Pismo obrazkowe

Mawiają, że jeden obraz wart tysiąca słów. Przeszłam więc na pismo obrazkowe. I choć boli niepisanie, uwiera prostota, brak mi tych piruetów – uparcie trwam w cofaniu się do jaskiń. Do rysunków naskalnych. Do tamtych pierwotnych przekazów, kiedy się jeszcze bardziej czuło, niż wiedziało.

Bo TO się czuje. Wszystko się czuje. A jak się czuje, to się wie. Tylko z jakiegoś powodu ktoś kazał nam to sprawdzić. Nie wierzyć. Wątpić. UWAŻAĆ.

Jakbyśmy sami sobie nie ufali, ze strachu przed sobą się zesrali.

Słowa się zużyły. Im jest ich więcej, tym słabiej brzmią. Ostatnio znalazłam na śmietniku w WW bębny afrykańskie. Dwa związane skórzanymi pasami tam-tamy. Oczywiście zabrałam do domu. Zaczęłam na nich wybijać rytm. Idzie mi dość niesamowicie. Tworząc dźwięki, wsłuchuję się jednocześnie w ten wysyłany przez siebie komunikat. I myślę sobie: na jaką cholerę ludzie wymyślili język?