This Is Poland

– W skrócie TIP – wyjaśnił Leo, gdy zza wnęki międzywymiarowej doleciały nas bluzgi.

Będę ten skrót stosować. Za każdym razem, gdy zabrzmią te wrzaski, gdy usłyszę o pedofilii w Kościele, gdy ZUS będzie mnie ścigał za to, że żyję, gdy kolejny pierdyriald zostanie przepierdyriolony na jakieś ha gie wu co.

TIP.

Wygląda jak stempel, brzmi jak puenta.

TIP.

Dziecko owsik do mamy owsika: – Czemu mieszkamy w dupie? Tu jest tak brzydko i śmierdzi!

– Bo to jest nasza OJCZYZNA.

TIP.

Policja więzi za kwiaty w kieszeni.

Warto się lepiej upić.

TIP.

Na zewnątrz to „Kongres Kobiet”.

A w środku stara baśń.

TIP.

– Mąż rzucał krzesłami o ścianę.

– Lecz w panią nie trafił, więc jaki problem?*

TIP.

– Mówił, że robię „chujowe” spaghetti.

To jak pani gotuje?!*

TIP.

Ach, jaki to piękny kraj! Tu są nasze billboardy, tu jest nasza TĘCZA.

A w lasach śmieci kolorowe.

TIP.

Ten łabędź na nodze ma takie żelastwo, że nie może chodzić. Ale ładnie wygląda. W parku.

Nemezis. Noemi Susenbach

* fragmenty oznaczone gwiazdką pochodzą z rozprawy rozwodowej w Sądzie Okręgowym w Gdańsku.

This Is Poland.

RIP.

Biały rower

Sytuacja jest bardzo trudna. Rozmawiałam o tym z Eligiuszem. Jaka sytuacja jest trudna? Na przykład pierwsza wieczność po skończeniu dzieła.

Kiedy tworzysz, doświadczasz ekstazy. Dosłownie lecisz karuzelą łańcuchową przez przestrzeń kosmiczną, wokół wybuchają kolory i niespodzianki. Aż tu nagle: buch, koniec. Stawiasz kropkę i otwiera się otchłań.

CO TERAZ?!

NIC.

Nicość absolutna. Bez prawa do niczego. Bo spieprzysz.

To nie jest łatwe. To jest straszne. Tym straszniejsze, że cały mozół (tak, mozół!) na karuzeli, wszystkie te piruety galaktyczne działy się przecież z prędkością kosmiczną, kuźwa, piątą. Szybko, szybko, szybko!!! Jakby kto gnał. Jakby niewidzialny Bóg Dyrektor wymownie patrząc na zegarek, mełł pod nosem niewypowiedziane „ileż można…”.

I oto proszę, stopery stop.

Bóg Dyrektor patrzy.

Drapie się po nosie.

Owszem, ma ochotę poprawić, maznąć gdzieniegdzie. Ale nie. Skończone to skończone. Nie ma co poprawiać. Pat. No więc moja sytuacja jest jeszcze trudniejsza. Jestem w trakcie malowania ramy roweru.

Szaman znosi do arki żelastwo. Z tego żelastwa wydłubuje szprychy, korby, kliny, suporty, widelce. I potem składa to wszystko w najpiękniejszy rower świata. Do tej pory zrobił jedenaście rowerów. Wśród nich pojawiła się Nemezis. Biały Kruk. Mój rower.

Położyłam drugą warstwę. Czekam aż wyschnie.

Ta sytuacja jest trudna.

Gwiazda, której nikt nie widział

Śmierć to tabu, przemilczany temat. Albo odwrotnie: woda na młyn. Można ją przehandlować na tekst w gazecie, albo rozmienić na drobne rzucone księdzu. Użyć. Wykorzystać. Wybory wygrać. Płytę sprzedać. Lajka dostać. Pohisteryzować na tyle, na ile się opłaci. A potem zużytą wyrzucić, wzgardzić. Przykryć foliową plandeką. Zakopać. Zapomnieć. 

A co z poezją śmierci? Co z jej magią?!

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure? Pamiętacie ten mrok, który nikogo nie przerażał, nikomu nie szarzał życia, przeciwnie: nadawał koloryt?

Co z tego, że czarny! Czy ktoś odmówi czerni elegancji? Czy ktoś zarzuci czerni jakikolwiek brak? 

Nie bez powodu istnieje pojęcie ciała doskonale czarnego. W czerni bowiem tkwi perfekcja, tajemnica domknięcia wszystkich barw świata. Czarny to jednocześnie wszystko i nic. Największa gęstość i najmniejsza powierzchnia. Kategoryczność grawitacji. Totalna niewidzialność.

Niedościgniony paradoks słynnego zdania: „ciemność widzę!” do dziś nie został pokonany w dialogach. Każdy by chciał. Każdy by marzył. Być ujrzanym i nie istnieć. Istnieć i być niewidzialnym. Do wyboru, do koloru. Jedynego. Najlepszego. Czarnego. 

Podobno jest taka gwiazda, której nikt nie widział. Nazywa się Nemezis. Jej potężna grawitacja wyrywa z orbit ciała niebieskie, które krążą gdzieś poza naszą świadomością, dopóki wyrwane ze swojego toru nie zmienią kierunku. Być może to właśnie jej znudziło się panowanie gadów i postanowiła zmieść ich z powierzchni Ziemi jednym niedostrzegalnym ruchem woli wyrywając z toru pokaźny meteoryt. 

Czerń Nemezis ma niezwykłą moc. 

Czerń Nemezis ma moc śmierci. 

Hałaśliwa pstrokacizna tandety wyparła z życia szlachetność śmierci. Ludzkość o niej zapomniała. Jakby jej nie było, jakby nie istniała – niczym kolor czarny. A przecież jest. Na każdym kroku. Codziennie. 

Wczoraj, dziś, jutro. 

Byliśmy, jesteśmy, będziemy. 

Umieraliśmy, umieramy, umrzemy. 

Czy ktoś odmówi jej elegancji?

Perpetuum mobile

Największy mój problem wcale nie dotyczy żadnej wojny. Ani z Wężem, ani z ludzkością. Największy mój problem to mój własny osobisty obóz koncentracyjny w mojej głowie. Od chwili śmierci, gdy już NIC nie muszę, każdego dnia walczę z samą sobą, żeby pozwolić sobie na to, żeby właśnie nic nie musieć. 

Każdego dnia coś mnie zrywa z sarkofagu i każe zapieprzać grom wie dokąd. 

A że nie mam dokąd i po co (wszystko już przecież zrobiłam, wszystko!) – leżę drżąc w poczuciu winy, że nigdzie nie zapieprzam. 

Bo zaraz, za chwilę, dziś, jutro, przyjdzie jakieś absolutnie kategoryczne pismo, że coś gdzieś jednak jest nie zrobione i zapłacę za to, oj, jak ja za to zapłacę! 

Przyjdzie kurator sądowy, policja z milicją, dyrektorka szkoły z matką przyjdą i będę miała za swoje. A przecież wszystko, wszystko, rodzina, dzieci, praca, kariera, siedem książek, dom, nominacja do nagrody, podłoga w kuchni, naczynia, obiad, wywiadówka, bigos na święta, remont, porządek w szafie, nauka języków obcych, korepetycje z matematyki, depresja i terapia, WSZYSTKO MAM ZROBIONE. 

To czego jeszcze od siebie chcę?!

Oczywiście, leżąc tak w bezruchu, starając się po tym ZROBIENIU WSZYSTKIEGO odpocząć, wszak obiecano, że po śmierci będzie spokój – gówno odpoczywam, bo mięśnie napięte do granic możliwości męczą mnie straszliwiej, niżli bym w polu robiła. 

Czemu jestem taka zmęczona, pytam Ewelement, a ona mi mówi, że w blokach startowych zawodnicy męczą się najbardziej. Napięcie. Napięcie sięgające zenitu. 

Napięcie przed nie wiadomo czym. 

– Na terapii mówią… – zaczyna Ewelement, czym mnie doprowadza do furii, bo czy ona myśli, że ja nie wiem?! Nie wiem niby, co mówią na terapii?! Ja z terapii mogę zrobić profesurę, przewodnik terapeutyczny napisać mogę, co zresztą już dawno MAM ZROBIONE. W kilku tomach.

Tylko nie wiem nic o odpoczywaniu.

Odpocząć – rzecz to niemodna, niewłaściwa, naganna. Zwłaszcza dla kobiet. Kobieta to taki instrument, który zaprzecza prawom fizyki. Perpetuum mobile. Chora nie chora, umarła nie umarła, dryd-dryt, dryt-dryt, kręcą się koła zębate niezmordowanej maszyny. Chciałabym zalać świat Oceanem Pomarańczowym, a sama się nawet w kostium nie przebrałam. Nie mam czasu. Muszę zapieprzać. Muszę myśleć, że muszę zapieprzać. Muszę myśleć, że jak nie zapieprzam, to jestem WINNA. Wypełnić napięte ciało poczuciem winy za to, że JEST. Człowiek przecież nie może po prostu być, człowiek musi coś robić, usprawiedliwić się przed światem, po jaką cholerę na niego przyszedł. 

Wytłumaczyć się z istnienia. 

Zapłacić za życie. 

A przecież sama w sobie jestem życiem! Nieskończonością istnień! Jeśli tylko chcę… 

– Pewnie że chcę! Chcę zamienić się w wicher, być zorzą polarną, światłem! Z wielką ochotą! Tylko czemu tak uparcie wyrywam się z tamtej świadomości, czemu schodzę z chmur i sama sobie dokręcam tę psychopatyczną śrubę? Czemu katuję się z powodu wymyślonych przez siebie, nikomu nie potrzebnych zadań? Czemu więżę się za tą bramą z napisem ”Arbeit macht frei?!” 

Ewelement słucha mnie w milczeniu, ogląda jakieś fotki, a gdy wreszcie stawiam poprzedzony długim i pełnym emocji monologiem znak zapytania, odpowiada głucho:

– To nie był dobry pomysł. Robić zdjęcia mojej siostrze. 

Oczy rusałki

Pompowanym flamingiem! Można. Pływać. W moim oceanie. 

Tymczasem minęło sto lat od mojego ostatniego wpisu i zdażyło się milion rzeczy. Najpierw: Pan Demonium. Zaniosłam go do jubilera i zrobiłam aferę jak sto pięćdziesiąt. Dobrze się złożyło, bo gdy wchodziłam do salonu, szef siedział na fotelu i jakaś dziunia do spraw obsługi klienta kluczowego i polerowania gablot – robiła mu zdjęcie komórką. Widząc, że oto wchodzi Szwadron Śmierci (ja i Zara Li), który bezlitośnie konstatuje ten jego być może jedyny w życiu narcystyczny moment i bezgłośnie prycha, bo nie ma nic śmieszniejszego na świecie niż facet pstrykający sobie selfie i to nawet nie samodzielnie pstrykający sobie selfie, ale za pomocą dziuni – przerywa gestem sesję zdjęciową, cały w ambarasie, raz dwa!, staje przy mnie i pyta: 

– Czym mogę służyć?

UNIŻENIE.

No to jadę. Bez ogródek. Bez dzień dobry. Dla kogo dobry, dla tego dobry. I tak:

N: Postaram się nie oceniać, tym bardziej, że ocena sama się nasuwa!  

Selfie-man: Będę wdzięczny, tym bardziej, że to nie ja jestem winien. 

N: A kto? 

SM: Diamenty. 

N: Diamenty winne! Bogu ducha chyba! Wyrwane z serca Ziemi przepiękne kamienie szlachetne, które zostały SFUSZEROWANE?!

SM: Czy pani chce w zamian inny pierścionek?

N: Co?! Dobrze słyszę? Pan chce w miejsce mojego klejnotu, który MA IMIĘ, dać jakiś inny pierścionek?!

Kajał się. Wziął Pana Demonium ostrożnie w ręce, z drżeniem się nim zajął. Obiecał, że brylanty choćby spod ziemi wykopie i osobiście od nowa zakuje. No może nie osobiście, ale głową ręcząc. 

A ja po raz pierwszy od śmierci złożyłam podpis na dokumencie reklamacyjnym. Noemi Susenbach. Trzęsła mi się dłoń. 

No i sprawa załatwiona. Tymczasem dopadły mnie kolejne problemy, bo jak się okazuje – w raju spokojnie wcale nie jest. Bynajmniej. 

Są pewne instytucje, które nawet po śmierci cię dopadną. Jedną z nich jest ZUS. 

Słowo honoru. ZUS mnie dopadł. I już im raz odpisałam, że nie żyję, a jeśli chodzi o kasę, to ściślej mówiąc: nie mam za co żyć. Ale nie dotarło. Będąc duchem trudno odpisać tak, żeby dotarło. Choć trzeba. 

Jak się przekonuję, są rzeczy, które trzeba bez względu na fizyczną wykonalność. To jest tak, jakbyś stała przed wielką boginią Nemezis i mówiła: ej, serio, to się nie da – a ona nawet ramionami nie wzruszy, tylko patrzy ci głęboko w oczy, tak głęboko, że masz ciary i wtedy dociera do ciebie nieuchronność jej decyzji.

MUSISZ. 

Obiecałam sobie, że nie siądę do pisania, zanim się z tym ZUS-em nie rozprawię. I tu się zaczęły schody. Bo ja bardzo lubię pisać, dokładnie tak samo, jak Krucy lubi latać. To się lubi strasznie, po prostu uwielbia. I teraz się stoi przed tą Nemezis i ona oznajmia:

– Mam dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą. Którą chcesz najpierw?

– Dobrą. 

– Możesz pisać, kiedy chcesz. 

– Juhu!!!

– Druga wiadomość jest taka, że musisz najpierw ogarnąć ZUS. 

Aaaaa!!! Nie! O Boże! Tak się nie robi! To jakbyś wzięła dzieciaka na basen i kazała najpierw w brodziku dwie godziny (CONAJMNIEJ) spędzić, żeby potem pozwolić na zjeżdżalnię!

Ogarnęłam. Ogarnęłam to w try-pindy pisząc w sumie całkiem przyzwoite rzeczy, bo jedynie prawdę. Wiecie, o co chodzi z tym, że mi się zawsze wszystkie wątki zapętlają? Bo ja nigdy nie zmyślam. Zmyślanie jest dla ludzi, którym się w życiu nudzi. W moim jest siwy dym. To co ja jeszcze będę dokładać? 

Niemniej ogarnęłam, napisałam, wysłałam i nie mój problem chwilowo. Człowiek nawet w spokoju umrzeć nie może. Hieny. 

Wyjdźmy z krypty. 

Więcej napisać nie mogę. 

Zjeżdżalnia jest dobra, ale męczy. A ja po chorobie. I śmierci. 

… Na marmur się im dorzucać! Sama nagrobka nawet nie mam. 

Dobra, Ocean Pomarańczowy. Szatan Kometa dał mi książkę. On wie, że mnie już niewiele zachwyca (trudny stan), a jednak potrzebuję paliwa, bo zjeżdżać na zjeżdżalni każdy debil potrafi. Parafrazując No, rzecz jasna. Ale latać w siedem de przez przestrzeń kosmiczną to już trzeba paliwa. 

I on dał mi tę książkę. 

Andrzej Sapkowski. 

„Ostatnie życzenie”. 

Byłam przekonana, że jeśli napiszę tu o jakiejkolwiek książce, to z pewnością będzie to tylko MOJA książka. Dla kogoś to już się narobiłam. 

Tymczasem proszę. I to mężczyzna! Nie wierzę. A jednak. 

Mam za sobą pierwsze opowiadanie o strzygach, właściwie o strzydze jednej, która była królewną. Brzmi jak brzmi. Ale ma potencjał. Tym potencjałem jest Głos Rozsądku o numerze 1., który opowiada o dziewczynie z oczami rusałki, co ją widziano w okolicach RUMIANKOWEGO MORZA. 

Andrzej, jesteśmy z pobliskich planet. Tyle ci powiem. Może być, że się nie rozstaniemy. Trochę ci już zazdroszczę. Poznania mnie. 

Sami widzicie, jak to się dzieje. Ledwo udostępniłam go światu (Ocean Pomarańczowy), a już znalazł kolegę. Wszechświat jest niesamowity. To się samo dzieje. Wystarczy zaufać. 

No i ostatnie. Nuna się znalazła. Konkretnie przyszła z lasu do mieszkania Wió, stanęła pod oknem i rozdarła się jak klasyczna dziewczyna z Kętrzyna. A potem przyszła Ewelement i pstryknęła to zdjęcie. I nikt mi nic nie zrobi, bo sami widzicie, jaki to rodzaj fotografii. 

Przyszła z lasu, stanęła pod oknem i rozdarła się jak klasyczna dziewczyna z Kętrzyna…

Nemezis

Żaden. Nic z tych rzeczy nie miało szans się wydarzyć, bo nie jestem taka głupia, żeby przehandlować pierścionek – choćby by był z rubinem wielkości meteorytu – za miłość, czy przyjaźń. 

W przypadku miłości jeszcze pelerynę! 

Dajcie spokój. 

Mam w żyłach żydowską krew. To zobowiązuje. Nie ma głupich. Kamienie szlachetne są tylko wtedy szlachetne, gdy mają duszę. A przehandlowany za miłość* kamień staje się tylko kawałkiem szklistego materiału. Na cholerę mi szklisty materiał, jeśli mam miłość i skrzydła Nemezis?!

Wczoraj uzmysłowiłam sobie, że nie wyjaśniłam wam miliona rzeczy. Na przykład Orion. Biały Pies z Góry Przeznaczenia. Rzucił się na mnie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Szamana Mako. Czekajcie, odwrotnie. Najpierw się rzucił, a potem go zobaczyłam. To jest odwrotnie?

Sami widzicie. Tego się nie da opowiedzieć! A ja muszę. 

Taką mam misję. 

Orion to jest pies przewodnik. Inaczej nie umiem tego nazwać. Orion też ma misję. Ale nie tak jak Ziarno, anioł z krawędzi światów. Ziarno jest przykuty do miejsca. Związany karmą. Orion jest wolny. Jego misja jest jego bezpośrednią wolą. Przychodzi do ciebie, bo chce. Kuźwa, RZUCA SIĘ NA CIEBIE, gdy chce!

Ale nie zrobi ci krzywdy. On pilnuje, żeby kto tam sobie krzywdy nie zrobił. 

Oczywiście, nie każdy ma Oriona, a może raczej: nie każdy Oriona widzi. I na tym właśnie polega problem ludzkości. Ludzie nie widzą Oriona. A on się pokazuje. Zwróćcie uwagę. Biały pies. Dość duży. Bardzo piękny, o czystej (nawet w słotę) sierści. Sprawia wrażenie, jakby był z kryształu. Czasem idzie na smyczy dla niepoznaki. Czasem inaczej się nazywa. Imiona nadawane przez ludzi rzadko mają pokrycie w rzeczywistości Nadwymiaru. Niestety. Ale każdy, kto go zauważy i zrozumie, że to jest Orion – wkrótce dostanie bezpośredni znak, co ma dalej robić. 

Bo łączy się z Kosmosem. A to już wygryw. 

Oriona mamy więc z głowy, pewnie jeszcze nieraz do niego wrócimy, tymczasem: Krucy. To już jest nieco wyższy poziom skomplikowania. Jak wiecie, Krucy jest ptakiem. Konkretnie krukiem. Gdy wchodzimy na temat kruków, wiadomo, że będą schody. Kruki to najbardziej niepokojące ptaki na świecie. Każdym świecie. 

To, że kruki ze sobą rozmawiają, nadają sobie imiona, tańczą – wiadomo. Wiadomo też, że kruki przepowiadają przyszłość. To one, zachwycając tańcem śmierci, poinformowały mnie, że za chwilę będzie rzeź. 

Krucy to jeden z tańczących kruków. Zwycięzca. Nie odstępuje mnie od tamtej pory. To znaczy, żeby było jasne. Nie usiadł mi na ramieniu. Po prostu poleciał tam, gdzie ja i co jakiś czas się pojawia, krąży nade mną przepowiadając przyszłość. Zwykle: tarapaty. Ale nie trzeba być krukiem, nie trzeba być nawet orłem, żeby przepowiedzieć mi tarapaty. To już nawet Orionem można być. I pojawiać się na szczęście bez chwili przerwy. Tarapaty i tak BĘDĄ. 

Nie ma przeciwności losu. Jest LOS. A ja się w nim zawsze tak ustawię, by stać się przeciwnością. 

Najważniejsze to mieć tego świadomość i dobrze się bawić. Jak się idzie na deskę, to przecież nie po to, by kołysać na falach. Dobra zabawa to zawsze walka. 

Wracając do Krucego. To, że on mi się pokazuje, coś wskazuje. Wszystko coś znaczy. Taka jest zasada w Nadwymiarze. Nie ma przypadków. No więc, gdy widzę kruka, wiem, co dalej robić. Zaglądam do Księgozbioru, sprawdzam, co się kryje pod hasłem: kruk. No, na przykład do tego Słownika symboli. Kopalińskiego. Władysława. I czytam, że kruka (a właściwie krucę) miał pewien bóg o imieniu Apollo. 

Mówiłam o tym? Bo za cholerę nie pamiętam, a nie chce mi się grzebać w przeszłości. No więc Apollo to bóg. Ale facet. Więc spokojnie. A właściwie: niespokojnie. Kuźwa, to też muszę wytłumaczyć!

Jest spora różnica między bogami rodzaju męskiego i żeńskiego. Sam podział już jest pewnym obciążeniem i świadczy o poziomie niższym niż boski, ale zanim wejdziemy do wymiaru wyłącznie duchowego, musimy się uporać z ciałem. Ciało zawsze sprawia kłopoty. Ale daje też mnóstwo zabawy, więc nie popadajmy w skrajności. 

Facet bóg wobec boga kobiety jest jak zapalenie śluzówki nosa wobec sepsy. Ściśle: katar kontra sepsa. I tak samo jak z „męskim” chorowaniem: więcej afery narobi ten z katarem niż walcząca z sepsą kobieta. 

Apollo to facet, więc się po „męsku” zachował. Zakochał się w istocie ludzkiej, w dziewczynie o imieniu Koronis. Koronis odwzajemniła miłość. Zaszła z Apollem w ciążę. Przestraszyła się. Mieć dziecko z bogiem, ogarnijcie. Jak ona to starej wytłumaczy? Poza tym, trzeba jakoś żyć. Dziecko wyżywić. Nie każdy się buja na chmurce. Koronis zwróciła się do pewnego chłopca z wioski. 

I postanowiła wziąć z nim ślub. 

Apollo byłby chyba nawet tego nie zauważył, wszak jest bogiem i ma prawo w międzyczasie zakochać się w siedemnastu innych istotach ludzkich.

Ale kruca mu doniosła. 

Czemu to zrobiła? Potem będziemy się zastanawiać. W każdym razie powiedziała swojemu panu, że Koronis w ciąży i z tamtym i tak dalej. 

Apollo wpadł szał, w prostym męskim odruchu zabił dziewczynę, a w ostatnim momencie, gdy z oporami docierało do niego, że przy okazji zabił swoje dziecko – Asklepiosa, szybko to dziecko wskrzesił i, co za niespodzianka, uczynił bogiem. Medycyny. Sami oceńcie, jak sobie ten bóg radzi. I czy warto facetami obstawiać stanowiska.

Koronis tymczasem „w nagrodę” zawisła na nieboskłonie i świeci do dzisiaj jej gwiazda. Na pomnik zawsze można liczyć. 

Niemniej: taka historia. Z tymże niezakończona. Bo jak już Apollo zabił Koronis, mało mu było gniewu (wszak musiał go rozrzedzić na ratowanie syna), trzepnął więc jeszcze w krucę. I dostało się biedaczce po łbie za nieswoje sprawy. A po co było dziób wtykać, spytacie. O to zapytam ją także. Jak tylko spotkam. 

Czymże zapłaciła kruca za gniew swego pana? I tu wychodzi cała natura tej istoty. Otóż, wyobraźcie sobie, że Apollo znalazł ujście swego gniewu w tym, że barwę krucy z białej przemienił w antracytową czerń. 

Ha, ha, ha!

Dajcie jej czarną kieckę zamiast białej. Ha, ha, ha. I patrzcie jak płacze po kątach! Ha, ha, ha! Drapnęło coś w gardle nowo wystrojonej krucy na pożegnanie i radź sobie, narcystyczny dżolero, sam!

Od tamtej pory kruca jest niezależna, nie ma żadnego pana i paraduje w super eleganckiej czerni. 

A Apollo stał się maskotką mitologii (już nawet nie religii), symbolem próżnego pięknisia o wątpliwej mocy. I nic mu nie pomoże, chyba że jakimś cudem znajdzie w Kosmosie ultrafilantropijną istotę, co zgodzi się mu towarzyszyć, a właściwie: pomagać, bo on przecież potrzebuje pomocy. PILNIE.

Ciekawe, czy Orion też do niego przychodzi? Pewnie przychodzi, czasem mu nawet po głowie skacze, ale Apollo tego nie zauważa. Zbyt jest zajęty roztrząsaniem, czy go która nie zdradza. 

Czemu ja muszę to pisać? Powiedziałam: misja. Druga rzecz, lubię to robić. Uwielbiam. Krucy mówi, że wtedy latam. I faktycznie, coś w tym jest. Ale jak to z lataniem: bardzo męczy. 

A ja po chorobie. 

I śmierci. 

Całą tę historię o Koronis przeczytałam w Księgozbiorze. I nie byłoby sprawy, gdyby nie to, że w jednym miejscu natknęłam się na imię krucy. Z początku myślałam, że to jakiś błąd w druku, albo że mi coś w oczach przeskoczyło. 

Ale nie. Widziałam to. I w razie czego mogę pokazać. 

To imię to Nemezis.


* Przyjaźń jest częścią miłości, jest z nią równoważna, więc oszczędziłam sobie w dalszej części tekstu wypisywania dwóch jedna po drugiej, bo to straszny mozół. 

* Nie wiem, czy nie większy mozół był pisaniem tego zdania.

* I tego. 

* Kurwa!

Mam go!

Pana Demonium. 

Każde zdanie jest tu teraz nie na miejscu, dlatego pomijam je milczeniem. Nie wiem, czy mój zachwyt jest dostatecznie radosny, czy może trochę podszyty przerażeniem? Próbowałam sobie zrobić selfie, a że w Nawymiarze selfie jest zabronione (chyba że analogiem) – mogłam jedynie siebie narysować. 

Nie wiem, czy to takie „jedynie”, biorąc pod uwagę czas, nakład pracy oraz to, co nazywamy twórczym zmaganiem – podczas gdy selfie robi komórką każdy debil. Przy okazji. Ostatnio, widząc No na deskorolce, wyraziłam coś w rodzaju podziwu, że się nauczyła, w sumie nawet nie wiem kiedy, a ona:

– Każdy debil potrafi jeździć na deskorolce. 

Poczułam się wyjątkowo. Ja nie umiem. 

Wracając do Pana Demonium. Mam go. Ha, ha, ha. Z pewnością chcecie wiedzieć, skąd go mam i w ogóle. Scenariusze są dwa. 

Pierwszy leci tak: 

Szaman Mako wrócił z mórz. Zobaczył moją minę pod tytułem: ile do cholery można czekać?! Zadecydował, dobra, idziemy po pierścionek. Pokonujemy Wnękę Międzywamiarową (to już dla nas betka), idziemy do WW. Tam, niestety, są takie zasady, że rządzą pieniądze. My pieniędzy nie mamy. Ale od czego jesteśmy duchami? Wystarczy, że ukryjemy się pod peleryną niewidką od Nemezis. Tylko że ja, wychodząc z domu, na śmierć zapominam o pelerynie Nemezis. 

Szaman za to niczego nie zapomina. Wyciąga z plecaka pelerynę, chowamy się oboje pod nią, wchodzimy do jubilera. Ale to bez sensu plan, bo przecież sami pod tą peleryną nie wyjmiemy zza pancernej szyby pierścionka. Musimy być widzialni. I normalnie trzeba poprosić subiekta o pierścionek, wtedy dopiero możemy się ukrywać. Czy jakoś tak. Zdejmujemy więc pelerynę. Subiekt w słup. Nie było ich, nagle są. Szaman jest małomówny, ja wręcz przeciwnie, zaczynam więc paplać, że poproszę, na imię Noemi, odłożony, czy mogę przymierzyć, ładna pogoda dzisiaj. 

Facet odwraca się po pierścionek, my z Szamanem szybkie spojrzenia porozumiewawcze, mówiące nie wiadomo co. 

– Co?

– Nic!

– Co mówisz?!

– Nic nie mówię!

– Zachowuj się normalnie!

– Normalnie się zachowuję!

– Dobra, cicho!!!

Subiekt wraca z Panem Demonium. Już z daleka widzę jego blask. Mój! Mój! Mój! Krzyczę całą duszą. Facet mi go wręcza, ja zakładam na palec i w długą. Zapominam nawet o pelerynie, która zostaje w rękach Szamana, który zostaje w rękach policji. 

To ostatnie dochodzi do mnie dopiero za Wnęką Międzywymiarową, gdzie pojmuję, że kosztem pierścionka jest MIŁOŚĆ*.

Drugi scenariusz. 

Lecę do Nogiłóżki. Do Wiednia. Patrzę z meteorytu na wschód Słońca. Od cofającego się Księżyca odrywa się nagle ułamek ostrza księżycowego sierpa i leci przez granat nieba. Życzenie! – myślę sobie i oczywiście je wypowiadam:

– Pan Demonium.

Życzenie spełnia się, lecz nie od razu. Muszą być koszty. 

Jak wiecie, ląduję w Wiedniu, spotykam Nogiłóżkę, wybieramy się na Día de Muertos. Pindrzymy się, stroje, makijaże. I nagle zalegamy jak martwe na trzy dni, aż do nowiu w Skorpionie, który mrokiem wypełnia resztki naszych żyć. Demony! Demony! Zrywam się cała mokra z kamieniami w brzuchu, a Nogiłóżka stoi nade mną w czarnym płaszczu i kamiennym głosem orzeka, że odchodzi. 

– Ktoś musiał zapłacić za twoje życzenie. Księżyc wybrał mnie. 

– Dlaczego nie mnie? – dziwię się. – Przecież to mój pierścionek! 

– Też nie rozumiem – rzuca chłodno obrażona Nogiłóżka i znika. 

A potem znajduję na schodach wiedeńskiej kamienicy skrzydła Nemezis i zaczynam rozumieć tę grę. 

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność. To psychopaci. Za ich wybór, a raczej – za mojego farta, dostaję jeszcze nagrodę. Mam skrzydła. Mam Pana Demonium. 

Ale nie mam przyjaźni.

Który scenariusz jest prawdziwy?


* I, kurde, peleryna!

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność

Skrzydła Nemezis

Kiedyś, jeszcze w poprzednim życiu miałam taki sposób na samotność, że brałam do ręki zeszyt i pisałam, pisałam, pisałam. Dziś obudziłam się sama w wielkim łóżku, nie ma nikogo, nie ma nawet No, która wyleciała w tę noc halloweenową i do tej pory nie wróciła. 

Wzięła rewolwer. 

Przed wyjściem oddała kilka strzałów na próbę. Działał bez zarzutu. 

Nogiłóżka jest inna. Ona wychodzi w czarną noc najstraszliwszego miasta świata, czyli Wiednia i nie bierze ze sobą żadnej broni. Kiedyś wspomniałam coś o nożu, zaprzeczyła kategorycznie, twierdząc, że się pokaleczy. 

Jej sposób na niebezpieczeństwo, to całkowita bezbronność. Ryzykowne. Wbrew pozorom jest w tym logika. Chodzi o wpływ świadomości na rzeczywistość. Jeśli bowiem bierzesz nóż, znaczy: spodziewasz się ataku, a zatem – boisz się. Kto jest ofiarą napadów ulicznych? Pytanie zawiera odpowiedź. OFIARA. Cechą charakterystyczną ofiary jest lęk. 

No nie wykazuje lęku. Jej rewolwer miał inne zadanie. Pamiętajmy, że wyszła na Halloween. Tam, dokąd szła, obowiązują kostiumy. Kostiumy mają być straszne. Za kogo No może się przebrać, by siać postrach? Przecież nie za ducha! 

Przebrała się więc za bandytę. 

Uzbrojonego. 

Pif – paf. A raczej: szach – mat. Uciekajcie ofiary do bram.

Tymczasem ja zostałam sama, samiuteńka, bez absolutnie nikogo. Przepraszam, z Wifi. Ale ona się gdzieś zaszyła w szarości Dnia Zmarłych. Nie wiem, czy wspominałam, że Wifi jest koloru szarego? Zaszyta więc w szarości dnia znika jak wspomniany a nieistniejący duch przebrania No. 

Kiedyś pisałam. Pisałam właśnie w takich momentach, gdy nie było nikogo. Momenty przechodziły w godziny, godziny w dni, dni w miesiące, aż wreszcie samotność wypełniła mi całe życie doczesne. Gdy jednak spotkałam Szamana Mako na Górze Przeznaczenia – na fali protestów i awantur zrozumiałam, że moja samotność się skończyła. 

Jeśli bowiem dziewczyna znajdzie swojego starszego brata, nigdy już nie będzie sama. 

Szaman jednak obecnie, jak się zupełnie nie domyślacie, pływa po Morzu Księżycowym i klnie pod nosem jak stary rasowy wilk morski, bo mu się jakieś zwoje lin splątały. 

A ja tu sama. 

Ewelement chyba śpi. Wysłałam jej wiadomość z pytaniem o sny, bo mnie już nawet sny opuściły. Nie odpowiedziała. Zatem śpi. I śni. Chociaż ona. 

Ziarno miał przyjść! Ziarno to jest facet z budki z winem. Na rogu światów. Nie wspominałam, bo wiecznie brak mi czasu na pisanie wyczerpujące. Pamiętam, jak jeszcze w szkole nauczyciele bazgrali pod moimi wypracowaniami taki zarzut: Nie wyczerpałaś tematu!

I czwórka. Zawsze: czwórka. Na maturze też czwórka. Bo nie wyczerpałam tematu. A przecież wyczerpanie tematu to literacka zbrodnia! To zabranie czytelnikowi wszystkiego, co najważniejsze! Czytelnika trzeba zostawić w pół zdania, w pół drogi, w pół oddechu. 

Wracając DO TEMATU (by choć go trochę wyczerpać) – Ziarno to facet z budki z winem na rogu światów. Między wymiarami zawsze stoi jakaś budka z winem, w której siedzi zabłąkany anioł. Budkę nazywam Kantorem. Ziarno z kolei upiera się, żeby nazywać ją „Kwiaciarnią”. Sama nie wiem. 

Anioł zwykle jest uśmiechnięty, choć w cholerę nieszczęśliwy, bo musi siedzieć w tej piekielnej budce i palić w kozie, żeby nie zamarznąć. Na rogu światów bywa bardzo zimno. 

Do Kantoru przychodzą bardzo bogaci ludzie i kupują wino po straszliwych cenach, a on z pasją choć bez zachwytu opowiada, które wino jest lepsze. Anioł zawsze wie, kto przychodzi po smak wina, a kto właśnie daje się dymać Maweraszii. Kasuje tych drugich z wielkim bólem w sercu. I cierpi. Cierpi za coś, co się tam kiedyś wydarzyło i za co musi tym swoim trwaniem w budce zapłacić. 

Ziarno jest takim aniołem. Przychodzę do niego wieczorami. Wita mnie uściskami wuja, po czym nalewa dwa milimetry sześcienne czerwonego płynu do wielkiego kryształowego kielicha, sadza mnie na wysokim drewnianym krzesełku i zachwyca się moim ubiorem. Z tym ostatnim trochę przesadziłam, bo Ziarno zachwycił się raz i to całkiem niedawno, ściśle przedwczoraj, gdy wróciłam z Wiednia na skrzydłach Nemezis. 

I tu znów okazuje się, że nie wyczerpałam tematu, bo nic nie wspomniałam o skrzydłach Nemezis, którymi właśnie zachwycił się Ziarno. 

Było tak. Nogiłóżka miała płaszcz. Czarny, długi do ziemi, w dodatku cudownie ciepły, a właśnie nadeszły chłody piekielne, nów w Skorpionie. Pozazdrościłam jej tego płaszcza. Chciałam jej zaiwanić. No może nie tak wprost, ale jakoś. Podstępem, błaganiem, manipulacją. Te same uczucia miałam względem Pana Demonium, ale to osobna historia, którą opiszę, gdy zacznę WYCZERPYWAĆ TEMAT. 

Jak wiecie, Nogiłóżka zniknęła razem z płaszczem, a ja zostałam sama w Wiedniu i w chłodzie. Szłam ulicą w celu ewakuacji i nagle zobaczyłam na schodach wejścia do jakiejś kamienicy czarne zawiniątko. Mój zamaszysty krok minął zawiniątko, ale świadomość przystanęła. Zwolniłam, poczekałam, aż przejdzie baba z blond fryzurą. Baba jednak nie przechodziła, grzebała w torebce, czegoś szukała, rozglądała się i zaczynała już mnie naprawdę irytować, bo jednak w cholerę irytuje ktoś, kto w żaden sposób nie słucha niemych życzeń, żeby go nie było!

Wreszcie, gdy już postanowiłam, że chrzanię babę, zawrócę, podejdę do zawiniątka i jak rasowy lump przerzucę stare ubrania po zblazowanych Austriakach – baba nagle przestała grzebać w torebce, podniosła głowę i poszła przed siebie. Dzięki ci, piękna nieznajomo! Już jestem przy zawiniątku, już odgrzebuję rzecz. A tam… spodnie w kolorze czarnym, idealne dla No i… no właśnie. 

Powiem tak. To nie jest żaden austriacki stary ciuch wyrzucony dla lumpów. To DAR. Dar dla mnie i przy okazji dla No od… Nie wiem. Grunt, że mam czarne, przepiękne skrzydła, które układają się w czarodziejską pelerynę na kształt togi sędziowskiej! 

Peleryna jest tak ciepła, że temperatura na zewnątrz nie ma znaczenia. Wystarczy że się nią owinę, staję się słońcem. Niewidzialnym słońcem! Gdy ją rozpostrę – wznoszę się ponad chodnikami i już nie potrzebuję meteorytów do latania! 

W Księgozbiorze dowiedziałam się, że Nemezis to gwiazda, której ludzkość nie może znaleźć od wieków z tego powodu, że jej nie widać. Nemezis to też… sędzia. To ona decyduje, co komu i za co. Tak w skrócie, bo już zaczynam się obawiać wyczerpania tematu. Sami przecież możecie się wiele domyśleć. Na tym polega cała zabawa. 

Mam skrzydła Nemezis! 

I właśnie tym zachwycił się Ziarno, gdy mnie ostatnio widział w Kwiaciarni. 

O kurwa. Napisała do mnie Nemocja. Muszę kończyć. 

Idź i patrz.

Kto czytał Ojca Chrzestnego, ten wie, że stan wojny wymusza na bohaterach „pójście na materace”. Ja teraz jestem na materacach w dosłownym tego słowa znaczeniu. Szaman znalazł na jakiejś wystawce i przytachał, bo w mieszkaniu Wió zamieszkała No. I niech brak jej określenia będzie przeźroczystym tłem, siatką-preludium do właściwych przyszłych określeń jej boskości. Bo No jest boginią. Jej imię to skrót od NKO, czyli Niebieski Kosmiczny Orzeł. Jest boska. Chciałabym teraz o niej pisać długo i dużo, ale nie mogę, nie mam czasu, na wojnie jestem. Napiszę, jak tylko ogarnę broń. 

Znacie ten klimat. Siedzi Kmicic, czy jaki inny gieroj na klepisku, na łeb mu lodowatą wodę ze studni leją i przynoszą. Kołczan. Spluwę. Szablę. Miecz samurajski. A on kręci głową, nie, nie to, ciągle nie to. Tak teraz ja. 

Siedzę w kastrze. Kastra to jest taka bania na kąpiel. Niektórzy w WW używają jej do mieszania wapna. Błąd oczywisty, na szczęście nie mój. Ja się idealnie po tej śmierci mieszczę w kastrze i nic mnie z waszym wapnem nie łączy. Siedzę więc zanurzona i nikt mi, rzecz jasna, na głowę niczego nie leje (bym zabiła), nikt mi żadnej broni do wyboru nie przynosi (a to już na pewno). Bohaterowie książek Sienkiewicza wybrzmieli już dawno. Czas na real. 

Chochla. 

Pomysł dobry, bo praktyczny. Mało w nim jednak finezji. Sechmet może się dąsać. Inna rzecz, już miałam na temat chochli pogadankę z Wolfgang i choć mi wskazała, jako faktyczną – koniec końców odmówiła, argumentując, że to zbyt słabe: 

– Zmachasz się, umordujesz, a ledwo muśniesz. On tylko się skrzywi, nic więcej. Widziałaś, żeby ktoś chochlą Węża załatwił?

Nóż. Nóż pojawiał się w naszych rozmowach dwukrotnie. Po raz pierwszy – zaraz po chochli, jako skuteczniejszy. Po raz drugi – niedawno. Wolfgang mi pokazała wizję na Kryształowym Lustrze. Zobaczyłam pojedynek. Szaman Mako szamoce się z jakimś drabem, ja na pomoc lecę, szybko do kuchni Wió, szukam w gorączce, znajduję nóż, podaję Szamanowi, tymczasem drab mi go z ręki wytrąca, sam łapie i trach Szamana po udzie. – Kuźwa, tętnica udowa! – ja w pisk, oni na przeciwko siebie stają, ja znów w ten głupi pisk, co robić, co robić… i widzę nagle OCZY. 

JEJ OCZY. 

Tyle razy chciałam wam powiedzieć, że czytałam w Księgozbiorze (tak, milion razy się zbierałam, żeby wam powiedzieć, że tu jest magiczny Księgozbiór, a w nim WSZYSTKO, razem z tą książką „Słownik Symboli” i inną, pod tytułem: „Cudowna Planeta”. W tej ostatniej przeczytałam o Nemezis, bo już byłam w cholerę zaintrygowana, czemu mnie prześladuje to imię. Raz na Górze Przeznaczenia, dwa – kto strzelał w Fargo, trzy… no właśnie. Wiem, kim jest drab! 

Widzę, poznaję po zębach. Widzieliście zęby węża? Nie da się ich zapomnieć. No więc widzę, wystają spod podniesionej w zacietrzewieniu wargi, myślę szybko: biec po drugi nóż? 

Nie. Mówią JEJ OCZY. 

Nigdzie nie biegaj. 

Tylko patrz. 

Idź i patrz. 

Idę więc z gołymi rękami i patrzę jak mój wzrok obraca wszystko w pył. 

Oni walczą, ja w pisk i… widzę nagle oczy.
Jej oczy…

Biały kruk

Nie pisałam, bo nie było Wifi. To nie jest takie proste, jakby się wydawało. Inaczej. To jest proste, ale tak strasznie proste, że aż za proste, aż w tej prostocie skomplikowane. Wiedza tajemna. 

A wszystko tak szybko się dzieje, że nie nadążam poczuć emocji. 

To znaczy – bez przesady. Bez przesady absolutnie. 

Fakt, że się JESZCZE nie poryczałam. 

Najpierw kruki. Jak w staropolskim obyczaju: damy przodem. No więc damy przodem, kruki na początek. Lecimy z Szamanem jak torpeda przez Kosmos, wracamy z Grodu Świętowita. Sami widzicie: jest grubo. Arkona. Ta Arkona. 

A ja nie mam czasu wam wszystkiego opisać! 

A kruki miały być na początku, nie Arkona i Świętowit!

Najgorzej pokłócić się samej ze sobą. Dobra, trzy słowa o Arkonie. Widziałam Morze Księżycowe z lotu ptaka! Szaman mnie zaprowadził na skarpę, taki totalny zwis nad przepaścią, wszędzie zakazy po niemiecku Achtung verboten, a my na samiusieńkim zboczu, w powietrzu, nad falami siedzimy. I jeszcze drzewko rajskie nad nami się buja, a na drzewku jeden owoc. Tylko jeden. Gruszka ulęgałka. „Ulęgła się!”, zauważył Szaman Mako, zerwał i mi podał. – Zajadaj! 

Potem wyjaśnił, że to dziwne, bo one się ulęgają chyba na ziemi, czy co, w każdym razie: dostałam ulęgłą gruszkę ulęgałkę z rajskiego drzewa zerwaną, nad przepaścią wszystkich przepaści świata. Zjadłam wszystko, razem z ogryzkiem. 

A potem Szaman jeszcze dziką różę zajumał, zjedliśmy na pół, a nasiona wsadziliśmy do donicy. Będzie Rajska Róża. 

Kruki mnie zadziobią. 

Lecimy więc z tej Arkony, ale nagle coś, stańmy na chwilę. Lądujemy, patrzymy: wokół drzewa, na niebie czarne ptaki wielkie jak koguty lecą w czwórki ruchem opływowym nad naszymi głowami i gadają coś po ichniemu””krrryt, krrryt”. Nad drzewami z kolei jest ich więcej. Ile? Czterdzieści, trzydzieści, może dwadzieścia pięć? Do Szamana z takimi pytaniami. 

DUŻO. 

Wzbijają się grupami, ściśle zsynchronizowanym ruchem mkną ku niebu pływając w powietrzu, a tam na górze, na samym wierzchołku powietrza robią salto i figurą zwaną w lotnictwie korkociągiem – opadają w las. 

Ale w tym lesie nie nikną! 

Przeciwnie, zgodnym płynnym ruchem odbijają się od poduszki mgły nad drzewami rozpiętej i tną przestworza bezszelestnym tańcem. 

Tak. One tańczą. One tańczą w takim szyku, z taką synchronizacją, z takim wdziękiem i taką akrobacją, że te nasze ludzkie cyrki to po prostu cyrki. Tu mamy do czynienia ze Sztuką. 

Nie wiem, ile to trwało. Nie do mnie z takimi pytaniami. Grunt, że szczękę miałam zanurzoną w trawiastej glebie, a reszta też chyba gdzieś odpadła. Ale nie tylko zachwyt mnie tak z ciała odarł. Tu działo się coś więcej, tu się toczyła jakaś rozmowa, tu się we mnie uczucia obudziły INNE. Stare. Bardzo stare. 

Pamiętacie baśń o brzydkim kaczątku? Jak ono patrzyło na łabędzie i prosiło, by je ze sobą zabrały, że tak bardzo chce być nimi? Tak i teraz ze mną. Przedstawię to w formie dialogu, jak to leciało, bo wszelkie opisy są tu bez sensu. 

Tak więc ja:

  • O Boże, jakie jesteście piękne! Zabierzcie mnie ze sobą! 

Kruki:

  • Nikt tu nie będzie nikogo zabierał. 
  • Dlaczego nie mogę być z wami?!
  • Możesz. 
  • To ja chcę!
  • To chodź. 
  • Jak? Nie umiem latać!
  • Umiesz. 

Nie powiedziałam wam jeszcze, że już od jakiegoś czasu te kruki się za mną ciągnęły. Od Grodu Świętowita. Teraz mnie dopadły, robią popis ever i ze mnie jaja. 

Trudno. Trzeba łapać chwilę. O co by jeszcze je zapytać? Wiem!

  • Wszystkie jesteście czarne. Nie ma wśród was białego kruka?
  • Jest. 

A. 

Taka rozmowa mniej więcej. Introligatorski to bułka z masłem. Całe niebo idealnie czarne, a te, że jest biały kruk. I że ja latać umiem. Fajowo. 

Tymczasem zwinęły się w łańcuch DNA i jęły wić się niczym sprężyna. Podwójna spirala. Szaman powiedział: super. A ja poczułam coś w rodzaju rosy na policzkach i to na pewno nie były łzy. Coś mnie przenikało i to na pewno nie było zimno. To radość z tego tańca, z pasji, z rozpostarcia skrzydeł, z prucia prądów powietrznych. Z młodości, z życia. 

Z życia…

Długo to trwało, znaczy nie wiem. Nie do mnie takie pytania. Szaman będzie wiedział. Kończyły też wymyślnie, nie że trach, koniec, fanfary. Znikały zabierane kolejno przez ptaka wylatującego z drzew. On się pojawiał, ona znikała, zostawali dwaj tocząc taneczny bój, wreszcie jeden się poddawał i w koronę. Robiło się ich coraz mniej. 

Aż wreszcie został zwycięzca. 

Wykonał śrubę, salto, cykl naprzemiennych śrubo-salt, opadł nieco, po czym wzbił się poziomo prostując dumnie skrzydła, jakby wlatywał w jakąś niewidzialną królewskość. 

I zniknął. 

W powietrzu. 

Nie w koronie, nie w listowiu. 

Pstryk i nie ma. 

Pa!

Nastała cisza. Żadne „krrryt, krrryt”- nic nie zmąciło dostojeństwa chwili. Uniosłam dłonie i zaczęłam klaskać, zaraz jednak walnęłam się w łeb, bo na cholerę komu oklaski? Wsiadłam więc wstrząśnięta z zachwytu na meteoryt i cześć. Zanim jednak się wznieśliśmy, zdążyłam zobaczyć tablicę miejscowości, w której to dają takie występy: Świętosław

Przypadek? Nie sądzę. Uśmiechnęłam się do siebie pielęgnując to uczucie radości, którym mnie kruki obdarowały. I tu bym chętnie skończyła, gdyby nie to, że utknęliśmy w WW. 

Bo za tablicą „Świętosław” zaczęły dziać się rzeczy tak straszne, że taniec kruków nazwałam: „tańcem śmierci”. Choć przecież był to ich pierwszy bal…

Zara Li nie wyszła z plecaka przez dwa dni. A przecież widziała niejedno.

Ciągle nie mogę tego opisać. 

To już kolejny dzień, kiedy jestem chora od tego. 

Nie wstaję, tylko leżę. 

A miało nie być emocji. 

A miałam nie płakać. 

PS. Nie opiszę tego tu. Nie dam rady. Żeby to zrobić, muszę się przenieść do WW

Wszystkie jesteście czarne. Nie ma wśród was białego kruka?