Mroczna przepowiednia

Powiedziałam Ewelement o mojej wizji. Od razu zaczęła węszyć podstępy. Na pierwszy ogień poszła, rzecz jasna, Nemocja. Że to przez nią, że to ona winna, coś tam. 

– Ona cię zabije! Pamiętasz, jak rozbiła talerz, przysłała mroczną kobietę, cały zastęp demonów?! Ona cię zabije…

– Nie. Taki plan by się nie realizował, gdyby miał się tak głupio skończyć. 

– Hm… To jak pokonasz Nemocję?

– Nie pokonam jej. Nawet nie zamierzam. Z demonem się nie walczy. Z demonem się tańczy. Warunek jest tylko jeden: nie wolno się bać.

– Jak można nie bać się demona? 

– Można. Wszystko można. 

– Sama słyszałaś: myślisz, że ludziom wszystko wolno? Bóg zapowiada ludziom zagładę!

– Mnie to nie dotyczy. 

– Jak to możliwe?

– Tak. 

Ewelement zamilkła na chwilę, ale wciąż była poruszona. Uznałam, że to dobry moment na włączenie muzyki. W Nadwymiarze jest muzyka i to bardzo dobra. Wybrałam płytę „Aenima” zespołu TOOL. Stare, ale świetne. No i straszliwie straszne. Można jeszcze bardziej nastraszyć tego zabawnego „Prosiaczka”, jaki tkwi w Ewelement. Uwielbiam ludzi, którzy się boją. To takie słodkie, dziecięce. Sama chciałabym się czasem trochę bać. Ale nie mogę. Wolfgang mi zabroniła. 

– Kim jest Nemocja?

– Nocą. 

– A ty?

Tym razem ja zamilkłam. Od pewnego czasu prowadzę bardzo poważne śledztwo w tej sprawie, a wnioski wciąż stoją pod znakami zapytania. Owszem, mogłabym udzielić odpowiedzi. Problem polega na tym, że nie wiem, którą wybrać. 

– Jestem Noemi. NOEMI. Rozumiesz?! 

– Noe to tylko skrót…

– Na razie wystarczy i to aż nadto.

Nienawidzę mieć misji. W ogóle nie znoszę zadań. Gdy jeszcze żyłam, pracowałam w urzędzie gminy. Gruba historia. Na szczęście skończona. Warto umrzeć, żeby nie pracować w urzędzie gminy, jak Boga kocham. Napisałam kiedyś książkę o tym. Pewnie gdzieś krąży w WW, można przeczytać. MA-SA-KRA. Gdy więc przeszłam przez Bramę Raju, na serio odetchnęłam.  

Misja Ocean z kolei mnie nie przerażała, bo była całkiem przyjemna. Dzielić się z ludźmi szczęściem – super. Ocean Pomarańczowy jest nieskończony, starczy dla wszystkich. Nie spodziewałam się jednak, że jest druga strona medalu. Nie spodziewałam się, że szczęście można odrzucić. A kiedy odrzuca się szczęście – ono się odwraca. Kiedy zamyka się Trzecie Oko, powstaje czarny oczodół. Ocean Pomarańczowy jest ciepły i piękny, ale gdy się nim wzgardzi – zrywają się potężne fale gniewu. 

– Ewelement…

– No?

– Co mnie to wszystko obchodzi? 

– W sensie?

– Dawno już umarłam, pływam sobie na pompowanym flamingu po Oceanie Pomarańczowym, rozmawiam z drzewami. Szaman wraca z mórz i kradnie dla mnie diamenty…

– Diamenty się gubią. 

– Ludzie też…

Teraz zamilkłyśmy obie. Chwilę to trwało, w końcu całkiem już przerażona Ewelement wykrztusiła:

– Przeciwstawisz się Słońcu?

Wiedziałam, że o to zapyta. Wiedziałam też, co mam odpowiedzieć. Klasycznie, wbrew wszelkim naukom, pytaniem na pytanie:

– A co zrobiła Sechmet?

Sechmet – wyjaśniam raz jeszcze – zbuntowała się bogu Ra. Bóg wysłał ją na Ziemię, by przywróciła porządek wśród ludzi, którym już całkiem odbiło. Sytuacja jakby współczesna. Sechmet pod postacią lwicy zstąpiła na ziemski padół i jęła przegryzać ludziom gardła. Spodobało się jej to zajęcie. I choć ludzie obiecali poprawę, a bóg Ra dał znak na zakończenie akcji – Sechmet wcale nie zaprzestała rzezania. Padł dziki strach zarówno na ludzkość, jak i na bezradnego boga. Tylko Sechmet bawiła się setnie. A potem została… 

Ewelement zbladła. 

– Chcesz zostać bogiem?

Czasem ludzie zadają takie pytania, że łeb urywa. Nie, nie chcę. Nie chcę być bogiem, a ty nie chcesz być przyjaciółką boga. LOL. 

Porzuciłam jednak sarkazm i zmieniłam temat. 

– Śniły mi się statki. Puste, stare, zardzewiałe, dryfujące bezpańsko po morzu. I dzieci. Same dzieci, bez rodziców, bez dorosłych… 

– Kryształowe dzieci?

– Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza, na którego brzegu stał kontener ze śmieciami. 

– Ludzie w chwili apokalipsy wykombinowali, że pozbędą się śmieci, które zabierze woda?

– Bez komentarza. 

– I co ten dzieciak?

– Pokazał mi to. 

– Co?

– To było jakby za siatką, za ogrodzeniem… w tym morzu, staliśmy na płyciźnie. 

– Co było za siatką?

– Za siatką skończyła się płycizna. 

– Co było dalej?

– Otchłań. 

– Koniec?

– Śmierć…

Ucichła płyta TOOL-a, powietrze wypełnił potężny szum wiatru. Huraganu. I nagle usłyszałam brzęczenie owada, nieznośny, metaliczny bzyk jakiegoś obrzydliwego insekta. Rozejrzałyśmy się po mieszkaniu Wió. Nie, to nie owad. Spojrzałam na Zarę Li. Leżała nieruchomo. Nagle zrozumiałam. To dźwięk przeskakujących iskier wysokiego napięcia, dochodzący nie wiadomo skąd. Huragan się wzmagał, szum zamienił się w huk. Powietrze dziwnym zrządzeniem niejasnych sił jednak stało. 

– To tylko dźwięk… – szepnęłam do przyjaciółki. – To tylko mroczna przepowiednia.

Gdy tylko to powiedziałam, huk przepadł. Z kakofonii wydobyło się teraz basowe, wszechpotężne, cyfrowo rytmiczne bicie olbrzymiego serca. 

– Czy wśród tych dzieci była Kalinka?

Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza…

Bardzo ciekawe uczucie

Oprócz tego, że jestem krukiem i panterą, przyjęłam za oczywistą jaźń zorzy polarnej. Tym bardziej, że już o tym wspominałam. Szaman narzeka, że niewiele z tego rozumie, ale facet zawsze niewiele rozumie, zwłaszcza gdy go wiecznie nie ma, bo jest na biegunie północnym*. 

Wracając do schizofrenii mojej świadomości – można rzec, że ona się pogłębia, multiplikuje, a nawet nawiązuje nowe połączenia z jaźniami innych, przez co staje się nieobliczalna. 

Jak matematyka. 

Zapytałam Ewelement, co o tym myśli. Czy można być jednocześnie Noemi, Sechmet, Guovssahas oraz częścią wspólną zorzy polarnej należącej do kogoś innego? Bo to już na pewno nie jest żadne zwykłe rozdwojenie jaźni, ale jaźń podniesiona do potęgi którejś tam. Ewelement uznała, że owszem, to jest możliwe. A na pytanie, ile tego jest (jaźni?) – obliczyła błyskawicznie, że nieskończoność. 

Poraziło mnie, ale tylko na moment. Miało to miejsce akurat tego wieczoru, gdy przypłynęłam do niej pociągiem (tu są pływające pociągi) przez Ocean Pomarańczowy. Opowiadałam, że gdy czekałam na peronie, nagle bez żadnego ostrzeżenia (to się zawsze dzieje bez ostrzeżenia) – uniosłam się nad torami i zawisłam na niebie, nie zdążywszy się nawet zorientować, jaki rodzaj bytu przybrałam. Gdy pociąg przyjechał, wciągnęło mnie do środka, miękko posadziło na fotel pasażera i oto znów byłam człowiekiem. Obejrzałam dłonie, rzuciłam okiem na odbicie w szybie. Tak, to ja. Ale co się działo przed chwilą?

Mogłyśmy spekulować. Czy na ten moment stałam się chmurą, czy wiatrem? Ostatecznie nie ustaliłyśmy. Nic dziwnego, że Ewelement tak z tego wybrnęła. Natychmiast uznała, że mogę być wszystkim, a skoro mogę być wszystkim to jest mnie nieskończoność. Proste. 

Jak to jest być kimś innym niż człowiek? 

To bardzo ciekawe uczucie. I to jest właśnie introligatorska fraza. Nie znoszę takich fraz, bo zabierają całą temperaturę kolejnych słów, które mają oddać to, jak ciekawe jest to uczucie. 

Ale nie jesteśmy na warsztatach literackich. Na warsztatach poznałam Nemocję i wystarczy. Cel osiągnięty. Poznać Panią Mroku to największy wygryw. Nie zgadzacie się ze mną? Macie prawo. Ale prawda jest taka, że dopóki nie zawrzecie znajomości z demonem – dopóty jesteście w czarciej zapadce. Demon szaleje w waszym życiu, robi totalny bardak, a wy nawet nie wiecie jak wygląda. Nie wiecie, gdzie jest. Nie wiecie, co knuje. Nic nie wiecie. Trzęsiecie portkami, żeby go nie spotkać. Nic bardziej zgubnego. 

Demona trzeba nie tylko spotkać, ale wręcz za rękę złapać, przyciągnąć do siebie i zatańczyć! I potem tylko patrzeć, jak jego lodowate oczy topnieją pod waszym spojrzeniem. 

Jednak nie mam czasu na Nemocję. Szukam Nuny. Znów poszłam do lasu. Nawet jakąś kobietę z wózkiem pytałam. Czy nie widziała ocetolota? Nie. Co dalej? No co. Chrzanić dzika. Niechże go spotkam. Powiem mu. Powiem mu: Za mały las?! Trzeba ryć akurat tu, gdzie ja chodzę?! Ocetolota szukam?! Straszyć się zachciewa. Walnij się lepiej w ryja. Tak powiem, jak tylko spotkam bestię. 

Ale nie spotkałam. 

Nuny też nie spotkałam. 

Wróciłam do domu i opowiedziałam o wszystkim No. A ona wzruszyła ramionami nie uznając straty i to właściwie była cała jej reakcja na moje przygody. Ma rację, dziewczyna. Z kotem jest dokładnie tak, jak z facetem. Kota się nie szuka. Na kota się czeka. 

A czekając żyje się, żyje, ŻYJE!

Nieskończonością żyć. 

Tymczasem miałam wam opowiedzieć, jak to jest. Jakie to uczucie żyć nieskończonością żyć? 

TO BARDZO CIEKAWE UCZUCIE. 


* Zorza polarna występuje na biegunie północnym i południowym jednocześnie. Jedno i drugie halo stanowi wzajemne odbicie lustrzane. To jedność, ale oddalona od siebie totalnie. 

Nuna

Nemezis nie Nemezis, życie po śmierci toczy się dalej. Nie nadążam go opisywać na bieżąco. W poprzednim życiu pisałam książki i bloga, wcześniej – pamiętniki, a i tak nie opisałam wszystkiego. Dobrze, że istnieje wieczność. To mi daje jakąś gwarancję, że zdążę. Pamiętajmy jednak, wieczność nie składa się z nicości. Owszem, są takie hipotezy w świecie, gdzieś wokół Tybetu powstają, jednak, jak się okazuje, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. 

Klasztory nigdy nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. W sensie: z życiem. Oddalone od prozy, zawieszone w stworzonym przez poetów świecie, faktycznie mogą rozpłynąć się w nirwanie. Tu jednak, gdzie wieją wichry życia, nie ma mowy o nicości. Dlatego: sama nie wiem. Czy zdążę to wszystko opisać. 

Zobaczymy. 

Tymczasem, zaintrygowana znaleziskiem w Księgozbiorze, postanowiłam pójść jeszcze raz na Górę Przeznaczenia i zbadać tamten napis na piasku. Bo było napisane: Nemezis. Pamiętacie. No więc idę. Rozprawię się z zagadką, spotkam kruka, wypytam, przycisnę do muru. Pewnie, możecie powiedzieć, na cholerę iść do lasu, wystarczy przemaglować Krucego i jesteśmy w domu. Tak jednak powie tylko ten, co nie zna realiów. Bo kruk nie siedzi mi na ramieniu w mieszkaniu Wió. Bynajmniej. Kruki mieszkają w lesie, na skraju lasu, na wysokich drzewach. Tam wiją swoje gniazda i tam prowadzą swoje codzienności. A to, że Krucy do mnie przylatuje od czasu do czasu, żeby popisać się jakąś figurą akrobatyczną – nie znaczy, że zaraz wyśpiewa o Nemezis. 

Idę więc do lasu. Wspinam się ścieżką pokrytą listowiem. Liście spadają z drzew jak pomarańczowy deszcz i zaraz mi się przypomina Ewelin z jej niebieską (czy czerwoną?) tabletką oraz Niebiesow, który dał mi ostatnio zakwas do pieczenia psychoplacków. O psychoplackach jednak napiszę kiedy indziej i gdzie indziej, teraz jestem w lesie, zupełnie sama (Szaman pływa!), jestem sama już tak długo, tak długo, że chce mi się płakać… 

I już, już lecą łzy po policzkach, już, już staję się nieszczęśliwa, już, już biedna, w dodatku w lesie straszliwym samiusieńka jak palec…, gdy nagle zza krzaków wybiega coś potwornie hałaśliwego i podbiega bez pardonu wprost pod moje nogi!

Aż podskoczyłam. Wrzasku wiele, ale bawełny mało – powiedział diabeł strzygąc kota. Nie wiem, skąd jest ten cytat, ale pasuje mi tu jak ulał. Bo tak rozdartego stworzenia nie widziałam jak żyję. A żyję już nieraz. 

Tak się to to darło, że musiałam pogłaskać. Kici, kici, podchodzi, łasi się, miauczy, mruczy, gardłuje, Boże ty mój! To kobieta. Kobieta kot, ale kot jest śnieżnobiały aż świeci. No i najważniejsze, że to wcale nie jest zwykły kot. To ocetolot. Nie mylić z ziemskim ocelotem! Gatunek podobny, ale nie tożsamy. Tak egzotyczny, że spotkać go można tylko i wyłącznie w jednym miejscu w Kosmosie i jest to dokładnie Góra Przeznaczenia. 

To, co zobaczysz na Górze Przeznaczenia, jest ci przeznaczone – powiedział Szaman Mako. (Kuźwa, możemy już przestać o Szamanie Mako?!) Czyli, że to rozdarte zwierzę jest mi przeznaczone???

To się okaże. 

Tak, okaże się. Ja mam już Wifi, No (do No zaczęły przychodzić koleżanki!), Szaman bywa (RZADKO), Ewelement, wszyscy na krzywy ryj, bo mieszkanie należy do Wió…

Gdzie mam pomieścić białego ocetolota?! 

A ocetolot się ociera, rozochoca, łazi mi po płaszczu, tupie po plecach, no mówię, cyrk. 

Dobra, jakoś to ogarnę. Będę miała ocetolota. Ocetolotkę. Nazwę ją Nuna. Niech będzie. Damy radę. Już widzę ten wzrok Wifi, gdy przychodzę z Nuną do mieszkania Wió. Już czuję tę krew na pazurach. TRUDNO. 

Idziemy teraz razem przez las, już mi w ogóle smutno nie jest, już mi wesoło jak szczygłowi. I w myślach snuje plan wycieczek po Kosmosie z ocetolotem u nogi. To się nazywa szyk! Psa to każdy głupi może prowadzać. Ale ocetolota? I to NIE NA SMYCZY?! 

Swoją drogą, co trzeba mieć w głowie, żeby prowadzić kogokolwiek na smyczy? Straszne rzeczy, mi się wydaje. Nieważne. Ja na pewno Nuny na smycz nie uwiążę, to się nie godzi i potrzeby brak. 

Po pierwsze Nuna idzie ze mną krok w krok. Po drugie: jeśli nawet da nura w krzaki, to tylko po to, by zaraz z nich wyskoczyć i dołączyć do mojego celu. 

A jakie to ładne! NIKT nie ma takiego pupila. Po pierwsze: kot, który świeci. Słowo honoru. Świeci jak żarówka. Dwa, biel sierści Nuny jest oślepiająca i tylko jakiś prymitywny zwierz o prymitywnie skonstruowanym narządzie wzroku może się tego blasku nie przestraszyć. Człowiek jest bezradny. A przecież sami doskonale wiecie, że w całym Wszechświecie najgroźniejszą istotą jest człowiek, nikt inny. Jestem ocalona. 

Ocetolotem. 

Jupi! Ciekawe, co Szaman powie. Znów ten Szaman. Facet popłynął w świat i ciągle go nie ma, a ja: Szaman i Szaman. Czas się za siebie wziąć. Za swoje życie. Nie po to umierałam, żeby się teraz na kimś uwieszać. Muszę sama sobie radzić. I sama odpowiedzieć sobie na pytanie, co z ocetolotem w związku ja myślę? 

To po introligatorsku chyba było. Ja się od tego Szamana nie uwolnię. 

Ale sami zobaczcie, jak mnie ta Nuna nastroiła! Nagle po introligatorsku gadam! To ze szczęścia. To trzeba wybaczyć. Pokażcie mi śmiałka, co na Górze Przeznaczenia znajduje taki klejnot i nie świruje z radości. Nie ma. Nie ma. Nie ma, bo nikt do tej pory takiego klejnotu na Górze Przeznaczenia nie znalazł. 

OPRÓCZ MNIE. 

Ha, ha, ha! 

Ja pierdzielę, muszę zabrać tę Nunę z lasu. I to szybko, bo się jeszcze rozmyśli i gdzieś ucieknie! Ale nie wygląda, zupełnie nie wygląda, że ucieknie. Idzie tam gdzie, wszędzie tam gdzie ja! 

Być tam, zawsze tam gdzie ty, jeeea… Taka piosenka była. Serio mi odwala, ale mam kota. Na gorącym dachu mojej głowy.

Zabieram Nunę z lasu, idziemy, kici, kici. Nuna podskakuje, bawi się, robi akrobacje niczym Behemot z Bułhakowa. Tylko od Behemota różni się zasadniczo KOLOREM. I zasadniczo, bo płcią.

Idziemy beztrosko, wesoło, szczęśliwie. Nagle jakiś cień zasnuwa las, patrzę na Nunę, stop – klatka, zatrzaśnięta, znieruchomiała nieoczekiwanie, a w oczach przerażenie. Co jest, nie zdążam pomyśleć, bo w tym samym momencie niemy „puff” się rozlega w powietrzu i z Nuny zostaje tylko biały obłok.

A potem mgła. 

Srebrzysto biała mgła. 

Co? Jak to?! Nie zdążam pomyśleć, bo się oglądam za siebie, a tam (TU) stoi potężny na dwa metry w kłębie dzik, zwierzę wysoce prymitywne, a jak u niego ze wzrokiem, sami się domyślcie. 

Pufff! 

Nie mam pojęcia, jaki obłok zostawiłam, brak mi też danych o kolorze mgły. Faktem ustalonym jest tylko to, że znikłam jak Nuna i po chwili znalazłam się w mieszkaniu Wió. 

Ale Nuna przepadła. 

PS. Wiem, co się dzieje z Panią Mroku, Nemocją. W tej wojnie (człowieka z Bogiem) ma to niebagatelne znaczenie. Ale pozwólcie, że najpierw zajmę się Nuną. 

Nagle jakiś cień zasnuwa las, patrzę na Nunę, stop – klatka, zatrzaśnięta, znieruchomiała nieoczekiwanie, a w oczach przerażenie…

Sen przebudzonych

Leżę skulona na dywanie i grzeję stopy w promieniach, które sama krzeszę. Od kilku dni nie opuszczam mieszkania Wió. Zawinięta w pelerynę skrzydeł chronię swój wewnętrzny ogień. Wiem, zaraz się podniosą głosy, że piszę jak nawiedzona, ale nic na to nie poradzę. Nie moja wina, że taka jest rzeczywistość. W Wiedniu znalazłam skrzydła Nemezis. To jest peleryna z grubej tkaniny, coś na kształt najprawdziwszej w świecie wełny angielskiej – długa do samej ziemi. Zbiera się ją pod szyją, zdobnym zapięciem z ornamentem w kształcie płatka śniegu. Peleryna ma duży postawny kołnierz chroniący przez wichrem. Wygląda jak toga.

Na razie nie wiem, co oprócz zatrzymywania promieni i latania potrafi ta peleryna. Wiem, że jest darem od Nemezis i należy to docenić. Doceniam. Wolałabym się nie narażać. I tak mam nielekko. Szaman: nieobecny. Nogiłóżka znikła. Nemocja w natarciu. 

Przychodzą demony. Wczoraj mi talerz wybuchł. Podeszłam do kuchenki zrobić herbatę i jak nie pieprznie! Widziałam go na ułamek sekundy przed wybuchem. Leżał spokojnie na garnku i nagle zaczęło go od środka rozrywać. Poniosło sferycznie na wszystkie strony świata najmniejsze okruchy szkła, a centrum zapadło się w odmętach gotującej się na herbatę wody. 

Taki fikoł. 

Ewelement świadkiem. 

Całe szczęście, bo sama bym nie zamiotła tego efektu. Chyba że pod dywan. A tego nie lubię. Właściwie to nie znoszę. 

Żadnego sprzątania nie znoszę. 


Dorwałam się do Waszego Wymiaru, ściśle – do waszego internetu. Jak nie wiadomo o co chodzi w wojnie, trzeba szukać, choćby po omacku. A więc szukam. A że znam na razie zagrożenia głównie ze strony ludzi – szukam w WW. 

Bo duch mi nic nie zrobi, to już ustalone. 

Choćby nie wiem, czym wybuchł. 

Nemocja dała mi kilka wskazówek, przysłała adresy miejsc. Idę pod pierwszy adres. Miejsce spotkań „przebudzonych”. Czyli tych, co tak jak ja – umarli. I po przejściu kilku etapów po śmierci – przyszło im dalej żyć. 

Najpierw w przeraźliwej samotności. 

Potem w rozrywającym poczuciu wygrywu.

Potem w zachwycie widzianych codziennie cudów. 

Potem w palącej ciekawości: CO SIĘ ZA CHWILĘ ZNOWU STANIE!?

Na forum pozornie samo dobro, przyjaźń i serdeczne przyjęcie. Czuję się jak u kumpla na osiemnastce. Dorośli ludzie, pełna kultura. No i ta ulga, że wreszcie koniec z tym błazeństwem gówniarzy (co się nie przebudzili). 

Jesteśmy tak przebudzeni, tak świadomi, tak dorośli, że właściwie możemy wszystko. W pierwszej kolejności więc zaczynamy sobie różnych rzeczy ZABRANIAĆ. 

Znacie tych paszczaków towarzystwa? Tych najmądrzejszych, co z matmy mieli oceny dla nas niedostępne, z innego wymiaru ocen, gdzieś ponad trzy na szynach. I to wysoko ponad. 

Wśród „przebudzonych” to samo. Już przy drugim tekście czuję, jak mnie ktoś opierdala. Zabawa?!

Ciekawość?!

Używki?!!!

MOJA DROGA. 

To jest ten ton, którym mówi do ciebie teściowa, albo jeszcze lepiej: babcia męża. Nie da się podrobić. A jednak. Wcisnęła się do „przebudzonych” i tyranizuje. Że nic nie wolno, że coś trzeba, a najlepiej: wróć do żywych, tam twoje miejsce. 

ZA SŁABO UMARŁAŚ. 

Gdy już zostałam porządnie opierdolona, wzięłam się za jakiś traktat o wychodzeniu z ciała i tu dopiero ugrzęzłam. Nie zauważyłam nawet, gdy przyleciała No i w swojej odwiecznej niedostępności zrobiła wyłam. Podleciała i krążyła nade mną długą chwilę, a nawet: powtarzającą się długą chwilę – wyraźnie w celu nawiązania kontaktu. A ja zaczytana w traktacie. 

Czekajcie, to się jakoś nazywało. Traktat o Projekcji Astralnej. Robert Bruce. Rok publikacji 1994. Kuźwa, kawał czasu temu. A ja nic nie wiedziałam!

Traktat pasjonujący. Zresztą, sami widzicie. Olałam nawet No. 

Co w traktacie? Po kolei. Najpierw, że można opuścić ciało, bo to w sumie o to w traktacie chodzi. Rzecz fachowo nazwana, opisana nawet w Wiki. Od angielskiego chyba, bo przecież w WW nie znają nawet introligatorskiego: OOBE. Nie wiem, co to dokładnie oznacza, pewnie jakieś Over Open Being Evolution. Ale nie ufajcie mi w tej materii. Angielski w Nadwymiarze jest absolutnie passé. 

No więc autor wyćwiczył sobie wychodzenie z ciała tak sprawnie, że z wielką swobodą ciało opuszcza, gdy tylko zechce, nawet – jak sam w traktacie zaznacza – w pokoju z małymi dziećmi.

Gdzie rodzice tych dzieci? Gdzie ich MATKA?!

Ja wiem, że to teraz może trochę brzmieć, jak podśmiechujki. I to w dodatku z kolegi po fachu. No ale. Weźcie. Żeby opuścić ciało, trzeba trenować, medytować, napełniać regularnie czakry, otwierać, zamykać, zawiesić linę u sufitu, żeby się z ciała WYCIĄGNĄĆ?! 

AAA. 

On i tak jeszcze spoko. 

Najstraszniej poczułam się po lekturze eseju niejakiego Loky, pod groźnym tytułem: „Czy Twój rozwój duchowy jest bezpieczny?”. 

???!!!

Tam dopiero są instrukcje. Czakry otwierasz zgodnie z ruchem wskazówek zegara, jeżeli jesteś mężczyzną i odwrotnie, gdy jesteś kobietą. Następną czakrę otwierasz i zamykasz w kierunku ODWROTNYM do poprzedniej. Dla niewtajemniczonych – jest ich siedem. Powaliło mi się już przy pierwszej. W końcu jestem KOBIETĄ i nie kumam tak niepojętych urządzeń jak zegar.

Człowiek myślał, że Kościół Katolicki się wyczerpał. Że do Nadwymiaru się nie wedrze. A tu proszę. Pamiętacie Wieżę Babel? Nie pamiętacie, bo na religię nie chodzicie, co mnie skądinąd cieszy.

No więc z Wieżą Babel było tak. Ludzie, którzy wtedy jeszcze wszyscy mówili w hopi i nie znali pojęcia „nauka języków obcych”, postanowili wznieść wieżę do samego Nieba, by przywitać się z Bogiem. Bóg siedział nabzdyczony w Niebie i obserwował te wysiłki. Z początku pewny siebie, gdy jednak ujrzał wznoszącą się wieżę zbyt blisko – szarpnął piorunem przez Kosmos i zrzucił towarzystwo z rusztowań. A żeby było z przytupem i na wieki, pomieszał ludziom języki. Zapadła marmurowa samotność. Ta samotność, której ja doświadczałam przez całe moje doczesne życie. 

Samotność niezrozumienia. 

Każdy poszedł w swoją stronę, a co bardziej charyzmatyczny – zagarniał wokół siebie tych, co gotowi byli nauczyć się jego języka. 

Dziś znów mamy do czynienia z Wieżą Babel. Jednak nikomu nie chce się wznosić budowli. Za duży mozół. Wystarczy mieć dostęp do internetu. Przeczytać Traktat o Projekcji Astralnej. I już być TAM. 

Na tym polega ta wojna. To jest wojna ludzi z Bogiem.

PS. Wychodzi się z ciała bez żadnego treningu, jełopy! 

PS. I nie jesteście przebudzeni, tylko śpicie jak susły, ale bardzo byśta chcieli się obudzić.

Wojna

Fakinszit, nie wiem, co myśleć. Szumi mi w głowie. Nie wiem, kim jest Nemocja. Wiem tylko, że jestem w jakimś niepojętym niebezpieczeństwie i to wcale nie chodzi o tę wojnę, o której myślałam. 

To nie ta wojna. 

WYOBRAŻACIE SOBIE?! Jestem. Na. Wojnie. O. Której. Nic. Nie wiem. 

Myśląc, że jestem na wojnie, o której coś wiem. 

I TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ. 

Ja w każdym razie jeszcze nie ogarniam. 

Dobra. Myślałam, że jestem na wojnie wywołanej przez Węża jakimiś osobistymi rozterkami z rodzaju „być albo nie być” i ewentualnie za co. Prosta sprawa. Umarłam, nie ma mnie, nie pomogę – to może kogoś wkurzyć. I ten wkurzony ktoś wywołuje wojnę. Zrozumiałe. To znaczy niezrozumiałe, ale da się rozłupać. 

Tymczasem dzieją się rzeczy w ogóle PONAD kwestię rozgoryczonego ego i kto zapłaci za prąd. Dzieją się rzeczy nie tylko PONAD, ale PONADWIEKUISTE. 

I ja to widzę. I nic nie panimaju. 

Po kolei. Jak wiecie, wczoraj napisała do mnie Nemocja. Poznałam ją dawno temu, w poprzednim życiu, kiedy jeszcze byłam „gwiazdą” i dawałam ludziom rady. Ktoś zorganizował warsztaty literackie, przyszło kilka osób, a ja się mądralowałam. I tam właśnie była ona. Zapłaciła za kurs (niemało!) I przyszła. I nawet trochę pochodziła. A jak zobaczyłam jej pierwszy tekst, to już wiedziałam, że to ściema. 

Ona nie przyszła się niczego uczyć. 

Ona jest za dobra. 

Ona jest świetna. 

Znacie to? Gdy człowiek ma wrodzony talent i każda nauka go tylko psuje? Kunegunda tak ma. Kunegunda (dziewczyna Szatana Komety) śpiewa. Śpiewa tak doskonale, że każda uczelnia zamyka ze strachu przed nią drzwi. I całe szczęście. Bo gdyby jakakolwiek Uczelnia Akademicka Muzycznego Śpiewu i Wokalu ją przyjęła i jeszcze próbowała czegoś nauczyć – świat straciłby niepojęty w cenie klejnot. 

Z Nemocją to samo. No, ale wiecie. Dostałam wynagrodzenie, muszę się jakoś odnaleźć. Coś tam muszę z siebie wymądrzyć. Nauczam więc Nemocję, a ona taktownie kiwa głową i wcale się ze mnie nie śmieje. 

Nemocja ma ciemne okulary. Tłumaczy to jaskrą. Wiem, że nie o jaskrę chodzi. Bo gdy zdejmuje w pewnej chwili okulary, by je przetrzeć – widzę to. Widzę oczy demona. 

I paraliż elektryczny przepływa mi po rdzeniu kręgowym. Lodowaty paraliż nerwów. Nawet teraz, gdy to piszę, czuję lód w palcach. 

Nemocja nagle zniknęła. Przestała przychodzić na zajęcia, nie pojawiła się na rozdaniu dyplomów. Normalna sprawa. Ja też nie chodziłam na takie imprezy. No, chyba że kroiło się after party. A tu żadnego afterka nie było, nuda straszna, parę osób nadętych i tyle. 

Minęło parę lat. Potem umarłam. Znalazłam się w Nadwymiarze, polatałam na meteorytach, zdążyłam się chyba nawet zakochać – i nagle ona się odzywa! 

Dobra. Przyznam się. W tej wczorajszej samotności trafiłam na jej książkę. Znalazła się w Księgozbiorze, nie pytajcie jak. Otwieram czarną okładkę z napisem: „Dzieje Quantum” i zastygam w spiorunowaniu. 

Bo tam, precyzyjnym jak laser jubilera językiem opisany jest obrazek, w którym siedzę na lotnisku i maluję portret Nogiłóżki. Czyli Całun Wiedeński. 

Siedzę na krawędzi stożka. W czerni. Z daleka wyglądam jak ptak. Czarny ptak. Kruk. 

Jak ma na imię ten kruk?

Zamknęłam książkę z trzaskiem. Wysłałam jej wiadomość. I gdy pisałam wam o skrzydłach Nemezis – przyszła odpowiedź. 

Nie mam siły pisać. A jednocześnie wiem, że przeprowadzę się przez tę wojnę tylko za pomocą prawdy. Zwierciadła prawdy. Opisując wszytko po kolei JAK JEST – wygram. Demon rozbije się o własne oblicze. 

I nie ma znaczenia, że nie wiem, o co tu chodzi!

Jednak opuszczają mnie moce. Coś mi je zabiera. Wczoraj przyszedł do mnie duch. Ten duch miał pretensje. Zaatakował mnie. Duch jest potężny, ma moc huraganu. Człowiek go nie pokona. 

Wiem to. 

Ale ja go pokonałam. Przegnałam precz tak skutecznie, że z pewnością ten jeden konkretny duch (a właściwie: jedna, bo to ona była) nie wróci. 

Ale. 

Przyszło ich więcej. 

Przyszła cała Noc. 

W moim śnie. 

Nie miałam szans. 

I nie stanęłam do walki. 

Uciekłam.

Wpłynęłam ze snu do rzeki życia. Woda to życie. Od zera. Woda to zero. W zerze nie ma wartości. Ani dodatnich, ani ujemnych. 

Woda mnie chroni. 

Ktoś mnie goni. 

Kim ja jestem?

Jak pokonuję duchy?

Czy ja nie jestem człowiekiem?