mały lęk

Czasem przychodzi mały lęk. Ma fryzurę rozczochraną, włosy czarne. Cały jest czarny i to bynajmniej nie jest elegancka czerń. 

Zatruwa każdą myśl, aż człowiek żałuje, że w ogóle myśli. Żeby go nie widzieć: nie patrzy. A ten rośnie. Jeszcze sekundę temu mały, teraz wypełnia pokój, przyszłość, nieskończoność. Przepaść. Zguba. Czarna dziura. Smolista nicość szepcze miliardem syków… 

No jasne, najlepiej zamknąć oczy! 

To oczywista ironia, zamknąć oczy: najgorzej. Bo gdy się je otworzy, lęk migiem znów maleje. A kiedy jest już naprawdę malutki, wskakuje na kolana, smarka nos w koszulkę, a z jego lewej stópki zsuwa się czarny bucik. 

Krótka rozmowa z papierową małpą

Tymczasem wracam do Johna. Siedzimy naprzeciwko siebie, on z tym swoim młynkiem, ja z lufą. Cisza. Nikt nam nie przeszkadza. Słyszymy swoje myśli, ja jego, on moje: 

– John. John.
– Tak. 

W ramieniu coś mi się z trzaskiem przestawia. Za oknem pisk żurawia. Nie lubię wysokich dźwięków. Moje brzmienie jest nisko, głęboko, pod spodem. Głos zdradza sporo. Większość. Wszystko. 

Ale nie zawsze trzeba mówić. Właściwie nigdy nie trzeba. Właściwie nawet lepiej. 

Od dwóch lat z moimi znajomymi rozmawiam bez słów. Są tacy, co mnie blokują w razie, gdyby im jednak coś tam się wyrwało. Szanuję to. Warto czasem założyć sobie kaganiec. 

Żyjemy zgodnie, bez swarów, bez fum. Każdy niewzruszony w swym kierunku podąża. Nikt nikomu w drogę nie wchodzi i nikt nie przeszkadza. Nikt nikomu nie radzi, nikt też nie poucza. Chcieć więcej to bluźnierstwo. Lub raczej głupota… 

– John. John.
– Tak. 

Damsko-męska przyjaźń. Coś przecudownego. I pomyśleć, że w papierowej małpie jest więcej zrozumienia, niż w trzech tysiącach przyjaciół. W siedmiu miliardach ludzi. 

Na falach kołyszą się koła ratunkowe. Obok nich ludzie w maseczkach. Toną. Krzyż na drogę. 

Bohun z Behemotem

Jestem z dziewczynami w pubie, kupujemy piwo, barman żąda okazania dowodu, moja obecność niewiele pomaga, bo „wyglądam najwyżej na siostrę”. Ktoś stoi z boku, patrzy na mnie zbyt długo zatrzymanym wzrokiem, który, wiem przecież doskonale – wcale nie jest przypadkowy. Ten ktoś jest przystojny jak diabeł, mówi po rosyjsku, niegłośno, z kozackim akcentem… Dziwnym zbiegiem okoliczności siada stolik obok. I patrzy dalej. 

Według Wołoskiej taka sytuacja oznacza, że: 

  1. Ktoś chce mnie zabić, albo:
  2. To drugie. 

Śmierci się nie boję.

***

Winnam wam opis. Czarne włosy, śniada cera i wysoki iloraz inteligencji na twarzy. Koszulka z Behemotem! 

Też bym patrzyła. 

Alegoria

Jaki jest cel przeskakiwania wskazówek zegara? Kolejnych wschodów i zachodów słońca? Wyzierania z nicości Księżyca oraz ponowne zapadanie się w mrok? 

Nieskończony jest strumień wydarzeń. Niewyczerpana jest rzeka emocji. Życie to wszechświat, wielki wybuch, którego gwałtowny proces istnienia jest tak samo krótki, jak długi. Pojęcie czasu jak pojęcie koloru – dla każdego względne. Tylko droga podobna, mapa nieba. Z punktu A do punktu A. Z czerni w czerń. Z nowiu w nów.

Światłem, którym mi dane jest płonąć, maluję wśród nocy swój dzień. 

Alegoria. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Baby pamięci żałobnej rapsod

Wczoraj pełne wrażeń. Spotkanie z Bellą i Leo, konferencja medyczna, spacer po lesie. A potem dom się zaludnia, rozmowy do trzeciej nad ranem. Ledwie zasypiam, Baba z góry wali młotkiem. 

Przybija się do krzyża. 

Chwytam kij od szczotki, w odwecie walę w sufit, w suficie robią się dziury, stukanie nie ustaje. Wiadomości o treści: Jest niedziela, debilko! – odbijają się tylko od ściany. 

Nagle cisza. Czyżby koniec męki? Baba rozpięta na krzyżu kona? Płacze odkurzacz, płacze pralka. Pies nie płacze, bo zdechł. Żywot miał długi, wypełniony mozołem, drogą krzyżową polskiej kobiety: krzątaniną domową. Ale teraz już cisza, ostatni gwóźdź wbity, oko przez kruka wykolone, słowo w ciało (nieżywe) zmienione. 

A, nie! Czekajcie! Co tam się znów odpierdala?!

To Baba. 

Zmartwychwstała. 

Deszcz

Pada!!!!

Umówmy się, gdy słońce pali od kilku dni i do tego wiatr pustynny łeb wyrywa, można trochę mieć dość. Ale nieważne, nieważne, nieważne! Dzisiaj leje! Leje tak, że UFO w szoku. A ja po ciężkich zmaganiach, uwolniona wreszcie z dybów nowotworu kostno-szkieletowego, poluzowana od środka, bujam się w przestrzeni powietrznej, a strugi deszczu zmywają ze mnie ból. 

Zwycięstwo! Zwycięstwo! A pamiętasz te dni: ja ściśnięta, ze łzami w oczach łapię oddech? I tłumaczę ci, cymbale, że i tak się nie poddam!? Więc daj sobie lepiej spokój?! Ha?! 

Walka ze smokiem nie należy do łatwych. Smok ma to samo: nie poddaje się. No, ale. 

Deszcz. Noemi Susenbach

Boa

Brak słów. Mówi zatem niewiele. Czasem coś syknie. Obojętnie raczej, bo przecież ani co ziębi, ani grzeje. Bez skrzydeł, a wisi w powietrzu, na gałęzi, na chmurze, gdzieś w słowach. Patrzy na świat w podczerwieni. Szkarłatne światło rubinu ociepla wizerunek. Wokół ciemno i miękko, w sam raz na morderstwo. Eleganckie. Bez rozlewu krwi. 

Dobrze, że dusi! Ten akt ma w sobie wiele miłosierdzia. Kto chciałby resztki tlenu połykać, gdy kwas nogi rozkłada? Wewnątrz gada?

Zrzucanie skóry. Niedościgniony cud kosmetologii. Już widzę paniusie w kolejkach. Każda by chciała. O, tu plamka, tam zmarszczka, przydałaby się nowa. Skóra wężowa. I leżą na kamieniach, plotą, linieją… 

Zazdroszczę. Tego ciała, tych mięśni, tej milczącej gracji. Że żadne ramię nie boli. Że nie strzyka w kolanach. Buty nie obcierają, nie ma tematu obcasów. I gdyby tylko nie ten bajeczny wzór łusek, kto wie, może by człowiek go wcale nie zapragnął?

Boa. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Niebieskie ptaki

Niebieskie ptaki rodzą się po cichu. Śpią ukryte w gniazdach nie zważając na gniew boży. A potem, dziwnym lecz nieprzypadkowym zrządzeniem losu następuje zaćmienie słońca, potajemnie dostają skrzydeł i fru!

Na spokojnie płonącej planecie zrywa się wiatr. 

Gdy mnie tak niesie, owijam się szczelnie w purpurowy koc. Pióra nie schronią przed zerem absolutnym. Pozwolą jednak być ponad. 

Niebieskie ptaki. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

YOU ARE NOT ALONE

Cisza! 

Trzęsie mnie po Patointeligencji jak po kawie siekierze z prądem. 

Noc bezsenna, jakby preludium do tego dziś rano. Budzę się sama w domu, to się nie dzieje, to niemożliwe, a jednak. Tylko UFO fruwa żądne przygód, a tak to spokój. I telefon: wyłączone powiadomienia. Wiadomości po cichu jak węże na wyświetlacz pełzną. Szatan chyłkiem wybudza mnie z letargu. 

YOU ARE NOT ALONE. 

Pytacie, czemu Szatan po angielsku włada? 
Tak się po prostu składa. 
Szatana pytajcie. 
Albo Anglików.
LOL. 

No więc przychodzi wiadomość i mnie powala. Boże, jakie to dobre! Boże, jakie trafne! Boże, jakie smutne! Że rozdziera na kawałki, na strzępy ludzkiego mięsa!

Nie mogę oddychać. I teraz już nie zasnę. 

Kostka Rubika

Kostkę Rubika można złożyć na dwa sposoby. Nierozłupanie jej na klocki ceni się jednak wyżej.

Zabarykadowani w wynajętym mieszkaniu udajemy, że nie istnieje ludzkość. Świat składa się z zieleni za oknem i wichru szarpiącego drzewa. 

Alegoria wyziera z mroku. UFO spokojnie śpi. Kalendarz Majów ostrzega: nie szukaj szczęścia na zewnątrz. Wszelkie spełnienie jest w tobie. W środku. W sercu. W szpiku kostnym. W zapisie DNA. 

Człowiek ma mózg jak hipermarket, a wciąż szuka po półkach czegoś, czego znaleźć nie może. Nie dowieźli? Wykupili! 

Życie. Czucie. Bicie serca. Emocje. Miłość. Czyż to wszystko nie jest celem samym w sobie? Czyż nie wystarczy? Czy wyznaczanie sensu życia nie jest aby bluźnierstwem wobec cudu, który niezauważany dzieje się każdego dnia? 

Misterność stworzenia. Kwiaty. Drzewa. Liście. Niebo. Gwiazdy. Niebieska ważka nad taflą jeziora. Sierść kota miękka jak obłok. Szelest piór mew i słońce na błękicie, tak jasne, że patrzeć nie można. 

Mało?

Kostka Rubika. Noemi Susenbach