Góra Przeznaczenia

– Północ. Zaczął się dzień Oriona. Tak nazywa się ten pies. Orion. Biały Krystaliczny Pies. 

Powiedział to jakoś tak, jakby mówił w innym języku, a przecież wszystko zrozumiałam. Nie wiem, co to za język. Przychodzi mi do głowy tylko jedno określenie: introligatorski. Nie każcie mi tłumaczyć, nie mam czasu. Jestem właśnie NIE WIADOMO GDZIE, nade mną jakiś zarośnięty facet w piórach opowiada coś po INTROLIGATORSKU, nie wiem, czy żyję, czy właśnie umarłam po raz drugi (a już pierwszą śmierć ledwo przeżyłam!), brak słów. 

  • Co ja tu robię?
  • Leżysz. 

Niezły ten język. Muszę się nauczyć. 

  • Ale konkretnie! Skąd się tu wzięłam? 
  • To nie jest konkretnie, ale dobra. Przyniosłem cię z lasu. A właściwie z góry. Z Góry Przeznaczenia. 
  • Co ja tam robiłam?
  • Leżałaś. 

Zaczynam się zakochiwać w tym języku. 

  • Ale skąd ja się tam wzięłam?!
  • A tego to nie wiem. 

O. 

I teraz klatka po klatce, jak faktycznie podczas śmierci: skąd ja się tam wzięłam? Myśleć, myśleć, myśleć. Ten tu na pewno wiem, tylko głupa pali. Ukrywa!

  • Ja się ciebie nie boję, gadaj skąd ja się tam wzięłam! 
  • Nie wiem. Musiałbym chwilę pomyśleć. 
  • To myśl!

Ale jestem zła. Zaraz wstanę i mu dokopię, serio. Albo nie wiem, co zrobię, zabiję chyba. Introligatorski się napatoczył. Zaraz mi tu wszystko wyśpiewa!

– Poszłaś na spacer do lasu. I wlazłaś na górę. Ot i cała tajemnica. Wielka. 

Teraz to już go nienawidzę. Aaaaaa. Wrrrr. Wr. Oddychaj. Oddychaj. Oddychaj. 

Mógłby się ogolić. To by nie zaszkodziło z pewnością. Żebym go nie zabiła. Boże, po jakiemu ja teraz mówię? Po introligatorsku na pewno nie! Ten język to raczej całkowite przeciwieństwo introligatorskiego. Muszę pomyśleć. Jezu, nie mam czasu.

  • Co to za góra?
  • Góra Przeznacze…
  • A JAKIM PRAWEM POGRYZŁ MNIE TEN PIES, DO CHOLERY!?!??!?!?!

No nareszcie. Nareszcie go mam. Teraz mi się nie wywinie. Pełna przemoc. Przekroczenie wszelkich zasad. Na szczuje się ludzi psami. Kobiet zwłaszcza. Po chorobie. I śmierci. 

  • Nie pogryzł.
  • Rzucił się na mnie! Z agresją! 
  • Nie rzucił się, tylko przeskoczył. Ciebie. Przeskoczył cię. 
  • To dlaczego upadłam?! I jak uważasz: LE-ŻA-ŁAM?!
  • A tego nie wiem. Prawdopodobnie się przestraszyłaś i zemdlałaś. 
  • Pięknie. 

Usiadłam w kucki, podparta łokciami po szyję. Ładne klocki. Nadwymiar. A tak samo jak na Ziemi. Nic się nie zmieniło. Tak się traktuje kobiety w całym wszechświecie. 

  • Na Górze Przeznaczenia nie wolno się bać. 
  • A kto mi zabroni? Jak na mnie pies skacze? Wściekły. 
  • Nikt. Tylko jak się ktoś boi to LEŻY. 
  • A. 

Podsunęłam bliżej stopy na wszelki wypadek. Bo z niedźwiedziem mam chyba do czynienia. Nie wiem, czy on w ogóle kiedyś widział żyletkę. Golarkę. Maszynkę… Czy coś. 

  • Nikt tam nie chodzi. 
  • Czemu?
  • Bo ludzie się boją. 
  • Czego?
  • No właśnie tego. Przeznaczenia. 
  • To ten pies to przeznaczenie?
  • Nie. 

I się roześmiał. Po raz pierwszy zobaczyłam jego zęby. Coś jak kły, serio. Ale ładne. Nienawidzę go. 

  • Ten pies to Orion. Tak się nazywa. Ucieszył się, że zobaczył Ciebie, bo to znaczy, że jesteś jego przeznaczeniem. 
  • No super. Jestem przeznaczeniem psa. 
  • Super jest być czyimś przeznaczeniem. 
  • To czego się boją ci ludzie?
  • No przecież już mówiłem. Przeznaczenia. 
  • A co w nim jest takiego strasznego?
  • Nie wiem. 

Dziwny ten język. Serio. Ale fascynuje mnie. Zaczyna mnie to wkurzać. W sensie, że fascynuje. To mnie wkurza. I że nie wiem czemu, też. W ogóle jestem wkurzona. 

Wrr. 

  • Jak to: nie wiesz?! To co ty w ogóle wiesz?
  • Wiem wszystko. Tak ogólnie. Ale pewnych rzeczy nie wiem od razu, muszę pomyśleć. Jak pomyślę, to już potem wiem. 
  • To pomyśl. 
  • O czym?
  • CZEGO CI LUDZIE SIĘ BOJĄ?!
  • No przecież ci powiedziałem: przeznaczenia. Boją się poznać swój los z wyprzedzeniem. To ich przeraża. Boją się tego i już. Ale nie wiem, dlaczego. 
  • A na tej górze można to zobaczyć?
  • Co?
  • Swój los. Jezu. 
  • No tak. Tam wszystko widać. Z tej góry. 
  • Ja tam nic nie wiedziałam. Tylko tego psa wściekłego. 
  • No to twoim przeznaczeniem jest wściekły pies. 
  • Co?! 
  • No tak. 

Jakie zasady są w Nadwymiarze? Można kogoś po kryjomu zabić? Przecież nikt mnie nie widział. Tylko jakaś Nemezis… Chyba. Albo i nie. Bo napisane było tylko. Chyba w krzakach nie siedziała, co? Zabiję go i po zawodach. Uduszę. 

  • Uduszę cię. 
  • Nie sądzę. 
  • A ty skąd wiesz?!
  • Już ci mówiłem. Wiem wszystko. 
  • I to co będzie też?
  • Tak. 
  • To tamci się boją wejść do lasu, a ty po prostu wiesz?
  • Tak. Dlatego też nie boję się wejść, jak mówisz: do lasu. 
  • A. 

Teraz to już nie wiem. Chciałabym się dowiedzieć, ale denerwuje mnie ten introligatorski. Poleżę sobie. Popatrzę na zegar. 

  • A gdzie ja jestem w ogóle!?
  • No tu. 
  • Gdzie: tu?!
  • No w pokoju. 
  • W jakim, do cholery, pokoju?!

I właśnie w tym cudownym momencie zorientowałam się, że widzę rajską komnatę, w czwartym wymiarze mieszkania Wió na własnej kanapie leżąc. 

– CO TY ROBISZ W MOIM MIESZKANIU?!!

Mogłabym tak jeszcze długo opowiadać. Bardzo długo. Ale nie mam czasu. Jestem potwornie zajęta przypominam sobie, co zobaczyłam na Górze Przeznaczenia. Oprócz wściekłego psa oczywiście. Powiem więc w skrócie. Introligatorski zarośnięty to jest szaman. Dlatego wie wszystko. Więcej o nim napiszę niedługo. Pa!

Józefstalina i Wąż

Zanim zacznę pisać na serio, muszę wspomnieć trochę więcej na temat przyczyny mojej śmierci. Chodzi o dwie osoby z mojego poprzedniego życia. Czyli z WW. 

Pierwsza z nich to Wąż. Wąż przyśnił mi się jeszcze w dzieciństwie i według ostrzeżeń tego proroczego snu, miał mnie w przyszłości ukąsić. 

Śmiertelnie. 

Gdy podrosłam, faktycznie poznałam Węża, a nie pomna snu (kto w WW zwraca uwagę na sny?) – nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Więcej. Pokochałam go. 

Niestety, zaczął mnie kąsać. A ja zakochana. Wiecie jak jest. „To tylko raz się zdarzyło”. „To na pewno przypadek”. „On nie chciał”. A to, a tamto, a sramto. I tak długo i dotkliwie mnie podgryzał, aż się rozchorowałam. Jak już wiecie: śmiertelnie.

Zanim jednak umarłam, poznałam pewną kobietę o imieniu Józefstalina. Józefstalina należy do typu, jaki świetnie określa pewien gatunek ptaka, którego widziałam kiedyś na YT. Ten ptak tak doskonale naśladuje dźwięki, że w pewnym momencie człowiek jest kompletnie zdezorientowany, czy stoi przed nim pierzaste zwierzę, czy na przykład przejeżdża wyścigówka. 

Józefstalina też tak umie, tylko lepiej. Potrafi bezbłędnie naśladować całe sekwencje zachowań. Kiedy więc ją poznałam, odetchnęłam z ulgą: wreszcie ktoś inteligentny, na moim poziomie. Błąd. Bo Józefstalina po prostu tak wiernie naśladowała mnie samą, że uległam iluzji „człowieka na własnym poziomie”. I w tej iluzji znalezienia prawdziwej przyjaźni trwałam do momentu, gdy (aby się ratować) postanowiłam opuścić Węża. Zadzwoniłam do Józefstaliny:

– Odchodzę od Węża. 

– Ach! Przekaż mu, że NIE JESTEM po twojej stronie. 

Od tamtej pory zostałam sama. A potem umarłam. A gdy leżałam w rajskiej komnacie i karmiłam się kolorami Nadwymiaru, aby dojść nieco do siebie po tej zdradzie i (bagatela) śmierci, coś mi kazało wreszcie wstać i rozejrzeć się po okolicy. Bo to jednak, umówmy się, kosmos jest. 

Wstałam. Wyszłam z mieszkania Wió (a raczej z jego wyższego wymiaru), przeszłam przez rajski ogród i poszłam w górę, do lasu. 

Las to był, kochani, ABSOLUTNY. 

Mroczny, a jednocześnie kolorowy. 

Gęsty, a jednak przejrzysty. 

Cichy, a przecież pełen szeptów. 

Najpierw zauważyłam motyla. Pazia Królowej. Nie opuszczał mnie na krok. Jakby mnie śledził. Być śledzonym przez motyla to jednak żaden powód do niepokoju. Szłam więc powtarzając wciąż słowa zasłyszane na początku mojej podróży w Nadwymiar: „nie bój się, nie bój się…”. 

Niebo prześwitywało przez korony drzew i przypominało tamto, z zaćmienia słońca. I coś w powietrzu drżało, coś zapowiadało, sama nie wiem: obietnicę, czy grozę?

Szłam. 

Ku górze. Wciąż ku górze. Noga za nogą, choć śmiertelnie wycieńczona, wlokłam swoją duszę w nieznajomym celu. 

Wreszcie doszłam na szczyt. Zamiast się rozjaśnić – las jakby zgęstniał, zabrał mi niebo. Zrobiło się mroczniej i mniej kolorowo. A ja te swoje: „nie bój się, nie bój się” – jak mantrę. Siadam przy tysięcznowiekowym buku odpocząć, wokół mnie chmara komarów. Nie gryźcie, błagam, ja już nawet krwi nie mam. Nie gryzą. Przyglądają się. Ciekawy stanowię wszak obiekt. 

Motyl gdzieś znika. 

Na ziemi leży jagoda kaliny. Podnoszę. Nie jem! Nie wolno! Ale patrzę, a ona taka bezbronna, taka delikatna, taka… sama nie wiem… drażliwa?

Cała na wierzchu z tą swoją czerwienią, tak jak ja, gdy się jeszcze leczyłam i słyszałam od lekarza: „ona ma nerwy na wierzchu”. Tak samo ta. A moje palce na niej. Brr, ostrożnie odkładam jagodę, patrzę wokół. Ale nigdzie nie widzę jej krzewu. Jakby z tego buku spadła. Tysięcznowiekowego. 

I nagle wraca motyl! Ale nie do mnie, pod buk, tylko na ścieżkę, kilka kroków dalej. Nad tą ścieżką lata przez moment i znów znika! 

Jezu, idę zobaczyć. Drogę przecina mi wiewiórka. I znów mrok, jakby ktoś słońce wyłączył, jakby właśnie było tak, jak wtedy, gdy to zaćmienie… 

I widzę ścieżkę. A na niej, jakby patykiem ktoś przed chwilą wyrył jedno słowo:

NEMEZIS. 

Głucho się zrobiło i w głuszy dźwięk tego słowa. To tak, jakbyście przy głośniku stanęli, cisza i nagle: NE-ME-ZIS. A potem to echo w ciszy się roznosi i wam czaszkę rozsadza. 

To tak. 

Stoję więc, rozsadza mi czaszkę i nagle coś białego w kąciku oka błyska. Tylko przez moment zdążyłam spojrzeć, olbrzymi pies w kolorze śnieżnobiałym biegnie, odbija się na tylnych łapach, leci wprost na mnie, ja tylko instynktowny odruch: plecami się odwrócić szybko, jak najprędzej, nie ma mowy o strachu, nie ma mowy o wahaniu, łup, leżę. 

Budzę się, czarno. Zegar tyka. Otwieram powieki. Dwunasta. 

– Północ. 

Głos jest męski. Dorosły. „Nie bój się, nie bój się”- wali mi w głowie. Przenoszę wzrok z zegara na twarz, co do głosu należy… 

 O, Jezu Chryste.