Niebieski Wicher

Mam w głowie tyle światów, że aż się boję. Najbardziej tego, że nie zdążę ich wszystkich ogarnąć. Że nie zdążę ich tak do głębi, do dna, do bólu poznać.

Człowieczeństwo polega na lęku przed końcem wieczności.

Bogowie śmieją się z tego absurdu. Zachowuję wtedy milczenie, czasem ramionami wzruszam. Czyżby? Aż tak śmieszne?

Koniec wieczności nie istnieje, to logiczne. Nie istnieje zatem nic, czego należałoby się bać. Ot, i cała fizyka jądrowa. Słynny dwumian Newtona. Komedii nie stwierdzam.

To trochę tak, jakby straszyć dzieci Babą Jagą. Facetka bogu ducha winna, w dodatku dawno na stosie spalona – a dzieci się trzęsą ze strachu. A starzy się trzęsą ze śmiechu. LOL.

Człowiek boi się zmiany. Tymczasem istnienie jest jedną wielką zmianą. Procesem. I nie ma żadnych chatek za bramą raju, żadnych zatrzymanych w kadrze sielanek, żadnego wiecznego szczęścia, żadnej utopii. Żadnego KOŃCA i żadnego początku. Tylko ten niekończący się koniec i nigdy nie rozpoczęty, odwieczny początek. Krąg. Ruch. Wir. Huragan.

Niebieski Rytmiczny Wicher Czasu.

Jeszcze raz, co w tym było takie śmieszne? Zesłanie na świat istnienia, które najbardziej ze wszystkiego boi się… istnieć? Chory na arachnofobię rodzi się pająkiem? I piszczy na swój widok? Ha, ha, ha?

Lubię deszcz. Najlepiej, gdy grzmi i błyska, lecą z nieba pioruny kuliste i gnają ludzkość przerażoną w odmęty fal przepotężnych ku zgubie, ku odwiecznej, nieskończonej jak bezdenna przepaść czerni. Otwierają się wtedy we mnie czeluści zwierzęcego lęku, który uwalniam oszalałym śmiechem. Nie jestem już człowiekiem wcale. Biegnę jak zwierzę, jak wiatr, wicher zgoniony, zziajana gonitwa ku własnym, nigdy nie skończonym światom.

Ku wieczności.

Niebieski Rytmiczny Wicher, Noemi Susenbach

Święto Życia

Tak w ogóle nie powiedziałam najważniejszego. O Czasie. Czyli o tym, na co składają się wszystkie czasy: przeszły, teraźniejszy, przyszły. A tak się niby rozpisałam ostatnio. 

Dobra. 

Chodzi o to, że codziennie jest jakieś święto. I ja wam o tych świętach nie piszę! 

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że w Nadwymiarze jestem od niedawna, ściśle: od piątku. Nie połapałam się tak od razu w tych świętach. 

Teraz oczywiście nie będę się rozpisywać, kiedy było jakie święto, bez sensu. Może kiedyś jakiś kalendarz narysuję, to wam pokażę. Powiem tylko z tych ostatnich najważniejszych: niedawno było Święto Śmierci. W waszym kalendarzu wypadało dokładnie pierwszego września. Coś mi mówi, że adekwatnie. 

Zara Li zrobiła melanż! Zdziwiło mnie, że nie zażądała jakichś nowych wstążek. Trzeba przyznać, że ta śmierć jest niezwykle skromną osobą, oszczędną w kaprysy. Raz miała zachciankę (pamiętacie: różowy flamaster), potem wymusiła wstążkę w kropki (oczywiście różowe), a potem cisza, amen. I nawet we własne święto: żadnych żądań. Za to humor doskonały.

Wczoraj z kolei było Święto Tożsamości. To jest taki dzień, w którym dusze zaczynają rozumieć, kim są, jak się nazywają i tak dalej. Co ważniejsze: godzą się z tym. Bo chyba największy ambaras jest w tym pogodzeniu. Tymczasem przychodzi Święto Tożsamości, chcesz, nie chcesz: jesteś Ziutek Myszyński (albo Stefan Ziółkowski) i tyle. Masz włosy proste i niekręcone, albo też: kręcone nie proste, rude, mysie, no nie wiem, jakieś tam – I TYLE. 

Niezwykle ciekawe rzeczy kryją się pod zagadnieniem Tożsamości. Bo nie zawsze wiemy, kim jesteśmy. Czasem może nas to zaskoczyć. Ale jak już zaskoczy i zaskoczy: jest naprawdę fajnie. I właśnie po to jest to święto. Żeby to „fajnie” uczcić. 

A dziś jest Święto Życia! 

Trochę brak mi słów na opisanie tego święta. Bo to jest Święto Absolutnie Wszystkiego co żyje. To jest święto sensu istnienia, radości istnienia, radości bycia tu i teraz i wczoraj i jutro. To jest święto sukienki w pomarańczowe słońca, to jest święto makijażu w kolorach zorzy polarnej, to jest święto sandałków, babiego lata, wieczornej randki, wiśni i kaliny. 

To jest święto podskoków na łóżku. 

To jest święto wbiegania do jeziora. 

To jest święto śpiewania pod prysznicem. 

To jest święto latania. 

To jest święto tańczenia. 

To jest święto gilgotania. 

Poddaję się. W każdym razie: próbowałam. 

Nie chcę jeszcze kończyć tego tekstu, bo jak skończę, będę w pocie czoła malować mandalę dla mojej przyjaciółki, o której jeszcze wam nic nie mówiłam. Tak, wiem, pisałam wczoraj o Nogiłóżce. Ale to jest tak, że ja piszę tak jak nadążam, a nie wszystko nadążam pisać. Żyję conajmniej drugie życie (po życiu), życia mi się nakładają, wymiary się przenikają, a w każdym wymiarze istnienia. Nie wszyscy naraz! Ja jestem tu od piątku! Pomału. Pacichońku. 

Moja przyjaciółka nazywa się Ewelin. Nie mylić z Ewelement! Może się nazywają podobnie, ale są z zupełnie innych światów.

Ewelin mieszka w WW. Czyli u was. Czyli: znam ją z poprzedniego życia. I ona w tym poprzednim życiu została. Ale coś ją z niego wyrywa i tym czymś (a raczej: kimś), kto ją wyrywa jest Niebiesowich. Czyli: Niebieski Solarny Wicher. Pisałam wam już o Niebieskim Rytmicznym Huraganie. To jakby siostra Niebieskiego Solarnego Wichru. Niebiesowich to jej brat.

Niebiesowich, jak przystało na prawdziwy wicher, jest pełen sprzeczności. Ale ma dobre zamiary. Dzięki niemu mogę mieć bezpośredni kontakt z Ewelin, mimo różnicy wymiarów. Nieważne. To znaczy: ważne, ale nie teraz. Teraz muszę wreszcie napisać (chociaż strasznie nie chcę!), że Ewelin zachorowała. Zachorowała, tak jak ja niedawno. 

I ja, choć jestem w Nadwymiarze – a może właśnie DLATEGO, że jestem w Nadwymiarze: muszę ją uratować. 

I uratuję ją. 

Razem z Niebiesowichem. I z Szamanem Mako. I z Nogiłóżką. 

Ha. 

A potem zrobimy napad na bank. Pan Demonium się sam nie rąbnie. 

PS. Rabunek Pana Demonium odkładam jak mogę, bo wiem, co się potem wydarzy…

Niewiem

Ten tytuł to imię demona. Demona, który ma taki tupet, że wkrada się między mną a Szamanem Mako i niszczy naszą przyjaźń. Szaman przez niego robi się coraz bardziej nieobecny i w ogóle to nic nie wie. Na każde pytanie: nie wiem, albo nic, bo go po prostu nie ma. Nie ma i nie wie. 

Facet w smole. 

A raczej: na wiecznym odpływie Nieistniejącego Morza. 

Maweraszia to małe miki, przynajmniej na razie nie próbuje wejść między mnie a Szamana Mako. Dostałaby tak wpierdziel, że skamląc kuśtykałaby się na wyrwanej nodze do WW w nadziei, że spotka po drodze ziomka, co jej litościwie kawalątek duszy uszczknie. 

  • Kieliszeczek, ziomek?
  • Nie. Dziękuję. 
  • Ale tylko jeden, popatrz, ledwo łażę, a jeszcze nie mam się z kim napić. 
  • No dobra. Ale tylko jeden. 

Tymczasem: ten demon jest niewidzialny. Włazi więc. Psuje. Rozwala. Tylko że ja z każdym dniem wstaję coraz silniejsza, a dziś po prostu przechodzę samą siebie. 

Obudziłam się więc, wstałam i wśród miauknięć Wifi poszłam złapać jakiegoś dorsza. Zeszłam na brzeg Nieistniejącego Morza, po którym w półśnie dryfował Szaman Mako. Spojrzałam na wodę i… teraz napiszę, jakbym była Henrykiem Sienkiewiczem:

Oszczep małej Noemi ze świstem przeciął brzask, rajską toń oceanu rozprysł i wbił się z krwawym bryzgiem w ciało zaskoczonej ryby. Dorsz uderzony, przebył w bezwładzie dwa metry w lewo, drgnął i opadając na dno, skonał. Mała Noemi wyjęła ofiarę z wody, odgryzła jej łeb i zręcznym ruchem rzuciła kotu na pożarcie. 

Tylko że ja tego łba nie odgryzłam, stary, ale odłupałam tasakiem. Elo. 

A potem na tym samym morzu, w którym do niedawna pływał beztroski dorsz, za pomocą mjölnira rozpętałam Niebieski Rytmiczny Wicher. Niebieski Rytmiczny Wicher to coś w gatunku: nie ma zmiłuj, żarty się skończyły. Oraz wszelkie ulgi i zniżki. To jest ten najbardziej niebezpieczny huragan PRAWDY, coś potwornie bezlitosnego, co odziera z wszelkich złudzeń i pozorów. Wobec tego wszelkie ”nie wiem” kruszeje jak wafel. Nie ma takiej bezradności, która się Niebieskiemu Rytmicznemu Wichrowi oprze. Nie ma szans. 

Biedny Szaman Mako z początku próbował jeszcze być:

  1. Zmęczony
  2. Niezdecydowany
  3. Zirytowany (co tu tak rybą wali?)
  4. Śpiący

, ale szybko zrezygnował. Siła Niebieskiego Rytmicznego Wichru z pewnością by go w tym stanie rozbiła o ścianę jednej z fal. Prędko zatem zbystrzał, złapał linę okrętu i trzymając w jednej dłoni swoją dupę, a w drugiej ster, przycumował do brzegu. 

Nie wiem, jak on to zrobił, cuda się zdarzają. Grunt, że ocalał, żyje i jest już znowu „starym”, dobrym Szamanem Mako, wilkiem morskim, który się huraganom nie kłania. A Niewiem odszedł tam, gdzie jego miejsce.

W diabły.

PS. Nie miałam tego Giewontu na liście, ale kilka dni temu dosadnie wyraziłam się o krzyżach wbijanych w bogu ducha winne skały…