruchu. Niektórzy jednak, zaintrygowani majaczącą w oddali obietnicą odpowiedzi – biegną.

Biegną co tchu, choć dech odbiera to i tamto i jeszcze tamto… o Boże, ile tego!? Znikają mgły i dywany, zostaje już tylko to, co pod nimi i to się chyba wije i to chyba krzyczy, a to i tak nic, bo nawet jeśli się wije i nawet jeśli krzyczy to przecież nie jest jeszcze tak czarne i tak straszne jak tamten cichy płacz…

Mogłabym nic nie pisać, mogłabym nic nie robić, mogłabym się zamienić w kamień, najlepiej: w diament, bo to najczystsza forma węgla, który przestał wreszcie być taki zajebiście aktywny i nie wiąże już nic, absolutnie nic poza samym sobą. Mogłabym.

Mogłabym karmić kruki. Szaman gdzieś przeczytał, że to bardzo wdzięczne zwierzęta. W zamian za karmę przynoszą śrubki i wkrętełka. To by się przydało. To by było dobre.

Biegnij.

Sztuka polega na tym, żeby biec tylko tymi drogami, których się nie zna. I nie bać się.

Nie bać.

Biegnij. Noemi Susenbach

Wysoki Sądzie

Nie mam nic. Wszystko, co miałam, zabrał mi mój były – Wąż. Jestem lżejsza od kartki papieru, nie trzeba więc robić ze mnie samolocika.

Sama latam.

Byłam w urzędzie, żeby zrezygnować ze śmieci – nie będą mi już potrzebne. I jeśli chodzi o te wszystkie pisma z ZUS:

Szkoda na nich brzóz.

Jestem lżejsza od kartki papieru.

NIE.

Chwila, w której człowiek pojmuje, że nie jest w stanie kłamać choćby przez ułamek sekundy – jest straszna. Ten moment konfrontacji z samotnością i ta kategoryczna, nieustępliwa prawda mają w sobie coś z przemocy. Potrzask. Klatka. A jednak wolność!

Wolność, której istotą jest absolutna, nieubłagana autonomia. Stan bez podpórek. I żadnych więcej kompromisów, żadnej ustępliwości, żadnego grania w czyjąś grę. Żadnego zgadzania się na pierdolenie o niczym, żadnego udawania, że nie wiem, podczas gdy przecież wiem.

To jest właśnie ta chwila.

Cisza, jak w górach. I jak okiem sięgnąć, pusto. Przepaście bezdenne, ostrza szczytów, chmury, chmury, chmury. No i, oczywiście, deszcz.

Burza z piorunami! A ja sama. Może nie sama, bo jednak Szaman targa plecak. Ogólnie z Szamanem jest zawsze wygryw, bo on nie tylko targa plecak, ale jeszcze w międzyczasie skonstruował rower elektryczny oraz spadochron w razie jakby co.

O Arce Noemi nie wspomnę. Bo w górach jesteśmy, nie na morzu. Chociaż na morzu też, oj, na morzu też. W odmętach Oceanu Pomarańczowego pływają zwłoki „przyjaciół”.

– NIE.

To podobno pierwsze słowo Eve. Mnie aż tak nie rozpieszczano. Małych śmierci się nie rozpieszcza. Małe śmierci zgadzają się na wszystko, bo małe śmierci przepraszają, że żyją.

Przychodzi jednak dzień, gdy mała śmierć przestaje być już taka mała. Owszem, ma w sobie tę dziecięcość, zabawne dreptanie i pajacowanie w ogrodzie. Ja po prostu nie mam wzrostu. Ale w środku jest stalowy trzpień, kościotrup z tytanu.

NIE.

To pierwsze słowo dorosłej małej śmierci. Przeszło przez ściśnięte gardło. Wybrzmiało. Jest na świecie.

I już nigdy na tym świecie nie będzie tak jak przedtem.

Ocean Pomarańczowy, Noemi Susenbach

O umieraniu z miłości

W życiu mogą przydarzyć się rożne śmierci. Można umrzeć ze śmiechu. Z nudów. Straszliwy zgon. Możliwe jest też umieranie z powodu niepoważnie traktowanej depresji.

Albo z miłości.

Jeśli chodzi o przypadek ostatni, obserwuję pomór. Epidemia pandemiczna ze śmiertelnością sto procent. No, może poza wyjątkami… Wyjątkiem…?

Umrzeć z miłości powinien każdy choć raz w życiu, a właściwie najlepiej raz, bo kolejna śmierć po prostu może zabić.

Mówimy tu o rzeczy turbo poważnej. Szczegóły? Bardzo proszę. Fala rozpalonego izokadmu zalewa serce, z mózgu strzelają potężne dawki halucynogennego koktajlu hormonalno-narkotycznego. I tak oto w miarę rozumny do tej pory człowiek utrzymuje, że zobaczył boga.

Prawdę powiada.

Śmiertelną prawdę. Śmierć z miłości ma bowiem właśnie takie objawy. Problem polega na tym, ze bóg się oddala, ucieka, mami. Nie dzwoni. Albo dzwoni, ale rzadko. Albo jest niemiły. Albo coś tam. Zawsze jest „coś tam”. To coś powoduje, że dotknięta śmiercią z miłości osoba odczuwa dokuczliwe pragnienie tego boga, co go ujrzała. I ciągle jej mało.

Ciągle.

Czy można to przeżyć? Ba. Czasem by się chciało umrzeć! Ale śmierć nie odpuszcza. Trzyma za gardło i dręczy. Konanie jest tym straszliwsze, im dłuższe. A to się ciągnie w nieskończoność.

Przyznaję, zawiły temat. Rozwiązanie? Banalne. I jak we wszystkich chorobach cywilizacyjnych – nie stosowane. Swoją drogą, wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, jak w kwestii medycyny ludzkość splątała najprostsze sprawy. Bella już mnie chciała operować. Operować! Skalpel, krew, znieczulenie. Zatrzymanie akcji serca. A mnie nic nie dolega! Mało tego, jestem nieśmiertelna!

Pytania – do Belli. Tymczasem wracam do śmierci. Bo jest w niej haczyk. Sama śmierć, jak wiecie – przesympatyczna koleżanka. Można konie kraść. Osobiście uwielbiam. I od rana kombinuję, jak ją wyciągnąć z Prossecctorium. Dziś bowiem składamy Nemezis Białego Kruka i chciałabym z nią polatać w przestrzeniach. Ze śmiercią, oczywiście, najlepsza zabawa. No więc, jak zatrzymać ten niekończący się horror męczarni?

Jak uwolnić miłosną śmierć?

Rozwiązanie.

Bóg jest tylko jeden. A jeśli bóg jest tylko jeden – kto jest bogiem? Wystarczy wskazać właściwą osobę.

A potem pójść na rower.

Pamięć genów

Gdy się okazało, że piszę książkę, od razu powaga w arce. Leo z Bellą jak myszy pod miotłą. Ewelement się wyprowadza. No poleciała do gniazda Węża. Szaman milczy, albo odmiany gada jak najęty, a mówi takie rzeczy:

Miernik.

Przelotki.

Napięcie dwufazowe.

Zestaw kluczy płasko-oczkowych.

Ta. Kosmos jest na zakręcie. Wenus zrobiła trzy kroki w tył. Ukryta na dnie oceanu, wiem doskonale, że zaraz trzeba będzie wypłynąć. A że na dnie leżałam długo, jest energia. Rzecz nieunikniona. Zabawne, że ludzie myślą inaczej.

Nie wierzą w energię.

Idą do podstawówki, uczą się, potem średnia, na fizyce, chemii, w kółko ten sam przekaz – bez skutku. Nie dociera. Beton. Energia nie istnieje. Albo: bierze się znikąd, a potem przepada. W nicość. Logiczne, że świadomość też w nicość zapada. Przyszedł, odszedł. Nie wiadomo, po co przyszedł. Nie dowiedział się. Potem trzeba mu pomnik postawić. Tak był „niezbędny”, że można zapomnieć.

Jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł, żeby mi pomnik postawić, osobiście będę się pastwić nad nim do końca wieczności.

Straszenie mam opanowane. Podchodzę do śpiącego delikwenta na palcach (o ile wichry mają palce), skradam się, nachylam tuż nad uchem, otwieram usta i z otwartego gardła powoli, powolutku wypuszczając powietrze, nisko uwalniam głoskę:

– Aaaa…

Kobiecy demon pchnął drzwiami sypialni. I rozsiadł się po kątach. Rozlał.

Piszę! Nie przeszkadzać! Embrion małej śmierci rośnie w siłę z każdym dniem. Wiecie jak to przebiega? Jak na dyskotece w szkole. Dyskoteka trwa dwie godziny, nie ma czasu. Zadanie polega na znalezieniu partnera. Jak nie znajdziesz: przepadasz. Latasz jak elektron przez kolejne wieczności, dopóki facetka nie zezwoli na następną dyskotekę.

Tak więc gamety łączą się w pary, a łączą się według klucza, który doskonale znają. Na dyskotece też obowiązuje klucz. Coś, co pasuje. Zawsze ktoś do kogoś pasuje. No chyba, że jest się Aniołem, jak Ziarno, wolny elektron Kosmosu.

Gdy się już połączą, zaraz muszą mieszać. Wskoczyć do miksera marki crossing over, który potnie ich DNA na kawałki, a potem scali w homogeniczną całość.

Ta homogeniczna całość to właśnie nasz śpiący na dnie oceanu embrion. Nicniewiedzący, niepoinformowany kto na tej dyskotece z kim – niewinny jak lilia, kwiat „dzieci kwiatów”.

Śniło mi się, że w domu mojej babki znalazłam brudy w łazience. Chciałam je zetrzeć, a potem wyprać szmatę. Jednak nie było pralki. Tylko zamrażarka.

Tam się brudów nie prało. Tam się je zamrażało.

Sny opowiadają o stanie obecnym. Złego czasu użyłam.

Tam się brudów nie pierze. Tam się je zamraża.

Zamraża się embriony jak w tym całym, oburzającym in vitro. Zamraża się ich pamięć, pamięć genów i niweczy najważniejszą zdolność ludzkiego ciała. Pojęcie sensu istnienia.

Kurwa!

Rzadko przeklinam. Ale czasem nie daję rady. Wtedy po prostu… sobie wybaczam.

Mała śmierć

Najbardziej lubię siedzieć na dnie oceanu. Na górze szaleją huragany, tymczasem u mnie cisza jak makiem zasiał, nawet BaBa z PP nie pierze, chyba umarła. PP też umarł. Na dnie oceanu nie ma nikogo, jest doskonale czarno i cicho. Istny raj.

Ten sam, który był kiedyś piekłem.

Szaman opowiedział mi przypowieść o długich łyżkach. W piekle – mówił – jest wszystko, stoły suto zastawione. Można jeść pod jednym warunkiem. Trzeba posługiwać się łyżką. Do dyspozycji są jednak łyżki z bardzo długimi trzonkami. Tak długimi, że w żaden sposób nie da się nimi trafić do ust. Jedzenie na stołach pachnie, kusi, dręczy. A wszyscy cierpią potworny głód. Przez te piekielne łyżki…

– A w Niebie? – pytam. – Jak jest?

– Dokładnie tak samo. Jedzenie na stołach i długie łyżki. Różnica polega na tym, że tam się karmią nawzajem.

Z moim dnem oceanu jest podobnie. Gdy się tam znalazłam po raz pierwszy, wpadłam w straszliwą panikę. Przygnieciona, sparaliżowana, samotna – zaplątywałam się coraz głębiej w wodorosty i macki ośmiornic. Depresja ma swoje prawa. Poniżej poziomu morza.

Wreszcie, gdy zjadłam już chyba całe psycho-ścierwo, które wyprodukowały koncerny farmaceutyczne, terapeutka kazała mi narysować raj.

Bez namysłu wzięłam kartkę i zamalowałam ją na czarno. Tylko tego pragnęłam. Mroku i ciszy. Nic więcej.

Mrok i cisza.

No to, proszę bardzo! Mówisz i masz. Zanurzaj się choćby codziennie, siedź ile pragniesz. Tylko tam dowiesz się prawdy. Takiej prawdy, od której cierpnie skóra. Takiej prawdy, od której ściska gardło.

I nie, nie chodzi tu bynajmniej o innych. Tu chodzi o mnie, dokładnie o MOJĄ OSOBĘ, jaka jest, czego pragnie, po co przyszła na świat i z KOGO tak naprawdę się składa.

Tu, na dnie oceanu opadają zasłony. Milkną słowa, gaśnie świat. Siedzę u stóp potęgi, w samym oku cyklonu. Mogę suchą stopą przejść przez osławione Morze Czerwone, a nawet przez mój własny Ocean Pomarańczowy. Więc idę.

Pies demona prowadzi.

Najpierw do albumu ze starymi zdjęciami. Ale zanim to się stanie, śni mi się sen. Indianie amazońscy podczas inicjacji szli samotnie w dżunglę, a jedyną ich wskazówką były sny. Ze mną podobnie.

No więc sen. Przychodzą do mnie rodzice. Nie wiem, czy to na pewno jest Amma z Czerwonym Wędrowcem, bo oboje jacyś nieswoi. Mówią mi miłe słowa, są dla mnie dobrzy. Hm. Coś tu nie gra. Ale nic, przyjmuję wszystko z uśmiechem. Tylko zauważam, że byli u mnie już jacyś rodzice wcześniej. Jacyś inni. Jak to? To niemożliwe!

– A jednak. Przyszli we śnie – wyjaśniam.

– We śnie się nie liczy! – mówi Amma, a ja przyglądam się jej coraz baczniej, bo przecież właśnie śnię, to co, teraz też się nie liczy?!

Ona się reflektuje, robi miny i pyta, czy zostawili jakiś kontakt. Owszem, zostawili, odpowiadam. Mam tu gdzieś… – i wyciągam karteluszek z odręcznym pismem. Pismo formuje się coraz wyraźniej, aż czytam na głos takie oto słowo: WENDETA.

Wendeta, powtarzam dwa, może trzy razy, a Amma teraz na starej fotografii – kurczy się, jakby ją ogień trawił. Gdy otwieram usta i chucham w jej stronę, płonie. Gdy się budzę, słyszę własny, kategoryczny, mocny głos: mój oddech zabija.

Jestem małą śmiercią. Mała śmierć to dziecko, którego się nie chce. Dziecko, które swym przyjściem na świat popełnia zbrodnię na życiu matki. I dopóki oddycha, odbiera jej oddech, bo przecież każdy kolejny dzień kosztuje tak wiele, każdy kolejny dzień jest zagrożeniem, że prawda wyjdzie na jaw.

Tymczasem prawda już wyszła, bo to dziecko jest prawdą! Świadectwem, bezwstydnym afiszem skrzętnie ukrywanej hańby! Nikt nie może się dowiedzieć, tymczasem wszyscy wiedzą, bo wszyscy widzą, bo ono żyje, chodzi dziwnie i dużo płacze, a paznokcie ma pokrzywiane.

Budzę się, wertuję stare fotografie. Ciotki, wujkowie… I nagle zastygam w bezruchu nad zdjęciem legitymacyjnym, zdjęciem które znam od zawsze, a które z niewiadomych przyczyn przewraca się po moim życiu od lat.

Nos. Usta. Kości policzkowe. Włosy. Nawet grzywka tak samo faluje nad czołem…

I nagle: łubu, du, lawina wspomnień, strzępów rozmów z dzieciństwa. Wszystko tak nagle, bez znieczulenia, bez wyjaśnienia, jedno za drugim. I to, i tamto. I jeszcze tamto. I jeszcze…

Co to za świat, na który przychodzą „małe śmierci”? Co za życie w niedopasowaniu, w niewiedzy, w nieustającym zdumieniu? Małe śmierci zbierają całe zło i choć są niewinne – wina jest zawsze po ich stronie.

Bo są.

Bo są.

Bo uparcie są i jakby się zmówiły, są WŁAŚNIE TAKIE.

Nie mogę spać. Jednak zasypiam. I znów sen. Śni mi się książka, lektura naukowa. Stoi na półce, nie trzeba daleko szukać. Biologia molekularna, dział Genetyka, rozdział Dziedziczenie. Czarno na białym, bez żadnych odlotów, nieznośnych nadinterpretacji, ot, po prostu: punkt po punkcie leci w przepaść biała wieża.

A na dnie przepaści mrok. I pustka. Nie ma już nic. Nie ma znajomych, przyjaciół. Nie ma też rodziny. Depresja prowadzi przez odmęty, na sam koniuszek oszukanego świata, gdzie, skręcona w embrion, budzi się do życia mała śmierć.


Mała śmierć, Noemi Susenbach (fragment)

Mała śmierć, Noemi Susenbach

Królestwo

dla Magdalin

Ziarno mówi, żeby wyrzucić trupy za burtę. Wiele można powiedzieć o Ziarnie, wszak handluje winem, sam specjalnie od demona nie stroni, ale przecież jest Aniołem, wszelki sprzeciw to bezsens. Tak. Ziarno ma rację. Wyrzucić trupy. Nieważne, co i jak było, trup to zawsze przeszłość, a więc balast. Wyrzucam więc po kolei: Węża, Józefinę, Ewelin i całą resztę towarzystwa, którego się trzymałam kurczowo diabli wiedzą po jaką cholerę.

Uf, jak lekko!

Mam teraz na pokładzie tylko dwa dzikie koty i Wifi. Dziwna sprawa z tymi kotami. Nieważne, jak są duże, nie ważą nic. Ich lekkość przeczy fizyce. Zresztą nie tylko to. Wszystko, co dotyczy kotów, jakoś się z prawami naukowymi nie klei. Przykład: satelity Starlink. Borykająca się z pandemią, głodem, suszą, zmianą klimatu (itd, itp.) ludzkość becaluje czterysta miliardów dolarów w złocie i wysyła w kosmos dwanaście tysięcy obiektów latających – głównie po to, żeby oglądać filmiki o kotach. Logika? Brak.

Kot to zwierzę od logiki oderwane, oderwane od grawitacji, oderwane od systemów, oderwane od wszystkiego. Niby nie lata, a chwyta ptaki spod niebios. Niby nie pływa, a wyciąga ryby z głębin. O nic nie prosi – dostaje wszystko.

I wcale nie zapraszane, króluje na Arce Noemi. I na tej arce robi co chce.

Tak oto Bella i Leo na ostatnim spotkaniu w Kancelarii spili mnie (abstynentkę!) winem, zaciągnęli na imprezę i, przekonując, że stanowią opiekę medyczną, wysadzili w kosmos za pomocą mikrodawkowania*.

Sekundę później stałam się rozśpiewaną po rosyjsku, rozpiętą między wymiarami plazmą.

Klasyka.

Plazma nie plazma, między słowami wyłapałam jednak sens rozmów i już wiem, o co chodzi z wirusem, ile jest naprawdę zgonów oraz to, że moja nowa kompania zajmuje się krojeniem ciał ludzkich za pomocą skalpela. Na oddziale covidowym. Słabo?

Amma już nie chce być na Arce. Ewelement aż nogę zwichnęła. Słusznie, to pozwala zachować dystans. No, jak na orła przystało, szybuje pod niebem, obserwuje pandemię, czasem lodowatym głosem rzuci komentarz o treści: – Lol. Albo: – A.

Szaman, jak w anegdocie o rowerzyście „ma wszystko w pi…”.

Płyniemy. Bez masek. Bez balastu. Na chwilowo łagodnych wodach Oceanu Pomarańczowego, ku błękitom życia.

Wczoraj zgłosiła się do mnie gazeta. Pytali, jakie mam plany na przyszłość. Natknęliśmy się na problem, gdy przyszło ustalić mój wiek. Bo nie wiem. Chodzi o datę urodzenia, czy zmartwychwstania? Przed, czy po śmierci? Życie jest wszak wieczne w obie strony.

Przyszłość. Czyż nie jest balastem, jak przeszłość? Gorzej. To kajdany. Bo jak wygląda żywot? Oto człowiek. Dzielnie toczy pod górę zakurzoną historię zlepioną w kulę gnoju. Jak żuk gnojarek. Przez życie całe, przepełniony żalem. I jakby tego mozołu miał mało, ładuje się w dyby PLANÓW NA PRZYSZŁOŚĆ.

Obarczony wczoraj, spętany jutrem, ucieka od dziś.

Do Królestwa.

Niebieskiego.

Tymczasem wystarczy odrzucić kulę gnoju, zdjąć kajdany i oto jest. Czeka. W każdej jednej chwili TERAŹNIEJSZOŚCI.

Tego jednak nie powiedziałam, podzieliłam się planem napisania książki o tym wszystkim, co nazwałam „mała śmierć”.


*ta, mikro…

Królestwo, Noemi Susenbach

Pokój nocny

Łaaał. Chwila. Szukam słów. Międzygalaktyczna wojna gwiezdna? Starcie wszechświatów? Apokalipsa? Wszystko zgrane, zużyte, nieadekwatne. Za mało. Za mało słów, żeby opisać to, co się dzieje. I nieważne, w którym języku. We wszystkich językach świata – nadal za mało słów. Kiedyś pisano na skałach. Dwa symbole i konkret. Teraz całe lasy zamieniają w opasłe tomiszcza i nadal nikt nic nie kuma.

Wracając do sytuacji. Dane są takie: zagłada, wojna, koniec światów. Aby to poczuć, porównajmy do konkretnej katastrofy. Potop. Jest potop. Biegam gorączkowo po brzegu w poszukiwaniu drewna na łódź. O, przewrócony stół! Niech będzie. Ze stołu strugam naprędce arkę (bez instrukcji), (Szaman ogarnia), (Boże)… i w ostatniej chwili zabierają nas fale. Ale tam, w wodzie, rękami trzepią skazani na zagładę przyjaciele.

Ci serdeczni, z listy Zło.

Z przepowiedni pamiętam, że mam ludzkość ocalić. Koszty bycia kimś w rodzaju Noe. A więc działam. Szukam chętnych. Człowiek zawsze sięga po to, co już zna, a że ja znam najdoskonalej Węża i Józefinę (przepra za tamte złośliwości) – rzucam koło. Bez skutku. Właściwie ze skutkiem, ale marnym. Wąż jest tak zajęty wojną, że nie widzi zagrożeń. O Józefinie nic powiedzieć nie mogę, bo nic nie wiem. Brak danych. Nie widzę. Tylko czerń, toń, połyskujące fale.

Kuźwa, wiecie jak trudno takim stołem żeglować?!

Jeszcze jedno wyjaśnienie. Arka to nie tylko przedmiot wystrugany przez Szamana Mako z porzuconego na brzegu stołu w celu osiągnięcia jednostki pływającej. Łódź to symbol. Taki obrazek zamiast czegoś. Arka to tak naprawdę Miejsce – Czas – Sytuacja.

Relacja.

Doświadczenie.

Przeżycie.

No więc na mojej Arce na razie niezbyt tłoczno. Poza Szamanem (który co chwila odpływa w kierunku innych mórz) i Ewelement (która co chwila nura do wody daje, że ona SAMA) jest tu, oczywiście, No. Jest też nieodłączna BaBa z PP oraz jej pies. Raz na wieczność pojawia się też Szatan Kometa, ale on raczej z pozycji lotu, niż pływu. To chyba zrozumiałe.

Od kilku dni jest tu ktoś jeszcze. Ale zanim o tym KIMŚ napiszę, muszę choć wspomnieć, co się ostatnio działo.

No więc wojna, wojna, podkopy i strzelanina, strategia, plany. Nie będę zanudzać szczegółami, to dobre dla amatorów Czterech Pancernych i Psa. Mnie w wojnie najbardziej podobają się szyfry, kody, kryptonimy. Zagadki matematyczne, które rozwiązuje tylko TEN (lub TA), kto zna zasadę.

A zasada jest taka, że nie ma zasad.

Brak zasad nie ma nic wspólnego z brakiem moralności, bo to wiadomo. Pewnych rzeczy się nie robi. A to że przeciwnik łamie tę zasadę, nie oznacza, że wolno.

Zawsze, wszędzie, na każdej wojnie to samo. Mnie zawsze wojny nudziły. Teraz też mnie nudzić zaczęło, nawet kryptonimy spowszedniały. Czekałam już tylko JAKIEGOŚ rozwiązania, w dupie tam, mogę przegrać, byle koniec. Ile można się naparzać? Ale wojna trwa i trwa mać. Komuś na tym zależy. Bez względu jednak na wojenne gry przychodzi apokalipsa i zabiera nas z lądów Nadwymiaru. Jesteśmy więc zanurzeni w wodach wiekuistych i czekamy, aż Słońce łaskawie wyjdzie zza smolistych chmur.

Czarno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie. Noc zlewa się z dniem, nikną horyzonty. Pod dnem oceanu zasypiam szczelnie. Zrywa mnie dwunastometrowa fala, z hukiem wyrzuca na pokład. Czyli blat stołu. Słabo?

Tymczasem pojawia się Ona.

Ale zanim się pojawia, mam rozmowę z No, która w całej swojej wyniosłej obojętności na moje zmagania z odmętem (pamiętacie, No jest skrzydlatym Kosmicznym Orłem), raczy mi czasem rzucić jakiś fragment, ziarno słowa, a robi to tak precyzyjnie, że owo ziarno pada na najdoskonalszą glebę i zaczyna się kiełkowanie mocy.

A trzeba widzieć, że po (Boże, ile to już trwa?) tak długim zmaganiu się z PRZECIWNOŚCIAMI LOSU, padam na twarz.

– Jesteśmy z pokoju dziennego, Nemo.

– Co to: pokój dzienny?

– Pokój dzienny oznacza taki super styl. Czyli że fajne jesteśmy.

– A. A kto tak zdecydował?

– Chyba jakaś blogerka. Widziałam ją w pokoju dziennym właśnie. Na zlocie Ludzi Wystrzelonych w Kosmos z Fajności. Pływają tam, na trzynastej.

– I co ta blogerka?

– Nic. Powiedziała, że kto jej nie lubi na Insta, musi opuścić pokój dzienny.

– Co zrobiłaś?

– Wyszłam.

– Dobrze. Bo my wcale nie jesteśmy żaden pokój dzienny. Pokój dzienny, droga No, może nam ewentualnie nosić taborety. Jeśli pozwolimy. My jesteśmy z pokoju nocnego. A raczej: bywamy.

– Dobrze.

Po tych ustaleniach spotkałam się z Ziarnem. Ziarno doczepił do naszego stolika ten swój kwiaciarnio-kantor i ciągnie ze sobą na przemian: Julię lub Agatę. Jestem mu trochę wdzięczna, bo to jednak żeglarz, w razie czego może pomóc. Natychmiast mu powiedziałam.

– Wiesz, Ziarno, co to pokój nocny?

– Weź nic nie mów, ja na kancelarii siedzę!

Fakt. Ziarno w moim Pałacu Myśli zajął kancelarię. Słowo o Pałacu Myśli. Oczywiście, że wiem, że to jest pałac pamięci. Ale zrozumcie. Mam niesamowitą potrzebę stosowania skrótów. Jeślibym używała zwyczajowej nazwy pałacu, wdarłby mi się konflikt z niejakim PP, który nie powinien reprezentować czegoś tak doniosłego jak mój Pałac Myśli. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno.

PP. Wymyśliłam na niego sposób. Kiedy szczeka, wyobrażam sobie, że robi to w rytm piosenki PP wróć. Budzi to we mnie wyłącznie pozytywne emocje.

Już nie chcę go zabić.

Dobra, wróćmy na ocean. Na Arkę Noemi. Do pokoju nocnego. Pokój nocny ma to do siebie, że nie wystarczy go polubić. Ważniejsze jest to, czy pokój nocny lubi.

Ale najważniejsze, że w pokoju nocnym króluje Ona.

Niewiele jeszcze o niej wiem. Pojawiła się zupełnie nie wiadomo skąd. Według moich ustaleń – wdarła się przez sen. I od razu zajęła cały pokój. Nocny.

Jest czarna. W mroku jej właściwie nie widać, tylko oczy świecą żarem. Na pewno groźna, bo to dziki kot. Puma. Kuguar.

Siedzi i pomrukuje, a z treści pomruków wnioskuję, że interesuje ją głównie zabawa. Ale wymagania co do zabawy: z kosmosu. Nie wystarczy piłeczka pingpongowa, czy jakieś żenujące świecenie laserem. – Wysil się – zdaje się pomrukiwać mrok w niejasnej części pokoju.

NOCNEGO.

Zastanawiam się, czy to nie jest nowe wcielenie ocetolota Nuny, która, jak pamiętacie, uwielbiała znikać. Znów znikła jakiś miesiąc temu i tak oto (tu się domyślam) powędrowała ku małej śmierci. A śmierć, zwłaszcza mała, dokonuje wielkich zmian. Białą przytulankę zamienia w mroczną bestię. Proste.

Albo może to Sechmet, znudzona rzezią, szukając w istnieniu większego sensu niż zabijanie, wskoczyła do sypialni się pobawić?

Nie wiem.

Grunt że mam na pokładzie zblazowanego kuguara, który z pewnością nie przyszedł tylko po to, żeby spać. Kuguar wywraca do góry nogami taborety, zamienia literki, robi totalny bałagan i za nic nie przeprasza.

Chętnie pozuje, pod warunkiem jednak, że pozowanie odbywa się w absolutnej ciemności. Trudno nakarmić kocie ego, gdy można się jedynie domyślać, jak wygląda. A jednak kategorycznie domaga się portretów.

Miałam w życiu do czynienia z narcyzami, ale to już przechodzi ludzkie pojęcie. Kiedyś czytałam Życie Pi – facet w szalupie z lwem bengalskim. Na oceanie. Niespokojnym. Tymczasem ja na oceanie oceanów, na samym Oceanie Pomarańczowym (znikąd lądu), z ewidentnie szukającym zaczepki kuguarem, który jednym ruchem może zedrzeć ze mnie skórę.

Ot, choćby dla upragnionej zabawy. Dla tych siedmiu drańskich sekund frajdy, która przecież może nie przyjść nigdy, jeśli się tej skóry nie zedrze.

Ze mnie.

Pisać nie mam siły. Mogę tylko rysować. W dodatku zmuszona jestem do rysowania wyłącznie jednej postaci, która chyba tylko dlatego że ją rysuję – jeszcze mnie nie zjadła.

Pismo obrazkowe

Mawiają, że jeden obraz wart tysiąca słów. Przeszłam więc na pismo obrazkowe. I choć boli niepisanie, uwiera prostota, brak mi tych piruetów – uparcie trwam w cofaniu się do jaskiń. Do rysunków naskalnych. Do tamtych pierwotnych przekazów, kiedy się jeszcze bardziej czuło, niż wiedziało.

Bo TO się czuje. Wszystko się czuje. A jak się czuje, to się wie. Tylko z jakiegoś powodu ktoś kazał nam to sprawdzić. Nie wierzyć. Wątpić. UWAŻAĆ.

Jakbyśmy sami sobie nie ufali, ze strachu przed sobą się zesrali.

Słowa się zużyły. Im jest ich więcej, tym słabiej brzmią. Ostatnio znalazłam na śmietniku w WW bębny afrykańskie. Dwa związane skórzanymi pasami tam-tamy. Oczywiście zabrałam do domu. Zaczęłam na nich wybijać rytm. Idzie mi dość niesamowicie. Tworząc dźwięki, wsłuchuję się jednocześnie w ten wysyłany przez siebie komunikat. I myślę sobie: na jaką cholerę ludzie wymyślili język?