Pan Demonium

Jezu, co za historia! Z jakim finałem! Nie mogę. Aż mnie przeraża opisanie tego. No ale. Trzeba. 

Boże, nie wiem od czego zacząć!

Dobra. 

Może najpierw od śmierci. To znaczy: od Zary Li. Bo na niej skończyłam. Otóż Zara Li pojawiła się tuż po tym, jak z Szamanem Mako paliliśmy świece żywota. Oczywiście, można powiedzieć: przypadek. Palili świece żywota czekając na śmierć i oto śmierć się pojawia, a oni zdziwieni, hm, skąd śmierć nagle, czyja to śmierć, tralala. Bywa i tak. Znam okoliczności. Człowiek też. Żyje jak na bombie zegarowej, ciągle spięty, każdego dnia drineczek, fajeczka, dla sportu (czyli niby dla zdrowia, hehe) zażyna się na siłowni, w wolnej chwili biegnie maraton, a potem… Swoją drogą, wiecie, skąd się wzięło pojęcie maratonu? Maraton, czyli bieg ok. czterdziestu kilometrów przebiegł pewien człowiek o imieniu Filippides, żeby zawiadomić o zwycięstwie Greków. Jak dobiegł do Aten, to się przewrócił i zmarł. Od tamtej pory ludzkość uznała za stosowne wziąć z niego przykład i biegnie masowo po śmierć. 

Zara Li. Pojawiła się znienacka, grom wie po co i od razu zaczęła pokazywać swoją siłę. A PP faktycznie, jakoś ucichł. I nawet nie zdążyłam go zastrzelić, a codziennie bawiłam się tą myślą. Opracowałam nawet technikę strzału doskonałego. Kiedyś wam o niej napiszę. Teraz nie mogę. Teraz muszę dojść do sedna, a jestem na razie w polu. Zara Li robiła mi potworny dym w planach. Najpierw ten różowy flamaster. Jak już go zdobyłam (nie mam czasu opisywać jak go zdobyłam!) – zażyczyła sobie rysunek. W sensie, że mam dorysować coś na różowo do mojego rysunku. A ja, jak widzicie, rysuję wyłącznie za pomocą mgły. I weźcie wpakujcie tu jaskrawy róż! A jednak. Przekonała mnie. Dorysowałam kwiaty, machnęłam nazwisko na różowo. Wyszło BOSKO. Miała rację. Tylko teraz cyrk, bo ona sobie NIE ŻYCZY, żeby ktoś to zobaczył. Mogę pokazać, owszem, ale tą swoją starą wersję mgielną. Przy której się tak upierałam. 

Czy ja mam cofnąć czas, pytam???

A ona spokojnie, że TAK. 

Nie pytajcie mnie, jak cofnęłam czas. Nie mam czasu opowiadać. Kiedy indziej. Jak cofnę czas ponownie. Albo zatrzymam. Bo teraz nie mogę. To znaczy mogę, ale nie chcę Teraz chcę wam napisać o PANU DEMONIUM. I nie mogę się, do cholery, doczekać, kiedy będę mogła! 

Dobra, napiszę od razu. Zara Li i tak ma już sporo do przodu. Śmierć nie zając. 

Śnił mi się rubin. Rubin to taki kamień szlachetny niezwykłej urody. „Niezwykłej” nie oznacza oceny. Rubin wygląda konkretnie jak… owoc kaliny. 

Nie pamiętam, czy tamta dziewczynka z lasu była ładna. Nie w tym rzecz. Tamta dziewczynka miała coś WAŻNEGO dla mnie w swojej urodzie. Ona miała (ma!) w swojej urodzie jakąś informację dla mnie. Informację, która jest ważna. I ma związek z moim przeznaczeniem. 

Szybko się uczę tego introligatorskiego, prawda? Tak, tak, Szaman Mako nic nie mówi, a ja i tak wszystko wiem. 

Jest taka ogólna zasada w życiu, że każda dziewczyna marzy o tym, żeby mieć starszego brata. Starszy brat to idealny pomost między ojcem, który przypieprza się o jakieś bzdury typu: oceny, bekanie przy stole – a (Boże, uchowaj!) mężem, który przypieprza się o rzeczy wymienione i dodatkowo, mimo dorosłego wieku, nie umie sobie zrobić kotleta ani wyprasować koszuli, o co, rzecz jasna, się przypieprza. Na marginesie, dziewczyny samotne! Nie macie faceta? Pocieszcie się, że nie macie męża.

Wracając do starszego brata. Starszy brat do niczego się nie przypieprza, sam sobie prasuje, sam gotuje, robi jajecznicę na śniadanie, nosi cię na barana i rozśmiesza do łez. Przykład: Szaman Mako. 

Przyszedł wczoraj do rajskiej komnaty, pokazuje mi opakowanie krakowskiej suchej i pokurczony plasterek kiełbasy. I mówi: „Zobacz. Tu jest napisane, że smak dojrzewa z czasem. A ta kiełbasa zrobiła się zielona z czasem. A przecież wiadomo, że zielone to niedojrzałe. Oszukali mnie”. 

Albo, że na przykład jest niedziela i jakiś problem, że o 14.00 jeszcze leżysz w łóżku:

– To zrozumiałe. Człowiek tak bardzo się męczy procesem budzenia, że nie może wstać.

Kurde! Za dużo o nim gadam. Do rzeczy. Śni mi się rubin. Leży na mojej drodze, na złotej łyżeczce. Rozglądam się wokół. Nikt nie widzi. Szybkim ruchem chowam łyżeczkę z rubinem do kieszeni. 

Tego samego dnia jestem w WW. W WW! Jestem z powrotem w Waszym Wymiarze! Ja: DUCH. Przechodzę przez wnękę międzywymiarową (zawsze mnie gdzieś poniesie!) i idę tam z ciekawości, bo jednak jest to, kurde, niecodzienność tak chodzić między wymiarami. Ja pierdziu! Widzą mnie, nie widzą? Patrzą. Ale jakoś na wskroś. Czy ja śnię? Nie, to nie sen. Jestem w WW. Ale nie boję się. Nie czuję nic, prócz ciekawości. 

Wchodzę do galerii handlowej. No gdzieżby indziej? Zastanówcie się. Jakbyście umarli, nie żyli, jakbyście byli duchami, gdzie byście poszli? No, kuźwa, do galerii handlowej, jasna sprawa. Idziecie, nikt was nie widzi. A może widzi?

Nie mam pojęcia czemu, ale moje kroki zmierzają w jakimś celu. Faktycznie, wchodzę nagle do jubilera. Wchodzę do sklepu z rzeczami za miliard. 

Widzi mnie ten subiekt?

– W czym mogę służyć?

Widzi. Widzi!

– Szukam pierścionka z rubinem. W białym złocie. 

Nie wiem, czemu nie pytam o łyżeczkę. Bo wolę pierścionek?

Subiekt odwraca się, szuka po tych wypielęgnowanych gablotach, za chwilę wraca. Pokazuje mi trzy pierścionki. Ja widzę tylko jeden. TEN. 

To on. 

To on mi się śnił. 

To jest prawdziwy ojciec Kaliny. 

Pan Demonium. 

Subiekt nie słyszy rozmowy między mną a Panem Demonium. Ona trwa ułamek sekundy, albo całą wieczność. Oboje jesteśmy w swojej przestrzeni własnego wymiaru. To tak jakbyśmy opuścili budynek galerii handlowej, a jednocześnie w nim byli – na ułamek sekundy albo całą wieczność. Wiem, niektóre frazy są niepojęte. Ale wierzę w was. Ja tu mam na serio dużo większe dylematy niż język polski. 

Muszę go mieć!

Nie mam pojęcia jak. Nie wiem. Nigdy nie kradłam. Poza tym, skąd mam wiedzieć, co się dzieje z duchem, którego łapie policja? Nie wiem nic. Nic! Myśleć, myśleć. 

Muszę go mieć.

Nie wiem, jak. Zaraz będę wiedziała. Zara…

A tymczasem subiekt robi rzeczy niebywałe. Raz: daje mi Pana Demonium do przymierzenia. Ja pierdzielę. Nakładam pierścionek na środkowy palec lewej dłoni. Pasuje idealnie, ale to przecież nie jest żadna niespodzianka. Wszak to MÓJ pierścień. Przyglądam mu się. Nie ma żadnych zabezpieczeń. A ten gościu się ODWRACA i zajmuje jakimś zegarkiem! Specjalnie! Mam tylko dwa kroki do wyjścia. Jak polecę przed siebie, nikt mnie nie dogoni, myk do wnęki międzywymiarowej i Pan Demonium jest mój! 

Sprzedawca, nie podnosząc głowy znad zegarka, podaje cenę pierścienia. Jakiś milion miliardów, nie pamiętam. Nieważne. Ja nie mam żadnych pieniędzy i tak. 

  • Proszę mi go odłożyć. Muszę to przemyśleć. 
  • Na jakie imię odłożyć?
  • Noemi. 
  • Proszę spojrzeć, czy dobrze napisałem.
  • Bardzo dobrze. 
  • Pierścionek będzie czekał na panią do środy. 
  • Doskonale. 

Do środy. Mam czas do środy. 

Muszę go mieć!

PS. Muszę go mieć. 

Józefstalina i Wąż

Zanim zacznę pisać na serio, muszę wspomnieć trochę więcej na temat przyczyny mojej śmierci. Chodzi o dwie osoby z mojego poprzedniego życia. Czyli z WW. 

Pierwsza z nich to Wąż. Wąż przyśnił mi się jeszcze w dzieciństwie i według ostrzeżeń tego proroczego snu, miał mnie w przyszłości ukąsić. 

Śmiertelnie. 

Gdy podrosłam, faktycznie poznałam Węża, a nie pomna snu (kto w WW zwraca uwagę na sny?) – nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Więcej. Pokochałam go. 

Niestety, zaczął mnie kąsać. A ja zakochana. Wiecie jak jest. „To tylko raz się zdarzyło”. „To na pewno przypadek”. „On nie chciał”. A to, a tamto, a sramto. I tak długo i dotkliwie mnie podgryzał, aż się rozchorowałam. Jak już wiecie: śmiertelnie.

Zanim jednak umarłam, poznałam pewną kobietę o imieniu Józefstalina. Józefstalina należy do typu, jaki świetnie określa pewien gatunek ptaka, którego widziałam kiedyś na YT. Ten ptak tak doskonale naśladuje dźwięki, że w pewnym momencie człowiek jest kompletnie zdezorientowany, czy stoi przed nim pierzaste zwierzę, czy na przykład przejeżdża wyścigówka. 

Józefstalina też tak umie, tylko lepiej. Potrafi bezbłędnie naśladować całe sekwencje zachowań. Kiedy więc ją poznałam, odetchnęłam z ulgą: wreszcie ktoś inteligentny, na moim poziomie. Błąd. Bo Józefstalina po prostu tak wiernie naśladowała mnie samą, że uległam iluzji „człowieka na własnym poziomie”. I w tej iluzji znalezienia prawdziwej przyjaźni trwałam do momentu, gdy (aby się ratować) postanowiłam opuścić Węża. Zadzwoniłam do Józefstaliny:

– Odchodzę od Węża. 

– Ach! Przekaż mu, że NIE JESTEM po twojej stronie. 

Od tamtej pory zostałam sama. A potem umarłam. A gdy leżałam w rajskiej komnacie i karmiłam się kolorami Nadwymiaru, aby dojść nieco do siebie po tej zdradzie i (bagatela) śmierci, coś mi kazało wreszcie wstać i rozejrzeć się po okolicy. Bo to jednak, umówmy się, kosmos jest. 

Wstałam. Wyszłam z mieszkania Wió (a raczej z jego wyższego wymiaru), przeszłam przez rajski ogród i poszłam w górę, do lasu. 

Las to był, kochani, ABSOLUTNY. 

Mroczny, a jednocześnie kolorowy. 

Gęsty, a jednak przejrzysty. 

Cichy, a przecież pełen szeptów. 

Najpierw zauważyłam motyla. Pazia Królowej. Nie opuszczał mnie na krok. Jakby mnie śledził. Być śledzonym przez motyla to jednak żaden powód do niepokoju. Szłam więc powtarzając wciąż słowa zasłyszane na początku mojej podróży w Nadwymiar: „nie bój się, nie bój się…”. 

Niebo prześwitywało przez korony drzew i przypominało tamto, z zaćmienia słońca. I coś w powietrzu drżało, coś zapowiadało, sama nie wiem: obietnicę, czy grozę?

Szłam. 

Ku górze. Wciąż ku górze. Noga za nogą, choć śmiertelnie wycieńczona, wlokłam swoją duszę w nieznajomym celu. 

Wreszcie doszłam na szczyt. Zamiast się rozjaśnić – las jakby zgęstniał, zabrał mi niebo. Zrobiło się mroczniej i mniej kolorowo. A ja te swoje: „nie bój się, nie bój się” – jak mantrę. Siadam przy tysięcznowiekowym buku odpocząć, wokół mnie chmara komarów. Nie gryźcie, błagam, ja już nawet krwi nie mam. Nie gryzą. Przyglądają się. Ciekawy stanowię wszak obiekt. 

Motyl gdzieś znika. 

Na ziemi leży jagoda kaliny. Podnoszę. Nie jem! Nie wolno! Ale patrzę, a ona taka bezbronna, taka delikatna, taka… sama nie wiem… drażliwa?

Cała na wierzchu z tą swoją czerwienią, tak jak ja, gdy się jeszcze leczyłam i słyszałam od lekarza: „ona ma nerwy na wierzchu”. Tak samo ta. A moje palce na niej. Brr, ostrożnie odkładam jagodę, patrzę wokół. Ale nigdzie nie widzę jej krzewu. Jakby z tego buku spadła. Tysięcznowiekowego. 

I nagle wraca motyl! Ale nie do mnie, pod buk, tylko na ścieżkę, kilka kroków dalej. Nad tą ścieżką lata przez moment i znów znika! 

Jezu, idę zobaczyć. Drogę przecina mi wiewiórka. I znów mrok, jakby ktoś słońce wyłączył, jakby właśnie było tak, jak wtedy, gdy to zaćmienie… 

I widzę ścieżkę. A na niej, jakby patykiem ktoś przed chwilą wyrył jedno słowo:

NEMEZIS. 

Głucho się zrobiło i w głuszy dźwięk tego słowa. To tak, jakbyście przy głośniku stanęli, cisza i nagle: NE-ME-ZIS. A potem to echo w ciszy się roznosi i wam czaszkę rozsadza. 

To tak. 

Stoję więc, rozsadza mi czaszkę i nagle coś białego w kąciku oka błyska. Tylko przez moment zdążyłam spojrzeć, olbrzymi pies w kolorze śnieżnobiałym biegnie, odbija się na tylnych łapach, leci wprost na mnie, ja tylko instynktowny odruch: plecami się odwrócić szybko, jak najprędzej, nie ma mowy o strachu, nie ma mowy o wahaniu, łup, leżę. 

Budzę się, czarno. Zegar tyka. Otwieram powieki. Dwunasta. 

– Północ. 

Głos jest męski. Dorosły. „Nie bój się, nie bój się”- wali mi w głowie. Przenoszę wzrok z zegara na twarz, co do głosu należy… 

 O, Jezu Chryste.

Śmierć

Umarłam w piątek o godzinie piętnastej. Dokładnie pamiętam moment, w którym zorientowałam się o nadchodzącej śmierci. Było za pięć trzecia… 

Wiecie, jakie to uczucie, gdy dociera do was kategoryczność Losu? Gdy dochodzi do was ta nieodwołalność Postanowienia, że to już za chwilę? Pięć minut?!

Łatwo o panikę. 

Dreszcz paniki przebiegł więc po moim (żywym jeszcze) ciele. Ale coż z tego, że człowiek ulegnie panice? Tu nie ma czasu na tak bezproduktywne stany. Pięć minut to niewiele, choć nagle ten z pozoru niewielki czas jakby zyskał nową wartość. A właściwie nieskończenie wiele wartości. 

Siedziałam wtedy naprzeciwko okna, obok którego wisi zegar skrzynkowy. Zegary skrzynkowe głośno odmierzają sekundy. W ciszy popołudniowej, w echu tej wstrząsającej wiadomości (że za pięć minut), owo tykanie zegara osiąga wymiar totalny. 

I nieskończony. 

Wymiar totalny i nieskończony – w skrócie Nadwymiar odnosi się zarówno do Raju jak i Piekła. Aby to zrozumieć, należy przywrócić w pamięci matematyczną zasadę zbiorów, w której A i B należą do zbioru C. Wymiar totalny i nieskończony odgrywa tu rolę zbioru C, a poprzednie literki oznaczają odpowiednio: Piekło i Raj. Czyli Nadwymiar.

Jezu. 

PIĘĆ MINUT! Jak będę tak jojczyć, że za pięć minut, całe pięć minut szlag trafi i cześć. Czas nie jest z gumy.

Chociaż? Jeśli tykanie zegara osiąga wymiar totalny i nieskończony – znaczy, że jego tykanie nie kończy się nigdy. Nie kończy się bowiem żadna wartość z matematycznego punktu widzenia. Dążenie do zamknięcia czegokolwiek jest procesem nigdy nie zamkniętym, ponieważ zawsze znajdzie się jakieś 9 po przecinku. Jeśli zatem nie może się zamknąć – dajmy na to – sekunda, to jak może się zamknąć pięć minut? Sami spójrzcie, ile to czasu! I ja mam to wytrzymać tu, przed tym zegarem, jak za oknem wiosna? A za oknem Raj…?

Każda nauka ma swoje paradoksy, matematyka również. Zrozumiałam to bardzo dokładnie, niestety już po śmierci. Ale nie gadajmy o matematyce, czasu szkoda. Choćby i całej wieczności. 

Siedzę więc, jak wspomniałam, na przeciwko okna, słyszę to tykanie i zmagam się z ciągle jeszcze walącą do bram mojego umysłu paniką. Wali i wali, trochę mnie męczy. Nie mogę uchylić drzwi i powiedzieć, żeby sobie poszła, bo nie dość że stracę cenny czas, to jeszcze nic nie zyskam. Gorzej: pogrążę się. Ona z pewnością to wykorzysta, wsadzi nogę w drzwi, wepchnie się razem ze mną do środka i popłyniemy obie w tę część zbioru, którą oznaczyliście Piekło. 

No więc tkwię nieruchomo, jak człowiek, który po linie się porusza i właśnie zagroził mu upadek. Zastygam w bezruchu. Powiem wam na marginesie, że warto przyswoić tę zasadę. Jest to zasada z Nadwymiaru i działa bez zarzutu. Gdy wpadacie w panikę – nie róbcie nic. Bezruch. Trzeba to przeczekać. Każde działanie w panice skutkuje runięciem do Piekła.

I tak ja – niczym linoskoczek – tkwię marmurowo i patrzę na drzewo za oknem, a wspomniane drzewo ma na imię Wiąz. Ptaki go lubią. Szczególnie upodobały go sobie dwie sroki i kos. Sroki są niezwykle mądre. Mniej więcej tak w połowie mojej choroby (gdy już zapomniały o mnie wszystkie przyjaciółki) – sroki zaczęły mnie odwiedzać. Jedna nawet pochwaliła, że mam ładne gniazdko. W sensie, że urządziłam ładnie. Przyjemnie mi się zrobiło. Kos natomiast śpiewa. Ale teraz, przed moją śmiercią wszystko jakby ucichło. Sroki milczą. Kos milczy. Świat się zatrzymał. Przenoszę wzrok na zegar, ledwo odmierzył minutę. To się faktycznie nie kończy!

Życie nie kończy się NIGDY.

O kurde. Teraz dopiero panika zaczęła walić w drzwi. NIGDY?! Nieźle się wpakowałam. Boże, co robić? Nie ruszać się. Nie ruszać się. Nie ruszać się. 

I tak dobrnęłam do drugiej minuty i zostały mi już tylko trzy. 

Nie można pochopnie stwierdzić, że to już z górki. Nie. Bo jak człowiek przebimba na zmaganie się z paniką jedną trzecią czasu, to KURDE NIE MOŻE PRZEBIMBAĆ RESZTY NA ŻAŁOWANIE, ŻE PRZEBIMBAŁ JEDNĄ TRZECIĄ!

Ok. Trzy minuty. Co jest do zrobienia? 

Testament! Jaki testament? Co? Czekajcie, analiza, synteza. Po kolei. 

I teraz dzieje się to, co na filmach. Klatka po klatce wszystkie załatwione i niezałatwione sprawy, całe życie. A stosunek świadomości do nich – po kolei, do każdej z nich – jest stały constans i określony wartością samą w sobie, a więc normą W. o nazwie: Wyjebka. 

No bo co? 

I tak nie zdążę. Za trzy, o pardon! – dwie minuty mnie nie będzie, więc co mnie to wszystko obchodzi?

I tu nagle (zwróćcie uwagę, jak szybko poszło, na wartości W. zawsze idzie jak z płatka), zbliżamy się do Bramy, którą opisują (po omacku) poeci oraz ci od kościoła katolickiego (nie dość że po omacku, to jeszcze bez poezji), a którą też sama widziałam nieraz. Choć mgliście.

A jednak gdzieś na horyzoncie Jaźni, gdzieś TAM. 

Kiedy to było?

Może wtedy, jak czytałam Vonneguta? Albo gdy z rozpędem wbiegałam do jeziora?

Na pewno był też taki moment, o którym tu nie wypada pisać. Ale był. 

Niejeden. 

No i teraz. Formuje się powoli, nieskończenie wolno. Z tym „nieskończenie” mam dziś ambaras. No więc NIESKOŃCZENIE powoli: sekunda po sekundzie wyrastają kolejne kwiaty magnolii na pergoli Bramy. Rozpina się jej kwiatostan między mną, oknem a ogrodem, w którym mieszka Wiąz. Słońce przenika przez ściany Bramy, jakby była z przeźroczystego marmuru niczym Tadź Mahal. Nie ma już materii, jest tylko Energia. Gęsta, plastyczna, lekka, a jednocześnie nieskończenie (!!!!@#$%^&!!!) stabilna.

A ja dokładnie tak samo jak wiatr, unoszę się z ciała, przenikam swój umysł i lecę przez Bramę. 

Do zbioru A. Bo tak go nazwałam. A. 

A jak Raj. 

Pewna baba w osiedlowym AGD mówiła, że w jej Bramie stoi ławeczka. U mnie żadnej ławeczki nie widać. Zresztą, cóż za pomysł. Jak się przechodzi przez Bramę Raju, to się nie siedzi. Siedzieć można, jak się człowiek zastanawia. Podejmuje decyzje. Waży. Ja nie ważę nic. Ja lecę. 

Ale nie tak hop-siup!

Co nagle to po diable. A ja w tym momencie nie powinnam ryzykować tego rodzaju zwyczajów. Wiadomo, jak to się kończy. To znaczy, mogłabym powiedzieć, że nie wiadomo, bo oto właśnie przekraczam Bramę Raju, a nie Bramę Piekieł, a jednak skądś (kiedyś napiszę, skąd) – wiem. Jak się siedzi w Raju, to się właściwie wie wszystko. Czemu? Bo żeby trafić do Raju, najpierw trzeba przemierzyć nie tylko Bramę Piekieł, ale literalnie całe Piekło, z każdą jego meandrą oraz – co ważne! – z piwnicami włącznie. 

Dobra, wrócimy i do Piekła. Tymczasem mam ostatnią setną, tysięczną, milionową sekundy, tą zagubioną w procesie matematycznym jedynkę po przecinku – żeby zebrać tyłek z tego świata, o którym od tej pory będę mówiła Wasz Wymiar, w skrócie WW. No więc zmykam z WW, nic mnie tu nie trzyma już. 

Tylko jedna myśl nagła. 

Taka analogia.

Człowiek ma skłonność do porównań, analogii, szukania punktów wspólnych. Bo kto jeszcze ze znanych ludzi umarł o piętnastej w piątek? W TEN PIĄTEK?! WIELKI PIĄTEK?!

Jezus Chrystus. 

A co mówiła Fiolet? (Fiolet jest ode mnie o dwa fraktale wyżej, co nie znaczy, że wie wszystko. Fiolet jest Wichrem i kiedyś wam o niej opowiem.) Otóż Fiolet mówiła, że J.C. umarł w Wielki Piątek o piętnastej. Jak ja. 

No i co? Mało to ludzi umiera o trzeciej w Wielki Piątek?

Inna sprawa, że – jak wspomniałam, Fiolet dużo wie, ale wszystkiego nie. Nie wie oczywistej oczywistości, że Jezus Chrystus wcale nie umarł o trzeciej w Wielki Piątek, bo Jezus Chrystus żyje. A skoro żyje, nie umarł wcale. A już na pewno nie na krzyżu, jak jakiś przegryw. Jezus należy do tych istnień, które przechodzą Ostatni Poziom Świadomości, nie umierają w ogóle, nie mają pogrzebu, ani grobu. Ludzie roją sobie na ich temat cuda, snują domysły, dopisują historię i religię, a oni tymczasem są oraz ich nie ma, bujają w Niebycie oraz Wszechistnieniu i robią, co chcą. 

Jak ja. 

I z tą lekkością NIE-MYŚLI przemknęłam bezszelestnie BR, zza której teraz do was piszę. 

Nazywam się Noemi Susenbach, pochodzę z Wrocławia. Datę mojej śmierci już znacie. Nie wiecie tylko, dlaczego zdecydowałam się pisać 09233w?G”T|$$$$$$$$$$gt365/z zaświatów. Otóż podjęłam się tego zadania z różnych powodów, ale powiem o jednym, tym dla was najważniejszym. 

Żeby was ostrzec.