Narodziny Feniksa

Robię to na wyłączną prośbę Szamana. I na wszelką jego odpowiedzialność. Przypomina mi się, jak Stefania gotowała pyzy. Po dwudziestu minutach jej ówczesny facet jął przebąkiwać, że może już starczy. Długo trwała batalia o rację. Wreszcie Stefania uległa. „Ale na twoją odpowiedzialność!” – odgrażała się podchodząc do garnka. W garnku pływała breja. Odpowiedzialność? Wiadomo.

No więc Feniks.

Feniks to poszukiwany od wieków ptak o pomarańczowych piórach, szmaragdowym spojrzeniu oraz ognistej naturze. Mój ulubiony bohater literacki, zaraz po Pippi Langstrumpf. Ma w sobie to coś, co zawsze się plasuje pomiędzy. Między powietrzem a ogniem. Obecnością a brakiem. Określonością a nieistnieniem. Fantazją a realizmem. Magicznym.

Między dwiema puentami w punkt! Między odcieniami Betelgezy! Między kroplami deszczu!

Między pokojem dziennym a nocnym.

Każdy artysta o tym marzy. Niewielu się udaje. Większość ląduje w szufladzie z napisem i tyle ich widzieli. Nie każdy ma odwagę latać bez obstawy. Feniks lata. Ba. Feniks nie tylko lata. Feniks płonie!

Ale zanim napiszę o tych płomieniach, muszę ustalić jedną rzecz. Istotnym jest wszak, gdzie tego Feniksa szukać. Bo takich, co go szukali – jest na pęczki, takich co znaleźli – ze świecą szukać. I jedna i druga metoda do bani.

Feniksa się nie szuka.

Feniks sam się budzi.

Aby obudzić Feniksa trzeba być bardzo cicho. Najlepiej zmienić się w kamień, właściwie – w wiszącą skałę. Ja w tym celu włażę na okrągły taborecik, coś w rodzaju hokera. Kładę się na nim na plecach i w powietrzu prostuję ciało. Te „na plecach” jest nieco na wyrost, bo powierzchnia stołka pozwala oprzeć jakąś niewielką partię kręgosłupa, ot punkt zaczepienia, środek ciężkości. I tak zaczepiona o krawędź, bujam się nad przepaścią jak balonik z helem.

Nie wiem, ile w swoje latanie wkłada balonik, ja wkładam wysiłek tytaniczny. W tętnicach wybucha mi pożar. Fuch! – podpalona krew roznosi po ciele ogień. Mięśnie rozrywa eksplozja. Kości strzelają trzaskiem. Płonę. Płonę. Płonę!

Nie. To właśnie płonie Feniks. Spala się w niemożliwym do pojęcia znoju i w niemożliwej ekstazie. Ekstazie, która zaraz, za chwilę, już za moment, jak tylko zgaśnie ostatnia iskra – zaleje mi całe ciało. Bo gdy po kilku minutach zsuwam się podłogę, pożar gaśnie, a z zaczarowanych zakamarków mózgu wytryska fala rozkoszy. I ulga. I radość. I szum w uszach. I turkusowe rozbłyski nieba. I zapach piwonii.

I tętent rozszalałego serca.

I jakaś mewa za oknem.

I pióro niesione przez wiatr.

A ponad wszystko to zwykłe – niezwykłe, uchwytne – nieuchwytne, realne – nierealne, znów darowane ŻYCIE.

Narodziny Feniksa, Noemi Susenbach