Nemezis

Żaden. Nic z tych rzeczy nie miało szans się wydarzyć, bo nie jestem taka głupia, żeby przehandlować pierścionek – choćby by był z rubinem wielkości meteorytu – za miłość, czy przyjaźń. 

W przypadku miłości jeszcze pelerynę! 

Dajcie spokój. 

Mam w żyłach żydowską krew. To zobowiązuje. Nie ma głupich. Kamienie szlachetne są tylko wtedy szlachetne, gdy mają duszę. A przehandlowany za miłość* kamień staje się tylko kawałkiem szklistego materiału. Na cholerę mi szklisty materiał, jeśli mam miłość i skrzydła Nemezis?!

Wczoraj uzmysłowiłam sobie, że nie wyjaśniłam wam miliona rzeczy. Na przykład Orion. Biały Pies z Góry Przeznaczenia. Rzucił się na mnie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Szamana Mako. Czekajcie, odwrotnie. Najpierw się rzucił, a potem go zobaczyłam. To jest odwrotnie?

Sami widzicie. Tego się nie da opowiedzieć! A ja muszę. 

Taką mam misję. 

Orion to jest pies przewodnik. Inaczej nie umiem tego nazwać. Orion też ma misję. Ale nie tak jak Ziarno, anioł z krawędzi światów. Ziarno jest przykuty do miejsca. Związany karmą. Orion jest wolny. Jego misja jest jego bezpośrednią wolą. Przychodzi do ciebie, bo chce. Kuźwa, RZUCA SIĘ NA CIEBIE, gdy chce!

Ale nie zrobi ci krzywdy. On pilnuje, żeby kto tam sobie krzywdy nie zrobił. 

Oczywiście, nie każdy ma Oriona, a może raczej: nie każdy Oriona widzi. I na tym właśnie polega problem ludzkości. Ludzie nie widzą Oriona. A on się pokazuje. Zwróćcie uwagę. Biały pies. Dość duży. Bardzo piękny, o czystej (nawet w słotę) sierści. Sprawia wrażenie, jakby był z kryształu. Czasem idzie na smyczy dla niepoznaki. Czasem inaczej się nazywa. Imiona nadawane przez ludzi rzadko mają pokrycie w rzeczywistości Nadwymiaru. Niestety. Ale każdy, kto go zauważy i zrozumie, że to jest Orion – wkrótce dostanie bezpośredni znak, co ma dalej robić. 

Bo łączy się z Kosmosem. A to już wygryw. 

Oriona mamy więc z głowy, pewnie jeszcze nieraz do niego wrócimy, tymczasem: Krucy. To już jest nieco wyższy poziom skomplikowania. Jak wiecie, Krucy jest ptakiem. Konkretnie krukiem. Gdy wchodzimy na temat kruków, wiadomo, że będą schody. Kruki to najbardziej niepokojące ptaki na świecie. Każdym świecie. 

To, że kruki ze sobą rozmawiają, nadają sobie imiona, tańczą – wiadomo. Wiadomo też, że kruki przepowiadają przyszłość. To one, zachwycając tańcem śmierci, poinformowały mnie, że za chwilę będzie rzeź. 

Krucy to jeden z tańczących kruków. Zwycięzca. Nie odstępuje mnie od tamtej pory. To znaczy, żeby było jasne. Nie usiadł mi na ramieniu. Po prostu poleciał tam, gdzie ja i co jakiś czas się pojawia, krąży nade mną przepowiadając przyszłość. Zwykle: tarapaty. Ale nie trzeba być krukiem, nie trzeba być nawet orłem, żeby przepowiedzieć mi tarapaty. To już nawet Orionem można być. I pojawiać się na szczęście bez chwili przerwy. Tarapaty i tak BĘDĄ. 

Nie ma przeciwności losu. Jest LOS. A ja się w nim zawsze tak ustawię, by stać się przeciwnością. 

Najważniejsze to mieć tego świadomość i dobrze się bawić. Jak się idzie na deskę, to przecież nie po to, by kołysać na falach. Dobra zabawa to zawsze walka. 

Wracając do Krucego. To, że on mi się pokazuje, coś wskazuje. Wszystko coś znaczy. Taka jest zasada w Nadwymiarze. Nie ma przypadków. No więc, gdy widzę kruka, wiem, co dalej robić. Zaglądam do Księgozbioru, sprawdzam, co się kryje pod hasłem: kruk. No, na przykład do tego Słownika symboli. Kopalińskiego. Władysława. I czytam, że kruka (a właściwie krucę) miał pewien bóg o imieniu Apollo. 

Mówiłam o tym? Bo za cholerę nie pamiętam, a nie chce mi się grzebać w przeszłości. No więc Apollo to bóg. Ale facet. Więc spokojnie. A właściwie: niespokojnie. Kuźwa, to też muszę wytłumaczyć!

Jest spora różnica między bogami rodzaju męskiego i żeńskiego. Sam podział już jest pewnym obciążeniem i świadczy o poziomie niższym niż boski, ale zanim wejdziemy do wymiaru wyłącznie duchowego, musimy się uporać z ciałem. Ciało zawsze sprawia kłopoty. Ale daje też mnóstwo zabawy, więc nie popadajmy w skrajności. 

Facet bóg wobec boga kobiety jest jak zapalenie śluzówki nosa wobec sepsy. Ściśle: katar kontra sepsa. I tak samo jak z „męskim” chorowaniem: więcej afery narobi ten z katarem niż walcząca z sepsą kobieta. 

Apollo to facet, więc się po „męsku” zachował. Zakochał się w istocie ludzkiej, w dziewczynie o imieniu Koronis. Koronis odwzajemniła miłość. Zaszła z Apollem w ciążę. Przestraszyła się. Mieć dziecko z bogiem, ogarnijcie. Jak ona to starej wytłumaczy? Poza tym, trzeba jakoś żyć. Dziecko wyżywić. Nie każdy się buja na chmurce. Koronis zwróciła się do pewnego chłopca z wioski. 

I postanowiła wziąć z nim ślub. 

Apollo byłby chyba nawet tego nie zauważył, wszak jest bogiem i ma prawo w międzyczasie zakochać się w siedemnastu innych istotach ludzkich.

Ale kruca mu doniosła. 

Czemu to zrobiła? Potem będziemy się zastanawiać. W każdym razie powiedziała swojemu panu, że Koronis w ciąży i z tamtym i tak dalej. 

Apollo wpadł szał, w prostym męskim odruchu zabił dziewczynę, a w ostatnim momencie, gdy z oporami docierało do niego, że przy okazji zabił swoje dziecko – Asklepiosa, szybko to dziecko wskrzesił i, co za niespodzianka, uczynił bogiem. Medycyny. Sami oceńcie, jak sobie ten bóg radzi. I czy warto facetami obstawiać stanowiska.

Koronis tymczasem „w nagrodę” zawisła na nieboskłonie i świeci do dzisiaj jej gwiazda. Na pomnik zawsze można liczyć. 

Niemniej: taka historia. Z tymże niezakończona. Bo jak już Apollo zabił Koronis, mało mu było gniewu (wszak musiał go rozrzedzić na ratowanie syna), trzepnął więc jeszcze w krucę. I dostało się biedaczce po łbie za nieswoje sprawy. A po co było dziób wtykać, spytacie. O to zapytam ją także. Jak tylko spotkam. 

Czymże zapłaciła kruca za gniew swego pana? I tu wychodzi cała natura tej istoty. Otóż, wyobraźcie sobie, że Apollo znalazł ujście swego gniewu w tym, że barwę krucy z białej przemienił w antracytową czerń. 

Ha, ha, ha!

Dajcie jej czarną kieckę zamiast białej. Ha, ha, ha. I patrzcie jak płacze po kątach! Ha, ha, ha! Drapnęło coś w gardle nowo wystrojonej krucy na pożegnanie i radź sobie, narcystyczny dżolero, sam!

Od tamtej pory kruca jest niezależna, nie ma żadnego pana i paraduje w super eleganckiej czerni. 

A Apollo stał się maskotką mitologii (już nawet nie religii), symbolem próżnego pięknisia o wątpliwej mocy. I nic mu nie pomoże, chyba że jakimś cudem znajdzie w Kosmosie ultrafilantropijną istotę, co zgodzi się mu towarzyszyć, a właściwie: pomagać, bo on przecież potrzebuje pomocy. PILNIE.

Ciekawe, czy Orion też do niego przychodzi? Pewnie przychodzi, czasem mu nawet po głowie skacze, ale Apollo tego nie zauważa. Zbyt jest zajęty roztrząsaniem, czy go która nie zdradza. 

Czemu ja muszę to pisać? Powiedziałam: misja. Druga rzecz, lubię to robić. Uwielbiam. Krucy mówi, że wtedy latam. I faktycznie, coś w tym jest. Ale jak to z lataniem: bardzo męczy. 

A ja po chorobie. 

I śmierci. 

Całą tę historię o Koronis przeczytałam w Księgozbiorze. I nie byłoby sprawy, gdyby nie to, że w jednym miejscu natknęłam się na imię krucy. Z początku myślałam, że to jakiś błąd w druku, albo że mi coś w oczach przeskoczyło. 

Ale nie. Widziałam to. I w razie czego mogę pokazać. 

To imię to Nemezis.


* Przyjaźń jest częścią miłości, jest z nią równoważna, więc oszczędziłam sobie w dalszej części tekstu wypisywania dwóch jedna po drugiej, bo to straszny mozół. 

* Nie wiem, czy nie większy mozół był pisaniem tego zdania.

* I tego. 

* Kurwa!

Mam go!

Pana Demonium. 

Każde zdanie jest tu teraz nie na miejscu, dlatego pomijam je milczeniem. Nie wiem, czy mój zachwyt jest dostatecznie radosny, czy może trochę podszyty przerażeniem? Próbowałam sobie zrobić selfie, a że w Nawymiarze selfie jest zabronione (chyba że analogiem) – mogłam jedynie siebie narysować. 

Nie wiem, czy to takie „jedynie”, biorąc pod uwagę czas, nakład pracy oraz to, co nazywamy twórczym zmaganiem – podczas gdy selfie robi komórką każdy debil. Przy okazji. Ostatnio, widząc No na deskorolce, wyraziłam coś w rodzaju podziwu, że się nauczyła, w sumie nawet nie wiem kiedy, a ona:

– Każdy debil potrafi jeździć na deskorolce. 

Poczułam się wyjątkowo. Ja nie umiem. 

Wracając do Pana Demonium. Mam go. Ha, ha, ha. Z pewnością chcecie wiedzieć, skąd go mam i w ogóle. Scenariusze są dwa. 

Pierwszy leci tak: 

Szaman Mako wrócił z mórz. Zobaczył moją minę pod tytułem: ile do cholery można czekać?! Zadecydował, dobra, idziemy po pierścionek. Pokonujemy Wnękę Międzywamiarową (to już dla nas betka), idziemy do WW. Tam, niestety, są takie zasady, że rządzą pieniądze. My pieniędzy nie mamy. Ale od czego jesteśmy duchami? Wystarczy, że ukryjemy się pod peleryną niewidką od Nemezis. Tylko że ja, wychodząc z domu, na śmierć zapominam o pelerynie Nemezis. 

Szaman za to niczego nie zapomina. Wyciąga z plecaka pelerynę, chowamy się oboje pod nią, wchodzimy do jubilera. Ale to bez sensu plan, bo przecież sami pod tą peleryną nie wyjmiemy zza pancernej szyby pierścionka. Musimy być widzialni. I normalnie trzeba poprosić subiekta o pierścionek, wtedy dopiero możemy się ukrywać. Czy jakoś tak. Zdejmujemy więc pelerynę. Subiekt w słup. Nie było ich, nagle są. Szaman jest małomówny, ja wręcz przeciwnie, zaczynam więc paplać, że poproszę, na imię Noemi, odłożony, czy mogę przymierzyć, ładna pogoda dzisiaj. 

Facet odwraca się po pierścionek, my z Szamanem szybkie spojrzenia porozumiewawcze, mówiące nie wiadomo co. 

– Co?

– Nic!

– Co mówisz?!

– Nic nie mówię!

– Zachowuj się normalnie!

– Normalnie się zachowuję!

– Dobra, cicho!!!

Subiekt wraca z Panem Demonium. Już z daleka widzę jego blask. Mój! Mój! Mój! Krzyczę całą duszą. Facet mi go wręcza, ja zakładam na palec i w długą. Zapominam nawet o pelerynie, która zostaje w rękach Szamana, który zostaje w rękach policji. 

To ostatnie dochodzi do mnie dopiero za Wnęką Międzywymiarową, gdzie pojmuję, że kosztem pierścionka jest MIŁOŚĆ*.

Drugi scenariusz. 

Lecę do Nogiłóżki. Do Wiednia. Patrzę z meteorytu na wschód Słońca. Od cofającego się Księżyca odrywa się nagle ułamek ostrza księżycowego sierpa i leci przez granat nieba. Życzenie! – myślę sobie i oczywiście je wypowiadam:

– Pan Demonium.

Życzenie spełnia się, lecz nie od razu. Muszą być koszty. 

Jak wiecie, ląduję w Wiedniu, spotykam Nogiłóżkę, wybieramy się na Día de Muertos. Pindrzymy się, stroje, makijaże. I nagle zalegamy jak martwe na trzy dni, aż do nowiu w Skorpionie, który mrokiem wypełnia resztki naszych żyć. Demony! Demony! Zrywam się cała mokra z kamieniami w brzuchu, a Nogiłóżka stoi nade mną w czarnym płaszczu i kamiennym głosem orzeka, że odchodzi. 

– Ktoś musiał zapłacić za twoje życzenie. Księżyc wybrał mnie. 

– Dlaczego nie mnie? – dziwię się. – Przecież to mój pierścionek! 

– Też nie rozumiem – rzuca chłodno obrażona Nogiłóżka i znika. 

A potem znajduję na schodach wiedeńskiej kamienicy skrzydła Nemezis i zaczynam rozumieć tę grę. 

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność. To psychopaci. Za ich wybór, a raczej – za mojego farta, dostaję jeszcze nagrodę. Mam skrzydła. Mam Pana Demonium. 

Ale nie mam przyjaźni.

Który scenariusz jest prawdziwy?


* I, kurde, peleryna!

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność

Skrzydła Nemezis

Kiedyś, jeszcze w poprzednim życiu miałam taki sposób na samotność, że brałam do ręki zeszyt i pisałam, pisałam, pisałam. Dziś obudziłam się sama w wielkim łóżku, nie ma nikogo, nie ma nawet No, która wyleciała w tę noc halloweenową i do tej pory nie wróciła. 

Wzięła rewolwer. 

Przed wyjściem oddała kilka strzałów na próbę. Działał bez zarzutu. 

Nogiłóżka jest inna. Ona wychodzi w czarną noc najstraszliwszego miasta świata, czyli Wiednia i nie bierze ze sobą żadnej broni. Kiedyś wspomniałam coś o nożu, zaprzeczyła kategorycznie, twierdząc, że się pokaleczy. 

Jej sposób na niebezpieczeństwo, to całkowita bezbronność. Ryzykowne. Wbrew pozorom jest w tym logika. Chodzi o wpływ świadomości na rzeczywistość. Jeśli bowiem bierzesz nóż, znaczy: spodziewasz się ataku, a zatem – boisz się. Kto jest ofiarą napadów ulicznych? Pytanie zawiera odpowiedź. OFIARA. Cechą charakterystyczną ofiary jest lęk. 

No nie wykazuje lęku. Jej rewolwer miał inne zadanie. Pamiętajmy, że wyszła na Halloween. Tam, dokąd szła, obowiązują kostiumy. Kostiumy mają być straszne. Za kogo No może się przebrać, by siać postrach? Przecież nie za ducha! 

Przebrała się więc za bandytę. 

Uzbrojonego. 

Pif – paf. A raczej: szach – mat. Uciekajcie ofiary do bram.

Tymczasem ja zostałam sama, samiuteńka, bez absolutnie nikogo. Przepraszam, z Wifi. Ale ona się gdzieś zaszyła w szarości Dnia Zmarłych. Nie wiem, czy wspominałam, że Wifi jest koloru szarego? Zaszyta więc w szarości dnia znika jak wspomniany a nieistniejący duch przebrania No. 

Kiedyś pisałam. Pisałam właśnie w takich momentach, gdy nie było nikogo. Momenty przechodziły w godziny, godziny w dni, dni w miesiące, aż wreszcie samotność wypełniła mi całe życie doczesne. Gdy jednak spotkałam Szamana Mako na Górze Przeznaczenia – na fali protestów i awantur zrozumiałam, że moja samotność się skończyła. 

Jeśli bowiem dziewczyna znajdzie swojego starszego brata, nigdy już nie będzie sama. 

Szaman jednak obecnie, jak się zupełnie nie domyślacie, pływa po Morzu Księżycowym i klnie pod nosem jak stary rasowy wilk morski, bo mu się jakieś zwoje lin splątały. 

A ja tu sama. 

Ewelement chyba śpi. Wysłałam jej wiadomość z pytaniem o sny, bo mnie już nawet sny opuściły. Nie odpowiedziała. Zatem śpi. I śni. Chociaż ona. 

Ziarno miał przyjść! Ziarno to jest facet z budki z winem. Na rogu światów. Nie wspominałam, bo wiecznie brak mi czasu na pisanie wyczerpujące. Pamiętam, jak jeszcze w szkole nauczyciele bazgrali pod moimi wypracowaniami taki zarzut: Nie wyczerpałaś tematu!

I czwórka. Zawsze: czwórka. Na maturze też czwórka. Bo nie wyczerpałam tematu. A przecież wyczerpanie tematu to literacka zbrodnia! To zabranie czytelnikowi wszystkiego, co najważniejsze! Czytelnika trzeba zostawić w pół zdania, w pół drogi, w pół oddechu. 

Wracając DO TEMATU (by choć go trochę wyczerpać) – Ziarno to facet z budki z winem na rogu światów. Między wymiarami zawsze stoi jakaś budka z winem, w której siedzi zabłąkany anioł. Budkę nazywam Kantorem. Ziarno z kolei upiera się, żeby nazywać ją „Kwiaciarnią”. Sama nie wiem. 

Anioł zwykle jest uśmiechnięty, choć w cholerę nieszczęśliwy, bo musi siedzieć w tej piekielnej budce i palić w kozie, żeby nie zamarznąć. Na rogu światów bywa bardzo zimno. 

Do Kantoru przychodzą bardzo bogaci ludzie i kupują wino po straszliwych cenach, a on z pasją choć bez zachwytu opowiada, które wino jest lepsze. Anioł zawsze wie, kto przychodzi po smak wina, a kto właśnie daje się dymać Maweraszii. Kasuje tych drugich z wielkim bólem w sercu. I cierpi. Cierpi za coś, co się tam kiedyś wydarzyło i za co musi tym swoim trwaniem w budce zapłacić. 

Ziarno jest takim aniołem. Przychodzę do niego wieczorami. Wita mnie uściskami wuja, po czym nalewa dwa milimetry sześcienne czerwonego płynu do wielkiego kryształowego kielicha, sadza mnie na wysokim drewnianym krzesełku i zachwyca się moim ubiorem. Z tym ostatnim trochę przesadziłam, bo Ziarno zachwycił się raz i to całkiem niedawno, ściśle przedwczoraj, gdy wróciłam z Wiednia na skrzydłach Nemezis. 

I tu znów okazuje się, że nie wyczerpałam tematu, bo nic nie wspomniałam o skrzydłach Nemezis, którymi właśnie zachwycił się Ziarno. 

Było tak. Nogiłóżka miała płaszcz. Czarny, długi do ziemi, w dodatku cudownie ciepły, a właśnie nadeszły chłody piekielne, nów w Skorpionie. Pozazdrościłam jej tego płaszcza. Chciałam jej zaiwanić. No może nie tak wprost, ale jakoś. Podstępem, błaganiem, manipulacją. Te same uczucia miałam względem Pana Demonium, ale to osobna historia, którą opiszę, gdy zacznę WYCZERPYWAĆ TEMAT. 

Jak wiecie, Nogiłóżka zniknęła razem z płaszczem, a ja zostałam sama w Wiedniu i w chłodzie. Szłam ulicą w celu ewakuacji i nagle zobaczyłam na schodach wejścia do jakiejś kamienicy czarne zawiniątko. Mój zamaszysty krok minął zawiniątko, ale świadomość przystanęła. Zwolniłam, poczekałam, aż przejdzie baba z blond fryzurą. Baba jednak nie przechodziła, grzebała w torebce, czegoś szukała, rozglądała się i zaczynała już mnie naprawdę irytować, bo jednak w cholerę irytuje ktoś, kto w żaden sposób nie słucha niemych życzeń, żeby go nie było!

Wreszcie, gdy już postanowiłam, że chrzanię babę, zawrócę, podejdę do zawiniątka i jak rasowy lump przerzucę stare ubrania po zblazowanych Austriakach – baba nagle przestała grzebać w torebce, podniosła głowę i poszła przed siebie. Dzięki ci, piękna nieznajomo! Już jestem przy zawiniątku, już odgrzebuję rzecz. A tam… spodnie w kolorze czarnym, idealne dla No i… no właśnie. 

Powiem tak. To nie jest żaden austriacki stary ciuch wyrzucony dla lumpów. To DAR. Dar dla mnie i przy okazji dla No od… Nie wiem. Grunt, że mam czarne, przepiękne skrzydła, które układają się w czarodziejską pelerynę na kształt togi sędziowskiej! 

Peleryna jest tak ciepła, że temperatura na zewnątrz nie ma znaczenia. Wystarczy że się nią owinę, staję się słońcem. Niewidzialnym słońcem! Gdy ją rozpostrę – wznoszę się ponad chodnikami i już nie potrzebuję meteorytów do latania! 

W Księgozbiorze dowiedziałam się, że Nemezis to gwiazda, której ludzkość nie może znaleźć od wieków z tego powodu, że jej nie widać. Nemezis to też… sędzia. To ona decyduje, co komu i za co. Tak w skrócie, bo już zaczynam się obawiać wyczerpania tematu. Sami przecież możecie się wiele domyśleć. Na tym polega cała zabawa. 

Mam skrzydła Nemezis! 

I właśnie tym zachwycił się Ziarno, gdy mnie ostatnio widział w Kwiaciarni. 

O kurwa. Napisała do mnie Nemocja. Muszę kończyć. 

Idź i patrz.

Kto czytał Ojca Chrzestnego, ten wie, że stan wojny wymusza na bohaterach „pójście na materace”. Ja teraz jestem na materacach w dosłownym tego słowa znaczeniu. Szaman znalazł na jakiejś wystawce i przytachał, bo w mieszkaniu Wió zamieszkała No. I niech brak jej określenia będzie przeźroczystym tłem, siatką-preludium do właściwych przyszłych określeń jej boskości. Bo No jest boginią. Jej imię to skrót od NKO, czyli Niebieski Kosmiczny Orzeł. Jest boska. Chciałabym teraz o niej pisać długo i dużo, ale nie mogę, nie mam czasu, na wojnie jestem. Napiszę, jak tylko ogarnę broń. 

Znacie ten klimat. Siedzi Kmicic, czy jaki inny gieroj na klepisku, na łeb mu lodowatą wodę ze studni leją i przynoszą. Kołczan. Spluwę. Szablę. Miecz samurajski. A on kręci głową, nie, nie to, ciągle nie to. Tak teraz ja. 

Siedzę w kastrze. Kastra to jest taka bania na kąpiel. Niektórzy w WW używają jej do mieszania wapna. Błąd oczywisty, na szczęście nie mój. Ja się idealnie po tej śmierci mieszczę w kastrze i nic mnie z waszym wapnem nie łączy. Siedzę więc zanurzona i nikt mi, rzecz jasna, na głowę niczego nie leje (bym zabiła), nikt mi żadnej broni do wyboru nie przynosi (a to już na pewno). Bohaterowie książek Sienkiewicza wybrzmieli już dawno. Czas na real. 

Chochla. 

Pomysł dobry, bo praktyczny. Mało w nim jednak finezji. Sechmet może się dąsać. Inna rzecz, już miałam na temat chochli pogadankę z Wolfgang i choć mi wskazała, jako faktyczną – koniec końców odmówiła, argumentując, że to zbyt słabe: 

– Zmachasz się, umordujesz, a ledwo muśniesz. On tylko się skrzywi, nic więcej. Widziałaś, żeby ktoś chochlą Węża załatwił?

Nóż. Nóż pojawiał się w naszych rozmowach dwukrotnie. Po raz pierwszy – zaraz po chochli, jako skuteczniejszy. Po raz drugi – niedawno. Wolfgang mi pokazała wizję na Kryształowym Lustrze. Zobaczyłam pojedynek. Szaman Mako szamoce się z jakimś drabem, ja na pomoc lecę, szybko do kuchni Wió, szukam w gorączce, znajduję nóż, podaję Szamanowi, tymczasem drab mi go z ręki wytrąca, sam łapie i trach Szamana po udzie. – Kuźwa, tętnica udowa! – ja w pisk, oni na przeciwko siebie stają, ja znów w ten głupi pisk, co robić, co robić… i widzę nagle OCZY. 

JEJ OCZY. 

Tyle razy chciałam wam powiedzieć, że czytałam w Księgozbiorze (tak, milion razy się zbierałam, żeby wam powiedzieć, że tu jest magiczny Księgozbiór, a w nim WSZYSTKO, razem z tą książką „Słownik Symboli” i inną, pod tytułem: „Cudowna Planeta”. W tej ostatniej przeczytałam o Nemezis, bo już byłam w cholerę zaintrygowana, czemu mnie prześladuje to imię. Raz na Górze Przeznaczenia, dwa – kto strzelał w Fargo, trzy… no właśnie. Wiem, kim jest drab! 

Widzę, poznaję po zębach. Widzieliście zęby węża? Nie da się ich zapomnieć. No więc widzę, wystają spod podniesionej w zacietrzewieniu wargi, myślę szybko: biec po drugi nóż? 

Nie. Mówią JEJ OCZY. 

Nigdzie nie biegaj. 

Tylko patrz. 

Idź i patrz. 

Idę więc z gołymi rękami i patrzę jak mój wzrok obraca wszystko w pył. 

Oni walczą, ja w pisk i… widzę nagle oczy.
Jej oczy…

Biały kruk

Nie pisałam, bo nie było Wifi. To nie jest takie proste, jakby się wydawało. Inaczej. To jest proste, ale tak strasznie proste, że aż za proste, aż w tej prostocie skomplikowane. Wiedza tajemna. 

A wszystko tak szybko się dzieje, że nie nadążam poczuć emocji. 

To znaczy – bez przesady. Bez przesady absolutnie. 

Fakt, że się JESZCZE nie poryczałam. 

Najpierw kruki. Jak w staropolskim obyczaju: damy przodem. No więc damy przodem, kruki na początek. Lecimy z Szamanem jak torpeda przez Kosmos, wracamy z Grodu Świętowita. Sami widzicie: jest grubo. Arkona. Ta Arkona. 

A ja nie mam czasu wam wszystkiego opisać! 

A kruki miały być na początku, nie Arkona i Świętowit!

Najgorzej pokłócić się samej ze sobą. Dobra, trzy słowa o Arkonie. Widziałam Morze Księżycowe z lotu ptaka! Szaman mnie zaprowadził na skarpę, taki totalny zwis nad przepaścią, wszędzie zakazy po niemiecku Achtung verboten, a my na samiusieńkim zboczu, w powietrzu, nad falami siedzimy. I jeszcze drzewko rajskie nad nami się buja, a na drzewku jeden owoc. Tylko jeden. Gruszka ulęgałka. „Ulęgła się!”, zauważył Szaman Mako, zerwał i mi podał. – Zajadaj! 

Potem wyjaśnił, że to dziwne, bo one się ulęgają chyba na ziemi, czy co, w każdym razie: dostałam ulęgłą gruszkę ulęgałkę z rajskiego drzewa zerwaną, nad przepaścią wszystkich przepaści świata. Zjadłam wszystko, razem z ogryzkiem. 

A potem Szaman jeszcze dziką różę zajumał, zjedliśmy na pół, a nasiona wsadziliśmy do donicy. Będzie Rajska Róża. 

Kruki mnie zadziobią. 

Lecimy więc z tej Arkony, ale nagle coś, stańmy na chwilę. Lądujemy, patrzymy: wokół drzewa, na niebie czarne ptaki wielkie jak koguty lecą w czwórki ruchem opływowym nad naszymi głowami i gadają coś po ichniemu””krrryt, krrryt”. Nad drzewami z kolei jest ich więcej. Ile? Czterdzieści, trzydzieści, może dwadzieścia pięć? Do Szamana z takimi pytaniami. 

DUŻO. 

Wzbijają się grupami, ściśle zsynchronizowanym ruchem mkną ku niebu pływając w powietrzu, a tam na górze, na samym wierzchołku powietrza robią salto i figurą zwaną w lotnictwie korkociągiem – opadają w las. 

Ale w tym lesie nie nikną! 

Przeciwnie, zgodnym płynnym ruchem odbijają się od poduszki mgły nad drzewami rozpiętej i tną przestworza bezszelestnym tańcem. 

Tak. One tańczą. One tańczą w takim szyku, z taką synchronizacją, z takim wdziękiem i taką akrobacją, że te nasze ludzkie cyrki to po prostu cyrki. Tu mamy do czynienia ze Sztuką. 

Nie wiem, ile to trwało. Nie do mnie z takimi pytaniami. Grunt, że szczękę miałam zanurzoną w trawiastej glebie, a reszta też chyba gdzieś odpadła. Ale nie tylko zachwyt mnie tak z ciała odarł. Tu działo się coś więcej, tu się toczyła jakaś rozmowa, tu się we mnie uczucia obudziły INNE. Stare. Bardzo stare. 

Pamiętacie baśń o brzydkim kaczątku? Jak ono patrzyło na łabędzie i prosiło, by je ze sobą zabrały, że tak bardzo chce być nimi? Tak i teraz ze mną. Przedstawię to w formie dialogu, jak to leciało, bo wszelkie opisy są tu bez sensu. 

Tak więc ja:

  • O Boże, jakie jesteście piękne! Zabierzcie mnie ze sobą! 

Kruki:

  • Nikt tu nie będzie nikogo zabierał. 
  • Dlaczego nie mogę być z wami?!
  • Możesz. 
  • To ja chcę!
  • To chodź. 
  • Jak? Nie umiem latać!
  • Umiesz. 

Nie powiedziałam wam jeszcze, że już od jakiegoś czasu te kruki się za mną ciągnęły. Od Grodu Świętowita. Teraz mnie dopadły, robią popis ever i ze mnie jaja. 

Trudno. Trzeba łapać chwilę. O co by jeszcze je zapytać? Wiem!

  • Wszystkie jesteście czarne. Nie ma wśród was białego kruka?
  • Jest. 

A. 

Taka rozmowa mniej więcej. Introligatorski to bułka z masłem. Całe niebo idealnie czarne, a te, że jest biały kruk. I że ja latać umiem. Fajowo. 

Tymczasem zwinęły się w łańcuch DNA i jęły wić się niczym sprężyna. Podwójna spirala. Szaman powiedział: super. A ja poczułam coś w rodzaju rosy na policzkach i to na pewno nie były łzy. Coś mnie przenikało i to na pewno nie było zimno. To radość z tego tańca, z pasji, z rozpostarcia skrzydeł, z prucia prądów powietrznych. Z młodości, z życia. 

Z życia…

Długo to trwało, znaczy nie wiem. Nie do mnie takie pytania. Szaman będzie wiedział. Kończyły też wymyślnie, nie że trach, koniec, fanfary. Znikały zabierane kolejno przez ptaka wylatującego z drzew. On się pojawiał, ona znikała, zostawali dwaj tocząc taneczny bój, wreszcie jeden się poddawał i w koronę. Robiło się ich coraz mniej. 

Aż wreszcie został zwycięzca. 

Wykonał śrubę, salto, cykl naprzemiennych śrubo-salt, opadł nieco, po czym wzbił się poziomo prostując dumnie skrzydła, jakby wlatywał w jakąś niewidzialną królewskość. 

I zniknął. 

W powietrzu. 

Nie w koronie, nie w listowiu. 

Pstryk i nie ma. 

Pa!

Nastała cisza. Żadne „krrryt, krrryt”- nic nie zmąciło dostojeństwa chwili. Uniosłam dłonie i zaczęłam klaskać, zaraz jednak walnęłam się w łeb, bo na cholerę komu oklaski? Wsiadłam więc wstrząśnięta z zachwytu na meteoryt i cześć. Zanim jednak się wznieśliśmy, zdążyłam zobaczyć tablicę miejscowości, w której to dają takie występy: Świętosław

Przypadek? Nie sądzę. Uśmiechnęłam się do siebie pielęgnując to uczucie radości, którym mnie kruki obdarowały. I tu bym chętnie skończyła, gdyby nie to, że utknęliśmy w WW. 

Bo za tablicą „Świętosław” zaczęły dziać się rzeczy tak straszne, że taniec kruków nazwałam: „tańcem śmierci”. Choć przecież był to ich pierwszy bal…

Zara Li nie wyszła z plecaka przez dwa dni. A przecież widziała niejedno.

Ciągle nie mogę tego opisać. 

To już kolejny dzień, kiedy jestem chora od tego. 

Nie wstaję, tylko leżę. 

A miało nie być emocji. 

A miałam nie płakać. 

PS. Nie opiszę tego tu. Nie dam rady. Żeby to zrobić, muszę się przenieść do WW

Wszystkie jesteście czarne. Nie ma wśród was białego kruka?

Maweraszia – dusza towarzystwa

Obudził mnie Orion. Psy nie lubią, gdy się zbyt długo śpi. Nie przepadają chyba też za przedłużającym się letargiem wśród biegunów. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że ja wcale nie byłam w letargu. To raczej trans, rozkoszny taniec, wirtuozerska gra na wszystkich instrumentach Kosmosu. Coś wspaniałego. A ten mnie budzi.

Gdy byłam dzieckiem (w sumie nadal jestem dzieckiem), przyśnił mi się magnetofon. Taki prawdziwy, kasetowy. Można było słuchać muzyki, można było też nagrywać! Nagrywało się z radia, ale też z siebie. Kto nie nagrywał swojego śpiewu?! A potem z zażenowaniem nie odsłuchiwał?

No więc śniło mi się, że dostałam magnetofon. Boże, jak się wściekłam po obudzeniu! To tylko sen! To nie fair. To zupełnie nie fair. 

Tymczasem po przebudzeniu naprawdę DOSTAŁAM magnetofon. Najlepszy na świecie, nie jakaś Wilga. Najlepszy. Najprawdziwszy. Dostałam go od Czerwonego Wędrowca. Jeszcze wam o nim nie opowiadałam, ale to tylko z tego powodu, że boję się zacząć. Czerwonego Wędrowca nie da się opisać nawet na bawolej skórze. W ogóle to mam pewne podejrzenia, że Szaman Mako jest z nim jakoś spokrewniony. Tylko jeszcze nie wiem, jak.

Wracając do magnetofonu. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co oznaczają moje sny. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to po prostu proroctwa. Ba. Ja w ogóle nie wiedziałam, że istnieją proroctwa. Wkrótce wyśniłam czyjąś śmierć i wtedy też jakby nie przyjmowałam powagi sytuacji. Dopiero Zara Li wszystko mi wytłumaczyła. 

Jak zwykle odleciałam z tematem, a miałam opowiadać o Orionie. Psy domagają się opieki. Życie domaga się ofiar. Jestem znowu w mieszkaniu Wió! Rzeczywistość mnie dopadła. 

No i stało się. Już mam rozwiązany dylemat ciała. Wió przyszła nie w porę. Akurat dziś, gdy z taką ostrożnością wychodzę z postaci zorzy i wchodzę w rzeczywistość. 

Usłyszałam jak weszła. Wyprostowałam się na fotelu (zdążyłam wygrzebać się z sarkofagu, doceńcie!) Fart, bo akurat miałam na sobie tę czerń cmentarną, a ona zawsze robi wrażenie. Poczekałam spokojnie, aż wejdzie do salonu. 

I weszła. 

I zobaczyła prawdziwą mnie. 

I usłyszała mój kamienny głos. 

Tak niewiele trzeba, żeby ludzi przestraszyć. 

Wió mamy więc z głowy, tymczasem ja nie nadążam z opowieściami, a opowieści mam poważne. Cesarzowa Muślin ze Szczeciny – raz. Rzecz niebywała, drugi po Remusie zaczarowany typek, który stoi (ledwo!) na rogu ulic i sprzedaje (w moim przypadku konkretnie: rozdaje) japońską porcelanę wartą miliardy. Teraz mi przyszło do głowy, że zamiast planować napad rabunkowy, mogłabym ją sprzedać i kupić za nią Pana Demonium. Ale wiem, że gdybym to zrobiła, Cesarzowa Muślin by mnie dopadła w Nadwymiarze Nadwymiarów i zrobiła ze mnie siecz. Sieczą nazywamy pewne masakryczne wydarzenie, stałabym się zatem wieczną wojną, kataklizmem i zagładą po wsze czasy. Dziękulski Stanisław. 

Jestem więc zmuszona do napadu rabunkowego, ale coś mi mówi, że napad rabunkowy w wykonaniu dwóch duchów o łącznym ilorazie inteligencji równym milion – nie będzie stanowić problemu. 

Do Cesarzowej Muślin wrócę, tymczasem kolejna rzecz: byłam w trumnie! To była najdroższa trumna świata, wnętrze (to prawdziwe, nie oglądane przez turystów) piramidy, zaginiony grobowiec Kleopatry. 

Szaman Mako pływał w tym czasie po Morzu Nieistniejącym (Szczecina leży właśnie nad Morzem Nieistniejącym), a mnie skierował pod jakiś podejrzany adres przy cholera wie jakiej ulicy, numer taki i taki. Nie pamiętam. Poszłam przed siebie, kierowana intuicją. I nagle stoję przed wypindrzoną półokrągłą kamienicą z królewskim wejściem. To wchodzę. I widzę własny sen. Portier słaniający się z grzeczności, marmurowe schody, złote okucia poręczy, kapiące kryształem żyrandole. Karingtony. 

Portier daje mi klucze do pokoju 306. A śniło mi się: 9. W sumie pasuje. Idę. Otwieram drzwi pokoju. 

A to jest trumna. 

Grobowiec Kleopatry. 

Żebyście Zarę Li widzieli! Jaka radość! Skakać zaczęła. Widzisz, widzisz? Ze śmietnika tutaj! Widzisz? Widzisz?! Piszczała jak nastolatka. Nareszcie na swoim miejscu. I to jakim miejscu! 

Rozejrzałam się za kobrą, ale spokój. Żadnych węży czy Józefsraliny. Bezpiecznie jak u pana Boga za piecem. Albo (moje ulubione): jak u mamy. 

………………

………………

………………

Przepraszam, musiałam się trochę pośmiać. Już jestem. Rzuciłam się od razu do rysowania, ale po chwili zrezygnowałam. Nie, nie to, że nie umiem. Umiem. Ale jak się jest w takim miejscu, to chce się WSZYSTKO. I zajęłam się wszystkim, ale też nie na długo. 

Bo nagle zrozumiałam, po co znalazłam się w grobowcu. 

Sarkofag jest jak łóżko. Miejsce święte. Moje. Owszem, przychodzą sny, czasem straszne, czasem piękne, ale one są zawsze moimi gośćmi, przybyszami, za którymi schowane są kolejne historie, przyjaźnie, światy. Sny są prorocze, a więc świat w nich to preludium świata rzeczywistego. Czy preludium? A może to jest właśnie właściwy świat, a ten na jawie to jego echo?

Tu, w grobowcu królowej miał mi się pojawić Ktoś ważniejszy, niż wszystkie postacie w moich snach. Wolfgang. 

Kim jest Wolfgang?

Bogiem. 

Pojawia się w snach bardzo rzadko. Do mnie przyszła. Tak, Wolfgang to Ona, nie on. Nie ma takiej możliwości, żeby Bogiem był on. Czemu? To bardzo proste. Żaden facet nie może wydać na świat życia. 

To tak w kwestii formalnej. 

Czyli Ona. Wolfgang. 

Bóg.

Z Bogiem jest tak, że nie wiadomo w jakim języku do ciebie mówi. Ale rozumiesz. Jak nie rozumiesz, to oj. Bardzo słabo. W ogóle to niemożliwe. Chociaż patrząc na obecny świat – niestety. 

Wróćmy do mojego przypadku. 

Po wyhasaniu Zary Li, po moim gorączkowym miotaniu się w celu robienia wszystkiego – zrobiło  się całkowicie czarno. Totalnie. Bez jednego strumienia najmniejszego promyka. Po prostu smoła, czerń, Kosmos. 

I zapłonęło czerwone Oko. 

Oko Boga. To Oko powiedziało swoje imię. Wolfgang. 

A potem powiedziało takie słowo:

Nemezis.

A potem, Boże, nie pamiętam, co było potem. Chyba znów rozszczepiłam się na błękit i szmaragd, bo majaczy mi dylemat, który wybrać kolor. I nagle zobaczyłam oczy. 

I to nie były oczy Wolfgang. 

Poziome, czarne, zapadnięte, demoniczne. Lewe oko wyraźnie okaleczone, czarniejsze, wyzierające z mroku.

Przyjrzałam się tym oczom uważnie, bo coś mi mówiło, że mam je narysować, mam je wam pokazać. Żeby was ostrzec. Nie wiem, przed czym, ale na pewno po coś. Zapamiętałam więc ich wyraz, kształt i już, już miałam wyjść z wizji, gdy coś mnie tknęło, żeby spojrzeć w stronę kryształowego lustra trumny. 

I zobaczyłam, do kogo te oczy należały. 

To był lis. 

Zrobiło się jasno. 

Lis z lustra nie zniknął. 

Jak malowany, a raczej: jak sfotografowany, bo tak dokładny, tak wyraźny, że oczy przecieram. Skrada się. Podchodzi. A oczy ma takie, jak powiedziałam: oczy demona. Prawe czujne, lewe zapadnięte w czerni. Horror z gatunku: naprawdę straszny. Okładka płyty Behemota. 

W pierwszej chwili chcę lecieć po szkicownik. Ale coś (Ktoś?) mnie trzyma przed tą szybą z kryształu, coś mi każe wlepiać w nią wzrok, coś mnie hipnotyzuje. Coś? Ktoś? To lis mnie hipnotyzuje, to lis wdarł się do sarkofagu i teraz wdziera się do mojej głowy. Wślizgnął się do świątyni jak wąż. 

Stoję, patrzę, chłonę jego widok, jego gęste futro, jego miękki chód, jego wzrok w zapadniętych, czarnych, bezdennych oczodołach. I choć obraz w lustrze powstał z jakiejś mgły, z oparów, ten obraz mimo przewiewu wcale nie znikał. Nie bladł ani trochę, przeciwnie – robił się wyraźniejszy i jakby zaczynał z lustra wychodzić! 

I wtedy się przestraszyłam. Automatycznie przetarłam zwierciadło dłonią. Ale demony tak szybko nie znikają.

– Narysuj ją – usłyszałam głos Wolfgang. 

Ją! To ona! 

Chwyciłam za szkicownik i ołówek. Zdążyłam postawić dosłownie kilka kresek. I nagle:

– Maweraszia – słodkim głosikiem przedstawiły się kreski, po czym zaćwierkały: – Priwiet! 

Z miejsca ją polubiłam. Ale miłość jest to niezwykle trudna. Bo Maweraszia jest bajecznie pięknym oszustwem. Przebiegła i okrutna. Piękna i straszna. 

Im dłużej ją malowałam, tym więcej się o niej dowiadywałam. To naprawdę ciekawe uczucie, gdy akt tworzenia pozwala prześwietlać kogoś na wskroś. Kiedy się o kimś chcesz czegoś dowiedzieć, musisz go narysować. 

Maweraszia to jest niezwykły demon. Chodzi tanecznym krokiem, zagaduje, śpiewa. To jest właśnie dusza towarzystwa. W dosłownym tych słów znaczeniu. Wystrojona w czarne rękawiczki częstuje towarzystwo wódeczką. W raju nie ma alkoholu. Posiada go tylko ta chodząca melina. Maweraszia najczęściej urzęduje w WW, tam jest mnóstwo chętnych do zalania swojej czarnej dziury. Czasem jednak coś ją zagna w zaświaty. 

Nie pobiera za swoje kieliszeczki opłaty żadnej. Bierze tylko kawałeczki duszy. Ociupinkę. Troszkę duszy w zamian za kieliszeczek. Nie chcesz kieliszeczka? Nie ma sprawy. Maweraszia ma przy sobie WSZYSTKO.

Co tylko chcesz. 

Wydaje się to opłacalne. Każdy na to pójdzie. Co tam kawałeczek duszy? Przecież nie ma straty. Człowiek nawet nie odczuje. A przynajmniej tak myśli. Bo Maweraszia ma to do siebie, że wraca. Ona wraca po kolejny kawałeczek. Będzie tak wracać, aż zabierze WSZYSTKO. 

Nikt jej nie potrafi odmówić. Wszyscy ją lubią. Uwielbiają. Jej się nie da nie uwielbiać. I Maweraszia to doskonale wie. Dobrze na tym wychodzi. 

Dusza Maweraszi, zlepiona z kawałeczków innych dusz jest potężna i bardzo silna. Niczego się nie boi. Jest tak pewna siebie, że włazi do świątyni samego Boga. I nikt jej nie powstrzyma. 

Nawet Wolfgang.

PS. Jest tylko jedna potęga, która może powstrzymać Maweraszię. Nazywa się Nemezis.

Nie bladła ani trochę, przeciwnie – robiła się wyraźniejsza i jakby zaczynała z lustra wychodzić…

Nieskończoność Czasu

Od trzech tygodni płonie Amazonia, a ludzkość nic sobie z tego nie robi. Nie ma czasu, zajęta jest depilacją ciała. Depilacja jest ważna. Kto wie, czy nie najważniejsza? Być wydepilowanym w trumnie to podstawa przecież.

Ciekawe, że gdy płonęła katedra Notre Dame, pierdzielca dostaliście. Jest jakaś romantyka w tym, że ludzie tłoczą się w kościołach, gdy nadchodzi zagłada. Jest ku temu i powód i wyjaśnienie. Gdy trwoga to do Boga. Brak tlenu równa się modlitwa. Są na świecie rzeczy ważne. Kawitacja sensoryczna na przykład. Mikrodermobrazja. Msza za szwagra. Selfie. Dałabym swoje, ale i tak nie zobaczycie. Duchów na fotografii nie widać.  

Moje położenie jest o tyle korzystne, że z całkowitą niewzruszonością mogę was oglądać, jak film. Owszem, zależy mi, żeby główny bohater przeżył, ale żeby zaraz się emocjonować, to nie. Tu głównym bohaterem jest ludzkość. I żeby mi zależało….?

Nie wiem. 

Nawet za bardzo nie lubię. 

No, może parę osób.

Ale one i tak sobie poradzą. 

Oglądam was zatem i zadaje sobie pytanie. Jak daleko się posuniecie?

Tymczasem winnam kilka wyjaśnień odnośnie czasu. Bo właściwie chciałam ten tekst zacząć od słów: Czemu mi nie przypomnieliście, że do środy czeka na mnie Pan Demonium?! I jest to rzecz, która naprawdę mnie porusza do żywego, jednak, jak sami widzicie uznałam, że Amazonia ważniejsza. 

Czyli jednak mi na was zależy? 

Cholera…

Dobra. Do rzeczy. Bo się pogubię. Ogarnęłam kwestię trzech tygodni: tyle właśnie czasu płonie resztka lasów, które zasilają was w tlen. A bez tlenu nie możecie żyć. Czyli czeka was zagłada. Macie się gdzie modlić, to ważne. 

Wydepilowani też jesteście. 

Czy ja mogę przestać się przypieprzać?

Nie.

Wracając do tematu czasu. Czas jest wartością względną, jak wiecie. A. Może nie wiecie? W końcu pozwalacie na pozbawienie siebie pierwiastka, bez którego umrzecie. Grom was tam wie. Dobra, ciocia Fredzia. Nie rozkręcaj się. Do brzegu. 

Czas jest wartością względną. U was jest inny, u mnie inny. U was: do środy oznacza kilka dni. U mnie jest to wartość właściwie nieskończona. I muszę pilnować (obliczyć jak na zegarze), kiedy te kilka dni minie w WW, żeby się wstrzelić. A skoro u mnie jest to nieskończenie długo, sami rozumienie, można zapomnieć. Ja w matematyce nigdy nie byłam prymusem. No może w podstawówce. Ale to skomplikowane, mówiąc oględnie, nie było.

Tymczasem ja o Panu Demonium myślę non-stop! 

Rozumiecie? Ja o nim myślę nieustannie, a więc nieskończenie. Myśl idzie w każdą stronę. Jest wielokrotna, nieograniczona. Równoległa do innych wielokrotnych i nieograniczonych myśli. To właśnie jest mój Czas. Ten, który panuje w Nadwymiarze. Oczywiście ludzie mają straszny dylemat z wyobrażeniem sobie nieskończoności. A wystarczy narysować kółko.

Reasumując: w każdej chwili, w każdym momencie jestem we wszystkich czasach składających się na Czas. Nieskończenie dużo kółek.

Czyli kula.

Będąc w takim położeniu mam, rzecz jasna, wgląd we wszystkie czasy. Znam zatem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Znając to, wiem doskonale, co się stanie z Panem Demonium*. 

Znam imiona, które dopiero poznam.

Wiem, jaki los czeka Szamana Mako. 

I wiem, co się stanie z wami. 

———————————————–

* Będzie mój. 

Będąc w takim położeniu mam wgląd we wszystkie czasy. Znam zatem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość…

Pan Demonium

Jezu, co za historia! Z jakim finałem! Nie mogę. Aż mnie przeraża opisanie tego. No ale. Trzeba. 

Boże, nie wiem od czego zacząć!

Dobra. 

Może najpierw od śmierci. To znaczy: od Zary Li. Bo na niej skończyłam. Otóż Zara Li pojawiła się tuż po tym, jak z Szamanem Mako paliliśmy świece żywota. Oczywiście, można powiedzieć: przypadek. Palili świece żywota czekając na śmierć i oto śmierć się pojawia, a oni zdziwieni, hm, skąd śmierć nagle, czyja to śmierć, tralala. Bywa i tak. Znam okoliczności. Człowiek też. Żyje jak na bombie zegarowej, ciągle spięty, każdego dnia drineczek, fajeczka, dla sportu (czyli niby dla zdrowia, hehe) zażyna się na siłowni, w wolnej chwili biegnie maraton, a potem… Swoją drogą, wiecie, skąd się wzięło pojęcie maratonu? Maraton, czyli bieg ok. czterdziestu kilometrów przebiegł pewien człowiek o imieniu Filippides, żeby zawiadomić o zwycięstwie Greków. Jak dobiegł do Aten, to się przewrócił i zmarł. Od tamtej pory ludzkość uznała za stosowne wziąć z niego przykład i biegnie masowo po śmierć. 

Zara Li. Pojawiła się znienacka, grom wie po co i od razu zaczęła pokazywać swoją siłę. A PP faktycznie, jakoś ucichł. I nawet nie zdążyłam go zastrzelić, a codziennie bawiłam się tą myślą. Opracowałam nawet technikę strzału doskonałego. Kiedyś wam o niej napiszę. Teraz nie mogę. Teraz muszę dojść do sedna, a jestem na razie w polu. Zara Li robiła mi potworny dym w planach. Najpierw ten różowy flamaster. Jak już go zdobyłam (nie mam czasu opisywać jak go zdobyłam!) – zażyczyła sobie rysunek. W sensie, że mam dorysować coś na różowo do mojego rysunku. A ja, jak widzicie, rysuję wyłącznie za pomocą mgły. I weźcie wpakujcie tu jaskrawy róż! A jednak. Przekonała mnie. Dorysowałam kwiaty, machnęłam nazwisko na różowo. Wyszło BOSKO. Miała rację. Tylko teraz cyrk, bo ona sobie NIE ŻYCZY, żeby ktoś to zobaczył. Mogę pokazać, owszem, ale tą swoją starą wersję mgielną. Przy której się tak upierałam. 

Czy ja mam cofnąć czas, pytam???

A ona spokojnie, że TAK. 

Nie pytajcie mnie, jak cofnęłam czas. Nie mam czasu opowiadać. Kiedy indziej. Jak cofnę czas ponownie. Albo zatrzymam. Bo teraz nie mogę. To znaczy mogę, ale nie chcę Teraz chcę wam napisać o PANU DEMONIUM. I nie mogę się, do cholery, doczekać, kiedy będę mogła! 

Dobra, napiszę od razu. Zara Li i tak ma już sporo do przodu. Śmierć nie zając. 

Śnił mi się rubin. Rubin to taki kamień szlachetny niezwykłej urody. „Niezwykłej” nie oznacza oceny. Rubin wygląda konkretnie jak… owoc kaliny. 

Nie pamiętam, czy tamta dziewczynka z lasu była ładna. Nie w tym rzecz. Tamta dziewczynka miała coś WAŻNEGO dla mnie w swojej urodzie. Ona miała (ma!) w swojej urodzie jakąś informację dla mnie. Informację, która jest ważna. I ma związek z moim przeznaczeniem. 

Szybko się uczę tego introligatorskiego, prawda? Tak, tak, Szaman Mako nic nie mówi, a ja i tak wszystko wiem. 

Jest taka ogólna zasada w życiu, że każda dziewczyna marzy o tym, żeby mieć starszego brata. Starszy brat to idealny pomost między ojcem, który przypieprza się o jakieś bzdury typu: oceny, bekanie przy stole – a (Boże, uchowaj!) mężem, który przypieprza się o rzeczy wymienione i dodatkowo, mimo dorosłego wieku, nie umie sobie zrobić kotleta ani wyprasować koszuli, o co, rzecz jasna, się przypieprza. Na marginesie, dziewczyny samotne! Nie macie faceta? Pocieszcie się, że nie macie męża.

Wracając do starszego brata. Starszy brat do niczego się nie przypieprza, sam sobie prasuje, sam gotuje, robi jajecznicę na śniadanie, nosi cię na barana i rozśmiesza do łez. Przykład: Szaman Mako. 

Przyszedł wczoraj do rajskiej komnaty, pokazuje mi opakowanie krakowskiej suchej i pokurczony plasterek kiełbasy. I mówi: „Zobacz. Tu jest napisane, że smak dojrzewa z czasem. A ta kiełbasa zrobiła się zielona z czasem. A przecież wiadomo, że zielone to niedojrzałe. Oszukali mnie”. 

Albo, że na przykład jest niedziela i jakiś problem, że o 14.00 jeszcze leżysz w łóżku:

– To zrozumiałe. Człowiek tak bardzo się męczy procesem budzenia, że nie może wstać.

Kurde! Za dużo o nim gadam. Do rzeczy. Śni mi się rubin. Leży na mojej drodze, na złotej łyżeczce. Rozglądam się wokół. Nikt nie widzi. Szybkim ruchem chowam łyżeczkę z rubinem do kieszeni. 

Tego samego dnia jestem w WW. W WW! Jestem z powrotem w Waszym Wymiarze! Ja: DUCH. Przechodzę przez wnękę międzywymiarową (zawsze mnie gdzieś poniesie!) i idę tam z ciekawości, bo jednak jest to, kurde, niecodzienność tak chodzić między wymiarami. Ja pierdziu! Widzą mnie, nie widzą? Patrzą. Ale jakoś na wskroś. Czy ja śnię? Nie, to nie sen. Jestem w WW. Ale nie boję się. Nie czuję nic, prócz ciekawości. 

Wchodzę do galerii handlowej. No gdzieżby indziej? Zastanówcie się. Jakbyście umarli, nie żyli, jakbyście byli duchami, gdzie byście poszli? No, kuźwa, do galerii handlowej, jasna sprawa. Idziecie, nikt was nie widzi. A może widzi?

Nie mam pojęcia czemu, ale moje kroki zmierzają w jakimś celu. Faktycznie, wchodzę nagle do jubilera. Wchodzę do sklepu z rzeczami za miliard. 

Widzi mnie ten subiekt?

– W czym mogę służyć?

Widzi. Widzi!

– Szukam pierścionka z rubinem. W białym złocie. 

Nie wiem, czemu nie pytam o łyżeczkę. Bo wolę pierścionek?

Subiekt odwraca się, szuka po tych wypielęgnowanych gablotach, za chwilę wraca. Pokazuje mi trzy pierścionki. Ja widzę tylko jeden. TEN. 

To on. 

To on mi się śnił. 

To jest prawdziwy ojciec Kaliny. 

Pan Demonium. 

Subiekt nie słyszy rozmowy między mną a Panem Demonium. Ona trwa ułamek sekundy, albo całą wieczność. Oboje jesteśmy w swojej przestrzeni własnego wymiaru. To tak jakbyśmy opuścili budynek galerii handlowej, a jednocześnie w nim byli – na ułamek sekundy albo całą wieczność. Wiem, niektóre frazy są niepojęte. Ale wierzę w was. Ja tu mam na serio dużo większe dylematy niż język polski. 

Muszę go mieć!

Nie mam pojęcia jak. Nie wiem. Nigdy nie kradłam. Poza tym, skąd mam wiedzieć, co się dzieje z duchem, którego łapie policja? Nie wiem nic. Nic! Myśleć, myśleć. 

Muszę go mieć.

Nie wiem, jak. Zaraz będę wiedziała. Zara…

A tymczasem subiekt robi rzeczy niebywałe. Raz: daje mi Pana Demonium do przymierzenia. Ja pierdzielę. Nakładam pierścionek na środkowy palec lewej dłoni. Pasuje idealnie, ale to przecież nie jest żadna niespodzianka. Wszak to MÓJ pierścień. Przyglądam mu się. Nie ma żadnych zabezpieczeń. A ten gościu się ODWRACA i zajmuje jakimś zegarkiem! Specjalnie! Mam tylko dwa kroki do wyjścia. Jak polecę przed siebie, nikt mnie nie dogoni, myk do wnęki międzywymiarowej i Pan Demonium jest mój! 

Sprzedawca, nie podnosząc głowy znad zegarka, podaje cenę pierścienia. Jakiś milion miliardów, nie pamiętam. Nieważne. Ja nie mam żadnych pieniędzy i tak. 

  • Proszę mi go odłożyć. Muszę to przemyśleć. 
  • Na jakie imię odłożyć?
  • Noemi. 
  • Proszę spojrzeć, czy dobrze napisałem.
  • Bardzo dobrze. 
  • Pierścionek będzie czekał na panią do środy. 
  • Doskonale. 

Do środy. Mam czas do środy. 

Muszę go mieć!

PS. Muszę go mieć. 

Józefstalina i Wąż

Zanim zacznę pisać na serio, muszę wspomnieć trochę więcej na temat przyczyny mojej śmierci. Chodzi o dwie osoby z mojego poprzedniego życia. Czyli z WW. 

Pierwsza z nich to Wąż. Wąż przyśnił mi się jeszcze w dzieciństwie i według ostrzeżeń tego proroczego snu, miał mnie w przyszłości ukąsić. 

Śmiertelnie. 

Gdy podrosłam, faktycznie poznałam Węża, a nie pomna snu (kto w WW zwraca uwagę na sny?) – nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Więcej. Pokochałam go. 

Niestety, zaczął mnie kąsać. A ja zakochana. Wiecie jak jest. „To tylko raz się zdarzyło”. „To na pewno przypadek”. „On nie chciał”. A to, a tamto, a sramto. I tak długo i dotkliwie mnie podgryzał, aż się rozchorowałam. Jak już wiecie: śmiertelnie.

Zanim jednak umarłam, poznałam pewną kobietę o imieniu Józefstalina. Józefstalina należy do typu, jaki świetnie określa pewien gatunek ptaka, którego widziałam kiedyś na YT. Ten ptak tak doskonale naśladuje dźwięki, że w pewnym momencie człowiek jest kompletnie zdezorientowany, czy stoi przed nim pierzaste zwierzę, czy na przykład przejeżdża wyścigówka. 

Józefstalina też tak umie, tylko lepiej. Potrafi bezbłędnie naśladować całe sekwencje zachowań. Kiedy więc ją poznałam, odetchnęłam z ulgą: wreszcie ktoś inteligentny, na moim poziomie. Błąd. Bo Józefstalina po prostu tak wiernie naśladowała mnie samą, że uległam iluzji „człowieka na własnym poziomie”. I w tej iluzji znalezienia prawdziwej przyjaźni trwałam do momentu, gdy (aby się ratować) postanowiłam opuścić Węża. Zadzwoniłam do Józefstaliny:

– Odchodzę od Węża. 

– Ach! Przekaż mu, że NIE JESTEM po twojej stronie. 

Od tamtej pory zostałam sama. A potem umarłam. A gdy leżałam w rajskiej komnacie i karmiłam się kolorami Nadwymiaru, aby dojść nieco do siebie po tej zdradzie i (bagatela) śmierci, coś mi kazało wreszcie wstać i rozejrzeć się po okolicy. Bo to jednak, umówmy się, kosmos jest. 

Wstałam. Wyszłam z mieszkania Wió (a raczej z jego wyższego wymiaru), przeszłam przez rajski ogród i poszłam w górę, do lasu. 

Las to był, kochani, ABSOLUTNY. 

Mroczny, a jednocześnie kolorowy. 

Gęsty, a jednak przejrzysty. 

Cichy, a przecież pełen szeptów. 

Najpierw zauważyłam motyla. Pazia Królowej. Nie opuszczał mnie na krok. Jakby mnie śledził. Być śledzonym przez motyla to jednak żaden powód do niepokoju. Szłam więc powtarzając wciąż słowa zasłyszane na początku mojej podróży w Nadwymiar: „nie bój się, nie bój się…”. 

Niebo prześwitywało przez korony drzew i przypominało tamto, z zaćmienia słońca. I coś w powietrzu drżało, coś zapowiadało, sama nie wiem: obietnicę, czy grozę?

Szłam. 

Ku górze. Wciąż ku górze. Noga za nogą, choć śmiertelnie wycieńczona, wlokłam swoją duszę w nieznajomym celu. 

Wreszcie doszłam na szczyt. Zamiast się rozjaśnić – las jakby zgęstniał, zabrał mi niebo. Zrobiło się mroczniej i mniej kolorowo. A ja te swoje: „nie bój się, nie bój się” – jak mantrę. Siadam przy tysięcznowiekowym buku odpocząć, wokół mnie chmara komarów. Nie gryźcie, błagam, ja już nawet krwi nie mam. Nie gryzą. Przyglądają się. Ciekawy stanowię wszak obiekt. 

Motyl gdzieś znika. 

Na ziemi leży jagoda kaliny. Podnoszę. Nie jem! Nie wolno! Ale patrzę, a ona taka bezbronna, taka delikatna, taka… sama nie wiem… drażliwa?

Cała na wierzchu z tą swoją czerwienią, tak jak ja, gdy się jeszcze leczyłam i słyszałam od lekarza: „ona ma nerwy na wierzchu”. Tak samo ta. A moje palce na niej. Brr, ostrożnie odkładam jagodę, patrzę wokół. Ale nigdzie nie widzę jej krzewu. Jakby z tego buku spadła. Tysięcznowiekowego. 

I nagle wraca motyl! Ale nie do mnie, pod buk, tylko na ścieżkę, kilka kroków dalej. Nad tą ścieżką lata przez moment i znów znika! 

Jezu, idę zobaczyć. Drogę przecina mi wiewiórka. I znów mrok, jakby ktoś słońce wyłączył, jakby właśnie było tak, jak wtedy, gdy to zaćmienie… 

I widzę ścieżkę. A na niej, jakby patykiem ktoś przed chwilą wyrył jedno słowo:

NEMEZIS. 

Głucho się zrobiło i w głuszy dźwięk tego słowa. To tak, jakbyście przy głośniku stanęli, cisza i nagle: NE-ME-ZIS. A potem to echo w ciszy się roznosi i wam czaszkę rozsadza. 

To tak. 

Stoję więc, rozsadza mi czaszkę i nagle coś białego w kąciku oka błyska. Tylko przez moment zdążyłam spojrzeć, olbrzymi pies w kolorze śnieżnobiałym biegnie, odbija się na tylnych łapach, leci wprost na mnie, ja tylko instynktowny odruch: plecami się odwrócić szybko, jak najprędzej, nie ma mowy o strachu, nie ma mowy o wahaniu, łup, leżę. 

Budzę się, czarno. Zegar tyka. Otwieram powieki. Dwunasta. 

– Północ. 

Głos jest męski. Dorosły. „Nie bój się, nie bój się”- wali mi w głowie. Przenoszę wzrok z zegara na twarz, co do głosu należy… 

 O, Jezu Chryste.

Śmierć

Umarłam w piątek o godzinie piętnastej. Dokładnie pamiętam moment, w którym zorientowałam się o nadchodzącej śmierci. Było za pięć trzecia… 

Wiecie, jakie to uczucie, gdy dociera do was kategoryczność Losu? Gdy dochodzi do was ta nieodwołalność Postanowienia, że to już za chwilę? Pięć minut?!

Łatwo o panikę. 

Dreszcz paniki przebiegł więc po moim (żywym jeszcze) ciele. Ale coż z tego, że człowiek ulegnie panice? Tu nie ma czasu na tak bezproduktywne stany. Pięć minut to niewiele, choć nagle ten z pozoru niewielki czas jakby zyskał nową wartość. A właściwie nieskończenie wiele wartości. 

Siedziałam wtedy naprzeciwko okna, obok którego wisi zegar skrzynkowy. Zegary skrzynkowe głośno odmierzają sekundy. W ciszy popołudniowej, w echu tej wstrząsającej wiadomości (że za pięć minut), owo tykanie zegara osiąga wymiar totalny. 

I nieskończony. 

Wymiar totalny i nieskończony – w skrócie Nadwymiar odnosi się zarówno do Raju jak i Piekła. Aby to zrozumieć, należy przywrócić w pamięci matematyczną zasadę zbiorów, w której A i B należą do zbioru C. Wymiar totalny i nieskończony odgrywa tu rolę zbioru C, a poprzednie literki oznaczają odpowiednio: Piekło i Raj. Czyli Nadwymiar.

Jezu. 

PIĘĆ MINUT! Jak będę tak jojczyć, że za pięć minut, całe pięć minut szlag trafi i cześć. Czas nie jest z gumy.

Chociaż? Jeśli tykanie zegara osiąga wymiar totalny i nieskończony – znaczy, że jego tykanie nie kończy się nigdy. Nie kończy się bowiem żadna wartość z matematycznego punktu widzenia. Dążenie do zamknięcia czegokolwiek jest procesem nigdy nie zamkniętym, ponieważ zawsze znajdzie się jakieś 9 po przecinku. Jeśli zatem nie może się zamknąć – dajmy na to – sekunda, to jak może się zamknąć pięć minut? Sami spójrzcie, ile to czasu! I ja mam to wytrzymać tu, przed tym zegarem, jak za oknem wiosna? A za oknem Raj…?

Każda nauka ma swoje paradoksy, matematyka również. Zrozumiałam to bardzo dokładnie, niestety już po śmierci. Ale nie gadajmy o matematyce, czasu szkoda. Choćby i całej wieczności. 

Siedzę więc, jak wspomniałam, na przeciwko okna, słyszę to tykanie i zmagam się z ciągle jeszcze walącą do bram mojego umysłu paniką. Wali i wali, trochę mnie męczy. Nie mogę uchylić drzwi i powiedzieć, żeby sobie poszła, bo nie dość że stracę cenny czas, to jeszcze nic nie zyskam. Gorzej: pogrążę się. Ona z pewnością to wykorzysta, wsadzi nogę w drzwi, wepchnie się razem ze mną do środka i popłyniemy obie w tę część zbioru, którą oznaczyliście Piekło. 

No więc tkwię nieruchomo, jak człowiek, który po linie się porusza i właśnie zagroził mu upadek. Zastygam w bezruchu. Powiem wam na marginesie, że warto przyswoić tę zasadę. Jest to zasada z Nadwymiaru i działa bez zarzutu. Gdy wpadacie w panikę – nie róbcie nic. Bezruch. Trzeba to przeczekać. Każde działanie w panice skutkuje runięciem do Piekła.

I tak ja – niczym linoskoczek – tkwię marmurowo i patrzę na drzewo za oknem, a wspomniane drzewo ma na imię Wiąz. Ptaki go lubią. Szczególnie upodobały go sobie dwie sroki i kos. Sroki są niezwykle mądre. Mniej więcej tak w połowie mojej choroby (gdy już zapomniały o mnie wszystkie przyjaciółki) – sroki zaczęły mnie odwiedzać. Jedna nawet pochwaliła, że mam ładne gniazdko. W sensie, że urządziłam ładnie. Przyjemnie mi się zrobiło. Kos natomiast śpiewa. Ale teraz, przed moją śmiercią wszystko jakby ucichło. Sroki milczą. Kos milczy. Świat się zatrzymał. Przenoszę wzrok na zegar, ledwo odmierzył minutę. To się faktycznie nie kończy!

Życie nie kończy się NIGDY.

O kurde. Teraz dopiero panika zaczęła walić w drzwi. NIGDY?! Nieźle się wpakowałam. Boże, co robić? Nie ruszać się. Nie ruszać się. Nie ruszać się. 

I tak dobrnęłam do drugiej minuty i zostały mi już tylko trzy. 

Nie można pochopnie stwierdzić, że to już z górki. Nie. Bo jak człowiek przebimba na zmaganie się z paniką jedną trzecią czasu, to KURDE NIE MOŻE PRZEBIMBAĆ RESZTY NA ŻAŁOWANIE, ŻE PRZEBIMBAŁ JEDNĄ TRZECIĄ!

Ok. Trzy minuty. Co jest do zrobienia? 

Testament! Jaki testament? Co? Czekajcie, analiza, synteza. Po kolei. 

I teraz dzieje się to, co na filmach. Klatka po klatce wszystkie załatwione i niezałatwione sprawy, całe życie. A stosunek świadomości do nich – po kolei, do każdej z nich – jest stały constans i określony wartością samą w sobie, a więc normą W. o nazwie: Wyjebka. 

No bo co? 

I tak nie zdążę. Za trzy, o pardon! – dwie minuty mnie nie będzie, więc co mnie to wszystko obchodzi?

I tu nagle (zwróćcie uwagę, jak szybko poszło, na wartości W. zawsze idzie jak z płatka), zbliżamy się do Bramy, którą opisują (po omacku) poeci oraz ci od kościoła katolickiego (nie dość że po omacku, to jeszcze bez poezji), a którą też sama widziałam nieraz. Choć mgliście.

A jednak gdzieś na horyzoncie Jaźni, gdzieś TAM. 

Kiedy to było?

Może wtedy, jak czytałam Vonneguta? Albo gdy z rozpędem wbiegałam do jeziora?

Na pewno był też taki moment, o którym tu nie wypada pisać. Ale był. 

Niejeden. 

No i teraz. Formuje się powoli, nieskończenie wolno. Z tym „nieskończenie” mam dziś ambaras. No więc NIESKOŃCZENIE powoli: sekunda po sekundzie wyrastają kolejne kwiaty magnolii na pergoli Bramy. Rozpina się jej kwiatostan między mną, oknem a ogrodem, w którym mieszka Wiąz. Słońce przenika przez ściany Bramy, jakby była z przeźroczystego marmuru niczym Tadź Mahal. Nie ma już materii, jest tylko Energia. Gęsta, plastyczna, lekka, a jednocześnie nieskończenie (!!!!@#$%^&!!!) stabilna.

A ja dokładnie tak samo jak wiatr, unoszę się z ciała, przenikam swój umysł i lecę przez Bramę. 

Do zbioru A. Bo tak go nazwałam. A. 

A jak Raj. 

Pewna baba w osiedlowym AGD mówiła, że w jej Bramie stoi ławeczka. U mnie żadnej ławeczki nie widać. Zresztą, cóż za pomysł. Jak się przechodzi przez Bramę Raju, to się nie siedzi. Siedzieć można, jak się człowiek zastanawia. Podejmuje decyzje. Waży. Ja nie ważę nic. Ja lecę. 

Ale nie tak hop-siup!

Co nagle to po diable. A ja w tym momencie nie powinnam ryzykować tego rodzaju zwyczajów. Wiadomo, jak to się kończy. To znaczy, mogłabym powiedzieć, że nie wiadomo, bo oto właśnie przekraczam Bramę Raju, a nie Bramę Piekieł, a jednak skądś (kiedyś napiszę, skąd) – wiem. Jak się siedzi w Raju, to się właściwie wie wszystko. Czemu? Bo żeby trafić do Raju, najpierw trzeba przemierzyć nie tylko Bramę Piekieł, ale literalnie całe Piekło, z każdą jego meandrą oraz – co ważne! – z piwnicami włącznie. 

Dobra, wrócimy i do Piekła. Tymczasem mam ostatnią setną, tysięczną, milionową sekundy, tą zagubioną w procesie matematycznym jedynkę po przecinku – żeby zebrać tyłek z tego świata, o którym od tej pory będę mówiła Wasz Wymiar, w skrócie WW. No więc zmykam z WW, nic mnie tu nie trzyma już. 

Tylko jedna myśl nagła. 

Taka analogia.

Człowiek ma skłonność do porównań, analogii, szukania punktów wspólnych. Bo kto jeszcze ze znanych ludzi umarł o piętnastej w piątek? W TEN PIĄTEK?! WIELKI PIĄTEK?!

Jezus Chrystus. 

A co mówiła Fiolet? (Fiolet jest ode mnie o dwa fraktale wyżej, co nie znaczy, że wie wszystko. Fiolet jest Wichrem i kiedyś wam o niej opowiem.) Otóż Fiolet mówiła, że J.C. umarł w Wielki Piątek o piętnastej. Jak ja. 

No i co? Mało to ludzi umiera o trzeciej w Wielki Piątek?

Inna sprawa, że – jak wspomniałam, Fiolet dużo wie, ale wszystkiego nie. Nie wie oczywistej oczywistości, że Jezus Chrystus wcale nie umarł o trzeciej w Wielki Piątek, bo Jezus Chrystus żyje. A skoro żyje, nie umarł wcale. A już na pewno nie na krzyżu, jak jakiś przegryw. Jezus należy do tych istnień, które przechodzą Ostatni Poziom Świadomości, nie umierają w ogóle, nie mają pogrzebu, ani grobu. Ludzie roją sobie na ich temat cuda, snują domysły, dopisują historię i religię, a oni tymczasem są oraz ich nie ma, bujają w Niebycie oraz Wszechistnieniu i robią, co chcą. 

Jak ja. 

I z tą lekkością NIE-MYŚLI przemknęłam bezszelestnie BR, zza której teraz do was piszę. 

Nazywam się Noemi Susenbach, pochodzę z Wrocławia. Datę mojej śmierci już znacie. Nie wiecie tylko, dlaczego zdecydowałam się pisać 09233w?G”T|$$$$$$$$$$gt365/z zaświatów. Otóż podjęłam się tego zadania z różnych powodów, ale powiem o jednym, tym dla was najważniejszym. 

Żeby was ostrzec.