Komunikat z planety Ziemia

6.6

Niedziela. Msza święta. W centralnym miejscu, na podwyższeniu, obwieszony błyskotkami mężczyzna z nadwagą pije alkohol. Przed nim wszyscy klęczą. Są dzieci. Jest ich dużo. Podobno składa się dzieci w ofierze. 

Albo gorzej… 

6.6

Nadaję z bazy. UFO gotowe odlecieć w każdej chwili. Gęstnieje Czarna Magia.

6.6

GORZEJ. 

Czarna Magia. Noemi Susenbach

Ponura kosiarka

Sobotni poranek. Gdzieś między przeszłością a snem, gdzieś między błękitem a czernią, czas się po zegarze rozjeżdża, ciało po pościeli rozciąga, gdy nagle, w jednej sekundzie brutalny, nieodwołalny wybuch, Hiroshima, Nagasaki: sąsiad, kurwa, kosi. 

Krzyk, jak w stop-klatce Napalm girl – niesłyszalny. Grzęźnie więc w gardle rozpacz po stokrotkach, pszczołach, niezapominajkach, wreszcie po: ciszy. Cisza w tym świecie przestaje istnieć, prawdopodobnie wkrótce wykreślą ją ze słownika, zniszczą, skoszą, spiłują, skuterem wodnym przeorzą. Mózg mi wybucha, padają pod ostrzem gorejące krzaki, znikąd ratunku, donikąd ucieczki. Wszystko wokół krzyczy, wszystko wokół płonie, płoną pisklęta, płonie jezioro, w płomieniach donikąd biegnie dziewczynka. Świat zmienia się w piekło, w piekielną, zażartą i wiecznie głodną wszechobecność człowieka. Homo sapiens, ja pierdolę. Po studiach kosiaryzmu. Trychologii stosowanej. Na wystrzyżonej jak pizda Strzyży. 

Nie mam już siły pisać. 

Nie mam już siły żyć. 

Schowałabym się do wanny, ale Baba z góry pierze. 

KAJA KING.

Biały ślad na czarnej sukience. Narodziny Alegorii. Słońce. Z mroku powstaje światło. 

Tak się osadzam w TERAZ, że nie mogę palcem ruszyć. Najdrobniejsza akcja jest burzącym idealny ład wyjściem z TERAZ. 

Na kajak. 

Oto trzeba wstać, założyć sandałki, wsiąść do samochodu, jechać, wysiąść, napompować kajak, wziąć wiosło do ręki, wiosłować. Ani jednego przystanku! Ani jednej szczeliny! A tak by się chciało zwinąć gdzieś w kłębek i znów zdematerializować w przecudowną nicość! 

Życie wymaga aktywności. Światło nie śpi. Światło świeci. W każdym ze swych fotonów wybucha bombą jądrową. A ja z tych kąpieli, z pian, z pieleszy snu, spóźniona, nieprzygotowana, bez tarczy. I bez kanapek na przerwę. Serio to już?! 

Mijają żywoty, zmieniają się wymiary, a człowiek wciąż ten sam. 

KAJA KING. Noemi Susenbach

Eschilo

Znam dobrze ten stan. Muszę coś zrobić. MUSZĘ. Czemu muszę? Bo TRZEBA. 

Z tej logiki wynika dużo spraw. Czasem całe, zagrzebane w drobnych obowiązkach, życie. Baba z góry w kółko odkurza. Albo pierze. Albo coś tłucze w kuchni. Nie można powiedzieć, żeby nic nie robiła. Doskonale wpisana w tryb MUSZĘ, aktywnie popycha kolejne dni swojego życia wstecz. Bo przecież nie do przodu. 

Czarownice latają na miotle, Baba na odkurzaczu. Prawdopodobnie nigdy nie spłonie na stosie. Po prostu się zredukuje do kurzu i puf! – stary, jakże wysłużony odkurzacz wciągnie ją w swe trzewia. 

Muszę coś zrobić. Muszę. Ach, gdybym tylko mogła być Babą! Wzięłabym się za naczynia, okna, podłogi. Albo prasowanie. Ileż to roboty! Do siedemnastej by zeszło. A potem już tylko kotlety i z głowy. Jeszcze telewizja wieczorem i można spokojnie odhaczyć ten dzień. 

Na szczęście jesteśmy coraz bliżej śmierci. Bo przecież nie ma takiej maseczki, która by tę śmierć zniszczyła. Nawet jak się założy na oczy. Nie działa. 

10:39

Może namaluję obraz? Mam płótno, farby. Czas. 

11:04

Zdrapuję naklejki z laptopa… 

Eschilo. Noemi Susenbach

Johnny B. Goode

Wysłane w kosmos w poszukiwaniu życia pozaziemskiego próbniki Pioneer są wyposażone w płytki aluminiowe, na których umieszczono schemat Układu Słonecznego, rysunki kobiety i mężczyzny oraz trasę dotarcia do Ziemi. Natomiast statki Voyager 1 i 2 niosą przesłanie dźwiękowe: piosenkę Chucka Berry’ego Johnny B. Goode

Obawiam się, że czeka nas zagłada. 

Piesdemona

Delikatność płótna umyka przed migawką. Indianie mówią, że zdjęcie zabiera duszę. Mają rację. Obrazy na zdjęciach zawsze ją gdzieś chowają; za ramę, za ścianę, za drżącą kreską pędzla? Ukryta wstydliwie, a może raczej: dumnie – śpi skulona z pieskiem, psem demona. Pies demona ma parwowirozę, bardzo cierpi. W dodatku sam na strychu, w komórce, z daleka od matki, a to przecież szczenię, w gorączce, w konwulsjach, umiera. I jedyne pocieszenie to ta mała dusza, co ze szkoły wraca i do niego biegnie i patrzy na tę małą śmierć bezradna, bo cóż może zrobić? Umrzeć razem z nim? 

Nie. Nie może. 

Życie jest jak dziecko, trzeba się nim zająć. 

Piesdemona. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Narodziny Feniksa. Znów

Śnią mi się ptaki. Są kolorowe, liczne, różne. Jeden z nich ma złamane skrzydło. Chowa się w płaszczach na wieszaku, ucieka od biorących go w ręce ludzi. Tylko samotność go uleczy. 

Czy ten ptak to ja?

Frapuje mnie pewna sprawa. Co czuje Feniks w chwili narodzin. Euforię? Ciekawość? A może rozczarowanie? 

Że znów to samo.

Mała Księżniczka

Pochodzi z planety o nazwie Purpura. Jej historia nie kończy się ukąszeniem przez żmiję, przeciwnie. Jej historia zaczyna się ukąszeniem przez węża. I prawdopodobnie nie kończy się nigdy, tak jak nie kończy się droga biegnąca po okręgu. 

Czym wszakże różni się koniec od początku? Czy jeden i drugi nie stanowi siebie nawzajem? Cóż, Mała Księżniczka jest dziewczynką, a dziewczynki są z natury silniejsze, co pozwala im przetrwać niejedno ukąszenie, co z kolei pozwala koniec nazywać początkiem. A dopóki koniec jest początkiem, dopóty droga biegnąca po okręgu tonie w kwiatach. Nie są to żadne róże, ale stokrotki, niezapominajki i mlecze. Mniszki lekarskie. Babki lancetowate. I szałwiodziurawce. 

Podróże zakazane! Od kiedy na Ziemi wybucha panika z powodu bliżej niezdiagnozowanej choroby, statki kosmiczne przestają latać. Purpura oddycha bez maski. Oddychałaby jeszcze lżej, gdyby nie ziemskie kosiarki spalinowe, piły łańcuchowe oraz ciężarówki wywożące tony śmieci każdego dnia bez wyjątku po sześć na placówkę z czterema kubłami. Nie wiem zresztą dokładnie, musiałabym policzyć, ale nie chce mi się wychylać głowy z atmosfery. 

Atmosfera Purpury ma barwę turkusu. 

Baobabów nie stwierdzono. Wiadomo jednak z całą pewnością, że rosną tu gorejące krzaki. Gdyby zarosły całą planetę, pewnie by spłonęła i cześć. Ale nie zarosną, bo rządy sprawuje kobieta. I niech ten argument wystarczy. 

Czy Mała Księżniczka ma jakichś przyjaciół? Całe mnóstwo. Nie mają profilów w internecie, milczą niezapytani, a zapytani – też milczą. Są zbudowani z kamieni, szmatek lub sierści. Od tych w internecie różnią się tym, że mają duszę. Duszę ma bowiem ten, kto z niej się nie odarł. 

Czasem na Purpurze pada deszcz. Nie jest to zwykła ulewa, nie jest to żadna mżawka. To burza. Z piorunami. Z zsynchronizowanym wybuchem wulkanów. Trzęsieniem płyt tektonicznych. Apokaliptycznym huraganem o barwie niebieskiej, rytmiczną zagładą. Giną wtedy wszystkie żale, umierają w rozpaczy smutki. Przytwierdzone do skał drabiny lecą w bezdenne przepaście. A potem zapada cisza. I znowu, od nowa, po drodze – teraz już innej – w nieskończoność okręgu mknie nigdy nie znudzone sobą życie.

Zaczarowany młynek

Śni mi się purpura w kolorze turkusowym. Jakkolwiek to brzmi, stanowi tajemnicę. Bo nie wiem. 

Z rzeczy przyziemnych: przydałoby się posprzątać. Może by się znalazł młynek, w którym na pewno jest trochę zioła, akurat na jednego buszka. Ale nie chce mi się. Znaczy, zapalić: owszem, bardzo poproszę. Ale sprzątać nie. Jestem leniwa jak zodiakalna krowa, leżę i zbieram pyłki z powietrza, wzbudzony porankiem srebrny kurz wdycham zamiast marihuany i mam katatoniczny odlot. 

Oto lecę w kosmos. W tym kosmosie tworzę świat, planetę bez ludzi, bez śmieci, bez kosiarek, bez alarmów i bez masek. Wśród zieleni turkusowej, w samym sercu dżungli lśni w słońcu purpurowy zamek, a tam, na balkonie podniebnym, w jedwabiach, aksamitach: ja. Bujam się w hamaku i palę fajkę, której zawartość nie kończy się nigdy, gdyż odnaleziony młynek jest zaczarowany i mieli w nieskończoność kosmiczne THC. 

O żadnych królewiczach, rzecz jasna, nie ma mowy! A jeśli by się cudem jakiś przybłąkał – z balkonu zastrzelę, z łuku. Konia sobie zostawię. Białym galopem będę mknąć przez knieję planetarną. Do jeziora! W turkusie się zanurzę, w wodzie się rozpuszczę, w potoku się rozszemrzę. 

A potem wyparuję.
A potem spadnę burzą.
Aż wreszcie zniknie wszystko.

Nawet Księżyc. 

W aksamit się zawinę
i zasnę. 

Przyśni mi się maleńka planeta. W kolorze purpurowym. Z okiem jeziora o barwie turkusu.