Mam go!

Pana Demonium. 

Każde zdanie jest tu teraz nie na miejscu, dlatego pomijam je milczeniem. Nie wiem, czy mój zachwyt jest dostatecznie radosny, czy może trochę podszyty przerażeniem? Próbowałam sobie zrobić selfie, a że w Nawymiarze selfie jest zabronione (chyba że analogiem) – mogłam jedynie siebie narysować. 

Nie wiem, czy to takie „jedynie”, biorąc pod uwagę czas, nakład pracy oraz to, co nazywamy twórczym zmaganiem – podczas gdy selfie robi komórką każdy debil. Przy okazji. Ostatnio, widząc No na deskorolce, wyraziłam coś w rodzaju podziwu, że się nauczyła, w sumie nawet nie wiem kiedy, a ona:

– Każdy debil potrafi jeździć na deskorolce. 

Poczułam się wyjątkowo. Ja nie umiem. 

Wracając do Pana Demonium. Mam go. Ha, ha, ha. Z pewnością chcecie wiedzieć, skąd go mam i w ogóle. Scenariusze są dwa. 

Pierwszy leci tak: 

Szaman Mako wrócił z mórz. Zobaczył moją minę pod tytułem: ile do cholery można czekać?! Zadecydował, dobra, idziemy po pierścionek. Pokonujemy Wnękę Międzywamiarową (to już dla nas betka), idziemy do WW. Tam, niestety, są takie zasady, że rządzą pieniądze. My pieniędzy nie mamy. Ale od czego jesteśmy duchami? Wystarczy, że ukryjemy się pod peleryną niewidką od Nemezis. Tylko że ja, wychodząc z domu, na śmierć zapominam o pelerynie Nemezis. 

Szaman za to niczego nie zapomina. Wyciąga z plecaka pelerynę, chowamy się oboje pod nią, wchodzimy do jubilera. Ale to bez sensu plan, bo przecież sami pod tą peleryną nie wyjmiemy zza pancernej szyby pierścionka. Musimy być widzialni. I normalnie trzeba poprosić subiekta o pierścionek, wtedy dopiero możemy się ukrywać. Czy jakoś tak. Zdejmujemy więc pelerynę. Subiekt w słup. Nie było ich, nagle są. Szaman jest małomówny, ja wręcz przeciwnie, zaczynam więc paplać, że poproszę, na imię Noemi, odłożony, czy mogę przymierzyć, ładna pogoda dzisiaj. 

Facet odwraca się po pierścionek, my z Szamanem szybkie spojrzenia porozumiewawcze, mówiące nie wiadomo co. 

– Co?

– Nic!

– Co mówisz?!

– Nic nie mówię!

– Zachowuj się normalnie!

– Normalnie się zachowuję!

– Dobra, cicho!!!

Subiekt wraca z Panem Demonium. Już z daleka widzę jego blask. Mój! Mój! Mój! Krzyczę całą duszą. Facet mi go wręcza, ja zakładam na palec i w długą. Zapominam nawet o pelerynie, która zostaje w rękach Szamana, który zostaje w rękach policji. 

To ostatnie dochodzi do mnie dopiero za Wnęką Międzywymiarową, gdzie pojmuję, że kosztem pierścionka jest MIŁOŚĆ*.

Drugi scenariusz. 

Lecę do Nogiłóżki. Do Wiednia. Patrzę z meteorytu na wschód Słońca. Od cofającego się Księżyca odrywa się nagle ułamek ostrza księżycowego sierpa i leci przez granat nieba. Życzenie! – myślę sobie i oczywiście je wypowiadam:

– Pan Demonium.

Życzenie spełnia się, lecz nie od razu. Muszą być koszty. 

Jak wiecie, ląduję w Wiedniu, spotykam Nogiłóżkę, wybieramy się na Día de Muertos. Pindrzymy się, stroje, makijaże. I nagle zalegamy jak martwe na trzy dni, aż do nowiu w Skorpionie, który mrokiem wypełnia resztki naszych żyć. Demony! Demony! Zrywam się cała mokra z kamieniami w brzuchu, a Nogiłóżka stoi nade mną w czarnym płaszczu i kamiennym głosem orzeka, że odchodzi. 

– Ktoś musiał zapłacić za twoje życzenie. Księżyc wybrał mnie. 

– Dlaczego nie mnie? – dziwię się. – Przecież to mój pierścionek! 

– Też nie rozumiem – rzuca chłodno obrażona Nogiłóżka i znika. 

A potem znajduję na schodach wiedeńskiej kamienicy skrzydła Nemezis i zaczynam rozumieć tę grę. 

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność. To psychopaci. Za ich wybór, a raczej – za mojego farta, dostaję jeszcze nagrodę. Mam skrzydła. Mam Pana Demonium. 

Ale nie mam przyjaźni.

Który scenariusz jest prawdziwy?


* I, kurde, peleryna!

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność

Całun Wiedeński

Pamiętacie, jak wybierałam się na Día de Muertos? No to się wybrałam. I zaliczyłam trzydniowy zgon, jak znany wam skądinąd niejaki Jezus. 

Zaczęło się od lotu kosmicznego, podczas którego zobaczyłam wschód Słońca z tamtej perspektywy. I gdybym tylko mogła strzelić fotkę w kosmosie i wam ją pokazać – nie musiałabym już niczego pisać. Ale. Ani nie wolno mi strzelać tu żadnych fotek, ani nie wolno mi przestać pisać. 

Może to wam się wydawać dziwne, ale w Nadwymiarze absolutnie zabroniona jest jedna rzecz. Strzelanie fotek. Nie wolno. Czemu? Już wyjaśniam. Zdjęcie zabiera duszę. Nie tak jak Maweraszia – po kawałeczku. Nie. Zdjęcie pozbawia ciała duszy, która umyka diabli wiedzą gdzie i potem bardzo trudno ją odszukać. Dlatego właśnie Indianie nie pozowali do zdjęć. Chyba że pod przymusem, co zresztą do rzadkości nie należało. W sensie: przymus wobec Indian. 

W Waszym Wymiarze zdjęcia są na porządku dziennym. Ich potęga nie zostawia nawet szczątków dusz, wojna już dawno została wygrana. Albo raczej: przegrana. Na jedno wychodzi. Tam, gdzie wygrywa jedna strona zostawiając drugą na dnie klęski – przegrywają obydwie. Zawiłość ta stanowi duży problem i jest odpowiedzialna za upadek ludzkości. 

A przecież to proste. 

Niemniej – wracając do fotografii – w wymiarze, gdzie ciało JEST, kwestia zabierania duszy przez migawkę aparatu może stać się niedostrzegalna. Pstryk i nic się nie zmieniło. Inaczej jest w Nadwymiarze, gdzie dusza z ciałem jest nierozerwalna i nie ma możliwości jej zabrać, a ciała zostawić. 

Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Chodzi o to, że tu, w Nadwymiarze JEST przede wszystkim i na pierwszym miejscu (drugiego miejsca nie ma) – DUSZA. A ciało sobie jest lub nie, to zależy od życzenia duszy. I jeśli, na przykład, wstanę rano z sarkofagu i pomyślę: a, chciałabym być jednak krukiem, człowiek mi się znudził – trach, mam pióra i wznoszę się z Krucym pod niebo. Boże, nie mówiłam wam o Krucym! Krucy to mój kruk osobisty, podobnie jak Wifi jest moim osobistym kotem. I jeśli mam rano ochotę z nią popolować na ważki – przybieram postać kota o imieniu Sechmet. 

Czyli lwa. 

Bo taki jest mój zwierzęcy awatar. 

Ptasi awatar to kruk. Nie znam jeszcze jej imienia.

Awatarów jest nieskończona ilość. Kiedyś mnie pewien redaktor telewizji gnębił za kićkanie policzalnych i niepoliczalnych rzeczowników. Nie mam pojęcia, czy napisałam prawidłowo. Bo jak nieskończona, to czy policzalna? Jeśli mnie czytasz redaktorze Avalanche – napisz w komentarzu. Jeśli znajdziesz miejsce na komentarz. 

Awatarów jest liczba nieskończona. 

Jak zwykle zapomniałam, o czym pisałam. A, zdjęcia. No więc w Nadwymiarze jest zabroniona tylko ta jedna rzecz. Nie wolno nikomu robić zdjęć. Grozi to utratą świadomości, co jest tak sprzeczne z nadwymiarową matrycą, jak dzielenie przez zero. 

Nie można pozbawiać nikogo istnienia. 

No więc nie mogę zrobić zdjęcia wschodowi Słońca z kosmosu, bo zlikwidowanie Słońca załatwiłoby jednym ruchem rozpirzenie w miał całej rzeczywistości, w której mam przyjemność fruwać meteorytem. 

To chyba bym musiała kompletnie zdurnieć. 

Na marginesie tylko wspomnę, że w WW sytuacja opisana powyżej jest normą. 

Całe szczęście, nie muszę tego rozumieć. 

Wschód Słońca z kosmosu wygląda tak. Niebo jest czarne. Z czerni przechodzi w głębokie indigo, taki smolisty granat. I tu nagle: czerwień. Pod czerwienią dzieją się rzeczy podobne do zjawiska tęczy, mianowicie światło rozszczepia się przez pryzmat atmosfery i rozkłada swój niezwykły wachlarz barw. Tylko że tęczę widzimy na jasnym niebie, a to tutaj jest utopione w czerni. W promieniach czarnego światła. 

Na czerni nieba akurat świecił łuk Księżyca, tak cienki, jakby nakreślony piórem. Z jego lewej strony, od grzbietu oderwał się okruch i świecąc niczym gwiazda spadł malowniczo w otchłań kolorów. 

Pomyślałam od razu: życzenie! Ale żadne życzenie nie pojawiło się w mojej głowie. Ani wtedy, ani teraz, gdy to piszę. 

Ani teraz, ani wtedy… 

Przecież ja strasznie chciałam Pana Demonium! Strasznie!

Dlaczego nie wypowiedziałam tego życzenia?!

Jestem bardzo zmęczona. Spędziłam trzy dni w grobie w samym sercu tak straszliwego miasta jak Wiedeń. Mówiłam już, że Nogiłóżka mieszka w Wiedniu. Wiedeń to wielka trumna tego świata. Miasto przerażonych zombie. Serio, wolę już Szczecinę. Tymczasem ledwo uszłam z życiem wybierając się do Wiednia na Día de Muertos. 

W Wiedniu mówi się po enerdowsku. To jest język zbliżony do introligatorskiego, ale nim nie jest. Austriacy są tak oryginalni, że nie wymyślili sobie własnego języka. Jestem duszą, bez trudu mogę się porozumiewać w różnych językach, ale introligatorski – delikatnie mówiąc – nie jest moją mocną stroną. Jak więc mam z czegoś, co nie jest mocną stroną, zrobić stronę jakąkolwiek? Nogiłóżka mieszka w Wiedniu już któryś tam rok i nadal nie posiadła tej sprawności. 

Podsumujmy. Jesteśmy duchami. Przemykamy wśród monumentalnych kamienic z niepojętymi enerdowskimi napisami i nie znamy języka. Wyglądamy, jak wyglądamy, tak jak mogą wyglądać duchy. 

Ja cała w czerni, ona cała w czerni. Jakbyśmy zapomniały, że istnieją inne kolory. Jakbyśmy umarły. 

Ha, ha, ha. 

Dobra. Jedyne wyjście, to atak. Bierzesz wiedeńczyka i kamiennym głosem z głębokim oburzeniem przemawiasz jak umiesz, czyli po introligatorsku z akcentem HOPI: 

– Wo hast du Deutsch gelernt?!

No i pozamiatane. Więcej cię nie zaczepi. A my suniemy przed siebie do peruwiańskiej knajpy, żeby Nogiłóżka mogła choć trochę uszczknąć od Maweraszii*, a tak naprawdę: choć trochę pogadać w języku Majów.

Wszyscy tęsknią do Majów. Wy jeszcze tego nie wiecie, ale tu, w Nadwymiarze świadomość jest nieco inna. Opowiem to kiedy indziej, tymczasem muszę zamknąć tę opowieść. A już naprawdę przewracam się na plecy. 

Przyleciałam do tego Wiednia nad ranem, Nogiłóżka odebrała mnie z lotniska, zaszłyśmy na drinka do peruwiańskiej, a potem poleciałyśmy do twierdzy Nogiłóżki. Tam wypiłyśmy czerwone wino. Potem się ładnie ubrałyśmy (na czarno) i pląsając niemrawo – zamiast pójść na imprezę – złożyłyśmy się do trumny. 

Na trzy dni.

Trzeciego dnia, a raczej: trzeciej nocy przyszedł nów. I to był nów w Skorpionie. Najmroczniejszy ze wszystkich. Obudziłyśmy się o czwartej nad ranem w kulminacji nowiu. Obie w agonii. Tak, tu rzeczy dzieją się odwrotnie. Najpierw śmierć, potem agonia. No więc wiję się z bólu, w brzuchu mam kamienie, umieram. Ona też umiera, w swoich cichutkich nogiłóżkowych męczarniach. 

Umieramy długo, kilka godzin. Wreszcie zasypiam. Śnię. Jestem w jakiejś sali, prowadzę spotkanie autorskie. Na przeciwko siedzi moja kuzynka od strony ojca. Chcę dać jej kamień. Patrzę na nią i wołam po imieniu: – Klaudia!

A ona wstaje i poprawia mnie: Maria. 

Maria to jej matka. Moja chrzestna.

– Kim jesteś Noemi?

Budzę się mokra od potu. Jest mi zimno. Nogiłóżka stoi nade mną. Ubrana na czarno.

– Wychodzę. 

– Żyjesz? – dziwię się. 

– Nie sądzę. Spodziewaj się najgorszego. 

– Czekaj! Muszę cię uwiecznić. Ale nie mam siły rysować…

– To potem. 

Powiedziała to tak spokojnie… i znikła. A ja wstałam. Z bólem, ale bez lęku. Zabrałam swoje czarne, imprezowe ciuchy i pojechałam metrem na lotnisko. Tam, czekając na swój meteoryt, wymalowałam ten całun. I choć lotnisko jest doskonałym miejscem dla Nogiłóżki, jej samej oczywiście tam nie było. Nie dziwcie się, Jezusa też nie było, gdy Weronika oddała mu całun. 

Całun ma to do siebie, że odbija obrazy dawno już nie istniejące. 


* tak naprawdę: przede wszystkim uszczknąć od Maweraszii.


PS1. Mam ten pierścionek. 

Całun Wiedeński

Ocean Pomarańczowy

Wszystkie oceany i morza, które przepływa Szaman Mako, mają jedną wspólną wadę. Może inaczej. Żadne morze i żaden ocean Szamana Mako nie ma pewnej zalety. 

Nie jest pomarańczowy. 

Pomarańczowy jest tylko jeden ocean we Wszechświecie i on należy do mnie. 

Oczywiście, nie miałam pojęcia, że jestem właścicielką Oceanu Pomarańczowego. Odkryłam to przez przypadek, dzięki Ewelin.

Mówiłam już, że Ewelin to moja przyjaciółka z WW. Zostawiłam ją tam w momencie śmierci i fakt, nawet mi podczas tamtych pięciu minut agonii przeszło przez myśl, że ona tu, ja tam, a raczej: ona tam, ja tu – ale nic już nie mogłam zrobić. 

I nic nie zrobiłam. 

Sami się przekonacie, śmierć to nie jest czas działania. 

Przekonacie się też, że podług Czasu, nie ma prawdziwych pożegnań. Ludziom się tylko wydaje, że w chwili śmierci coś dzieje się NA ZAWSZE. Jest w tym zresztą pewna słuszność. Rzeczy dzieją się na zawsze, ale nic się nigdy nie zatrzymuje. A jak się nie zatrzymuje to też nie znika. Wszystko jest procesem, drogą, kwestią czasu. Tak więc moje rozstanie z Ewelin było kwestią Czasu, a ściśle – jego kaprysu, na jak długo postanowi mnie z Ewelin rozłączyć. 

Przyszła we śnie. Właściwie to we śnie przyszła o niej myśl, informacja, taka telewizja tvndwadzieściaczetery z wiadomością: Ewelin jest chora. A potem pojawiła się (już na jawie) handlarka kamieniami w Szczecinie. I wcisnęła mi dwa słoneczne kamienie dla Ewelin. WW nie WW, zasada jest wszędzie taka sama – wyjaśniła. Ile jasności jest w tym wyjaśnieniu, sami rozstrzygnijcie. Wiadomo tylko, że mam dostarczyć kamienie dla Ewelin i wtedy będzie zdrowa. 

Jak dostarczyć kamienie? 

Przypominam: jestem duchem. 

Z pomocą przyszła sama Ewelin. Właściwie to nie wiem, jak to się stało. Po prostu nagle odebrałam wiadomość: przyjedź. Pal diabli, że jesteś duchem. Jak przyjechać?

– Twoja w tym głowa.

Zarówno w WW, jak i w Nadwymiarze panuje jedna zasada. Dla chcącego nic trudnego. Wzięłam więc słoneczne kamienie i poleciałam tam, gdzie mieszka Ewelin. Żadnych napotkanych barier, żadnych sfinksów, żadnych nieprzekraczalnych bram.

W sumie sypie mi się teraz teoria Czasu i jego kaprysu. Bo to, że się spotkałyśmy mimo różnicy wymiarów, wcale nie było jego sprawką. Po prostu: ona mi przysłała wiadomość, a ja do niej pomknęłam. Spotkałyśmy się, padłyśmy sobie w ramiona i heja. 

Było jak dawniej.

Walnęłam się na zieloną sofę, zapaliłam starym zwyczajem, ona też sobie zapaliła, a nawet otworzyła piwo. Ja piwa nie piłam, duchy nie piją alkoholu z różnych powodów. Chociaż nie mogę ręczyć za wszystkich. Po coś ta Maweraszia do Nadwymiaru przylazła. Po coś się po nim pałęta. Widziałam ostatnio na plaży Morza Szarego – lazła cała zapchlona, drapała się, gryzła, ciągała tyłkiem po piachu, a za nią niemożliwie darły dzioby wrony: spierr…aj!, spier….aj!

Myślicie, że ptaki nie przeklinają. Poważny błąd. Wrony klną jak szewce. Kruki się bardziej pilnują, taka szlachta ptasia, inteligencja. Oczywiście, jak to z inteligencją: klną przepotwornie we własnym towarzystwie. Krucze bluzgi to jednak coś w rodzaju poezji, literatury górnych lotów, gdzie co drugie słowo na K, a jednak nie razi. To trzeba umieć. Czerwony Wędrowiec umie. 

No nic, wróćmy na zieloną sofę Ewelin. Leżę nieżywa, a ona mi mówi, że jest pewne lekarstwo i to wcale niekoniecznie musi to być lekarstwo na jej chorobę (ma przecież słoneczne kamienie), ale to może być lekarstwo na… moją chorobę. 

– Ale ja już umarłam! – próbuję się bronić. Ewelin jednak nie zna sprzeciwu. Umarłaś, nie umarłaś, mówi, dobrze być i tu i tam jednocześnie. Bycie i tu i tam daje nam pewność stałego kontaktu, wyjaśnia. 

– Gdzie jest to lekarstwo?

– Ukryte. 

– Jak je zdobyć?

– Trzeba zadzwonić do Łukasza. 

– Kim jest Łukasz?!

– Nie wiem, nie znam go. Wiem tylko, że ma lekarstwo.

– Jedziemy do Łukasza – postanawiam w moment, ale Ewelin mnie ubiega:  – Veni, vidi, vici*. I otwiera dłoń. Na otwartej dłoni Ewelin skrzą się dwie małe pastylki. Jedna jest niebieska, druga czerwona. 

– Wybieraj. 

– Tylko nie to! Jak w Matriksie! Nie znoszę Matriksa!

– Nic na to nie poradzę. Jesteś w Matriksie. 

– To o co tam właściwie chodziło? Którą trzeba było wziąć?

– Nie wiem. Nie pamiętam.

I proszę bardzo, na pałę, jak zwykle w tym i poprzednim życiu. Nie pytajcie, którą wzięłam. Chyba pomarańczową. Na pewno pomarańczową. Bo z Matriksa popłynęłam prosto w sam środek Oceanu Pomarańczowego. 

I teraz, żebyście mnie dobrze zrozumieli. Matriks, czyli filmowe WW może mieć kolor jaki chciecie. Zazwyczaj jest bezbarwne, bo tylko takie stawiamy mu wymagania. Bezbarwny kolor jest bezpieczny. Każdemu się w miarę podoba. Każdemu też się w miarę nie podoba. Nikogo nie upiększa, nikogo też nie szpeci. Jest jak zimne Morze Szare odbijające szare niebo. Wyliniały lis, który już dawno przestał być rudy. Powietrze nad miastem. Nowoczesne meble. Nic nie przedstawiający obraz. 

Dlatego właśnie WW jest bezbarwne. Bo WW stworzył człowiek z gatunku homo sapiens współczesny. I nadał mu kolor bezbarwny ze strachu przed stworzeniem świata, który byłby JAKIŚ. Ze strachu, że ten świat może się komuś nie spodobać. Żeby było. Aby było. Aby przeszło. I przechodzi. Zawsze przechodzi coś, co jest doskonale żadne. 

Woda. Woda jest bez koloru, bez smaku, bez zapachu. Przeciska się przez najmniejsze szczeliny, wypełnia przestrzeń. Zmywa do czysta. Neutralizuje. 

Woda jest doskonale żadna, a jednak gdy pada na jej taflę pomarańczowy promień słońca, nagle przemienia się w złoto. I to się właśnie wydarzyło na sofie u Ewelin. Nagle bezbarwność WW wypełniła się słonecznym światłem, a moje istnienie zanurzyło się w ciepłych, miękkich wodach Oceanu Pomarańczowego. 

Ja pierdzielę. Kiedyś byłam pisarką. Radziłam sobie nieźle. Z pisaniem oczywiście, bo przecież nie z życiem. Tymczasem nie umiem opisać stanu emocjonalnego, jaki się pojawia po zanurzeniu własnego jestestwa w pomarańczowych odmętach. No nie umiem. Powiem tylko, że Ewelin miała rację. To było lekarstwo na moją chorobę. Lekarstwo, które działa, ale tylko po śmierci. Wcześniej człowiek go nie zrozumie. Wcześniej człowieka może zabić. 

Ocean Pomarańczowy jest jak wszystko w Nadwymiarze: nieskończony. To taka kula światła, która może zająć ogród, galaktykę, albo wnętrze jądra atomu. Wielkość Oceanu Pomarańczowego zależy ode mnie. Dzięki tej cudownej właściwości mogę podróżować z Oceanem Pomarańczowym, gdzie chcę. Mogę z nim lecieć do Nogiłóżki! Na marginesie: ostatnio zadzwoniłam do niej, żeby się pochwalić nowym odkryciem, cała w emocjach, Boże, Boże, wiesz, co się wydarzyło, siedzę wieczorem w  ogrodzie rajskim i nagle patrzę, ja świecę!!!

A ona: – I co?

– No świecę!

– To już wszystko?

– Mało?!

– Że świecisz?

– Nnno!

– Ojej… przecież to normalne. 

– Jak to: normalne?! 

– Ocean Pomarańczowy to nic innego jak ocean światła. On jest teraz w tobie odkryty, a więc go widać. Świeci. Zatem i ty świecisz. Logiczne. 

LOGICZNE. 

Brat No (bo No jest oczywistym wygrywem i oczywiście MA starszego brata) – a więc brat No, Szatan Kometa powiedział mi, żebym przestała się tak wszystkiemu dziwić, bo tylko sobie tym przeszkadzam. Według niego, to co się dzieje jest owszem ciekawe, ale też bez przesady: – Kiedy przestaniesz się dziwić, zaczniesz widzieć więcej – obiecał. Szatan Kometa to ktoś, z kim kłótnia jest pozbawiona sensu do tego stopnia, że jest niemożliwa. Chyba że w wykonaniu jego dziewczyny Kunegundy, ale to osobna historia.

Tymczasem: nie dziwię się już niczemu, pakuję ocean i lecę do Nogiłóżki. 

PS. Bo jutro idziemy na imprezę. To moja pierwsza prawdziwa impreza po śmierci. I będzie to impreza nomen omen, śmierci poświęcona. Nazywa się Día de Muertos. 

PS2. Oprócz oceanu, zabieram Zarę Li. 

PS3. A dla Szamana Mako… albo nie, nie napiszę tego, bo jeszcze przeczyta, a to ma być niespodzianka. 



* Założyłyśmy z Nogiłóżką klub łaciński. Ambasadorem klubu jest Czerwony Wędrowiec, który w gimnazjum był najlepszy z łaciny i miał z tego powodu ksywę „Semper”. Klub ma misję rozpowszechniania łaciny w języku potocznym. Chodzi o to, żeby w chwilach, gdy nie wiadomo co powiedzieć, rzucić łacińską sentencją. Dobrze mieć wtedy śmiertelnie poważną minę.

Ewelin daje radę.

PS4. Może ktoś się obruszy, że na wojnie nie chodzi się na imprezy, ale to nieprawda. Chodzi się.

Dziewczyna Szamana

Szaman Mako wypłynął w morze, od tygodnia siedzę więc na materacach sama, względnie z No, o ile No w ogóle się pojawi. No jest orłem, a orły mają to do siebie, że latają bardzo wysoko i bardzo samotnie. Samotność orłów jest samotnością z wyboru, samotnością upragnioną i wielce strzeżoną. Nie zrozumie tego byle człowiek. Dlatego No, podobnie jak ja – skazana jest na niezrozumienie od początku swego istnienia, do końca wieczności. Jedyne, co można z tym zrobić, to przemnożyć przez współczynnik W, czyli wyjebkę

Polecam. 

Dwa słowa o wojnie. Albo nie. 

Nachodzą mnie słowa piosenki: Navigare necesse est. To jest, rzecz jasna, o Szamanie Mako. 

Teraz, gdy wypłynął na te swoje morza, mogę wam parę słów o nim powiedzieć. Jaki właściwie jest? Otóż Szaman Mako to taki typ faceta, którego nie sposób nie kochać. Jeśli jest na świecie jakaś osoba, która go nie kocha, niech żałuje. Bo to straszliwa strata. 

Szaman Mako jest czystą miłością. Wichrem miłości. Jej pełnią. 

Dopóki go nie znałam, pałętałam się w formie nadgryzionej połowy. Bycie połową jest zawsze mniej korzystne od całości. Bardzo łatwo w takim stanie o krzywdę. Człowiek szuka w nadziei jakiegoś substytutu, czegokolwiek ciepłego, ułamka uśmiechu, skrawka aprobaty, którym by siebie oblepił. Najmniejszy przejaw człowieczeństwa przyjmuje więc za agape. Tymczasem to, co spotyka jest tylko czymś w rodzaju kalkulacji. Bo przecież każdy potrzebuje drugiego człowieka do czegoś. Zawsze więc można się PRZYDAĆ. 

Przez poprzednie życie pałętała się więc moja połowa, którą nadgryzano łapczywie i tak skutecznie, aż mnie zjedzono. A teraz, gdy mnie już nie ma i nie ma czego gryźć, wybuchła wojna dająca komuś nadzieję, że jednak z tego niczego da się jeszcze cokolwiek wyszarpać. 

Czemu o Wężu piszę „ktoś”?!

Bo gdy wywołał tę wojnę, ujrzałam kogoś, kogo nie znam i choć wszystko się zgadza, jest to faktycznie mój Wąż: za cholerę go nie poznaję. 

Wyjaśnienia są jak zwykle conajmniej dwa. Albo on się zmienił (choć podobno węże się nie zmieniają, co najwyżej zrzucają skórę), albo ja w tym Nadwymiarze doznałam olśnienia, osiągnęłam pełnię i widzę nieco więcej. Widzę na przykład coś, czego nie ma. Odwrotnie. Nie widzę tego, czego nie ma, choć w poprzednim życiu jakimś cudem, a raczej własnym zwidem: widziałam. 

Uf. Ciężka sprawa. 

Ale, ale. Miałam pisać o Szamanie Mako. No więc pływa. Gdy pływa, jestem sama, a trzeba wiedzieć, że wcale nie jestem tak harda jak No. Samotność nie jest moim żywiołem. Moim żywiołem jest wspólne z Szamanem latanie na meteorytach. 

Ale on teraz pływa! 

Powiecie zaraz: niech nie pływa. I tu jest problem. Bo Szaman – jak już wspomniałam – jest wichrem. A wicher jest w ciągłym ruchu. Kiedy więc Szaman długo nie pływa, dopada go Niewiem. Niewiem jest demonem pustki. Wyżera mu serce. Zostawia tylko powłokę, zagubione truchło opatrzone przerażonym wzrokiem i martwymi ustami wypowiadające w kółko dwa słowa: „Nie wiem”. 

Jak wyglądam?

– Nie wiem. 

Zrobisz jajecznicę?

– Nie wiem. 

Kupisz mi kwiaty?

– Nie wiem. 

Navigare necesse est. 

Viviere non est necesse. 

Powiedziałam o tym Nogiłóżce. Zrozumiała. Ona w ogóle doskonale rozumie Szamana Mako, znacznie lepiej niż ja. Ewelement też go rozumie. Mam wrażenie, że wszystkie go lepiej rozumieją, tylko ja się co chwilę dowalam.

Bardzo trudno w Nadwymiarze wyzbyć się starych przyzwyczajeń. Jeszcze trudniej wyjaśnić ludziom, jak bardzo te stare przyzwyczajenia komplikują sprawy. A przecież wszystko jest niezwykle proste. 

Można to zawrzeć w czterech zdaniach:

Kiedy poznajesz Szamana, stajesz się częścią boga miłości. I potem, gdy on wypływa, zostaje ciebie pół. I te pół woła przez oceany tęsknoty.

Kocham cię. 

Nogiłóżka

Za kilka dni odwiedzi mnie Nogiłóżka. Pytacie, skąd wiem? Już tłumaczyłam, że znam wszystkie czasy, również ten przyszły. Nogiłóżka to taka przyjaciółka (w odróżnieniu od Józefsraliny), która jest przyjaciółką na zawsze, nawet po śmierci. Nawet, gdy odchodzę od Węża. Wszystko jedno. Zawsze. 

Nogiłóżka to bardzo specyficzny byt. Mieszka między wymiarami. Jeśli byście chcieli określić szerokość geograficzną miejsca jej zamieszkania w WW, wypadłoby wam dokładnie w centrum Wiednia. Ale nawet gdyby Nogiłóżka zdradziła swój adres – nigdy byście tam nie trafili. Powiem więcej. Nawet gdyby Nogiłóżka była tak uprzejma (ona jest niezwykle uprzejma, nie znam nikogo bardziej uprzejmego od niej) i zaprowadziła was do swojego domu, a potem byście wyskoczyli do pobliskiego ALDI po wiśnióweczkę, już byście z powrotem nie trafili. To zaczarowane miejsce osadzone między wymiarami skrywa Nogiłóżkę jak najbezpieczniejsza twierdza. 

I dobrze. Nogiłóżka ze swoją uprzejmością, dobrocią, otwartością, wręcz: naiwnością – jest tak bezbronna, że gdyby nie ta twierdza, dawno by już jej nie było. Grozy dodaje fakt, że jest niezwykle piękną kobietą, a niezwykle piękna kobieta, która jest uprzejma i dobra – to po prostu zagłada.

Żeby opisać Nogiłóżkę, muszę was zabrać na ławeczkę przed rozgrzany ganek malutkiej kamienicy w pewnym mieście, w popołudniową porę pierwszego dnia wiosny. 

To jest ten dzień, w którym dziewczyny urywają się z lekcji i opalają nogi na murku. 

Jest w tym opalaniu pewna magia. Któregoś dnia, gdy już wywieją się wszystkie wichry zimy i przedwiośnia, przychodzi wreszcie ten upragniony pierwszy ciepły dzień. I wtedy dziewczyny wystawiają do słońca swoje nogi. 

Najpierw grupki. Przy licealnych boiskach, na wspomnianych murkach, wsparte własnym towarzystwem, wśród śmiechów zdobywają się na odwagę i zasłaniając się nawzajem, zdejmują rajtuzki. Potem przerzucają się historyjkami o Julce czy Zośce, ewentualnie, choć przecież nader często: o Marku Ordakowskim. 

Czasem, przy odrobinie szczęścia, może zdarzyć się para przyjaciółek. Te zwykle są bardziej tajemnicze, powściągliwe. Mówią do siebie nisko, pomrukując jak koty, wymieniają się prychnięciami. Mają swój świat, mają swój mały raj. I zanim nie zadzwoni którejś rozhisteryzowana matka i im tego nie przerwie – czerpią głębokimi garściami swoją młodość. 

Nie zamierzają się z nikim dzielić. Zza horyzontu swych nóg, jeśli zechcą, rzucą okiem. Ale nieznacznie, odrobinę, odrobina im przecież wystarczy, by półdaniem, półsłowem rzecz zaobserwowaną (ściśnięty zazdrością padół) skomentować: 

  • Csso?
  • Aha.

Szczytem fartu jest jednak zobaczyć jedną. Jedna, samotna dziewczyna z obnażonymi nogami musi mieć bowiem albo:

  1. Tak bajecznie piękne nogi, że nie pohamuje jej choćby mini-ułamek wstydu.
  2. Tak dalece idącą pewność siebie, że cały świat gotów jej uwierzyć w to, co w punkcie 1. 

Oba warianty unikatowe. Integralne jak para nóg, które wkrótce zarumienią się od pierwszych promieni wiosny. 

Ona – ta jedna, JEDYNA – wsparta na wysuniętych do tyłu dłoniach, zamyka oczy i już nawet nie daje gapiom cienia szansy, że otrzymają od niej choć jedno spojrzenie. Żadnego blasku światła spod rozgrzanej powieki, żadnych komentarzy, żadnego związku z tym światem. Nic. Tylko ona i jej doskonałość. 

Jeśli kiedyś trafi wam się taki widok – patrzcie. Ale z daleka, dyskretnie, ostrożnie! Bo na świecie, zwłaszcza w waszym WW, jest kilka zasad. Po pierwsze: pięknego motyla łatwo spłoszyć.

Po drugie: macie do czynienia z Walkirią. A ona – oprócz bajecznych nóg, ma również kilka zatrutych strzał w kołczanie.

I nigdy nie pudłuje. 

PS. Ta dziewczyna to właśnie Nogiłóżka. 

PS2. I ona do mnie wkrótce przyleci.

PS3. A potem robimy skok na jubilera.


Jest w tym opalaniu pewna magia…